Rozdział 12
Popołudniowe słońce oświetlało plac treningowy koszarów Candy Kindgom. Na balkonach obserwacyjnych stało kilkunastu bananowych gwardzistów. Niektórzy mieli na sobie zbroje, inni tylko polowe mundury. Wszyscy jednak z ożywieniem wpatrywali się w wysypaną piachem arenę ćwiczebną. Na jej środku stały naprzeciw siebie dwie postacie. Obydwie w wyciągniętych prawicach trzymały broń. Jedna długi, prosty miecz, a druga szpadę.
Czerwony robot nie grzechocząc nawet zamkniętymi w szklanej bańce brzucha kulkami gumy do żucia ruszył na przeciwnika z pełną prędkością. W powietrze uniosła się chmura piasku.
Toffiblade przygotował się na uderzenie zasłaniając się swym ostrzem. Na wnętrzach szkieł jego maski wyświetlił się spodziewany czas do uderzenia. Ułamki sekund…
Zderzyli się z głośnym, metalicznym zgrzytnięciem i aplauzem obserwujących. Wojownik w masce zaczął napierać jednak robot nie dał się odepchnąć. Przyjął wszystko na nogi, które wyżłobiły dwie wąskie dróżki w piachu.
Nagle słodyczanin odskoczył w bok sprawiając, że Rattleballs stracił na ułamek sekundy równowagę. Zanim jednak padł cios, robot zasłonił się. Zabójca uderzył i, wykorzystując energię ciosu, wybił się w powietrze. Wylądował miękko za plecami przeciwnika i wyprowadził szybkie pchnięcie.
Czubek miecza trafił w pustkę, kiedy mechaniczny fechmistrz zrobił unik. Zaraz potem zaszarżował ze straszliwą prędkością, ciągnąc za sobą wachlarz piachu. Mężczyzna w masce odchylił się i uderzył w zbliżające się ostrze od dołu. Wytrąciło to atakującego z równowagi. Fala uderzeniowa skruszyła kawałek poręczy i przewróciła jakiegoś pechowego trepa. Zdezorientowany Rattleballs nawet nie zauważył jak wzmocniony mechanizmami pancerza cios wytrącił jego oręż. Toffiblade złapał zręcznie broń i wycelował ją razem ze swym mieczem w przeciwnika. Uśmiechnął się pod maską.
- "Dobrze uczniu…" - stwierdził robot, po czym szybkim uderzeniem odzyskał swoją szpadę - "Idzie ci coraz lepiej."
- "Staram się mistrzu" - słodyczanin schował miecz do pochwy i skłonił głowę dziękując za walkę.
- "Nie musisz być taki skromny żołnierzu" - usłyszeli znajomy głos. Na balkonie stała Princess Bubblegum w pięknej, zdobionej sukni. Obok niej lewitowała Marcelina w szerokim, słomianym kapeluszu. Patrzyła niezbyt przyjaźnie na zgromadzonych wojowników.
- "Pani..." - zabójca klęknął na jedno kolano i pokłonił się.
- "Wstań" - powiedziała słodkim głosem królewna. Mężczyzna podniósł się i ukrytymi za szkłami maski oczami zaczął podziwiać wampirzycę. Ta szaroskóra istota fascynowała go. Gdy był w jej pobliżu czuł przyjemne ciepło. Czyżby jednak nie był tak do końca wyprany z uczuć? - "Przyszłam obejrzeć twój trening. Gratuluję osiągnięć" - uśmiechnęła się delikatnie.
- "Dziękuję pani" - pokłonił lekko głowę nie odrywając jednocześnie wzroku od czarnowłosej.
- "Teraz wybaczcie mi, ale muszę się zająć pewną nie cierpiącą zwłoki sprawą" - odwróciła się do wyjścia - "Chodź kochanie" - powiedziała do towarzyszki i wyciągnęła ku niej rękę. Marcelina uśmiechnęła się, wzięła ją pod ramię i ruszyła w stronę pałacu.
Toffiblade westchnął cicho i smutno. Przez wyciszone głośniki maski nie przedarł się żaden dźwięk.
Przez gęstą warstwę gałęzi z trudem przebijały się promienie słońca. Niewielkimi, bezkształtnymi plamkami oświetlały rozłożoną na pieńku drzewa mapę Ooo. Pochylały się nad nią cztery postacie.
- "Przygotowanie moich braci do walki potrwa dość długo" - westchnął cytrynowoskóry karzełek z burzą żółtych loków na głowie.
- "Ale trzeba to zrobić" - powiedziała piękna nimfa wodna przed którą siedział mały, kanciasty robocik - "Nawet z nimi będziemy w mniejszości."
- "Zawsze będziemy w mniejszości" - pokręcił głową słodyczanin w czerwonej zbroi - "Nasze uzbrojenie jest żałosne…"
- "Ale wciąż mamy element zaskoczenia, a bananowe trepy nie są zbyt inteligentne…" - wtrąciła się zakapturzona kobieta z liśćmi zamiast włosów i wyrastającymi z głowy gałęziami - Wczoraj bez problemu przejęliśmy ich posterunek.
- "Tylko po to, by pół godziny później go stracić" - mruknął z niezadowoleniem Cinnamon Bun.
- "To zawsze coś. Ten różowy potwór musi poczuć, że jesteśmy dla niej zagrożeniem" - odpowiedziała z ożywieniem czarodziejka.
- "Straciliśmy przy tym prawie dwudziestu żołnierzy" - warknął były doradca Flame Princess - "A jeśli ona poczuje się zagrożona… Będzie tylko gorzej…"
- "To może być jeszcze gorzej?" - zapytał zrezygnowanym głosem Lemonhope - "Całe królestwa płoną, wszędzie plączą się gwardziści, a na nas poluje jakiś psychol z mieczem."
Nagle z pomiędzy namiotów wybiegł głośno dyszący obdartus. Upadł ze zmęczenia na kolana tuż obok stojących. Przez dłuższą chwilę uspokajał oddech.
- "Wojska… Candy Kingdom… spustoszyły wioskę maruderów…" - wydyszał z trudem - "Jakieś dwie godziny temu…"
- "Ktoś przeżył?" - Carroll przerwała nieprzyjemną ciszę, która nagle zapadła nad mapą.
- "Nikt…" - odpowiedział smutno goniec.
Zgromadzenie spojrzeli po sobie z niepokojem.
- "Bonnie?" - dało się słyszeć zza drzwi do sypialni na moment przed pojawieniem się w nich otoczonej aureolą kruczoczarnych włosów głowy - "Jesteś kochanie?"
Marcelina wleciała do pokoju i zaczęła się rozglądać. Pomieszczenie nie wyglądało tak jak można by sobie wyobrażać miejsce gdzie zwykła sypiać królewna. Pościel na łóżku leżała w nieładzie. Na dywanie, między używanymi ciuchami walały się części różnych mechanizmów, kabli i inne elektroniczne śmieci. Panel kontrolny przy ścianie był częściowo rozkręcony, a jego monitor wisiał na kolorowych przewodach. Podłoga przy łazience błyszczała od zaschniętej piany, którą lokatorki dość często wynosiły po kąpieli.
Cały ten bałagan był jednak niczym w porównaniu do części laboratoryjnej. Wszędzie walały się papiery, mniej lub bardziej sterylne naczynia i słoiki z różnymi substancjami.
- "O… Tu jesteś Bonnie" - powiedziała wampirzyca. Nie uśmiechała się.
- "Hej Marcy" - twarz monarchini rozpromieniła się. Odsunęła delikatnie od siebie probówkę z bomblującą energicznie cieczą i skupiła całą swą uwagę na szaroskórej dziewczynie - "Przepraszam, ale nie słyszałam jak wchodziłaś… Zresztą wiesz… Jak pracuje, to odcinam się od świata" - zaśmiała się lekko.
- "Wiem…" - mruknęła czarnowłosa, po czym wydobyła z kieszeni zmięty kawałek papieru i podała go królewnie. Spojrzała na nią wyczekująco.
Kobieta rozwinęła kartkę i przejrzała zawartość. Uniosła brew i zerknęła na Marcelinę pytająco.
- "Dlaczego?" - zapytała poważnym głosem wampirzyca - "Co oni właściwie ci zawinili?"
- "Rebelianci spustoszyli wcześniej jeden z naszych posterunków" - odpowiedziała całkowicie nie przejęta.
- "Ale to były niewinne stworzenia!" - wykrzyknęła z niedowierzaniem szaroskóra - "Kazałaś zabić niewinne stworzenia Bonnie!"
- "Współpracowali z rebeliantami" - odparła najnormalniej w świecie różowa.
- "Zmieniłaś się Bonnie…" - pokręciła głową. Jej głos się łamał - "Coś się z tobą stało… Już nie jesteś tą Bonnie… Moją… Moją kochaną Bonnie…"
- "Ależ nie zmieniłam się!" - zaprotestowała królewna kładąc dłoń na ramieniu Marceliny - "Wciąż jestem tą samą, twoją, kochaną Bonnie…"
- "Nie!" - odtrąciła gwałtownie Bonnibel i odwróciła się by ukryć napływające do oczu łzy - "Już nie jesteś nią… Jesteś morderczynią!" - ledwo powstrzymując się od chlipania zaczęła oddalać się w kierunku balkonu.
Princess Bubblegum wstała i bezgłośnie ruszyła za odchodzącą. W jej dłoni pojawiła się strzykawka z mętnym, szarawym płynem, a w oczach łzy. Szybkim ruchem dopadła wampirzycę i wbiła jej igłę w szyję jednocześnie naciskając tłok. Czarnowłosa wydając cichy jęk bezwładnie osunęła się prosto w ramiona różowej królewny.
- "Przepraszam…" - wyszeptała Bonnie prosto do ucha nieprzytomnej - "Musiałam… Nie mogę zostać sama… Przepraszam… Kocham cię… Przepraszam…" - po różowych policzkach pociekły łzy.
Świst niewielkich śmigieł przeciął chłodne, nocne powietrze pałacowego ogrodu. Niewielki, jasnoszary dron w kilka sekund pokonał drogę pomiędzy pastelowym balkonem, a cukrowym drzewem, w którego koronie zniknął.
Mężczyzna w masce przeciwgazowej wyłączył transmisje danych pomiędzy robotem, a nadajnikiem zbroi. Natychmiast przestał widzieć to co nagrywała kamera urządzenia, słyszeć dźwięk rejestrowany przez jego mikrofony i odczuwać położenie w przestrzeni. Mała, zielona kropka na przejrzystym radarze wyblakła.
Toffiblade podczepił złożoną maszynę do schowka zbroi i zeskoczył z gałęzi. Bezgłośnie wylądował na słodkiej trawie i ruszył ku swemu mieszkaniu. Jego głowę zaprzątała plątanina czarnych myśli. 'Nie wybaczę jej...' 'Dlaczego to zrobiła?!' 'Dlaczego ja właściwie cokolwiek czuję?!' 'Co się ze mną dzieje...'
- "Czuje, że im współczujesz…" - znudzony głos dobiegł z pluszowej zabawki.
- "A dlaczego nie miałbym?" - spytał przesiadujący na jednej z wież pałacu czarnowłosy - "Co innego mam zrobić?"
- "My jesteśmy jedyną stałą. Oni nie" - powiedział pluszak - "A zrobić możesz wiele… Praktycznie wszystko…"
- "Zachwieje to harmonię... cokolwiek zrobię..." - pokręcił głową Veidrik.
- "Jeśli nie zrobisz nic efekt będzie podobny" - mruknęła maskotka - "Zresztą harmonia nie istnieje w tym świecie… Cokolwiek byś robił…"
Maska z cichym stuknięciem wylądowała na zagraconym różnymi mniej lub bardziej niebezpiecznymi przedmiotami warsztaciku. Toffiblade odetchnął ciężko świeżym powietrzem klimatyzowanego apartamentu i potarł twarz dłońmi. Skrzywił się czując szorstką powierzchnię rękawic na policzkach. Zdjął pancerz i ruszył ku łazience. Jasne szramy na plecach odbijały słabe światło umieszczonych pod podwieszanym sufitem z ciasta lamp. Zza zatrzaśniętych szybkim ruchem drzwi dobiegł szum wody.
Po jakiś dziesięciu minutach zabójca wrócił do salonu w szarym szlafroku. Wyciągnął z lodówki talerzyk z pączkami i usiadł za blatem roboczym. Kliknięciem w przejrzysty ekran zawieszony na wysokości twarzy obudził komputer, który powitał go łagodnym damskim głosem. Kilka sekund później zawiadomił głośnym, nieprzyjemnym piknięciem o wiadomości od dowództwa. Toffiblade westchnął i ją otworzył. Zawierała rozkazy. Trzy kolejne cele na najbliższe dni. Tym razem powrót do Slime Kigdom.
- "Siostrunia się zabrała za rządzenie…" - mruknął cicho, po czym zaczął przygotowywać granaty soniczne.
Gnom w łatanych szmatami portkach i czerwonej chustce owiniętej dookoła głowy opierał się o krzywe drzewo. Ledwo powstrzymywał się od zaśnięcia ściskając w dłoniach strzelbę dwururkę.
- "Nie śpij przyjacielu" - ledwo widoczny w ciemności kształt trącił go w ramię i ruszył ku ogniskom obozowiska.
- "Dzięki stary…" - odpowiedział strażnik, po czym znów zaczął chrapać.
Za postacią przemykającą między namiotami łopotały poły czarnego, skórzanego płaszcza. Ciężkie, wojskowe buciory starożytnego typu mimo głębokich bieżników nie zostawiały żadnych śladów w miękkim poszyciu leśnym. Na wysokości głowy błyszczały na zielono dwie plamki oczu.
- "Finn! Ratuj! On wrócił!" - nimfa wodna krzyknęła i obudziła się w wodoodpornym śpiworze w swoim namiocie. Gwałtownie usiadła i rozejrzała się po ciasnym pomieszczeniu. Pod ścianą obok jej plecaka i trójzębu siedziała mała, wyłączona konsolka. Carroll wzdrygnęła się. Było jej nienaturalnie zimno i czuła znajomą obecność. Obecność postaci, którą spotkała ostatni raz kilkadziesiąt lat temu.
Wygrzebała się z ciepłego worka i nasunęła na siebie swoją kurtkę i wodoodporne bojówki. Odpinając zamek błyskawiczny namiotu przypomniała sobie dokładnie tamten dzień. I mimo całego strachu jaki wtedy odczuła było to wspomnienie dość przyjemne. Pierwsza noc w domu… Ta myśl wywołała prawdziwą lawinę. Opuszczone miejsca, zmarli przyjaciele… Po jej policzku pociekła odbijająca światło najbliższego ogniska łza.
- "Co tam koleżanko?" - kobieta wzdrygnęła się słysząc znajomy głos. Szybkim ruchem odwróciła się i zrobiła krok w tył. Potknęła się o linkę od namiotu i z cichym piskiem wylądowała na plecach.
Czarnowłosy mężczyzna szczerząc szpiczaste zęby wyciągnął ku niej dłoń i pomógł wstać.
- "Jak się tu dostałeś?" - nic innego nie przyszło jej do głowy.
- "Potrafię bez problemu dostać się do celi w podziemiach pałacu Candy Kingdom i wrócić" - wzruszył ramionami z uśmiechem - "Nie ma dla mnie granic…"
- "Kim ty tak właściwe jesteś?" - zapytała wciąż z pewnym niepokojem Carroll.
- "To nieistotne… Możesz do mnie mówić Veidrik" - zaśmiał się i przyjrzał nimfie - "Czy ty mnie się boisz?"
- "Eee… Nie…" - uciekła wzrokiem - "Właściwie po co tutaj przyszedłeś? Chcesz nam pomóc?"
- "Nie mogę… Choć bardzo chcę…" - odpowiedział ze smutkiem - "Jednocześnie bardzo chcę zrobić coś dla Princess Bubblegum, Marceliny i innych…" - westchnął. W jego twarzy dało się zauważyć wyraźne zmęczenie - "Ale harmonia tego świata już upadła… Mogłem zareagować… Mogłem ingerować wcześniej…" - pokręcił głową - "Teraz już za późno… Ale poprawię się…"
- "Nie rozumiem…" - powiedziała powoli kobieta.
- "Nie musisz…" - uśmiechnął się smutno - "Następnym razem będzie lepiej…" - westchnął, po czym spojrzał w niebo - "Muszę znikać… Do zobaczenia" - po tych słowach przeistoczył się w chmurę pyłu i odleciał nad lasem. Nimfa pomachała mu powoli na pożegnanie i zastanawiając się co właściwie przed chwilą usłyszała, ruszyła ku ognisku.
Zaraz po tym jak nagle rozpuścił się czołg, jeden z szlamowych żołnierzy wcisnął przycisk alarmu. Wycie syren zabrzmiało w każdym, nawet najbardziej zaszlamionym kącie królestwa. Setki uzbrojonych w halabardy "mundurowych" ruszyło na stanowiska. Na ulice wyjechały opancerzone pojazdy, które omiatały każdą dziurę bacznym wzrokiem kierowców.
Nikt jednak nie spostrzegł przemykającego po dachach śluzowych domków cienia. Szary kształt szybko wdarł się do pałacu i bezgłośnie zaszlachtował dwóch strażników. Kopniakiem wyważył drzwi do sali tronowej i spokojnym krokiem zaczął się zbliżać do tronu. Pustego tronu. Rozglądał się powoli za nową Slime Princess - Blarghettą.
- "Przyszedłeś tutaj po śmierć słodyczaninie?" - ułamek sekundy po tym jak usłyszał drżący od złości i jakiegoś dziwnego podniecenia głos, zabójca musiał się uchylić przed lecącym prosto w stronę jego głowy strumieniem żrącego śluzu.
W odpowiedzi cisnął w tamtą stronę granat termiczny. Wielka kula ognia odparowała kolumnę i spory kawałek podłogi. Gdy tylko buzujący ogień ucichł dało się słyszeć śmiech. Dochodził dokładnie zewsząd. Wydawało się, że śmieją się ściany, żelowe słupy, sufit i okna. Nagle na powierzchni siedziska tronu pojawił się czubek hełmu z dospawaną tiarą. Powoli wyłaniała się szlamowa postać - siostra martwej królewny we własnej osobie.
- "Siostrzyczka nauczyła się czarować?" - zapytał głosem zmarłej Toffiblade. Przekrzywił lekko głowę i zakręcił popisowego młyńca mieczem.
Zaraz potem musiał zrobić unik przed kilkoma pędzącymi w jego stronę strumieniami gęstego kwasu, którym towarzyszył wściekły okrzyk władczyni. Zabójca poderwał pistolet maszynowy i zaczął strzelać, ale jego kule zatrzymywały się w grubej ścianie podniesionego przez Blarghettę śluzu. Bez dłuższego wahania wojownik posłał nad nią granat soniczny, odtwarzający dźwięk destabilizujący szlam. Ściana natychmiast opadła, ale czarny przedmiocik został zestrzelony strugą żrącego płynu.
Słodyczanin wykorzystał chwilę nieuwagi władczyni by błyskawicznie przemieścić się w jej pobliże i spróbować skopać hełm. Zbroja była chyba na stałe przyklejona do czerepu śluzowej kobiety, bo po kopnięciu obydwa obiekty poleciały w przód i odbiły się od ściany. Toffiblade skrzywił się pod maską i bez zbędnej zwłoki cisnął drugim granatem. Tym razem w sklepienie, które po kilku sekundach runęło na zbierającą się Blarghettę. Zaraz za kawałkiem sufitu powędrował ładunek termiczny. Buzujący, oślepiająco pomarańczowy płomień pochłonął stos śluzu.
Mężczyzna w masce pochylił się nad zwęglonymi szczątkami i wyciągnął z nich osmalone nakrycie głowy, po czym ruszył korytarzem, którego wejście znajdowało się za tronem. Po chwili wyszedł na balkon, gdzie rozejrzał się po wielkiej krzątaninie jaka panowała w królestwie. Wysłał szybką wiadomość do dowództwa, po czym podkręcił do oporu głośniki maski.
- "Mieszkańcy Slime Kingdom!" - po tym zawołaniu wszyscy zamarli w bezruchu - "Wasza władczyni nie żyje!" - uniósł hełm w wyciągniętej ręce - "Wkrótce przybędzie armia Candy Kingdom. Poddacie się jej lub zginiecie. Ucieczka jest bezcelowa" - zmiażdżył nakrycie głowy i koronę, po czym rzucił je w tłum - "Opór jest bezcelowy…"
Setki cytrynowych trepów w żółtawych mundurach maszerowała przez pustynię. Każdy jeden maił zawieszony na plecach karabin szturmowy, a na głowie założony hełm w kształcie połówki cytryny. Na ich czele, na cytrynowym wielbłądzie jechał Lemongrab IV. Jego szata powiewała na suchym, nieprzyjemnym wietrze, a zawieszony przy pasie miecz soniczny błyszczał się w słońcu.
Cała ta armia zatrzymała się przed sporą, zielonkawą kałużą, gdzie hrabia władczym gestem rozkazał żołnierzom atakować. Wojownicy bez wahania zaczęli wskakiwać w szlam.
Czarnowłosy mężczyzna obserwujący wydarzenia z niedalekiej wydmy westchnął głęboko, wstał i poszedł w kierunku zieleńszych części Ooo.
Toffiblade maszerował żywo przez rozległą łąkę. Co jakiś czas zatrzymywał się i wydrapywał resztki zielonego gluta z pomiędzy części pancerza. Cieszył się, że nie będzie musiał już wracać do tego oślizgłego miejsca, którym teraz zaopiekował się Lemongrab. Wzdrygnął się na wspomnienie cytrynowego hrabiego. Ten stwór zawsze budził u niego dziwny niepokój.
Nagle usłyszał głośny, tępy stukot. Uniósł głowę ku najbliższemu wzgórzu i uśmiechnął się pod maską. Na tle zachodzącego słońca pojawił się właśnie rycerz w czarnej zbroi siedzący na różowym koniu. Jego długie, niebieskie włosy falowały na wietrze.
- "Szukałeś mnie psie?" - zapytał donośnym głosem - "Czyżbyś chciał mnie zabić żałosny chłopcze na posyłki tej różowej dziwki?"
- "Zgadłeś" - odpowiedział zimno mężczyzna w masce wyciągając miecz - "Ale od kiedy to rycerz obraża damę?"
- "Twoja pani nie jest damą. Nawet gdyby od tego zależało moje życie, to nie nazwałbym tego gumowego potwora damą. Ani nie zrobi nic co mogłoby sprawić jej choćby drobną przyjemność..." - skrzywił się sir Slicer poprawiając uchwyt na kopii - "To coś co zwiesz królewną jest tylko plagą, która wyniszcza nasz piękny świat" - trącił boki konia ostrogami i zaszarżował.
Toffiblade zrobił unik w ostatniej chwili. Szpic kopii zdarł fragment pancernego naramiennika.
- "Zresztą co to za kobieta, która sypia z inną kobietą?" - zaśmiał się złośliwie zawracając konia - "I co to za władczyni, która sypia z tak parszywym stworzeniem jak wampir? Brudny, pijący krew trup, co to przeczy naturze i zamiast leżeć w ziemi łazi pod naszym pięknym, rozgwieżdżonym niebem, zabija, straszy dzieci i sieje rozpustę!" - znów ruszył w stronę zabójcy.
Tym razem słodyczanin nie ruszył się. Z pełnym wściekłości, która gotowała się w nim od ostatniej minuty, krzykiem natarł na przeciwnika. Nie skończyło się to dla niego zbyt dobrze. Po trafieniu ciężką bronią rycerza, napierśnik jego stroju pokrył się siatką pęknięć, a on sam poleciał kilka metrów do tyłu, gubiąc po drodze powietrze z płuc. Po krótkiej chwili podniósł się i z trudem stanął na nogach.
- "Oh... Ktoś się poczuł urażony?" - zaśmiał się niebieskowłosy ponownie zawracając zwierzę - "Czyżby komuś było żal żałosnego potwora? Lubisz wampiry, co? Zastanów się tylko, czy nie podchodzi to już pod nekrofilię psie! Chcesz być tak samo obrzydliwym stworem jak twoja pani, co?"
Tym razem Toffiblade nie atakował. Gdy tylko napastnik zbliżył się na kilka metrów, on rzucił się na ziemię podcinając w locie końskie nogi. Zwierzę zrobiło popisowego fikołka i zrzuciło Slicera. Z głośnym brzęknięciem zbroi rycerz wylądował na plecach. Energiczne próby podniesienia się do pionu spełzły na niczym. Masa czarnego metalu wgniatała wojownika w grunt.
- "Pomóż mi wstać!" - krzyknął spanikowany - "Miej ho..."
- "Zamknij…" - zabójca wcisnął mu do ust odbezpieczony granat dymny - "...ryj!" - poprawił kopniakiem i cofnął się o kilka kroków. Głowę rycerza pokryła chmura dymu. Toffiblade'owi nawet nie chciało się sprawdzać. Po prostu odwrócił się i odszedł. Musiał połatać pancerz, opatrzyć prawdopodobne rany i odpocząć. Pozostał jeszcze jeden cel…
Niewielkie źródełko na polanie w środku lasu szumiało cicho. W wysokiej trawie, wśród paproci klęczała Huntress Wizard. Oddychała spokojnie, a jej liściaste włosy delikatnie czesał wiatr. Ostatnimi czasy często odwiedzała to miejsce. By się wyciszyć, uspokoić i zapomnieć o problemach. Tych związanych z wojna, dowodzeniem bandą rebeliantów, czy użeraniem się ze specyficznymi charakterami Cinnamon Buna i Lemongope'a. Na jej szczęście w obozie wciąż było trochę osób, które do konwersacji całkiem dobrze się nadawały. Zawsze znalazła jakiś wspólny temat z Carroll, która świetnie trzymała się jak na osobę, która straciła w życiu prawie wszystko. Zawsze dało się pośmiać z pewnym niedźwiedziołakiem, czy jednoręką pół-elfką, którzy to cudem uniknęli śmierci w którymś polowaniu na bojowników jakie urządził sobie zniesławiony zabójca królewien.
Nagle ktoś wbiegł na polanę robiąc przy tym nieprzyjemnie dużo hałasu. Łowczyni odetchnęła w duchu, wiedząc, że nadchodzący nie jest nikim, kto może jej zagrozić i uchyliła powiekę.
- "Wielka łowczyni!" - zawołał zielonoskóry rebeliant - "Zwołano radę!"
Kobieta westchnęła ciężko i podniosła się z ziemi. Trawa w miejscu, w którym klęczała natychmiast wróciła do pionu.
'Rada… Szumna nazwa jak dla czterech osób, które kiedyś choć trochę znaczyły...' - pomyślała i ruszyła w ślad za posłańcem, prosto ku obozowisku.
Na miejscu powitał ją smutny uśmiech nimfy. Pozostali wpatrywali się równie ponuro jak bezcelowo w rozłożoną na wielkim pniu mapę. Postanowiła nie pytać po raz setny dlaczego nie organizują tych spotkań w jakimś namiocie, bo za każdym razem dostawała inną, niejasną odpowiedź. Zbliżyła się i rozejrzała pytająco po twarzach zgromadzonych.
- "Mamy problem przyjaciele…" - westchnął słodyczanin. Dziś nie miał na sobie swej zbroi, tylko jakieś obdarte wdzianko - "Armia hrabiego Lemongraba spustoszyła Slime Kingdom. Blarghetta nie żyje" - pozostali spojrzeli po sobie z niepokojem - "Wczoraj znaleziono również ciało sir Slicera, który nie sprzyjał różowej królewnie i mógł być świetnym nabytkiem dla nas…"
- "Co z tym zrobimy?" - przerwała ciężką ciszę Carroll.
- "To proste…" - mruknął Cinnamon Bun.
- "...będzie wojna…" - dokończył Lemonhope.
Huntress Wizard odetchnęła ciężko i pokręciła głową. Cofnęła się od mapy i ruszyła w las. Już po kilku minutach dotarła na swą ukochaną łąkę. Uklękła i spróbowała się uspokoić. Nagle jednak poczuła, że coś jest nie tak. Było za cicho… Jakby coś przestraszyło wszystkie ptaki, a nawet wszystkie najdrobniejsze, hałaśliwe stworzonka. Zaniepokojona wstała i rozejrzała się gwałtownie po otaczających ją drzewach.
- "Witaj…" - odezwał się dziwnie sztuczny głos z korony jednego z nich - "Ładna pogoda, prawda?"
- "Jesteś tym zabójcą, prawda?" - zapytała próbując zmusić głos by nie drżał.
- "Owszem" - powiedział, po czym wylądował miękko na trawie i zbliżył się powoli do łowczyni.
- "I pewnie przyszedłeś mnie zabić, prawda?"
- "Aleś ty bystra…" - w jego słowach dało się słyszeć sarkazm.
- "Dlaczego właściwie to robisz?" - zapytała ostrożnie.
- "Takim mnie stworzono" - przekrzywił lekko głowę.
- "Ale chyba masz wolną wolę, prawda?" - spojrzała w ciemne szkła maski - "Nie jesteś maszyną…"
- "Mam wolną wolę…" - zawahał się na chwilę - "Ale… podoba mi się to co robię…"
- "Nie żal ci tych, których zabijasz?" - postanowiła nieco zmienić strategię.
- "Nie…" - przekrzywił się w drugą stronę, cały czas mierząc kobietę wzrokiem - "Nie weźmiesz mnie na współczucie. Nie odczuwam emocji."
- "Żadnych?" - zdziwiła się nieco.
- "Żadnych, które można określić pozytywnymi…" - mruknął.
- "Nigdy nie czułeś nic do żadnej osoby? Nic? Całkiem nic?" - dopytywała mocno zaskoczona. Jakoś nawet przestała zwracać uwagę, na to, że zaraz najprawdopodobniej zginie.
- "Do jednej…" - powiedział po dłuższej chwili milczenia - "Ale ta osoba jest nieosiągalna. I brzydzi się mną…"
- "Może powinieneś spróbować" - zachęciła.
- "Spróbuje… Muszę… Ocalę ją…" - wyszeptał, po czym podniósł głowę - "Ale nie myśl sobie, że taką gadką uratujesz swój nędzny żywot" - chwycił za miecz.
Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia łowczyni wystrzeliła w jego stronę zmaterializowaną w dłoni strzałę, po czym nie patrząc na efekty rzuciła się pomiędzy drzewa. Nagle poczuła szarpnięcie. Zabójca trzymał ją jedną ręką za kaptur i przyciągał do siebie. Miecz wbił w ziemię i wyszarpnął wbitą w ramię strzałę. Cisnął ją w trawę.
Czarodziejka uwolniła się szybkim obrotem i wystrzeliła kolejną strzałę. Tym razem prosto w stopę napastnika. Mężczyzna syknął i wyciągnął ku niej ręce. Kobieta starała się uciec, ale nie spodziewała się, że przeciwnik ma tak duży zasięg. Złapał ją za nadgarstek i zaczął z wielką siłą wyginać jej rękę. Huntress Wizard krzyknęła z bólu i prawie zemdlała gdy jej kość odpuściła z nieprzyjemnym chrupnięcie. Próbowała wystrzelić jeszcze jeden pocisk, ale zaciśnięta na jej gardle dłoń w pancernej rękawicy uniemożliwiła to. Oddychało się jej coraz ciężej, a przed oczyma pojawiły się czarne plamki. Kolejne chrupnięcie oznajmiło zmiażdżenie tchawicy. Toffiblade puścił, a ciało kobiety upadło bezwładnie w trawę.
Zabójca szybkim ruchem wyrwał strzałę i lekko utykając odszedł.
Kilka minut później na polanę powoli weszła niewysoka nimfa. Carroll rozglądała się z niepokojem po drzewach - las nie był jej naturalnym środowiskiem i nie lubiła przebywać w nim sama.
- "Jesteś tutaj? Przyszłam spra…" - spostrzegła martwą przyjaciółkę - "Nie…"
Podbiegła do niej i upadła na kolana. Po jej policzkach spłynęły łzy.
Toffiblade spojrzał na leżący na jego dłoni, niewielki, szary przedmiot. Uśmiechnął się nieprzyjemnie. Nie miał na sobie maski i górnej części pancerza oraz jednego buta. Jego pierś i noga owinięte były bandażem.
Siedział w korytarzu przed wejściem do sali tronowej i czekał na królewnę, której chciał zdać raport i przekazać zdobyte wieści. Jej wynalazki przydały się po raz kolejny - mały, samodzielny robot nagrał cały przebieg rady dowódców rebelii. Wszystko było na małym odtwarzaczu, który od ostatniej minuty podziwiał.
Jemy samemu ze sporą niechęcią przyglądała się para pilnujących drzwi gwardzistów. Nie za bardzo przepadali za zniesławionym zabójcą. Krążyły o nim najróżniejsze opowieści. Głównie o jego okrucieństwie.
W końcu wrota uchyliły się, a w szczelinie pojawiła się głowa jakiegoś słodyczanina, który aktualnie zajmował stanowisko lokaja.
- "Princess Bubblegum zaprasza" - powiedział oficjalnym tonem i wykonał zapraszający gest.
Mężczyzna utykając lekko na zranioną stopę ruszył do wnętrza sali. Zbliżył się do królewny i pokłonił.
- "Doszły mnie wieści o wykonaniu przez ciebie zadania…" - powiedziała monarchini głaszcząc delikatnie po plecach lewitująca obok tronu wampirzycę. Szaroskóra miała nieobecny wyraz twarzy - "Słyszałam również, że masz dla mnie jakieś ważne wieści."
- Owszem pani - wyciągnął przed siebie rękę starając się przy tym nie spoglądać na Marcelinę. Urządzonko na jego dłoni rozłożyło się i zaczęła świecić. Po kilku sekundach pojawił się drżący i falujące, różowy hologram. Cztery postacie stały przy mapie.
- "To proste… ...będzie wojna" - dało się słyszeć z niewielkich głośniczków.
- "Czyli nasi bojownicy chcą wojny?" - uśmiechnęła się pobłażliwie nie przerywając delikatnego przeczesywania długiej grzywy czarnych włosów wampirzycy. Włosów, które doskonale zasłaniały niewielkie urządzenie z czerwoną diodą wczepione w kark - "W takim razie damy im ją! Będziemy przygotowani… I damy Ooo bitwę jaką wszyscy długo popamiętają!" - zaśmiała się i odetchnęła z satysfakcją - "Dziękuję Toffiblade. Możesz wrócić do swoich zajęć. Życzę ci też szybkiego powrotu do zdrowia."
Zabójca skinął głową i oddalił się. Usłyszał jeszcze fragment rozmowy, a raczej monologu królewny.
- "Chodź kochanie… To wszystko wkrótce się skończy…"
Do wyjścia odprowadziło go nieprzyjemne kłucie w piersi i uczucie zimnej wściekłości.
AN: Powyższy rozdział dedykuję kirakorze w dzień jej urodzin. Wszystkiego najlepszego :D
Dodatkowo (po raz pierwszy chyba...) zachęcam do pisania recenzji tutaj, na stronie . Z góry dziękuję ~MasterSkorpius
