Rozdział 13
Nad równiną przed murami Candy Kingdom panowała zakłócana tylko przez cichy gwizd wiatru cisza. Czarnowłosa postać stała nad białą piłeczką golfową na niewielkiej podstawce. Veidrik wyciągnął spod płaszcza kij, zważył go w dłoniach i zmierzył fachowym spojrzeniem. Poślinił palec i sprawdził prędkość i kierunek wiatru. Pokręcił z niezadowoleniem głową i wyrzucił trzymane narzędzie, po czym wyciągnął nowe. Różniło się ledwo zauważalnie. Mężczyzna zerknął w kierunku wbitej kilkaset metrów dalej czarnej chorągiewki i zamachnął się.
- "Sądzisz, że to dobry pomysł?" - zapytał lekko zaniepokojony głos.
- "Nie wiem… Nigdy nie grałem w golfa…" - odpowiedział spokojnie czarnowłosy uderzając jednocześnie kijem. Piłeczka odleciała z cichym świstem.
- "Eee… Chodziło mi ra…" - zaczęła maskotka.
- "Cicho!" - przerwał jej człowiek - "Muszę sprawdzić, czy trafiłem!"
Veidrik teleportował się do dołka zanim pocisk doleciał na miejsce. Biały przedmiot wylądował ledwie kilka centymetrów od wykopanej niedbale dziury. Zaraz jednak do niej wpadł trącony stopą obutą w lekko zużytego kamasza.
- "Udało się! Za pierwszym razem!" - zaśmiał się głośno i podskoczył kilka razy miejscu z uniesionymi w górę rękoma - "To co tam mamrotałeś?" - spytał uspokajając się i wydobywając pluszaka.
- "Mówiłem, że nie chodzi mi twoje umiejętności, ale o tamto towarzystwo…"
- "Jakie towarzystwo?"
- "O bananową gwardię" - westchnęła zabawka.
Mężczyzna odwrócił się ku murom by zobaczyć około setki słodyczan zajmujących pozycje bojowe i gapiących się na niego dość wrogo.
- "Nie ma się co o nich martwić" - wzruszył ramionami - "Są zbyt zajęci…"
- "Właściwie racja… Zaraz będą mieli tutaj niezłą zabawę" - zaśmiała się cicho maskotka.
- "Jesteś chory stary" - Veidrik pokręcił głową z dezaprobatą.
Pomiędzy słodkimi drzewami, których korony porastała wata cukrowa maszerowały wojska. Tysiące stóp gniotło zieloną trawę swym nierównym marszem. Elfy, gobliny w szmacianych ubraniach, cytrynowi ludzie, humanoidy, cyklopy oraz wielkie ilości bliżej nieokreślonych mutantów i bardziej unikatowych stworzeń mierzyły energicznym krokiem słodkie ziemie. Prowizoryczne pancerze, wszelkie rodzaje broni białej i mało zaawansowana broń palna pobrzękiwały w rytm kroków wojowników. Dźwięk ten starały się zagłuszyć wielkie bębny. Grający na nich ze wszystkich sił próbowali zagrzać bojowników do walki. W pewnym momencie ktoś nawet zaintonował żywą, optymistyczną pieśń, której słowa powstawały na bieżąco i opisywały wielkie zwycięstwo i to co się stanie z różową dyktatorką po bitwie.
Na czele wojsk szli dowódcy. Lemonhope w kolczudze i zielonej czapce z żółtym piórkiem grał zapamiętale na harfie. Niedaleko maszerował dumnie Cinnamon Bun. Jego czerwona, świeżo wypolerowana zbroja połyskiwała w słońcu, a jego spojrzenie było skierowane prosto w majaczące na horyzoncie pastelowe wieże. Prawe skrzydło armii prowadziła Carroll. Opierała się o swój trójząb, a na plecach miała torbę, w której siedziało BMO. Za nią wiernie podążały opancerzone w błękitny metal nimfy.
Kobieta nie czuła się zbyt dobrze. Wojna ją przerażała, a głód krwi, który aż promieniował z tłumu wojowników sprawiał, że robiło się jej niedobrze. Dochodziła do tego świadomość, że walczyć będzie przeciw dawnym przyjaciołom. Jedyne o czym teraz marzyła to ucieczka…
- "Pani!" - ściskający pod pachą czarną walizeczkę lokaj walił zawzięcie w drzwi do komnat Princess Bubblegum - "Królewno!"
Po chwili w wejściu pojawiła się Bonnibel w laboratoryjnym fartuchu. Zanim zdążyła się odezwać, niski słodyczanin wcisnął jej walizkę do rąk.
- "Rebelianci nadchodzą! Południowe stanowisko obserwacyjne zaraportowało obecność nadchodzącej armii…" - powiedział jednym tchem.
- "Każ przygotować zbroje i broń" - powiedziała uśmiechając się krzywo. Wycofała się do wnętrza pomieszczenia i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Położyła czarny przedmiot na łóżku i zrzuciła z siebie kitel. W środku walizeczki znajdował się mikrofon na długim kablu. Chwyciła go i przysunęła do ust.
- "Moi kochani poddani! Słodyczanie!" - jej głos słychać było w każdym zakątku stolicy - "Zbliża się wroga armia. Ogłaszam najwyższy stopień alarmu! Wszyscy zbrojni mają stawić się na pozycjach bojowych! Dzielnie brońcie swej ojczyzny!"
Odłożyła mikrofon na miejsce i zatrzasnęła pokrywkę. Odwróciła się na pięcie i pomaszerowała ku laboratorium. W kącie pomieszczenia siedziała skulona Marcelina. Jej nie wyrażające nic spojrzenie celowało w brudną ścianę naprzeciwko.
- "To dziś kochanie!" - królewna ukucnęła przed wampirzycą i ujęła jej bladą twarz w swe dłonie - "Dziś jest ten dzień! Dziś się skończy cały ten nonsens!" - pocałowała czarnowłosą w czoło, po czym śmiejąc się pociągnęła ją za sobą do zbrojowni.
Armia rebeliantów zatrzymała się dobre kilkaset metrów od murów. Pozostała już tylko niecała godzina do rozpoczęcia dokładnie zaplanowanego ataku. Centralna grupa uderzeniowa, dowodzona przez Cinnamon Bun'a miała związać walką obronę miasta, kiedy skrzydła armii będą próbowały przebić się przez mury. Bojownicy byli uzbrojeni w silne ładunki wybuchowe, zdolne kruszyć najbardziej gumowate ciasto i najtwardszy lukier.
Jednak przed atakiem nie wszystko było było takie łatwe jak wskazywałby plan. Żołnierze gotowali się z niecierpliwości i skwaru. Słońce było niemiłosierne, a cienia niewiele.
Morale spadło jeszcze niżej, kiedy do uszu buntowników dobiegło wycie alarmu i kiedy zobaczyli działa wysuwające się z murów oraz nagłe zagęszczenie wojsk przeciwnika. Za blankami, na ganku pojawili się uzbrojeni w karabiny gwardziści w lekkich mundurach, a przed miasto zaczęli wychodzić cytrynowe trepy z karabinami szturmowymi i bananowa jazda. Całą tą hałastrą przewodził hrabia Lemongrab IV.
Królewna w prawie niezniszczalnej zbroi szła sprężystym krokiem ku wyjściu z pałacu. Zdobiona szabla obijała się o jej udo. Monarchini co jakiś czas sprawdzała w podnieceniu założone na nadgarstek urządzenie. Kilka metrów za nią leciała opancerzona i uzbrojona w swój
topór basowy wampirzyca. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
Na zakręcie korytarza kobiety prawie wpadły na biegnącego Toffiblade. Zabójca natychmiast się odsunął i ukłonił.
- "Pani…" - powiedział uprzejmie - "Jakie są rozkazy?"
- "Twoim zadaniem jest upolowanie dowódców bojowników i unieszkodliwienie silniejszych żołnierzy" - Princess Bubblegum odpowiedziała zdecydowanym tonem.
- "Tak jest…" - mężczyzna skłonił się jeszcze raz, po czym odbiegł w stronę pola bitwy.
Bonnibel i Marcelina podążyły w tym samym kierunku i wkrótce znalazły się na ulicach obleganego miasta. W idealnym momencie by usłyszeć wściekły krzyk tysięcy gardeł dobiegający zza murów.
Wybiła godzina. Armia rebeliantów z wściekłym krzykiem wymieszanym z pełną patosu pieśnią ruszyła do ataku. Natychmiast zaatakowali również obrońcy. Odezwały się karabiny i działa, a równina szybko pokryła się dymem i pyłem. Silne eksplozje przetrzebiły tylne szeregi armii. Krótki moment później bananowa jazda wbiła się w piechotę. Padały wierzchowce, jeźdźcy i piesi. Cinamonn Bun z furią roztrącał przeciwników swą kopią. Wzdrygnął się gdy na jego zbroi zadzwoniły pociski. Zaszarżował prosto na cytrynowego żołnierza.
Tymczasem pareset metrów dalej Carroll ciskała wodnymi kulami w atakujących słodyczan. Osłaniały ją walczące wręcz nimfy, a dwa gnomy podkładały ładunki pod mur.
- "Wszyscy padnij!" - wrzasnął jeden z saperów, po czym padł na ziemię. Podobnie zrobili pozostali. Jedna nimfa była za wolna i odłamek urwał jej głowę. Woda rozlała się na trawę.
Carroll zacisnęła zęby i starając się nie oglądać na zabitą i zachować zawartość brzucha w… brzuchu, ruszyła przez powstałą wyrwę. Szybko wyprzedziły ją pozostałe żywiołaki. Jedna z nich prawie natychmiast padła otrzymawszy serię z karabinu prosto w pierś. Carroll krzyknęła wściekle i zmieniła ciało zabitej w śmiercionośny strumień, który rozciął w pół ledwo widocznych w powoli opadającym ciastowym pyle żołnierzy. Nagle obok przebiegł ognisty człowiek i wskoczył do najbliższego cukrowego domu. Kilka sekund później budynek stanął w płomieniach.
Uwagę wodnej kobiety przykuły zbliżające się powoli dwie postacie.
Lemonhope zawzięcie grał na harfie prowadząc swoje oddziały do walki. Prowadził je prosto na mur pilnowany przez postać w czerni. Postać, która właśnie zeszła z cytrynowego wielbłąda i dobyła miecza o specyficznym kształcie. Fala dźwiękowa, która wydobyła się z ostrza skruszyła harfę i podarła ubranie niskiej cytryny. Wykrzyczany skrzekliwym głosem rozkaz pociągnął za sobą strumień rozgrzanego ołowiu, który zmienił rebelianta w sito. Szeroki uśmiech satysfakcji szybko jednak spełzł z twarzy Lemongraba. W tym samym momencie, w którym uniósł głowę i napotkał na ścianę wściekłych spojrzeń. Cytrynowi bojownicy rozszarpali hrabiego, swego byłego pana, na drobne kawałeczki.
- "Kochanie, proszę cię, załatw tamtych buntowników" - PB wskazała Marcelinie nimfy i gobliny, które przed chwilą wtargnęły przez dziurę w murze. Wampirzyca posłusznie ruszyła z toporem - "Ja zajmę się się ich władczynią…"
Carroll słysząc to spróbowała się schować za trójzębem. Zaczęła panikować i nie mogła się ruszyć. Królewna wystrzeliła w jej stronę z urządzenia na nadgarstku cieniutkie druciki, które owinęły się dookoła jej broni. Szybkim ruchem wyszarpnęła ją i odrzuciła w bok.
To zadziałało na kobietę jak wiadro zimnej wody. Rzuciła się do ucieczki, ale prawie natychmiast potknęła się o jakieś ciało i wylądowała pod ścianą. Odwróciła się do monarchini i zaczęła zasłaniać się rękami.
- "Bonnibel! To ja!" - powiedziała błagalnie - "To ja, Carroll!"
Princess Bubblegum bez słowa, czy choćby gestu wycelowała w jej stronę rękę. Różowe urządzenie zaczęło wydawać głębokie buczenie. Jednak w momencie wystrzału drucików między kobietami pojawił się szary kształt. Twarz Bonnibel wykrzywiło przerażenie. Marcelina, dookoła której szyi owinęła się metalowa żyłka, zaczęła powoli zbliżać się do królewny. Uśmiechała się smutno, a po jej policzkach spływały łzy. Przytuliła się do różowowłosej, którą zaczynać wstrząsać płacz. Po kilku sekundach urządzenie przestało buczeć i wyemitowało ładunek elektryczny. Ciało wampirzycy zesztywniało na chwilę, po czym zwiotczało. Bonnie upadła na kolana i przycisnęła z całych sił ukochaną do piersi.
Carroll widząc to i powstrzymując łzy, wstała i pobiegła. Miała dość. Dość wojny, śmierci, krwi i smutku. Pędziła na oślep aż wpadła w czyjeś ramiona. Tajemniczy ktoś uścisnął ją i pogłaskał po głowie, po czym wskazał wystającą z czarnego, skórzanego rękawa dłonią drogę.
Niewiele dało to nimfie. Zgubiła się wśród uliczek cukrowego miasta, w dymie i pyle. Mężczyzna w szarej zbroi, który pojawił się tuż przed nią wyciągnął miecz. Kobieta nie mogła się ruszyć z miejsca. Znów sparaliżował ją strach.
Proste ostrze przebiło jej pierś. Osunęła się na kolana i upadła na ziemię. Z jej plecaka wyplątał się mały robocik. Oparł malutkie łapki o jej twarz.
- "Carroll?" - zapytał cieniutkim głosikiem i usiadł w rosnącej kałuży - "Obudź się Carroll!" - obudowa zaczęła przeciekać. Woda dostawała się do obwodów - "Niscz ci nie jeszcz Carroll? Obudźcz się Carroll… Nie zostawiaj mnie tu samego…" - niebieski ekranik zbladł i zgasł.
Kolejny bananowy gwardzista padł przebity kopią. Cynamonowy wojownik przekroczył ciało i ruszył ku murom. Bojownicy zarzucali na nie linki z kotwiczkami i próbowali się wspinać. W większości przypadków byli jednak szybko zestrzeliwani. Cinnamon Bun zmarszczył czoło widząc spadającego rebelianta. Narzucił kopię na plecy i zaczął się wspinać. Kilka pocisków odbiło się od blach jego napierśnika. Na końcu liny znalazł słodyczanina próbującego pozbyć się wbitego w ciasto blanki haku. Chwycił go za klapę munduru i rzucił za siebie, po czym wszedł na ganek i zaszarżował na obsługę jednego z potężnych dział. Kilka sekund później wszyscy strzelcy leżeli bez życia. Pociski z przewróconego pojemnika poturlały się na wszystkie strony.
Jeden z nich zatrzymał się z metalicznym stuknięciem na metalowej nodze. Nodze należącej do czerwonego robota ze szklanym brzuchem. Podniósł on szpadę i skoczył na rebelianta. Były doradca Flame Pricess cudem zdążył się zasłonić, ale jego broń nie przetrwała, a on sam został ciśnięty o metalową podstawę haubicy.
Cinnamon Bun widział już wcześniej tą maszynę. Śmiercionośny strażnik pożądku w królestwie. Jeśli zejdzie z murów zrobi z bojowników mielone. Cynamonowy wojownik musiał go zatrzymać. Rozejrzał się dookoła. Kilka mterów od niego leżała skrzynka z narzędziami. Podczołgał się do niej i wydobył młotek. Chwycił za jeden z pocisków i zbliżył się do obserwującego pole bitwy mechanicznego wojownika. Uderzył z całej siły w detonator. Eksplozja skruszyła spory kawałek muru.
Czarnowłosy mężczyzna szedł spokojnym krokiem przez pastelowe podziemia. Mijał pancerne drzwi prowadzące do magazynów, wielkich hali, laboratoriów i fabryk, a podeszwy jego ciężkich butów stukały o płytki z twardego cukru.
Teren placówki był opuszczony - cały personel bronił właśnie miasta. Pod grubą warstwą słodkiej ziemi i ciastowej zaprawy panował więc prawie idealny spokój. Tylko żarówki ukryte za kratkami z cukrowej stali mrugały w rytm wybuchów na powierzchni.
Człowiek w płaszczy zachowywał się jak na spacerze. Rozglądał się powolnymi ruchami głowy i oglądał mijane znaki na ścianach. Ostrzeżenia przed najróżniejszymi zagrożeniami, nakazy posiadania ochronnego stroju i kierunkowzkazy.
Stanął przed grubą, metalową śluzą i przyjrzał jej się pobieżnie. Metal rozpłynął się pod jego spojrzeniem i rozlewając się wrzącą kałużą po korytarzu odsłonił przejście do sporego pomieszczenia. Wewnątrz, ze środka podłogi wystawał niewielki panel kontrolny z czerwoną dźwignią, a za nim stała ogromna maszyna. W przezroczystych rurkach płynęła ciemno fioletowa, gęsta ciecz. Urządzenie mrugało setkami kontrolek i buczało głośnymi generatorami.
Czarnowłosy poprawił klapy płaszcza i przeczesał grzywkę. Z jego rękawa wysunął się jaskrawo zielony łom. Uniósł narzędzie, po czym z całej siły zaczął okładać panel. Części i kawałki słodkiego plastiku leciały na lewo i prawo.
- "Wiesz, że to niewiele da?" - spokojny głos spod ubrania mężczyzny odezwał się gdy tylko skończyła się demolka.
- "Oczywiście, że wiem" – odpowiedział z powagą w głosie Veidrik – "Ale musiałem się nieco wyżyć… No wiesz… Ciężki dzień…"
- "Jaki ciężki dzień?!" – prawie wykrzyknęła maskotka – "Jedyne co dziś robiłeś to granie w golfa, teleportowanie się po polu bitwy i przytulanie tej małej nimfy!"
- "No widzisz?" – przekroczył szczątki konsoli i zbliżył się do maszyny – "To był bardzo ciężki dzień…"
Pod wpływem uderzeń kawałkiem metalu rury zaczęły pękać. Szkło i fioletowa maź leciały na podłogę, a kontrolki gasły. Pancerne panele wyginały się i kruszyły. Po krótkim czasie generatory zamilkły i słychać było tylko rytmiczne okładanie kupy złomu jaka pozostała z urządzenia łomem.
Po różowych policzkach królewny spływały łzy. Spływały prosto na szarą, bledszą niż zwykle twarz wampirzycy. Żołnierze obydwu stron przebiegali obok nawet się nie oglądając na monarchinię ściskającą martwe ciało swej kochanki.
- "Prze… przepraszam…" - powtarzała Bonnibel chlipiąc cicho – "Ja… nie chcia… chciałam…"
Jaj świat właśnie się rozsypał. Świat, który przez ostatnie miesiące i tak się ledwo trzymał. Królewna nie chciała by komukolwiek jej bliskiemu przydarzyło się cokolwiek złego. Eliminowała każdego, kto stanowił zagrożenie. Każda władczynię. Każdą znaczącą coś jednostkę. Wszystko po to by chronić swe dwie największe miłości – poddanych i ukochaną. Teraz jej królestwo płonęło, a Marcelina zginęła od jej broni.
Nawet nie uniosła głowy gdy ktoś zatrzymał się tuż przy niej. Podświetlona blaskiem płomieni, postawna, szara postać. W prawej ręce trzymała ociekający krwią, wodą i cukrem, prosty miecz. W lewej dymiący i śmierdzący prochem pistolet maszynowy. Przyglądała się zza odbijających światło ognia szkieł maski. Przesuwała spojrzeniem po nieruchomym ciele czarnowłosej kobiety.
- "Dlaczego to zrobiłaś?" – zapytał Toffiblade sztucznym, niezwykle spokojnym głosem.
Princess Bubblegum nie odpowiedziała. Nie uniosła nawet wzroku. Przytuliła tylko martwe ciało mocniej do piersi szepcząc coś do szarego ucha.
- "Dlaczego ją zniewoliłaś?" – zapytał zimno – "Odpowiedz!" – krzyknął.
- "Odejdź… Proszę… Zostaw mnie…" - powiedziała cicho monarchini wtulając nos w kruczoczarne włosy.
- "Odpowiedz!" – krzyknął. Jego przepełniony wściekłością i zmodyfikowany przez komputer głos sprawił, że różowa królewna zadrżała i jeszcze mocniej objęła martwą.
- "Nie… nie mogłam zostać sama…" - odpowiedziała cicho. Jej głos przepełniał strach i smutek.
- "Dlaczego ją zabiłaś?" – ton wypowiedzi zabójcy nieco się uspokoił. Teraz był prawie wyprany z emocji.
- "Odejdź… Zostaw mnie…"
- "Odpowiedz, albo cię zabiję" – Toffiblade wycelował do niej z pistoletu maszynowego.
- "Odejdź!" – wrzasnęła kobieta wystrzeliwując jednocześnie z przymocowanego do nadgarstka urządzenia.
Dwa ostro zakończone druty poleciały w stronę mężczyzny. Przebiły pancerz zakrywający jego gardło i wbiły się w ciało. Wojownik warknął i cofnął się o krok. W tym samym momencie przez jego ciało przebiegł prąd. Z trudem wyrwał przewody i odrzucił je gdzieś na bok. Oddychał ciężko, a w powietrzu rozchodził się swąd przypalonego toffi.
Królewna nie traciła czasu. Podniosła ciało ukochanej i całując szarą twarz zaczęła uciekać. Mijała płonące domy i konających żołnierzy. Mijała krwawe jatki, mordy, gwałty i rabunki. Przebiegła przez wyłamane wrota pałacu i otwarte na oścież drzwi prowadzące na wyższe piętra. Przekroczyła nie zdradzających żadnych oznak życia lokaja i kucharkę. Nawet nie spojrzała na czarnowłosego mężczyznę w płaszczu, który odprowadził ją zielonymi oczyma. Kopniakiem otworzyła niedomknięte drzwi do swojej sypialni i przekroczyła zalegające na podłodze ubrania i przedmioty, które ktoś rozrzucił szukając czegoś cennego. Delikatnym ruchem ułożyła Marcelinę na łóżku i złożyła czuły pocałunek na jej czole.
Drzwi nie zniosły kolejnego kopniaka. Padły pod wzmocnionym hydraulicznie ciosem. Do pokoju wkroczył powoli zabójca. Rozdeptał leżące na różowym dywanie rzeczy. Po jego napierśniku ciekł roztopiony cukier.
- "Zapłacisz za wszystkie swe zbrodnie… różowa wiedźmo…" - powiedział pozbawionym emocji, całkowicie syntetycznym głosem. Pistolet gdzieś porzucił, ale wciąż trzymał miecz.
- "Odejdź!" – krzyknęła drżącym głosem Bonnibel. Dobyła wiszącą przy pasie szablę. Cukrowy metal odbił światło szalejących na zewnątrz płomieni.
Toffiblade machnął swą bronią. Ostrza zderzyły się z metalicznym dźwiękiem. Zabójca napierał tak silnie, że królewna zaczęła się cofać. Krok za krokiem, cięcie za cięciem walczący wyszli przez pociętą kotarę na balkon.
Panorama płonącego królestwa była wręcz powalająca. Kolumny dymu biły w niebo. Na ulicach mrowie malutkich z tej odległości postaci wciąż prowadziło krwawe walki. Działa chroniące murów dawno już ucichły, ale małokalibrowa broń wciąż huczała i grzechotała, plując zabójczym ołowiem. Gdzieś tam przebijały się nawet wściekłe ryki niedźwiedzia.
Jednak ani zabójca, ani królewna nie zwracali uwagi na widoki. Byli nieco zbyt zajęci parowaniem ciosów. Monarchini męczyła się. Mięśnie jej ręki pulsowały bólem, czuła jakby jej palce zaraz miały się połamać, a miejsca na balkonie było coraz mniej.
Kolejne potężne uderzenie wytrąciło jej szablę z dłoni. Cała kończyna zdrętwiała, a broń poleciała za barierkę. Zaraz opancerzona noga podcięła kobietę. Zderzenie z twarda podłogą odebrało jej na chwilę przytomność. Kiedy otworzyła oczy ujrzała czubek miecza.
- "Proszę…" - w jej zaczerwienionych oczach znów zbierały się łzy – "Zostaw mnie w spokoju… Odejdź… Proszę…"
Mężczyzna nie słuchał. Zimny metal przebił gumowe serce Bonnibel.
Nie usłyszał cichych kroków w sypialni. Nie zobaczył sklejonych z pyłu macek, które oczyszczały podłogę z rozrzuconych przez szabrowników śmieci. Nie poczuł na sobie przenikającego duszę spojrzenia zielonych oczu.
- "Podoba się bitwa?" – zapytał dziwnie nieprzyjemny głos zza jego pleców. Zabójca odwrócił się gwałtownie, zasłaniając się jednocześnie mieczem.
Veidrik dotknął ostrza opuszkiem palca. Broń natychmiast zmieniła się w czarny dym i odleciała z wiatrem. Toffiblade powiódł zaskoczonym wzrokiem za odlatującą chmurką, po czym spojrzał na swą pustą dłoń. Czarnowłosy zmierzył go pogardliwym spojrzeniem i pstryknął palcami. Groźny przed chwilą wojownik odleciał w ślad za swym mieczem.
Mężczyzna w płaszczu podniósł delikatnie ciało monarchini i wrócił od pomieszczenia. Ułożył ją tuż obok Marceliny i splótł je w uścisku. Westchnął głęboko i poszedł na balkon. Usiadł na szerokiej barierce, oparł się o ścianę i wydobył pluszaka.
- "To chyba już stary…" - powiedział rozglądając się po polu panującej w najlepsze bitwy – "Już wkrótce nastąpi koniec…"
- "Możemy to pociągnąć dłużej…" - zaproponowała zabawka.
- "Przecież już otworzyłem przejście" – pokręcił głową czarnowłosy – "Zaraz nadejdą. Zemszczą się…"
W tym momencie nad królestwem i wieloma innymi miejscami w Ooo pojawiły się płonące portale. Wypełzły z nich setki demonów, które zalały ulice, lasy i doliny. Zaczęły rzeź, której przewodził sam Hunson Abadeer. Zemsta za śmierć córki…
- "Stało się…" - powiedziała maskotka.
- "Czas rozpocząć nowy cykl" – potwierdził Veidrik rzucając zabawkę na podłogę balkonu.
Zielonkawa energia rozerwała materiał. W strzępach pluszu pojawił się niewielki portal. Mężczyzna wstał i bez najmniejszego wahania wskoczył do środka. Przejście natychmiast się za nim zamknęło.
Sekundę później na resztkach zabawki wylądował typek w garniturze. Postukując wypolerowanymi butami wszedł do sypialni i spojrzał na leżące na łożu ciała. Pokręcił powoli głową i starł spływająca po policzku łzę. Zerknął na zegarek i wyszedł z pokoju. Miał jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
W opuszczonym tysiąc lat temu laboratorium umierała maszyna. Przez ostatnie dekady sterował nią pewien nieśmiertelny. Nieśmiertelny, który nagle postanowił sobie przerwać i odejść. Maszyna nie chciała jednak umrzeć. Nie mogła też się uwolnić spod władzy umysłu istoty. Robiła więc wszystko, żeby zniechęcić ją do odejścia. Trzymała kablami, dopóki te się nie zerwały. Prosiła setkami komunikatów, dopóki silna pięść nie skruszyła ekranów i nie zgniotła głośników. Pozostały jeszcze pancerne drzwi. Maszyna postanowiła ich nie otwierać. Niewiele dały jednak zasuwy, zamki i ciężkie zawiasy. Gruba warstwa metalu zmieniła się w pył wypuszczając czarnowłosego człowieka na wolność.
- "Nareszcie…" - westchnął Veidrik nie oglądając się nawet na gasnący Imaginatron. Wkrótce pomieszczenie było oświetlone tylko przez czerwone lampy awaryjne – "Nareszcie odpocznę" – zaśmiał się.
Ściana naprzeciwko pękła ukazując ognisty portal. Śmieci zalegające na podłodze spłonęły w mgnieniu oka. Wśród płomieni zmaterializował się demon w garniturze. Nad szpiczastymi, szaro-niebieskimi uszami miał ulizaną, czarną jak noc czuprynę.
- "Nie spieszyłeś się" – mruknął człowiek.
- "Po co miałbym?" – zapytał Hunson Abadeer – "Przecież i tak byś tutaj siedział…"
- "Masz rację…" - uśmiechnął się – "To zaczynamy?"
- "Ty naprawdę chcesz oddać mi swoją duszę za nic?" – władca Nocosfery uniósł brew.
- "Już się trochę nażyłem, a to jedyny sposób by mnie zabić…" - odpowiedział spokojnie – "Zresztą takie już sobie ustaliłem zasady. Trzeba kontynuować cykl."
- "Ok… Nie wiem o czym mówisz, ale duszę chętnie przyjmę."
Armia demonów rozlała się po Candy Kingdom zabijając każdego kogo napotkała. Obrzydliwe stwory nie wlazły tylko do sypialni Princess Bubblegum, która była w jakiś tajemniczy sposób chroniona.
Podziemia pałacu nie ustrzegły się jednak od inwazji. Potwory niszczyły wszystko co zdołały. Darły ubrania ochronne, rozlewały chemikalia, niszczyły meble i maszyny. Jeden z nich zapuścił się do przyciemnionej hali, na której środku stał szklany pojemnik z gęstą cieczą, w której unosiła się tłusta, rogata postać. Demon opierając się na długich kończynach w kształcie ostrzy obejrzał dokładnie urządzenie. Po dodatkowym obwąchaniu i ostukaniu stwierdził, że nadaje się do zniszczenia. Kilka uderzeń później wielki bobas leżał w kałuży śluzu i szklanych odłamków. W tym przypadku stwór nie wahał się już tak długo. Zręcznym ruchem pozbawił tłuściocha łba.
Umarł Lich…
…niech żyje Lich.
