Rozdział 2 Przetrwać.

It's everything you wanted, it's everything you don't
It's one door swinging open and one door swinging closed
Some prayers find an answer
Some prayers never know
We're holding on and letting go

-Ałć- jęknęła, czując jak uderza z impetem o zimną posadzkę. W plecy wbijały jej się kije od mioteł. Wyglądowała w… schowku? Schowek na miotły. W Hogwarcie. Była zdezorientowana. Czy podziałało? Oby. Podniosła się z ziemi intesywnie pocierając bolące plecy. Tak, bez siniaków się nie obejdzie. Powoli wyszła na korytarz.

-Ty! Czego się włóczysz po nocy?! –usłyszała krzyk, zapewne woźnego który rzucił się w pogoń by złapać nikczemnego ucznia, łamiącego zasady-Potter jeśli to znowu Ty wylądujesz u dyrektora-ryknął wściekły. Nie mogło mu chodzić o Harrego Pottera, gdyby zaklęcie nie zadziałało, w czasach Cassie wszyscy wiedzieli że Potter na siódmy rok do szkoły nie wrócił. Nie był to Flitch z pewnością choć zapewne można dostrzec wiele podobieństw-na przykład czarujący charakter, ewentualnie miłą aparycje. Tyle możliwości. Cassie jednak nie myśląc o tym wpadła znowu do schowka, i rzuciła się w stronę okna

-Bombarda- krzyknęła i poczuła jak siła uderzenia odrzuca ją do tyłu. Całe okno szlag trafił. Korzystając z okazji wzięła pierwszą lepszą miotle którą miała pod ręką i wzniosła się ku górze słysząc okrzyki woźnego –coś w stylu Wariatka, Dyrektor Dippet się o tym dowie!

Cassie przyśpieszała coraz bardziej i zamknęła oczy. Miała okazje latać na miotle tylko kilka razy w pierwszej klasie, pod nadzorem pani Hooch. I nie sprawiało jej to wiele satysfakcji. Właściwie, rzadko była zadowolona w momentach kiedy zmuszano ją do jakiegoś działania. Teraz jednak, pomimo lekkiego lęku wysokości, właściwie czuła się szczęśliwa. Chociaż, niestety, nie dało się nie zauważyć że ta miotła była wolna, nawet bardzo wolna. I wyglądała jakby zaraz miała się rozpaść. Można by to uznać za nieco niepokojące, ale nie myślmy negatywnie. Wydostanie się z Hogwartu wcale nie było takie trudne musiała po prostu lecieć wzdłuż torów. W rosnącym przerażeniem patrzyła na przestrzeń przed sobą. Świetnie. Dwa dni i jestem na miejscu. Świetnie.

Praca dorywcza jako pomywaczko-sprzątaczka w dziurawym kotle nie była taka zła. Choć aktualny właściciel-Adrew Burkes był chyba najbardziej skąpym gburem jakiego Cassie miała okazje zobaczyć na oczy. Przynajmniej zapewniał jej nocleg i wyżywienie. I nie zadawał pytań-co bez wątpienia było jego niezwykłą zaletą. Jedzenie było teraz dla niej najbardziej istotne bo nadal zmagała się z konsekwencjami podróży którą sobie zaserwowała. Bez jedzenia, bez picia. Świetny pomysł pomyślała po raz setny, za każdym razem jej głos ociekał coraz większym sarkazmem. Przecież to był świetny pomysł.

Cassie czas który spędziła w Londynie, intensywnie wykorzystywała do poszukiwań. Właśnie miała na oku jedną dziewczynę która czasem bywała w lodziarni Floriana Fortescue. Spotykała się tam z czterema ślizgonkami, które prawdopodobnie również nadawały się do jej planu-były w tym samym domu, w tym samym wieku i należały do fanklubu-Toma Riddla. Właściwie rozmawiały tylko o nim. Niestety działalność klubu to były spotkania tematyczne typu „Jak uważyć eliksir miłosny"" „Osobowość której z nas najbardziej pasowałaby do Toma", „Zaklęcia i eliksiry które powinnyśmy znać by zasłużyć na jego uznanie". I tak dalej. Największą trudność sprawił im najciekawszy dla Cassie temat „Jak dołączyć do grupy przyjaciół Toma Riddla" pojawiały się tam nazwiska Malfoy, Avery, McNair. Cassie gdy przysłuchiwała się jednemu z pierwszych spotkań było trochę niedobrze. Potem zaczęła znosić te wywody bez wyraźnego grymasu na twarzy, jakby zakładając kamienną maskę bo inaczej tych bzdur wytrzymać nie mogła. Dziewczyna którą Cassie interesowała miała praktycznie zawsze tłuste włosy. Na domiar złego-cienkie, o kolorze wypłowiałego brązu. Była niska i wychudzona. Cassie była metamorfomagiem więc potrafiła dopasować swój wygląd do wyglądu tej konkretne dziewczyny. Wiedziała także że ta dziewczyna mieszkała tylko z matką, która nie była czarownicą, w mugolskiej dzielnicy. Pewnego dnia, w godzinach popołudniowych, po tym jak wszystkie z dziewczyn zaczęły zbierać się do domów Cassie podążyła za ślizgonką

-Imperio-wyszeptała, wiedząc jak nikogo nie ma w pobliżu, podeszła do dziewczyny która aktualnie stała jak wmurowana i szepnęła-Pójdziesz za mną. Cassie kątem oka widziała jak piętnastolatka, niczym szmaciana lalka podąża za nią. Cassie poczuła silne ukłucie w klatce piersiowej. Po ostatnim roku nauki, nauczyła się wiele ale coś co pozostanie wyryte już na zawsze w jej duszy-nienawidzi czarnej magii. I nie chciała mieć z nią nigdy nic wspólnego. Czekała na dzień w którym wiedzieć będzie że już nigdy nie będzie zmuszona do takich podłości do których człowiek zdolny jest by tylko przetrwać. Osiągnąć swój cel. Czarna Magia była narzędziem do osiągnięcia wymarzonego celu bez względu na koszty. Szczerze gardzić takim działaniem, tego chciała. Może kiedyś.

-Jak się nazywasz?-spytała Cassie celując różdżką prosto w serce dziewczyny, były same, Cassie udało się zaprowadzić dziewczyne w jedną z ciemnych , opustoszałych ulic Londynu.

-Mary-Ann Perks- odrzekła, wpatrując się w Cassie pustym wzrokiem

-Jak na imię Twojej mamie?

-Elena Perks

-Gdzie mieszkacie?

-Haliford Street 31

-Dzięki,przepraszam Mary-Ann-mruknęła Cassie i przyknęła oczy-Oblivate

Sometimes we're holding angels
And we never even know
Don't know if we'll make it, or we know
We just can't let it show