Londyn, Picadilly. Późny październik 1917 r.

Chodzę po Londynie, by uspokoić umysł. Głównie po Westminstrze, chociaż zbaczam też w inne regiony.

Tamtej nocy wiatr rozścielał październikowe liście wokół moich butów; wirowały jak chmary robactwa. Przestałem zwracać uwagę na to, w którą stronę zmierzam. Być może nie zmierzałem w żadną.

Kiedy nie zmierzam w żadną konkretną stronę, zmierzam w stronę Baker Street.

Och, to szczeniackie, wiem. Ale jednak miejsce to posiada nade mną taką władzę, że nie czuję najmniejszego zażenowania. Nigdy się nie zatrzymuję – nigdy nie pragnę się zatrzymać. Stanięcie na Baker Street przed bardzo konkretnym domem nie jest głównym celem mojej wędrówki. Celem jest minięcie tego domu jakbym nadal tam mieszkał, jakby on mieszkał tam ze mną i jakbyśmy wiedli zwyczajne, nieco ryzykowne, interesujące życie, przerywane czasem śledztwami; nigdy nazbyt niebezpieczne. Jeśli w odpowiedni sposób przejdę mimo murowanego, porządnie utrzymanego domu i nie spojrzę na niego wprost, czuję się, jakbym znów miał trzydzieści lat.

Nie dotarłem tam. Nie spieszyłem się lub też jeszcze nie do końca przyznałem przed samym sobą, że idę w tamtą stronę. Szczerze mówiąc, byłem wciąż dość daleko – skręciłem z Haymarket w Picadilly – kiedy zobaczyłem policjanta z transparentem ostrzegającym przed bombardowaniem. Był blady i ze wszystkich sił potężnych płuc dął w gwizdek.

- Proszę się gdzieś schronić, sir! - wydyszał, przebiegając obok mnie. - Reflektory przeciwlotnicze ich nie namierzyły, ale nadchodzi zeppelin.

- Dobry Boże – wymruczałem.

Nie pierwszy raz znaleźliśmy się pod ostrzałem. Widywaliśmy już zeppeliny w 1915 roku, a potem w 1916, chociaż mniej liczne. A na początku roku bomba spadła na przedszkole. Szesnaścioro dzieci zginęło w mgnieniu oka.

Policjant odbiegł, gwiżdżąc dziko. Ja natomiast znajdowałem się na placu, co nie było zbyt mądre. Przebiegłem przez Picadilly Circus, zmierzając do monumentalnej potęgi London Pavillion, kiedy znów usłyszałem, jak stróż prawa gwiżdże.

Rozejrzałem się z zaskoczeniem. Gwizdek, a policjanta nie widać.

Nic więcej nie pamiętam.

Nie obudziłem się przez kilka następnych dni. Najkrócej mówiąc, oto, co pamiętam: pamiętam ból, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. A bywałem już pobity przez łotrzyków, postrzelony, ugodzony nożem w nogę. To było coś zupełnie innego. Gdybym mógł w tym czasie świadomie pragnąć czegokolwiek, przez ten ból tęskniłbym za końcem egzystencji.

Poza tym pamiętam jedynie dwie rzeczy: w którymś momencie, czując, że mam sucho w ustach i gorączkuję, zauważyłem, że nie mogę ruszać rękami i zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle mam jeszcze ręce. Drugą rzeczą, o wiele bardziej poważną, było wrażenie rozchodzącego się po ciele żaru. Nagła, ciepła fala energii i spokoju. Uznałbym, że w końcu umarłem, gdyby fala ta nie była jednocześnie złowieszcza i bardzo znajoma. Jakby ktoś, kto ścigał mnie w ciemności, nareszcie mnie dopadł. Jak delikatny dotyk najgorszego wroga.

Oczywiście, nic z tego nie rozumiałem. A wkrótce potem osunąłem się w głęboki sen.

Londyn, szpital Charing Cross. 22 października 1917 r.

Kiedy wreszcie całkowicie się ocknąłem i otworzyłem oczy, była tylko ciemność.

Spróbowałem się poruszyć i odkryłem, że nie jestem w stanie.

Zamiast poddać się panice (to nigdy nie przynosi niczego poza śmiesznością, nawet w najgorszym położeniu, więc zawsze staram się tę opcję wykluczyć) zacząłem oddychać nieco głębiej.

Czułem ból takiego rodzaju, który powoduje przypływ żółci w gardle. Cierpienie, które wymusza wrzask. Ale nie wrzeszczałem. Nigdy nie pozwalam sobie na taką ostentację, ale i tak zaskoczył mnie mój własny umysł: nie krzyczałem, ale nie starałem się nie krzyczeć. Dlaczego?

Poza agonią czułem jeszcze mrowienie w kończynach – a zatem miałem kończyny? - zaś mój umysł pozostawał dziwnie zamglony i poczułem delikatny aromat... czegoś jak migdały, czegoś drzewnego i słodkiego, ale jakby za mymi niewidzącymi oczami, i ja...

- Och, cholera, kurwa – wycharczałem gwałtownie.

Ktoś szedł w moją stronę. Usiłowałem unieść ramiona w samoobronie, a przynajmniej usiłował zrobić to mój instynkt. Bezowocnie. Walczyłem dalej. Jeśli związali mnie po to, by mnie zabić, nie dam im się tak łatwo, jakby sobie tego życzyli.

- Cicho. Wszystko jest w porządku, mój drogi chłopcze. Czy istnieje możliwość, byś raz spędził dzień, nie dając mi do zrozumienia, że wychowano cię w samym sercu Seven Dials*, zamiast w posiadłości na obrzeżach High Wycombe?

- Mycroft – jęknąłem. Coraz trudniej było mi opanować panikę.

- Petit frère.

- Podałeś mi morfinę.

- Uspokój się, Sherlocku. Przestań się miotać, będzie dużo prościej.

Położył swoją gigantyczną dłoń na mojej i rozwiązał mnie... dlaczego byłem skrępowany? Dlaczego wciąż byłem oślepiony? Czyżbyśmy zostali pojmani? Czyżby Londyn został podbity? Ale więzy wokół moich nadgarstków były miękkie; po prostu kawałki materiału zaprojektowane tak, by uniknąć posiniaczenia. Gdybym się skupił, wyswobodziłbym się z nich w dziesięć sekund.

A więc wydarzyło się coś gorszego niż podbicie miasta.

- Co się stało z moimi oczami? - zażądałem odpowiedzi irytująco drżącym głosem.

- Nic. - Z zaskoczeniem stwierdziłem, że jego głos był równie chrapliwy jak mój. On też nie odzywał się od wielu godzin. - To znaczy, eksplozja lekko wypaliła twoje rogówki. Doktor uznał, że po podjęciu niezbędnych kroków całkowite wyzdrowienie jest pewne.

- Podałeś mi morfinę, prawda? - zapytałem ostro. - Jezu Chryste, Mycroft, do cholery, wiesz, że nie powinieneś był tego robić.

- Tak. - Był bardzo szorstki. Przypuszczam, że miał do tego prawo. Skończył mnie już rozwiązywać i delikatnie położył moje nadgarstki na pościeli. - Wiem.

- Podobno jesteś inteligentny. Podobno jesteś bardziej inteligentny niż ja. Więc dlaczego tak niezrównanie inteligentny człowiek, najinteligentniejszy człowiek w Londynie zrobił coś...

- Zanim prosto w twarz nazwiesz mnie głupim, chciałbym ci uświadomić, że kiedy mam do wyboru patrzeć, jak czwarty raz zrywasz sobie szwy w wywołanym gorączką majaku, a potem umierasz z powodu nieuchronnej infekcji albo też przywiązać cię do łóżka i pozwolić lekarzowi, aby podał ci morfinę, podam ci morfinę – wybuchnął. - Jeśli znów będę miał za brata morfinistę, to przynajmniej będę miał brata. Nie tylko Johna Watsona interesuje, czy żyjesz, czy umrzesz.

Usłyszawszy to, zamilkłem. Nie była to błahostka, nad którą łatwo można przejść do porządku dziennego.

Kiedy zapadła cisza, słyszałem tykanie jego zegarka, niczym echo uderzeń zegara na gzymsie kominka. Zegar wyraźnie się opóźniał. Czy byłem w szpitalu? Czułem zapach antyseptyków, ale to mogło oznaczać wszystko.

Przez co musiał przejść, że odezwał się w taki sposób? Nigdy go takim nie słyszałem. To znaczy, nie od dzieciństwa. A w każdym razie od mojego dzieciństwa, gdyż on był wówczas niemal dorosłym mężczyzną, o zdystansowanych, szarych oczach, charakteryzującym się nienawiścią do nieprzewidzianych okoliczności.

- Przepraszam, że cię przestraszyłem – szepnąłem.

Odpowiedź nie nadeszła.

- Przepraszam, że niemal nazwałem cię nieudolnym imbecylem – dodałem dwadzieścia sekund później z humorem i (mam nadzieję) mniejszym przejęciem.

Usłyszałem jak siada ze zmęczeniem nietypowym nawet dla niego. Przysunął krzesło w stronę mego łóżka; nogi zaszurały o... drewno. A więc nie ma dywanu. Kolejny raz poczułem zapach fenolu. Przypomniałem sobie, że zaraz po obudzeniu usłyszałem kilka ponurych wózków przejeżdżających obok. A zatem szpital albo w ogóle nie znam się na wisielczym nastroju.

- I chciałbym ci podziękować, że powstrzymałeś mnie przed nazwaniem cię nieudolnym imbecylem. Jesteś bardzo sprytny.

Westchnienie. Bardzo głębokie, prosto z trzewi, lubiane przez mego brata w szczególny sposób. Zdecydowałem się przejść do rzeczy.

- Czy w najbliższym czasie pożegnam się z tym światem?

- Jeśli będziesz przyjmował morfinę, a zatem nie będziesz się specjalnie ruszał, a zatem twoje szwy nie pękną ponownie i nie wda się infekcja; jeśli udało się opanować krwotok wewnętrzny, a ty zaczniesz produkować chociaż część tej krwi, którą straciłeś, to nie.

Tym razem to ja potrzebowałem chwili, by zebrać myśli.

- Przepraszam, że cię przestraszyłem – powtórzyłem. - Przypuszczam, że walczyłem przeciwko morfinie?

- Dzięki niebiosom, wtedy nie byłeś zdolny do protestu.

- Co za szczęście. Powinienem był uderzyć lekarza.

- Gdybyś tylko nie był tak cholernie uparty... - westchnął.

- Uważaj na język, Mycrofcie.

- Tak, masz rację. Daję ci bardzo zły przykład.

Zastanawiałem się, czy mimo morfiny sam mogę odkryć, co ucierpiało najbardziej. Nagle bardzo chciałem oszacować skalę mych ran. Spróbowałem. Nie byłem jednak w stanie rozróżnić źródeł bólu. Wydawało mi się, że całe moje ciało poniosło szwank; każda komórka z osobna została zmiażdżona. Ale przecież nie mogłem się dopytywać: „Bracie mój, czyżbym został zmiażdżony prasą drukarską?". Przez chwilę miałem ochotę zapytać Mycrofta, czy powinienem jeszcze kiedyś się boksować, stwierdziłem, że żart nie jest zbyt dobry, i w ramach eksperymentu ugryzłem się w język.

Nie zabolało.

„Jeśli to nie zabolało, to co, do diabła, boli tak potwornie?"

- Powiedz coś o mnie, co nie ma nic wspólnego z eksplozją – wymamrotałem bezsensownie.

Zastanawiał się krótką chwilę.

- Nie wiem, jak to możliwe, ale kiedy śpisz, jesteś jeszcze bardziej homoseksualny niż na jawie.

Wreszcie się uśmiechał. Odpowiedziałem mu uśmiechem. A przynajmniej podjąłem próbę. Nie mam pojęcia, jak to wyglądało, ale wierzę, że poruszyłem wargami.

- Musiałeś więc przekupić personel? Ile jestem ci winien?

Poczułem rękę gładzącą moje włosy. Kciuk przesunął się po pionowej linii między czubkiem mego nosa, a nasadą włosów. Nie miało to być błogosławieństwo, ale przysięgam, tak to odczułem. Potem ręka znów zniknęła.

- Nie musisz się o to martwić. Najwyraźniej to, co ten ekscentryk, doktor Freud, nazwałby twoją podświadomością, mówi jedynie po francusku.

- Wiedziałem o tym – szepnąłem. - Czego chciałem?

Nigdy nie usłyszałem jego odpowiedzi. Ponownie odpływałem. Ale poczułem jego odpowiedź. A wiedząc, co zrobiłem później, mogę założyć, że jego odpowiedź brzmiała:

„Już do niego napisałem".

Londyn, Pall Mall. 4 listopada 1917 r.

Mój brat przeniósł mnie, kiedy tylko było to bezpieczne. Nie zrobił tego dlatego, że nienawidzę szpitali albo dlatego, że chciał sam się mną zająć, albo dlatego, że w każdej chwili przytomności nie robiłem nic poza proszeniem, bym mógł wrócić do domu, chociaż wszystkie te powody byłyby prawdziwe. Przeniósł mnie ze względów dużo ważniejszych, co odkryłem, kiedy wieziono mnie na wózku inwalidzkim w stronę automobilu, którego, mając obwiązane oczy, nadal nie mogłem zobaczyć.

Gdy zmierzaliśmy w stronę drzwi, zatrzymało go sześć różnych osób. O ile dobrze pamiętam, kolejno powiedzieli rzeczy następujące:

- Sir, nareszcie nadeszła odpowiedź od majora Havershama. Brzmi: Sześćdziesiąt.

- Belgia żąda odpowiedzi w sprawie agentów Glassa, Elevena i Deadwooda, panie Holmes.

- Czy możemy być całkowicie pewni efektywności maski nowego projektu, sir?

- Waluta w Ameryce stabilna, ale nadal nie otrzymaliśmy odpowiedzi w kwestii obligacji. Przykro mi, panie Holmes. Czy mam jeszcze raz zatelefonować do Willisa?

- Na pańskim biurku leży siedem nowych zaszyfrowanych włoskich komunikatów, sir... Czy mam odesłać je do pana domu?

Nastąpił cudowny moment, w którym w moją twarz uderzyło czyste, przeszywające listopadowe powietrze. Chwała niebiosom, udało mi się wsiąść do pojazdu niemal samodzielnie. Od skórzanych siedzeń biło chłodem, ale byłem dobrze opatulony i mogłem rozkoszować się świeżymi podmuchami powietrza kłującymi moją szyję. Za kilka sekund, kiedy dźwięk pracujących tłoków miał przygłuszyć mój głos, zamierzałem zadać bratu koszmarne pytanie. Ale przez chwilę po prostu chłonąłem zapach wosku i paliwa.

- Jak bardzo zalegamy z pracą, skoro cały czas byłeś ze mną w szpitalu? - zapytałem ponuro, kiedy kierowca uruchomił silnik i samochód z pomrukiem obudził się do życia.

- Przydzielili mi prywatny pokój z telefonem i biurkiem niedaleko twojej sali – odparł Mycroft.

Wielokrotnie wcześniej podróżowałem automobilami, ale zawsze mogłem wyglądać przez okno. Okazało się, że jazda w charakterze ślepca wywołuje dziwne uczucie w okolicach mego karku.

- Bardzo miło z ich strony.

- No cóż, w pewnym sensie jestem brytyjskim rządem – odparł. Słyszałem w jego głosie półuśmieszek.

- Zatrudnij pielęgniarkę – nakazałem. - Zapomnij o mnie. Musisz wrócić do Whitehall.

- To pierwsze już zrobiłem. Co do drugiego – jesteś pomylony, ale trwa to już wiele lat, więc nie udało ci się mnie zaskoczyć. A co do trzeciego – zrobię to, kiedy będę mógł.

- Mówię całkowicie poważnie.

- Tak, wiem.

- Potrzebują cię, Mycrofcie. Potrzebują cię i to dzisiaj.

- Sam nie wiesz, jak bardzo jest to prawdziwe. Wielka szkoda – westchnął. - Bo nawet nie kierując się sentymentem i uczuciami – to nie sentyment, lecz fakt, a przynajmniej będę tak twierdził, bo to cię przekona – potrzebuję twojej pomocy. Od trzech lat byłeś moją prawą ręką. Nie zmarnujemy tego.

Dziwne uczucie i towarzyszące mu zawroty głowy nasilały się. Być może nie była to wina samochodu, chociaż postoje, ruszanie z miejsca, zakręty i pęd nie pomagały. Nie pomagał też stary bruk na ulicach Londynu, ale nie on był główną przyczyną tego, co spływało mi po kręgosłupie, odwracając moją uwagę od uderzeń gorąca i ukłuć bólu. Główną przyczyną było coś, co znałem aż za dobrze.

- A więc nie możesz podawać mi więcej morfiny – powiedziałem przez zaciśnięte zęby.

- Wiem, petit frère - odparł. Brzmiał, jakby przyciskał jeden palec do warg.

Zanim straciłem przytomność, zdążyłem się jeszcze zastanowić, czy faktycznie wiedział tyle, ile sam zakładał.

Londyn, Pall Mall. 5 listopada 1917 r.

Gdybym był moim własnym bratem, nigdy by mi się to nie udało. Być człowiekiem, który wypracował ścisłą rutynę, po czym zostać rzuconym w środek wojny, a potem nie tylko musieć dzielić z kimś dom, ale zmienić go w sanatorium? Można oszaleć. Nie ułatwiłem mu sprawy tym, że pielęgniarka zrezygnowała z pracy po sześciu godzinach. Po niej przychodziły i odchodziły kolejne. Zadecydowano, że lepiej, by moje opiekunki nieustannie się zmieniały, skoro niemal traciłem zmysły z ból powodu odstawienia narkotyków.

Opisałbym wszystko, ale niewiele jestem sobie w stanie przypomnieć. Mówiąc jasno, jestem świadom, że w ścianach domów Pall Mall nie mieszkają węże; wiem też, że kręcenie się z boku na bok nie sprawia, że rany zasklepiają się szybciej. Ale podobnie jak uleciały mi z pamięci przynajmniej dwa pierwsze dni po powrocie do domu mojego brata, zapomniałem też, że Mycroft nie hoduje węży i że powinienem leżeć nieruchomo. Kiedy teraz o tym myślę, kładę moją konfuzję na karb nieustannego dzwonienia w uszach i faktu, że nadal, do cholery, nic nie widziałem.

Polepszyło mi się, kiedy przekonałem ich, że potrzebuję potężnej dawki dziesięcioprocentowego roztworu kokainy. Początkowo mi nie uwierzyli. O ile jednak rozumiem, dopominałem się tego dość gwałtownie.

Kiedy Mycroft usiadł przy moim łóżku – jego ranne pantofle nie wydawały żadnego dźwięku na tureckim dywanie – moja agonia była już o wiele bardziej świadoma.

- Naprawdę chciałbym się dowiedzieć – zaczął Mycroft. Słyszałem jak przegląda papiery. - Gdzieś ty się nauczył takiego języka?

- Na początku? - wycharczałem, zaciskając palce na kołdrze i następnie je rozluźniając, co było dość irytujące, ale bolało w bardzo konkretny sposób, a zatem odwracało moją uwagę od bólu całego ciała. - Od jegomościa, który nazywał się James Bultitude Trzeci. Miał bardzo ładne oczy. To chyba jego wina. Rozpuszczony elegancik z literackimi pretensjami, który klął, by wzbogacić swoją rozpaczliwą prozę. Nigdy się nie poznaliście. Potem zwiększałem zasób słownictwa.

- Dziękuję. Zawsze się nad tym zastanawiałem. I czym, do licha, jest bladź?

- O, Chryste. Powiedz mi, proszę, że cię tak nie nazwałem – powiedziałem, walcząc z uśmiechem.

- Nie, pielęgniarkę. Ona też tego nie zrozumiała.

- I dobrze.

- Mogę ci to przeczytać? To mi pomoże.

Odczytał tekst na głos. Wiem, że chodziło o kłopoty z Imperium Ottomańskim. Straszliwe, śmiercionośne, tragiczne problemy z Imperium Ottomańskim. Powiedziałem coś o Kanale Sueskim, a potem coś o Edmundzie Allenbyu, ale nie pamiętam, co też to było. Mam jednakże pewność, że pomogłem, bo mój brat zamilkł. Kiedy mówię mu coś genialnego, często pozwala sobie wzbić się swojemu geniuszowi na wyższy poziom, nie dzieląc się ze mną swymi dalszymi przemyśleniami. Robię to samo Watsonowi, więc wybaczyłem mu, jednocześnie znów osuwając się w niebyt. Jednakże obudził mnie własny krzyk. Udało mi się go zdusić na tyle, że wydałem jedynie dźwięk człowieka, którego tchawicę miażdży niewidzialna siła.

- Przykro mi, Sherlocku – powiedział natychmiast.

- To nieistotne – wydyszałem.

- Kiedy zrobiłeś to ostatnio? Zanim ja... - urwał.

- Chyba ponad dziesięć lat temu. Kiedy baron Gruner przyprawił mnie o wstrząśnienie mózgu.

- Przykro mi – powtórzył ponownie głucho.

- To nie twoja wina. Niezupełnie. Gdybym nie uzależnił się od tej substancji, moje ciało nie zareagowałoby w ten sposób. A ty tylko... po prostu załóżmy, że to moja wina.

Mój brat nic nie odpowiedział. Szybko odkryłem, że jego milczenie stanowiło błogosławieństwo. Po minucie lub dwóch tępego podążania za kolejnymi skojarzeniami przypomniałem sobie fragment własnego dzieciństwa. Nigdy wcześniej nie połączyłem tego wydarzenia ze wszystkimi innymi. Ale to miało sens – było jak najbardziej logiczne – więc wkrótce, jakbym ujrzał fotografię wnętrza jego czaszki, zrozumiałem, o czym mój brat rozmyśla w takiej ciszy i z takim smutkiem. Wydawało mi się, że pęka całe moje ciało, więc nie chciałem dopuścić do pęknięcia jeszcze mego serca. Oznajmiłem więc wprost, co nie zdarza mi się często:

- Tak, pierwszy raz podali mi morfinę, kiedy złamałem rękę – ogłosiłem na tyle jasno, na ile byłem w stanie. - Tak, nigdy nie zapomniałem, jak łagodzi ona ból. Tak, pamiętałem o tym, kiedy zażyłem ją ponownie, nie mając złamanego ramienia. Nie, to, że złamałem rękę, nie było twoją winą.

Mycroft milczał. Milczał przez kilka minut. A ja nie wiedziałem, co jeszcze mogę powiedzieć.

- Za moment wrócę – powiedział w końcu bardzo cicho.

Minęło raczej osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt momentów. Skrzypienie drzwi oznajmiło jego powrót.

- Dość się napracowałem jak na dzisiejszą noc. A ty? - podsumował ospale. - No już. Poczytam jeszcze chwilę, a potem sam trochę odpocznę.

„Co poczytasz?" - zastanawiałem się, jednocześnie rozważając, czy zamarzający człowiek może utonąć we własnym pocie.

Mój brat odchrząknął.

- Przeglądając swe zapiski dotyczące spraw prowadzonych przez mego przyjaciela, Sherlocka Holmesa w ciągu ostatnich ośmiu lat, a takich mam ponad siedemdziesiąt, dostrzegam wiele zagadek tragicznych, kilka komicznych, mnóstwo zaś po prostu dziwnych. Żadna z nich nie jest zwyczajna. Mój przyjaciel pracował bardziej dla przyjemności niż dla zarobku, odmawiał więc zajmowania się sprawami, które według niego nie były niezwykłe lub fantastyczne. Żadna z nich nie okazała się jednak równie osobliwa jak ta związana ze słynną rodziną Roylott ze Stoke Moran w hrabstwie Surrey.**

Znów muszę o tym wspomnieć: mój brat – niech Bóg go błogosławi – jest najmądrzejszym człowiekiem w Londynie. A skoro John Watson przebywał we Francji, muszę dodać, że – tymczasowo – stał się również najlepszym i o najłaskawszym sercu.

Londyn, Pall Mall. 7 listopada 1917 r.

Dwa dni później czułem się lepiej, ale moje oczy pozostawały zasłonięte. Leżałem na kanapie w salonie, okryty kocem, i wiedziałem, że nie powinienem się poruszać, ale desperacko tego pragnąłem. Obawiam się, że ta kombinacja mogła źle wpłynąć na mój nastrój.

- Nigdy nie będę mógł docenić faktu, że tylko nieznacznie uszkodziłem sobie oczy, jeśli już nigdy nie pozwolisz mi nimi spojrzeć – marudziłem.

- Niepowetowana strata – odparł Mycroft. - Proszę, nalałem ci herbaty.

- O co chodzi? - zapytałem. Mój brat proponuje mi herbatę, kiedy nie wie, jak coś ubrać w słowa.

- O nic – westchnął. - Masz pocztę. A ja wyznanie. Obawiam się, że ten list jest raczej odpowiedzią na wiadomość, którą ja napisałem, niż na wiadomość, którą napisałeś ty.

Już podnosiłem rękę, by zerwać opaskę z oczu, gdy niezwykle duża dłoń złapała mój nadgarstek.

- Przeczytam ci go za twoją zgodą – zaproponował mój brat. - Nie przypuszczam, żeby on był w stanie mnie zszokować, pisząc list, który musi przejść przez cenzora.

- Czytaj więc – zgodziłem się po chwili zastanowienia.

Oto, co było w liście:

Mój drogi Holmesie,

wiadomości o Tobie zmartwiły mnie niezmiernie. Podziękuj swojemu bratu w moim imieniu – dziękuję mu z całego serca. Jestem wdzięczny, że szybko dostarczono mi te informacje. W tym samym czasie inny doktor, mój kolega po fachu – i równie zapalony pisarz jak ja sam – dowiedział się, że jego małżonka została ranna. Byli razem prawie trzydzieści lat i nie umiem Ci rzeczowo opisać głębi jego bólu. Przepiszę Ci fragment jego listu, gdyż dzielimy ze sobą światło świecy, a on nie kryje przede mną swego cierpienia.

To, że wiem, że cierpisz, a mnie przy Tobie nie ma... Nie można skrzywdzić mnie dogłębniej. Kochanie, ta agonia nie może się równać z niczym. A myślałem, że wiem, jak to jest – cierpieć z Twego powodu. Będąc tak daleko od Ciebie i tak nie czuję się sobą, a zrozumieć, że jestem oddalony o tyle mil, podczas gdy Ty... To jak profanacja wszystkiego, co jest mi drogie. Nie miałem racji, serce moje. Gdybym tylko był z Tobą! Albo gdybym był Tobą, gdyby nic Ci nie dolegało, gdybym czuł Twoją obecność tutaj! Gdybym tylko nigdy Cię nie zostawił... Jeśli stwierdzisz, że list ten jest nieskładny, to tylko dlatego, że resztką siły woli powstrzymuję się, by nie pobiec w stronę Londynu i nie oglądać się, dopóki nie postawią mnie przed sądem polowym. Nie miałem racji pod tak wieloma względami..."

Zdrowiej szybko, przyjacielu. Proszę. Jeśli Twój brat uważa, że jesteś w większym niebezpieczeństwie, niż mi zasugerował, niezwłocznie mnie o tym poinformuje. To ja miałem być w niebezpieczeństwie, Holmes. Nie Ty. Nigdy Ty. I to mimo Twojej brawury. Mój stary, skorzystaj ze swych wybitnych możliwości, by dojść do siebie. Kiedy wrócę, nie chce zastać Londynu pustym.

Zawsze Twój,

John Watson

Mycroft zamilkł z namysłem. W każdym razie przypuszczam, że się namyślał, bo usłyszałem, jak bierze mały łyk herbaty.

- Przyznaję, dość niezręczna metoda, ale nie umie posługiwać się szyframi jak ty czy ja – powiedziałem, kiedy uznałem, że wystarczająco panuję nad głosem. - Zapewniam cię, że on nie zamierza doprowadzić do tego, by aresztowali mnie za homoseksualizm.

- Nie, przypuszczam, że to byłoby przeciwne jego własnym pragnieniom. A biorąc pod uwagę okoliczności, poradził sobie zupełnie dobrze – odparł spokojnie mój brat.

- Zupełnie sobie nie poradził – prychnąłem.- Szkoda, że nie widziałeś, w jakim był stanie, kiedy ujrzał dość irytujące dzieło łotrów barona Grunera. Bracie mój, nie widzę cię, więc nie mam pojęcia, co sobie właśnie myślisz.

- Chłopcze, nawet gdybyś mnie widział, niekoniecznie wiedziałbyś, co myślę.

- To jednak pomaga.

- Myślę, że jesteś dość szczęśliwym człowiekiem – odparł wolno.

Mój brat jest dobrym obserwatorem. Z całą pewnością powtarzał więc wniosek, do którego doszedł już dawno. Ze wszystkich ludzi w Londynie on akurat na pewno wiedział to wcześniej.

*Rejon w Londynie, w XIX i pierwszej połowie XX wieku synonim slumsów i biedoty.

** Za opowiadaniem „Wzorzysta wstęga" ze zbioru „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa", tłum. Marta Domagalska.