Londyn, Pall Mall. Połowa listopada, 1917 r.

Kiedy wreszcie pozwolili mi zdjąć bandaże z oczu, stanąłem przed lustrem w mojej tymczasowej sypialni. Nagi. Trwało to zdecydowanie zbyt długo nawet jak na ekscentryka, za którego się uważam. Gdybym miał wybrać, kto powinien mnie takim zastać, kolejność wyglądałaby następująco: po pierwsze, nikt. Po drugie – jedna z tych anonimowych, histerycznych pokojówek. Po trzecie: John Watson, jakimś cudem mi zwrócony. Po czwarte: ktokolwiek inny poza Mycroftem. Nigdy, nigdy nie powinien był to być mój rodzony brat. I oczywiście to on wszedł do pokoju, by powiedzieć mi, że śniadanie jest gotowe i zastał mnie gapiącego się na swoje odbicie i walczącego z zawrotami głowy. Właśnie tak wygląda moja relacja ze Stwórcą. Kiedy umrę, kiedy wreszcie przejdę granicę, zamienimy sobie kilka słów na temat Jego żartów.

- Co zatem myślisz? - zapytałem beznamiętnie, gdyż wydawało mi się to mniej poniżające.

Mycroft powoli pokonał dzielącą nas odległość. Nawet gdybym go nie widział, poczułbym jego kroki na wyśmienitych podłogach Pall Mall. A oto co zobaczył...

Moja twarz nie zmieniła się szczególnie przez te wszystkie lata, gdyż od zawsze była bardzo wymowna. Mój wiedźmi, haczykowaty nos pozostał taki sam. Posiwiały mi włosy, zostało w nich już tylko kilka czarnych kosmyków (co powinno było poprawić mój wygląd, ale wyszło na to samo – nie wydaję się już taki przeraźliwie blady, ale połączenie siwych włosów i jasnoszarych oczu jest dość upiorne). Moja szczęka, policzki i czoło nie zmieniły się. Mam wiele zmarszczek wokół oczu, świadczących o ciężkiej, umysłowej pracy, i zaledwie kilka płytkich zmarszczek od śmiechu – nigdy nie uśmiechałem się tyle, ile Watson, więc moje zmarszczki nie mogą się równać jego własnym. Tak czy inaczej, większość z tych na jego twarzy mogę przypisać samemu sobie, bo siedem razy na dziesięć to ja doprowadzałem go do śmiechu. A przynajmniej chciałbym tak myśleć. By podsumować: widziałem pięćdziesięcioletnich mężczyzn, którzy wydawali się starsi niż ja.

Ale, koniec końców, to niczego nie ułatwiało. Absolutnie niczego.

Nigdy nie byłem w stanie przytyć. Szczerze mówiąc, nieszczególnie próbowałem. Teraz więc patrzyłem na nagiego mężczyznę, który oparł ręce na biodrach, któremu dość ostentacyjnie wystawały żebra, który miał pierś raczej żylastą i muskularną, niż zapadłą... i z wieloma bliznami, rozcięciami, śladami po oparzeniach przypominającymi pajęczą śmierć, zadrapaniami. Wybuch wyrwał kawałek ciała akurat z mego lewego ramienia. To powinno było mnie rozbawić, ale przyprawiało raczej o mdłości. Straciłem fragmenty skóry z przedramion. Sińce nadal miały kolor fioletu, choć zaczynały powoli przybierać zieloną barwę. Nie zauważyłem tego wcześniej, ale zniknął maleńki kawałek płatka mojego prawego ucha.

Mycroft patrzył na to samo co ja i wydawało się, że wreszcie opuści go chłodne opanowanie. A potem uniósł brew.

- Kiedy ostatnio sprawdzałem, było o wiele gorzej – powiedział spokojnie.

- Rozumiem teraz, czemu morfina wydała ci się doskonałym wyborem.

- Dziecko, załóż coś na siebie, zamarzniesz na śmierć – odparł miękko i poszedł po szlafrok.

- Mam sześćdziesiąt trzy lata – odkrzyknąłem, mrużąc oczy. Na udzie miałem szramę, być może po tasaku. - Żadne ze mnie dziecko.

- A kiedy byłeś nieprzytomny, ja skończyłem siedemdziesiąt lat. Pozwól mi na odrobinę złudzeń. - Znacząco wręczył mi szlafrok.

- Rzeczywiście! - Zdałem sobie sprawę. - Wszystkiego najlepszego. Powinienem był dać ci prezent.

- Dałeś. Przeżyłeś.

Założyłem na siebie szlafrok. „Przynajmniej tyle mogę zrobić" - pomyślałem, zawiązując pasek i jednocześnie zdając sobie sprawę, że w ciągu dwudziestu minut muszę dorzucić drwa do kominka, by w pokoju dało się dalej wytrzymać. Zawdzięczałem memu bratu tak wiele. Zawdzięczałem mu swoje życie, a może nawet coś więcej. Rzadko mu to mówię. Żaden z nas nie chce tego słuchać. Ale robię co w mojej mocy. Więc założyłem szlafrok, przyczesałem ręką włosy i poszedłem za nim do jadalni na śniadanie.

Tego popołudnia zasiadłem z piórem w ręku. Nieszczególnie chciałem ujrzeć słowa, które miałem zamiar zapisać, ale wiedziałem, że muszę. Narzuciłem mu prawdomówność niczym najświętszy wyraz zaufania. Musiałem mu dorównać albo nie byłbym go wart.

Mój drogi Watsonie,

Urwałem. Tak nie może być. Muszę po prostu udać, że piszę do samego siebie i poradzić sobie z najgorszą częścią. Przeczytałem wystarczająco dużo listów, w których mnie oszczędzał. Było tego aż nadto. Wiedziałem, co dokładnie przemilczał i, gdybym sobie pozwolił, mógłbym to ujrzeć. Nie mogłem poddać go podobnej manipulacji.

Obawiam się, że muszę Ci wyznać, iż jestem solidnie poobijany. Okaże się jeszcze, czy zmiany są permanentne, ale musisz znać prawdę: nigdy wcześniej nie odniosłem takich ran. Z na wpół zapomnianych pogawędek w szpitalu wnioskuję, że musieli mi założyć przynajmniej sto czterdzieści szwów, a ja ciągle je rozszarpywałem. Dzięki Bogu, gorączka już mi minęła. Wrócił mi też wzrok, więc mogę do Ciebie napisać. Duża część mojego brzucha jest poraniona, a to jeszcze nie wszystko. Przeżyję, jak sądzę, ale będę wiódł odtąd inne życie.

Przyzwyczaiłeś się może do mojego prawego ucha? Wygląda teraz nieco inaczej. Mam wrażenie, że powinienem za to przeprosić, ale nie wiem dlaczego.

Chciałbym powiedzieć Ci wiele, wiele rzeczy. Nie mogę natomiast zapewnić Cię, że nie będę miał koszmarnych blizn. Przypuszczam jednak, że musiałeś znieść tyle podobnych widoków, że nie przeżyjesz po powrocie szoku. Przetrwałeś wiele burz, mój przyjacielu, podobnie zresztą jak ja. Opiekowałeś się innymi ludźmi, którzy przeszli swoje własne burze. Strapionymi ludźmi, którzy ciągnęli do Ciebie niczym ptaki do latarni morskiej.

Ale z całą uczciwością mogę Ci powiedzieć, że cieszę się, że Cię tu nie ma. Nie sądź, że przez wzgląd na siebie nie modlę się o Twój powrót. Gdybym mógł dzięki jakiemuś fortelowi zabrać Cię z Francji i umieścić w środku Sussex – beze mnie – oddałbym wszystko. Ale wiem, jak wyglądałeś, kiedy wydawało się, że znalazłem się w zasięgu eksplozji. Teraz rzeczywiście ją przeżyłem, a Ty wyglądałbyś o wiele gorzej. Nie cierp tylko dlatego, że ja cierpię. Nie chcę, żebyś tu teraz był.

Ale z drugiej strony, gdybyśmy zamienili się miejscami...

Chcę powiedzieć, że kiedy mnie ujrzysz, będę już w o wiele lepszej formie. Nieco zmieniony, tak. Ale zmiany nie będą dotyczyć niczego, co zdawałeś się zawsze we mnie cenić. Wiem, że Ty tak przynajmniej wierzysz.

Męczy mnie to. Nie, nie pisanie do Ciebie, nigdy pisanie do Ciebie, ale pisanie do Ciebie, kiedy przebywasz wiele mil dalej już tak. Tak bardzo pragnę, żebyś był w Sussex. Skończę już tę bezcelową epistołę i powrócę lepiej do prób skończenia wojny.

Twój sługa,

Sherlock Holmes.

Londyn, Pall Mall. Sierpień, 1918 r.

Oczywiście, że Watson i ja wymienialiśmy potem listy. Wszystkie były czułe, choć nigdy ostentacyjnie. W międzyczasie moje zdrowie znacząco się poprawiło, pomagałem memu bratu jak tylko mogłem i obaj wróciliśmy do życia w Whitehall.

Zginęły jeszcze tysiące ludzi. Robiliśmy co w naszej mocy, by ich ocalić. Ja – przy pomocy łamania szyfrów, języków, chemii, instynktów szpiegowskich, obserwacji, dedukcji oraz czystej siły woli. On – przy pomocy wszystkich informacji zakodowanych i zgromadzonych w przepastnych przestrzeniach jego umysłu.

Przez ponad pół roku nie otrzymałem żadnego listu, który mógłbym określić mianem „presburskiego".

Kilka godzin wcześniej w naszym gabinecie w Whitehall znalazł się dość ponury Lestrade. Wiedząc, że Mycroft preferuje tabakę, wyjął z papierośnicy dwa papierosy, podał mi jeden i zapalił go, a potem zajął się swoim własnym.

- Nie chodzi o to, że nie umiemy zmusić go do mówienia – stwierdził, siadając po drugiej stronie mego biurka. - Zakapuje z całą pewnością, jestem tego pewien, tak jak tego, że nie nazywa się Charlie Gazowy. Chodzi o to, żeby powiedział prawdę, a potem trzeba oddzielić ją od ewidentnych kłamstw. To trochę potrwa.

- Nie mamy czasu – powiedziałem, chociaż żaden z nas nie musiał tych słów usłyszeć, i potarłem dłońmi twarz. - Skoro kłamstwa są tak oczywiste, to je zauważę.

- Mam go przyprowadzić osobiście czy przesłać panu transkrypt? - zapytał Lestrade. Jego jasnobrązowe oczy zdradzały krańcowe wyczerpanie.

- Przyjdę do Yardu – zaproponowałem. - Jutro przed lunchem. Damy sobie z nim radę.

- Doskonale – wtrącił się mój brat. - Poradzisz sobie lepiej, niż ja bym to zrobił, Sherlocku. Nie mam energii, żeby udawać zainteresowanie jego paplaniną.

- Ciekawostka – wymamrotał Lestrade – czemu przybrał imię Charlie Gazowy, skoro nie ma pojęcia o urotropinie.

Uśmiechnąłem się, chociaż był to bardzo słaby uśmiech.

- Nic więcej nie możemy dziś zrobić – westchnął Mycroft i wstał.

- Co słychać u Doktora, panie Holmes? - spytał mnie Lestrade, sięgając po kapelusz.

- Nadal we Francji! - wybuchnąłem.

Zapadła okropna cisza.

- Lestrade, proszę, niech mi pan wybaczy – dodałem natychmiast.

Chyba nigdy wcześniej nie wypowiedziałem do niego takich słów, przynajmniej sądząc po tym, jak zaskoczony uniósł brwi. Jeśli kiedykolwiek wcześniej błagałem Lestrade'a o wybaczenie, nie pamiętam tego. Biedny mały terier stał przede mną z brązowym melonikiem w dwóch szczupłych, szczurzych dłoniach, czekając, aż do głowy przyjdą mu słowa, które mogłyby wymazać ostatnie dziesięć sekund.

- Sherlocku! - powiedział Mycroft ostro.

- Nie, nic się nie stało, panie Holmes... i panie Holmes – dodał Lestrade napiętym głosem.

- Stało się! - zaprotestowałem. - Nie umiem wyrazić, jak bardzo...

- Niech pan nie przeprasza – wydusił ze swego dziwnie ściśniętego gardła. - Tylko niech pan nie przeprasza. Nie zniosę tego, panie Holmes. Proszę udawać, że niczego nie powiedziałem, ale, na miłość boską, niech pan nie przeprasza. Nie mam pojęcia, jak pan żyje z dnia na dzień.

Ukłonił się pospiesznie i płytko, a potem szybko wyszedł. Zostawił za sobą zapach źle wywietrzonego kominka i słodki aromat smakowego tytoniu do fajki.

- Istnieje możliwość, że wkrótce stracę zmysły – wyznałem słabo mojemu bratu.

- To prawdopodobne – przyznał. - Niedługo się dowiemy.

Wydaje mi się, że list Watsona dotarł z ostatnią tego dnia pocztą, gdyż czekał na mnie wieczorem na szafce w korytarzu, kiedy przyjechaliśmy z Mycroftem do domu i tym samym zakończyliśmy obrzydliwy dzień, którego ostatnią obrzydliwość przypieczętowałem osobiście.

Zacząłem go czytać, wchodząc po schodach, przy świetle księżyca wpadającym przez okno na korytarzu. Czytałem dalej, włączając lampę gazową. Potem udało mi się usiąść na krześle przy stole w jadalni i odłożyć na bok kapelusz. Uniknąłem więc przewrócenia się na schodach jak kłoda. Ale niewiele brakowało.

Mój drogi Holmesie,

dzisiaj, mój przyjacielu, zajmowałem się pewną dziewczyną. Wyszła z lasu w poszukiwaniu schronienia. Ktoś ją okrutnie wykorzystał. We włosach wciąż miała gałązki i błoto, obejmowała się ramionami jakby to był kaftan bezpieczeństwa; potraktowano ją tak podle, że nawet już nie szlochała. Po śladach na jej ramionach poznałem, że pchnięto ją na drut kolczasty. Zapewniłem jej osobne miejsce do spania w moim własnym namiocie, odrobinę żywności, wiele wody. Nie życzy sobie, by którykolwiek z nas się nią zajmował. Jeśli będzie się przy tym upierać dłużej niż dzień i dalej mi nie zaufa, będę musiał postąpić wbrew naszym wspólnym pragnieniom i zmusić ją do zniesienia moich medycznych oględzin. Nie mogę pozwolić, by jej rany zaczęły się paprać. Ale na razie kiedy ktoś podchodzi, ona warczy jak zranione zwierzątko, więc odsyłam wszystkich niemile widzianych gości. Mój drogi przyjacielu, jej oczy są takie rozwścieczone, takie inteligentne! Gdybym przemocą opatrzył jej ramiona, nigdy już nie zaufałaby żadnemu człowiekowi. Jestem tego pewien. Przysięgam, Holmes, przede wszystkim upewniłem się, że przeżyje. A teraz, dziesięć godzin później, ona pozwala mi siadać obok siebie i podawać gorący rosół. Ale nie mógłbym jej leczyć wbrew jej woli, gdyż ktoś inny zmiażdżył zupełnie jej wolną wolę, wiedząc, że da się to zrobić w bardzo krótkim czasie. A ja nie mógłbym tak postąpić.

A może nie mam racji?

Muszę Cię przeprosić. Wiem, że pragniesz prawdy. Ale niczego mi nie ułatwiasz, Holmes, choć to nie Twoja wina. Nie może Ci być wiadomo absolutnie nic o głębi moich wyborów moralnych, gdyż nie da się ich wyjaśnić; niepodobna Ci ich nawet opisać, skoro przechodzisz rekonwalescencję tak daleko ode mnie. Nawet małpie fantazje nie złagodzą wymowy tego listu.

Zastanawiam się, czy prawda może ją złagodzić?

Nadszedł czas, bym się zaszył na tej niewielkiej farmie, o której od dawna marzę".*

Wypowiedziałeś te słowa, kiedy opuściliśmy zapuszczony dom Presbury'ego. To nie fantazje. Wiem, że to powiedziałeś. Wyszeptane podczas podróży pociągiem do domu żarty na temat małpiego serum nie mają znaczenia. Powiedziałeś to, mój drogi Holmesie.

A potem patrzyłeś, jak uczę się okrucieństwa.

Oduczę się go. Przysięgam Ci.

Sprawię, że będziemy tacy jak kiedyś. Czy mam sprawić, byś krzyczał: „Chodź, Watsonie, chodź!", a potem przemykać z Tobą przez krzaki w półmroku? Czy mam stworzyć do tego światło księżyca i mury obrosłe bluszczem? A może powinna to być burleska, więc trzeba dodać człowieka-małpę skaczącego z gałęzi na gałąź? Może powinienem drwić z siebie samego tak, jak na to zasługuję?

Wiem, co zrobię. Sprawię, że będziesz drwił z nas. Drwił ze mnie, z moich przytłaczających pragnień. Zasługuję na to. Czasem chciałeś tak postąpić, ale nigdy tego nie zrobiłeś. Tak bardzo potrzebowałem, by moja miłość trwała wiecznie, że chyba z całym rozmysłem zostawiłem za sobą ślady krwi. Jak skrytobójca.

Lepiej coś zostawić za sobą, niż pozwolić sobie to ukraść, prawda? Czy lepiej cisnąć żebrakowi sześc pensów, niż zostać obrobionym przez kieszonkowca? Raczej dar czy kradzież? Co jest lepsze? Ty znasz odpowiedź, Holmes. Byłeś raz w takim miejscu. W Szwajcarii. Sprawię, że powiesz coś, czego w rzeczywistości nigdy byś nawet nie pomyślał. Tuż przed pojmaniem szalonego profesora, opętanego młodością i doprowadzonego do obłędu małpami, powiesz:

Pomyśl tylko, Watsonie, że wszyscy, zarówno materialiści, jak i ludzie podatni na pokusy, będą starali się przedłużyć swój marny żywot. Ci uduchowieni zajmą się dążeniem do wyższych wartości. Przetrwają tylko najgorsze kreatury. Nasz biedny świat zamieni się w szambo".*

Nigdy byś nie wypowiedział takich słów. Dostrzegasz piękno nawet w szambie. Zupełnie w ten sam sposób, w jaki dostrzegasz szambo w pięknie.

Ale może ja sam właśnie tak myślałem, Holmes?

Sądzę, że to możliwe.

Nie żeby moja namiętność była czymś mniej niż... nie, z całą pewnością była lepsza niż cokolwiek, czego kiedykolwiek doświadczałem. Była mi czymś świętym, drogi przyjacielu. Tylko moja wybranka i ja, reszta świata mogła iść do diabła. Tu chodzi o moje mankiety na wypastowanym parkiecie obok kieliszka z winem z resztką tokaju; chodzi o synonimy określające rzeczy nieuchwytne; o osobę, którą kocham bardziej niż całe moje życie, mówiącą mi po francusku to, czego nie śmiałaby wypowiedzieć po angielsku. Wiem, kto okrąża mój świat i trzymam się mojego satelity jak każdy śmiertelnik. Ale czy rozumiałem, że rozpaczliwie zaciskam palce? Że ciążę? Że się boję?

Stracę to wszystko, Holmes, stracę podobnie jak Ty, chociaż myśl o świecie bez mego błogosławieństwa wystarcza, by zatrzymać mnie w pół kroku.

A więc porzuciłem to, zostawiłem za sobą.

Ból jednak nie jest mniejszy, Holmes. Mój Boże, nie jest. Czy dowiedziałeś się tego w Szwajcarii? Czy dowiedziałeś się tego w Europie, mój drogi przyjacielu? Kiedy próbowałeś utratą swojego życia uratować moje własne?

Czy odkryłeś, że zostawienie czegoś za sobą boli bardziej niż utracenie tego na zawsze? Czy pragnąłeś to odzyskać, podobnie jak ja? Czy zastanawiałeś się, jak ona może przez resztę życia nie myśleć o Tobie jak o zupełnym głupcu? Jak mogłeś przeżyć taki czyn? A ja? Czy można wybaczyć partnerce wszystkie synonimy, o których nigdy nie pomyślała? Czy możesz wybaczyć mi fikcję? Zaimki? Bajeczki? Ucieczkę?

Nie wiem już, co powiedzieć.

Mam nadzieję, że przynajmniej częściowo była to kwestia odwagi. Tak sądziłem. Prawdziwa, szczera odwaga, która niegdyś mnie cechowała. Zanim rozerwało mnie na pół na pustyni i wróciłem źle zszyty, jak niezręcznie sklejony wazon, a Ty na nowo przedstawiłeś mnie samemu sobie. Pamiętasz koncert Sarasate'a?

Chcę wrócić do domu, mój drogi. Chcę wrócić do domu. I chcę, żeby nadal tam była i mnie pragnęła.

Proszę, zapytaj moją żonę, czy jest w stanie mi wybaczyć.

John Watson

Skończyłem lekturę i schowałem twarz w dłoniach. Okazało się, że moje dłonie drżą. Skrzyżowałem więc ramiona i oparłem na nich czoło, nosem dotykajac blatu.

Usłyszałem, jak mój brat wstaje i podnosi list ze stołu. Czekałem. Przeczytał go. Nie ma sensu próbować ukrywać sekret przed człowiekiem, który umie wydedukować, co zrobisz, zanim rzeczywiście to zrobisz. I który umie czytać ci w myślach. Gdyby Bóg był dla mnie dobry, tak wyglądałoby dzielnie mieszkania z Bogiem.

- Naprawdę jesteście zaślubieni? - zapytał mnie.

Nie tego pytania oczekiwałem. Na pewno nie tego. Odwróciłem głowę i zamrugałem.

- Mycrofcie, być może jeszcze tego nie zauważyłeś, ale Doktor jest mężczyzną. Ja zaś – mimo moich pewnych upodobań, które zdają się sugerować coś innego, a także mimo żałosnego zaimka, który przypisano mi w próbie zachowania minimalnych środków ostrożności – także nim jestem.

- Twoje dowcipy bez wątpienia byłyby przezabawne, gdybyś tylko nie zapomniał, że jestem zagorzałym ateistą – odparł spokojnie, składając list i odkładając go na stół blisko mnie. - Małżeństwo jest tylko tym, co postanowią sobie ludzie. Niczym więcej. A także niczym mniej.

- Och – westchnąłem. - A więc tak.

- Powinieneś mi był powiedzieć.

- Dlaczego? Żebyś mógł kupić mi maselnicę w prezencie ślubnym?

Mycroft roześmiał się. Odrzucił głowę w tył i roześmiał się – od wielu ponurych miesięcy nie słyszałem, żeby śmiał się tak długo i tak prawdziwie. Jeśli chodzi o mnie, to mając jakieś dziewięć albo dziesięć lat przestałem się śmiać w głos. Odkryłem, że mieszkańcy naszego domostwa nie docenią wiele rzeczy, które uważałem za zabawne (a mnóstwo rzeczy uważałem za zabawne). Uznałem więc, że od tej pory, zamiast nieustannie wpadać w tarapaty – co mogło doprowadzić do naprawdę bolesnych doświadczeń – jeśli uznam coś za zabawne, to, do cholery, zachowam to dla siebie. Śmieję się bardzo często, ale od 1864 nikt tego śmiechu nie usłyszał. Chyba już nawet nie pamiętam, że może być inaczej. Ale lubię myśleć, że gdybym nadal śmiał się na głos, dźwięk ten przypominałby śmiech mego brata. Jego śmiech jest bogaty, prosty, ciepły jak bochenek świeżego chleba i wydobywa się prosto z trzewi.

- Nie, nie – wykrztusił. - Nieważne.

Muszę tu powiedzieć, że mój brat nigdy nie porzuca tematu. Nie, tak naprawdę nigdy nie porzuca ważnych tematów. Co jest jeszcze gorsze. Zaniepokoiłem się.

- Jak to nieważne?

- Po prostu wygląda mi to na coś, o czym powinienem wiedzieć. - Wychodząc z pokoju, wzruszył ramionami i zamknął za sobą wysokie drzwi do swojej sypialni.

Nie mógł powiedzieć niczego, co brzmiałoby bardziej niewinnie. I oczywiście miał rację, co powinno było poprawić sytuację. Oczywiście, że powinien był wiedzieć. Oczywiście. I oczywiście nigdy nie byłbym w stanie tego powiedzieć z choćby minimalną uprzejmością. Trudno powiedzieć na głos (a jeszcze trudniej chyba napisać) swemu starszemu bratu, który żyje w celibacie i poniekąd zastępuje ci ojca: „Człowiek, z którym bez przerwy nielegalnie kopuluję, jest w naszym domu traktowany jak mój małżonek. Bądź tak miły i podaj mi marmoladę, dobrze?".

Taka rzecz nie powinna przyprawić mnie o drżenie. Nie płakałem. Dobry Jezu, jak bardzo chciałem się rozpłakać. Niestety, moje oczy pozostawały suche, podobnie jak gardło. Ale chyba nigdy nie byłem tak smutny. Zranienie, złość, ból, żałoba, załamanie... wszystkie te uczucia są nieznośne na swój własny sposób. Ale nie znam emocji tak trudnej do wytrzymania jak zwykły smutek. To nie tylko świadomość, że ze światem jest coś nie tak. Nie tylko świadomość, że wiesz, co jest nie tak z ludzkością; świadomość, że nigdy nie uda ci się tego naprawić. Najgorsze jest to, że widzisz samego siebie, widzisz, że próbujesz z całych sił... i świadomość, że robisz to bezowocnie. Świadomość, że każdy inny człowiek może upaść równie nisko jak ty, a jednak nadal będzie tobą pogardzać. To świadomość, że każda wersja ciebie, którą budowałeś latami, jest jak zamek z piasku postawiony na lodowych fundamentach albo jak igloo na środku pustyni.

Jest więc nie tylko tymczasowa, ale nie jest tym, co było potrzebne.

To świadomość, że mogłeś umrzeć – że prawie umarłeś – a twój brat nigdy nie wiedziałby, że jesteś komuś poślubiony.

Londyn, Whitehall. 8 sierpnia 1918 r.

Mężczyźni w wieku sześćdziesięciu czterech lat nie powinni spędzać nocy przy stole, zwinięci w kłębek na drewnianym krześle. Kiedy wstałem, wziąłem kąpiel i ból częściowo opuścił moje ciało.

Mieszkanie było dziwnie puste. Mycroft już wyszedł do Whitehall. Potrzebował mnie, więc poszedłem jego śladem.

Gdy przyjechałem do biura, nie zastałem tam nikogo. To było nietypowe, ale uznałem, że mój brat został wezwany na spotkanie z premierem albo ministrem spraw wewnętrznych.

Pośród bałaganu na moim biurku znajdowało się coś obcego. Ołówek Lestrade'a. Zostawił go, kiedy wczoraj uciekł. Włożyłem go do kieszeni i poszedłem pieszo do Yardu.

Kiedy Lestrade mnie ujrzał, jego wąska twarz zaczerwieniła się z zażenowania, tak jakbym po zastanowieniu mógł dojść do wniosku, że nie miałem racji, przepraszając, i znów postanowiłem werbalnie go uderzyć.

- Zgubił pan swój ołówek – stwierdziłem z całą galanterią, na jaką było mnie stać. - Zdobyłem się na wielki wysiłek, wzbiłem się na wyżyny logiki, stworzyłem teorie tak wymyślne, że nigdy by ich pan nie pojął, hipotezy zbyt skomplikowane, by je opisać, sięgnąłem po pokłady mojej niezmierzonej energii i szerokie zasoby wiedzy. Wszystko po to, by go odnaleźć. Ostatecznie zatriumfowałem nad mrocznymi siłami i uratowałem pański ołówek od losu gorszego niż śmierć. Proszę bardzo. Nie ma za co.

Lestrade zamrugał. Wydawał się w połowie wzruszony, w jednej czwartej zbity z tropu i w jednej czwartej – dzięki Bogu – zirytowany.

- Chędoż się pan – powiedział przyjaźnie.

- Gdybym tylko miał możliwość...

- No cóż – wymamrotał i zarumienił się. Była to jedna z najbardziej wzruszających rzeczy, jakie Lestrade zrobił w mojej obecności. Bardzo nudna z niego ludzka wiewiórka. Ale ma dobre intencje.

- Proszę mnie zaraz zabrać do Gazowego Charliego i złammy go wspólnie. - Zlitowałem się nad nim.

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Ruszył korytarzem.

Dopiero wieczorem powróciłem na Whitehall. A kiedy rzuciłem okiem na nasze biuro, istotnie się zdenerwowałem.

Żaden papier na biurku mego brata nie zmienił położenia. Oczywiście, zawsze są tam ich całe stosy, ale jestem człowiekiem, który zauważa każdy szczegół, więc w dowolnym momencie umiem rozpoznać, z którymi absurdalnymi ludzkimi zachowaniami Mycroft w danej chwili usiłuje sobie poradzić. Przez całą wojnę nie przypisał mi żadnego zadania, gdyż zauważywszy, że żółty segregator z czerwonymi kartkami urósł o centymetr, podczas gdy kupka listów zmalała, sam umiałem wydedukować, czego aktualnie potrzebuje.

A teraz wszystko leżało nietknięte, zaś mój brat stał z rękami w kieszeniach i wyglądał za okno. Jest potężnym człowiekiem, równie szerokim jak wysokim, więc blokował większość zanikającego, niebieskawego światła.

Nie odwrócił potężnej, siwej głowy, ale usłyszał jak wchodzę i zamykam za sobą drzwi.

- Bitwa pod Amiens – powiedziałem cicho. - Boże, Mycrofcie, co się stało? Miało się dzisiaj zacząć.

Odchrząknął i zerknął na zegarek. Potem zacząłem podejrzewać, że zrobił to dlatego, iż uznał, że wykonanie fikołka albo wybuchnięcie płaczem jest poniżej jego godności. Gdyby jednakże zrobił którąś z tych rzeczy, wybaczyłbym mu. Jak każdy dobry młodszy brat.

- Przełamaliśmy front o trzynaście kilometrów – wyszeptał. - Razem z Kanadyjczykami, Australijczykami, z... z Czwartą Armią. Wkrótce będzie tam więcej Amerykanów. Przez kilka ostatnich godzin dostawałem najświeższe wiadomości. Trzynaście kilometrów.

To nie brzmiało jak duży wyczyn. Trzynaście kilometrów. Ale widziałem to, co mój brat. Może nie wszystko, ale widziałem wystarczająco. Wszystko – od oświadczeń w sprawie zboża po statystyki dotyczące samochodów pancernych. Poczułem gulę w gardle.

- I widzisz to! - powiedziałem z trudem. - Widzisz to! Skończy się. Udało ci się. Och, udało ci się, udało ci się. Bracie mój, wygrałeś wojnę!

- Być może – przyznał, wyciągając chusteczkę i kaszląc w nią. - Za jakieś pół roku ją wygram.

Podszedłem do okna i stanąłem za nim. Nie jesteśmy ludźmi ceniącymi sobie wybuchy uczuć. Więc oparłem ramiona na jego szerokich plecach i razem z nim wpatrzyłem się w Londyn. Miasto, oczywiście, było brudne, ale pełne starych kamieni, sędziwych drzew i dzielnych ludzi. Moje ramię pozostawało sztywne – być może już zawsze będzie sztywne – ale do tej pory nie pamiętałem, jak smakuje nadzieja. Jest nieco dekadencka. Więc oparłem się o mego brata, wyliczając, kiedy mogę się spodziewać powrotu mego męża do domu.

- Okłamałem cię – powiedział mój brat zduszonym głosem.

- Słucham?

- Zawsze widziałem – szepnął. Jego ramiona zaczęły lekko podrygiwać. - Mój mózg też działa inaczej. Zawsze wszystko widziałem. Nie było takiej sekundy, w której bym tego nie widział. Powiedziałem ci, że nauczyłem się tego nie widzieć, bo lepiej panujesz nad swoim umysłem niż ja nad moim. Mój być może jest w stanie pojąć nieco więcej, ale twój – z wielu różnych powodów – jest o wiele bardziej zdyscyplinowany. Okłamałem cię. Myślałem, że ty możesz osiągnąć coś, czego ja nie byłem w stanie, a nie chciałem, żebyś to widział. Proszę, powiedz mi, że tego nie widziałeś, petit frère.

Położyłem dłoń na jego obojczyku i objąłem go spokojnie.

- Nigdy tego nie widziałem.

- No cóż – westchnął, biorąc się w garść. - Jest to ulga.

Patrzyliśmy jeszcze chwilę na Londyn. Kolor nieba wyostrzał pomarańcz liści drzew w parku Regents.

- Muszę iść do biura wywiadu. Jeszcze długo nie wrócę do domu. Stoisz mi na drodze, Sherlocku – poinformował mnie spokojnie.

- Wiem – zapewniłem go.

Londyn, Pall Mall. 8 sierpnia 1918 r.

Minęło tyle czasu, że odzwyczaiłem się od chodzenia od bruku. Afganistan był wstrząsającym, ale bardzo krótkim epizodem; na tyle krótkim, że nie zapomniałem o miejskiej atmosferze. Tłumy ludzi na chodnikach wydawały mi się niepokojąco zwyczajne. Czułem zapachy setek rzeczy, za którymi tęskniłem – pieczone kasztany, gorący chleb, kadzie tłoczonego cydru – ale byłem nieco przerażony wizją skosztowania ich. Bałem się, że mogą nie smakować równie dobrze, jak pachną.

Ale tym razem pamiętałem, jak to jest wrócić do domu. Uśmiechnąłem się i kątem oka dostrzegłem swoje odbicie w witrynie sklepowej. Nie pamiętałem, żebym wyglądał tak staro. Ale mój wiek nie miał znaczenia – byłem całkowicie sobą. Rzeczy, które widziałem, być może miały przyprawić mnie o bezsenne noce, ale już nie sądziłem, że kilka bezsennych nocy może zabić.

Czułem tępy ból w lewej dłoni. Dwa tygodnie temu przeszła przez nią kula. Bliss opatrzył ją z czułością, której nie spodziewałbym się po człowieku, którego odrzuciłem tak bezpośrednio i stanowczo. Najprawdopodobniej wyzdrowieje całkowicie. Kula nie pogruchotała kości, a mięśnie goiły się zdumiewająco dobrze. Tak czy inaczej – potrząśnięto głowami i wysłano mnie do domu na bliżej nieokreślony czas.

Bo i na cóż może przydać się sześćdziesięciosześcioletni lekarz z jedną sprawną ręką?

Był wilgotny letni wieczór. Niezwykła rzecz – świeciły gwiazdy, chociaż księżyca nie było widać.

Pall Mall to szeroka, wysadzona drzewami ulica, zbudowana tak, by przetrwać. Nie widziałem jej od czterech długich lat, więc gapiłem się na domy, przypominając sobie, który z nich należy do Holmesa.

A potem niewątpliwie zobaczyłem Holmesa. Mojego Holmesa. Młodszego Holmesa, Sherlocka. Tego Holmesa, którego pobłogosławiono niewyjaśnialną magią. A moje serce zatrzymało się.

Mój przyjaciel miał na sobie kamizelkę w perłowym kolorze i jasny, letni płaszcz. W jego kroku było coś beztroskiego, a szczupłe ramiona miał radośnie wyprostowane. Zastanawiałem się, o czym myśli, że wygląda na tak szczęśliwego. Jedno ramię było przekrzywione w sposób, którego nie rozpoznawałem i nie machał rękami jak niegdyś.

Zmienię to, naprawię. Wiedziałem, że jestem w stanie. Spędzę resztę życia, próbując. O ile mi wybaczył.

Czy w ogóle otrzymał już mój list? Bardzo chciałem to wiedzieć. Istniała możliwość, że przypadkowo dotarłem do Anglii przed moją wiadomością. Ale jeśli go otrzymał – czy mi wybaczył?

Dlaczego wydaje się taki szczęśliwy?

- Sherlocku! - zawołałem, kiedy znalazł się jakieś trzy metry ode mnie.

Sherlock Holmes zamarł. Jego laska, z której nigdy nie zrezygnował, gdyż wielokrotnie okazała się pomocna jako broń, upadła na ziemię. Jego oczy były dokładnie takie, jakimi je zapamiętałem – jak płynna rtęć.

A potem nagle przypominały rtęć roztopioną.

Ruszyłem z miejsca, nie mogąc się powstrzymać. Zawsze znałem Sherlocka Holmesa jako człowieka, który nigdy celowo nie marnował czasu. Obaj zrobiliśmy trzy kroki i już tonęliśmy w swoich objęciach, trzymając się tak mocno, że żaden z nas nie mógł oddychać.

Pomyślałem, że oddychanie nie ma żadnego znaczenia, dopóki on nadal należy do mnie.

- John – usłyszałem ochrypły głos w uchu. - Jeśli przysięgniesz mi, że jesteś prawdziwy, do końca życia nie nazwę już Boga okrutnym.

Londyn, restauracja „Marcini". Sierpień, 1918 r.

To chyba wymagało pewnych namów. Nie mam pojęcia, jak to się dokładnie wydarzyło. Ale w piątek wieczór po tym, jak wróciłem do domu z Wielkiej Wojny, Mycroft Holmes nalegał, by zabrać mojego przyjaciela i mnie na kolację w „Marcini". Nie muszę chyba mówić, że taka zmiana zwyczajów była dla Mycrofta Holmesa nietypowa. Ale czułem ciepło w sercu, że zrobił to dla nas dwóch. Podziękowałem mu więc, chociaż muszę przyznać, że mój głos był dość zmęczony, gdyż jeszcze nie odwykłem od rozmawiania z Sherlockiem Holmesem przez wszystkie godziny doby.

- Słyszałem doskonałe rekomendacje – powiedział Mycroft Holmes, wymijająco machając ręką. - Proszę mi nie dziękować.

Usiedliśmy w równych odstępach od siebie przy małym, okrągłym stole, przykrytym białym obrusem i aż błyszczącym srebrną zastawą. Sądziłem, że bracia Holmes, przywykli do srebrnej zastawy, nie podejmą dyskusji o niezwykłości takiego otoczenia. Wtedy pomyślałem, że przyzwyczajenie się do społeczeństwa po tylu latach wojny będzie bardzo wyczerpujące. Ale szybko przypomniałem sobie, że nie mam racji. Wojna Afgańska wzięła mnie z zaskoczenia i nie miałem po niej pewności, że mego boku nawet na moment nie opuści pewien pan Sherlock Holmes. A gdyby nawet on nie mógł mi pomóc, na miłość boską, już umiałem pomóc sobie sam.

Oderwałem oczy od wypolerowanych widelców i uśmiechnąłem się lekko do mojego przyjaciela. Nie odpowiedział mi uśmiechem. Zamiast tego uniósł na wysokość swych szarych oczu nóż do przystawek, obejrzał go i z zadowoleniem odłożył z powrotem. Powtarzał moje gesty, abym nie czuł się nie na miejscu.

Natomiast Mycroft Holmes odkaszlnął. A potem otworzył menu i zagłębił się w nie.

To może brzmieć jak pycha, ale przysięgam, że wiedziałbym, gdyby dostępny wybór go nie zadowolił. Ale go wyraźnie zadowolił.

- Mam dla was spóźniony prezent – powiedział lekko w połowie posiłku. Niemal wszystko, co mówi Mycroft Holmes, pozbawione jest wyraźnych emocji. Ale dostrzegłem, że jego palce poróżowiały lekko, kiedy podniósł elegancko zapakowane pudełko i położył je na kolanach swojego brata. Leżało tam przez jakieś pięć sekund, połyskując białym papierem i jaskrawoniebieską wstążką.

Holmes położył pudełko na stole. Spojrzał na mnie spod zmarszczonych brwi, jakby mówiąc: „Ja też nie mam pojęcia". Potem otworzył pudełko palcami, które nigdy nie straciły ani grama swego piękna, a jego srebrne brwi drgnęły.

Wyjął antyczną, srebrną maselnicę i postawił ją na stole. Nic nie rozumiejąc, uśmiechnąłem się do niego, zadając milczące pytanie, a mój Holmes zaczął się śmiać.

Najpierw to Mycroft otworzył szeroko usta. Po sekundzie poszedłem za jego przykładem.

Co do Sherlocka Holmesa, to był zbyt rozbawiony maselnicą, żeby dostrzec naszą reakcję. Nie zobaczył więc, jak oczy jego brata wypełniają się łzami, zanim miał szansę odpędzić je mruganiem. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego wyrazu twarzy u Mycrofta Holmesa i jeśli mnie on poruszył, to Sherlocka rozbiłby na kawałki. Ale przegapił go. Przegapił mój wstrzymany oddech, moje zdumione milczenie, dłoń, którą przycisnąłem do warg.

Gdy mój przyjaciel zauważył, że zmieniłem się na twarzy i że dłoń jego brata zamarła w powietrzu z pustym widelcem, przestał się śmiać.

- Co, do diabła, w was wstąpiło?

Odwróciłem się do Mycrofta Holmesa. Mogłem tylko na niego patrzeć. Kiedyś lubiłem Mycrofta Holmesa, bo przypominał mi Sherlocka Holmesa, bo kochał Sherlocka Holmesa, bo mógł zareagować na moją obecność na siedemdziesiąt straszniejszych i mniej przyjaznych sposób, niż to zrobił. Teraz lubię go za to, jaki jest. I wiem, że nie potrzebuję odzywać się do Mycrofta, by mnie zrozumiał. Mycroft Holmes nigdy nie potrzebuje słów, podczas gdy mój przyjaciel potrzebuje ich z rzadka. Więc nic nie powiedziałem, jedynie zdumiewałem się, a serce waliło mi w piersi.

- Od... Wielkie nieba, od tysiąc osiemset sześćdziesiątego czwartego, jak przypuszczam – wymruczał starszy Holmes.

Mój Holmes wydawał się coraz bardziej zaniepokojony.

- O czym ty mówisz, na Boga? To nie może mieć nic wspólnego z maselnicą.

W 1882 roku zakochałem się w moim współlokatorze i skonsumowałem ten związek po koncercie Sarasate'a. Mieliśmy klepać biedę, o ile nie zdobyłby pięćdziesięciu funtów. A mnie w ogóle to nie obchodziło. Był przepięknie odziany i ubogi jak dziewka ze slumsów, a do tego sądził, że miłość i finansowe wynagrodzenie są jednym i tym samym. Ja natomiast byłem pustą artyleryjską łuską, wciąż nękaną dziwną gorączką i wyobrażeniami Ghazich czyhającymi w dorożkach. Ale kochałem go. I on też mnie kochał. Niemal zniszczyliśmy siebie samych, a czasem i siebie nawzajem.

Prawie nam się to udało, ale nigdy do końca. A w 1918 roku pierwszy raz usłyszałem jego śmiech. Brzmiał prawie jak śmiech jego brata – był o wiele cieplejszy niż jego głos; prostszy, ale wciąż elegancki. Wypielęgnowana perła śmiechu.

- Czyżbyście nie wiedzieli – wyjaśnił Sherlock Holmes, a w jego głęboko osadzonych oczach migotało zdumienie – że nie ma na świecie nic zabawniejszego niż maselnica? Jej samo istnienie jest śmieszne. Dlaczego nie powinienem się śmiać, gdy ją widzę?

- To całkowicie naturalne – zgodziłem się bez tchu.

- Ponad pięćdziesiąt lat. A pan nigdy nie słyszał... ani razu. No cóż. Czy warto było czekać? - zapytał Mycroft.

Dostrzegł, że wciąż trzyma widelec, więc znów idealnie spokojny nabił na niego kawałek wołowiny. Ani razu na mnie nie spojrzał. Czy raczej – ani razu na mnie nie spojrzał i jednocześnie wymownie ignorował swego coraz bardziej zniecierpliwionego brata. Rzeczony brat, jak zauważyłem, zaczynał się irytować, choć ani przez chwilę nie wydawał się zły, że się go irytuje.

- Tak – odparłem. - Poczekałbym i sto lat.

- Wspaniale. - Mycroft posłał Sherlockowi Holmesowi uśmiech. - Masz chyba jakieś pytanie?

Tak, to mój przyjaciel otworzył usta. Ale to ja zadałem pytanie.

- Dlaczego dał nam pan maselnicę?

*Cytat za opowiadaniem „Ofiara miłości" w: „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa", tłum. Zofia Wawrzyniak.

Kontynuacja w kolejnej – i ostatniej – części pod tytułem: „Hymn dla tych, którzy bez końca spadają".