A/N:

Em... A więc wróciłam! I tak wiem, znosu strasznie długa przerwa! Ale brak weny i totalne lenistwo z mojej strony! Za co oczywiście przepraszam!

I dziękuję Intoxic, która dzielnie trzymała się po drugiej stronie monitora i wysłuchiwała moich głupich pomysłów odnoszące sie najczęściej do lamorożców! Czy przysyłała specjalne zdjęcia podnoszące na duchu, a zarazem karzące odłożyć nutellę i lody na bok i zacząć pisać!

A więc dziękuję i przepraszam, wszystkich, którzy musieli tak długo czekać na ten rozdział! Z góry uprzedzam, ze nie jestem z niego dumna, uważam że to jeden z naaaaaajgorszych rozdziałów w całym ZM! Lecz mam nadzieję, że mi to wybaczycie, a następne rozdziały będą o wiele lepsze i dłuższe!

Kokosz: Musiało być słodko i uroczo. A co do Jace'a. No to Jace po prostu, on przeszkadzanie ma we krwi. A końcówka miała dać wam do myślenia, kto to może być.

Blue Daisiess: Blue, za dużo perwersyjnych myśli? (you little perv) Kiedyś tam pewno to zrobią. Z ciebie to jest mała bezwstydna bestyjka Blue, ale podoba mi się to.

Glittery Angel: Jace nie byłby sobą gdyby nie przeszkodził. Alec jest takim cichym romantykiem

Intoxic: Szczęściara... Udało cię się! A co do stosu to by się przydał! Może szybciej ten rozdział by się jakoś pojawił, no chyba że znalazłabyś mnie martwą pod tymi kamieniami wraz z jednorożcem.. :D

JCarolineK1: Nie, nie chcę cię zabić. Ja po prostu lubię dręczyć ludzi. To takie genetyczne jest. I musiałam zrobić romantyczny rozdział.

Na komentarze odpowiadała Intoxic!

A ja dedykuję ten rozdział właśnie jej! Za niewypłacalną czasami pomoc i za 100 komentarz, który jakimś fartem udało jej się zrobić!

Miłego czytania!


Rozdział XXI

Jak to wszystko się zmieniło...

-Przecież ty jesteś – powtórzyłem z niedowierzaniem. Skądś znałem tego faceta. Jeszcze nie wiem skąd, ale znam go. Mój umysł pracował na wysokich obrotach. Próbowałem przypomnieć sobie jakieś choćby najdrobniejsze wydarzenie z nim związane, ale żaden obraz nie pojawił mi się przed oczami. – Kim ty jesteś? – zapytałem szeptem, dosłyszalnym tylko dla moich uszu, gdy zrezygnowany ponownie podniosłem oczy na przybyłego.

Był to wysoki mężczyzna, mniej więcej wzrostu Magnusa. Jednak nie tylko wzrostem przypominał mojego ukochanego, a także karnacją. Choć była ona może trochę bardziej ciemniejsza niż u kociookiego. Do tego ciemne włosy, które okalały jego twarz i ciemno czekoladowe oczy, dodawały mu uroku. A rysy twarzy, mogły świadczyć o tym, że pochodzi z dalekich krajów Arabskich. Ubrany w czarny długi płaszcz i z teczką w ręce mógł uchodzić za jakiegoś biznesmena. Choć on chyba nie należał do typu człowieka interesu. Jego oczy mówiły co innego. Niby ukradkiem, ale spoglądał na moja matkę z łagodnością i troską, a to podważało jego stanowiska. Z doświadczenia wiem, że „wielcy" biznesmeni, tacy jak mój ojciec, nigdy nie patrzeli w ten sposób na kobietę. Kobietę którą się kocha i szanuje. Tak naprawdę nigdy nie widziałem, aby ojciec w taki sposób patrzył na matkę. Chociaż… może ojciec nigdy jej nie kochał i dlatego nigdy nie spoglądał na nią tak, jak ten gość? Mężczyzna dosłownie wlepiał swoje ciemne oczy w nią, jak ciele w malowane wrota.

-Kim… - zwróciłem się do mężczyzny, lecz przerwała mi Izzy, która jak huragan wbiegła do domu, trzaskając frontowymi drzwiami. Wszystkie oczy powędrowały ku niej. Jednak nim ktoś zdążył zarejestrować, co ona robi, dziewczyna rzuciła się na szyję mężczyźnie i mocno go przytuliła. Teraz to ja nic już z tego nie rozumiem… Powędrowałem wzrokiem ku mojemu bratu. Nasze spojrzenia, spotkały się w połowie. W złotych oczach Jace'a widziałem, ze także nie rozumie nic z całej tej sytuacji. Ogromne zdziwienie wymalowało się w jego złotych tęczówka, zupełnie jak w moich. Ta sytuacja z minuty na minutę robiła się dziwniejsza. Najpierw mama wraca po kilku tygodniach z „wakacji" z jakimś tajemniczym gościem, a teraz nasza siostra wiesza się temu facetowi na szyi. To po prostu nie trzymało się kupy.

-Ekhm… Ekhm…- z boku usłyszałem ciche, lecz wymowne chrząknięcie. Odwróciłem się w tamtą stronę i ujrzałem Magnusa, który wyglądał na nie mniej zszokowanego, niż ja. Zarumieniłem się lekko, kompletnie o nim zapomniałem. – Nie chciałbym przeszkadzać, ale to pytanie po prostu wisi w powietrzu… - ciągnął dalej wpatrując się w mężczyznę czujnym okiem, lecz zachowując spokój. Widziałem, też kątem oka, jak mam otwiera buzię, żeby zapewne coś powiedzieć, ale Magnus nie dopuścił jej do słowa. – A kim pan tak w ogóle jest?

Kiedy tylko te słowa padły z ust kociookiego, ku mojemu zdziwieniu mężczyzna zaśmiał się lekko, delikatnie odsunął od siebie Isabelle i przybliżył do mojej matki zwinnym ruchem. Stanął z nią ramie w ramię i lekko ujął jej dłoń w swoją. W tym samym momencie na twarzy mojej matki wykwitł pokaźny rumieniec. Lecz w brew pozorom, nawet nie drgnęła, wręcz przeciwnie odwzajemniła uścisk i popatrzyła na niego i na nas z lekkim uśmiechem zakłopotania. Był to jej pierwszy uśmiech od czasu tamtych dramatycznych wydarzeń z ojcem w roli głównej. Mimowolnie także się uśmiechnąłem i spojrzałem w oczy Magnusowi, dziękując mu, że jako jedyny zdobył się na odwagę i zapytał, o to co było oczywiste. Chłopak odwzajemnił moje spojrzenie i kiwną głową lekko się uśmiechając.

-Ja… ja nazywam się Kadir Hariri. Jestem przyjacielem waszej matki – oznajmił mężczyzna patrząc na Magnusa, którego trochę zdziwiło określenie „waszej matki", gdyż popatrzył na mnie pytająco. Wzruszyłem ramionami i podeszłem do niego, po czym złączyłem nasze ręce i skierowałem się do Kadira.

-Naszej matki. Izzy, Max'a, Jace'a i mojej. Magnus to mój chłopak – powiedziałem pewnym głosem, rumieniąc się jak burak. Wyczekiwałem odpowiedzi mężczyzny, myślałem, że zareaguje tak jak większość, zacznie wrzeszczeć i wyzwać, lecz on tylko uśmiechnął się patrząc na moją matkę, po czym wrócił spojrzeniem na nasze złączone ręce i przytaknął.

-Ach tak, przepraszam nie poznałem pana, panie Magnusie. Rzeczywiście Maryse mówiła, że Alec ma chłopaka, ale nie wspominała, że wygląda pan tak bardzo… kolorowo.

W tym momencie przedpokój zalała fala śmiechu Magnusa. Spojrzałem na niego, a on tylko machnął lekceważąco ręką i objął mnie ramieniem, przysuwając jeszcze bliżej siebie.

-Pana? Jakiego pana? Aż tak staro to chyba nie wyglądam… Powiedz Alexandrze, czy wyglądam jak jakiś pan? – zapytał ironicznym tonem zwracając się w moja stronę.

-Ani trochę – oznajmiłem z uśmiechem.

-A co do kolorów, tęcza jest moim motywem przewodnim – oznajmił poważniejąc, wygładzając na sobie skurzane spodnie, które swoją drogą wyglądały jakby eksplodował na nich jednorożec. Cała paleta kolorów i brokat. Ale to cały Magnus. Mój Magnus. Ale zaraz, zaraz…

-Zna pan moje imię? – zapytałem skołowany.

-Och Alec dajże spokój! – zaoponowała Isabelle. Spojrzałem na nią pytającą. Dziewczyna wywróciła tylko teatralnie swoimi ciemnymi jak noc oczami i wskazała na Kadira. – Przecież go znasz! On ciebie też! To Kadir! Chyba nie jesteś aż tak tępy, żeby go nie zapamiętać?

Popatrzyłem na nią pustym wzrokiem i potrząsnąłem głową. Izzy fuknęła z irytacją i ponownie wywróciła na mnie oczami. Chciałem jej zwrócić uwagę, że to niegrzeczne, ale mnie ubiegła.

-Przecież to Kadir! Przyjaciel mamy z pracy! Nie raz się z nim bawiłeś jak byłeś mały, a on przychodził do mamy po jakieś papiery, czy coś innego! Nie mów, że zapomniałeś, jak nazywałeś go panem czekoladką, bo miał ciemniejsza karnację niż ty!

-Isabelle! – upomniała ją mama i spojrzała przepraszająco na Kadira, lecz ten w ogóle nie przejął się słowami dziewczyny i zbył przeprosiny mamy, gestem dłoni. Poczym cicho się zaśmiał patrząc na mnie. Odwzajemniłem jego spojrzenie. I w tym momencie wszystko mi się przypomniało.

-No przecież! – wykrzyknąłem, a moja ręka powędrowała od góry i zderzyła się z czołem. – Jak mogłem pana nie pamiętać! Bardzo przepraszam!

-Nie masz za co przepraszać. W końcu nie widzieliśmy się kilka lat – odpowiedział spokojnym tonem, lecz zaraz się roześmiał. – Ale, proszę cię, nie nazywaj mnie już panem. Jestem Kadir.

Przytaknąłem i posłałem mu uśmiech.

-Ehkm… - Jace odchrząknął szybko i stanął przed Kadirem. – My się chyba nie znamy. Jestem Jace. Jace Lightwood. Adoptowany syn Maryse – blondyn przedstawił się i wyciągnął rękę w stronę mężczyzny, który chwycił nią i energicznie potrząsnął.

-Mów mi Kadir – oznajmił wesoło.

-A więc, Kadir. Jeśli tylko spróbujesz skrzywdzić naszą matkę, wiec, że…

-Jace! – upomniała go mama, patrząc na niego karcąco.

-Ja tylko go ostrzegam – oznajmił pewnym typowym dla siebie głosem. Zero niepewności, czysta aroganckość i sarkazm. Cały Jace. – A wiec, jak już mówiłem. Jeśli doprowadzisz naszą matkę do łez, to nie liczna łagodne traktowanie. On już swoje przeszła. I uwierz, że…

-Izzy – syknąłem patrząc wymownie na siostrę i wskazując na blondyna. Dziewczyna kiwnęła poruzmiewawczo głową i skierowała się w jego stronę. Chwyciła brata za kaptur od bluzy i wywlokła siłą na górę. Jace próbował się opierać, ale, w końcu dał za wygraną. Max'owi zapewne spodobało się tarmoszeni Jace'a, gdyż uciekł od mamy i pchał Jace'a od przodu, aby wchodził grzecznie po schodach. Odetchnąłem z ulgą, kiedy zniknęli na górze, a po chwili trzasnęły drzwi od ich pokoi. Odwróciłem się do mamy i jej przyjaciela.

-Przepraszam za niego, Jace jest czasami… - zawahałem się, nawet nie wiedziałem jak to nazwać. – Jest po prostu bardziej Jace'em.

Kadir zaśmiał się lekko, i o dziwo mama mu zawtórowała. Po czym machnęła ręką i spojrzała na nas uśmiechając się promiennie.

-Tak to prawda. To cały Jace – oznajmiła po czym wskazała głową na salon. – Chodźcie, usiądźmy. Musimy coś sobie wyjaśnić.

Przytaknęliśmy i ruszyliśmy za nimi do pokoju. Spojrzałem wymownie na Magnusa. Wiedziałem, że ta rozmowa, na pewno nie będzie należała do najmilszych i to dla obu stron.


-Alec? – usłyszałem troskliwy głos mojego chłopaka, który otrząsnął mnie z zamyślenia. Spojrzałem na niego pustym wzrokiem. – Alexandrze, skarbie wszystko w porządku?

-Tak.. Nie.. To znaczy nie wiem – wybąkałem cicho, kierując swój wzrok na buty. Przyglądałem się nim, jakby były najciekawszym obiektem, jaki dotąd widziałem, ciągle czując na sobie czujny wzrok kociookiego. Westchnąłem ciężko po dłuższej chwili i wbiłem wzrok w pustą przestrzeń przede mną. Szliśmy z Magnusem w stronę Brooklynu. To nic, że spacer zajmie nam jakąś godzinę, jak nie więcej. Potrzebowałem tego. Musiałem wyjść na świeże powietrze i wszytko sobie poukładać. – Po prostu nie rozumiem.

-Czego?

-Wszystkiego – odparowałem. – Myślałem, że mama nie jest jeszcze gotowa na nowy związek. Wyjechała do babci, aby sobie to wszystko poukładać. Myślałem, że chciała pobyć sama. W samotności pogodzić się z odejściem i zdradą ojca. Myślałem, że kiedy wróci może i będzie weselsza i w końcu o nim zapomni. Ale nigdy bym się nie spodziewał, że wróci z nowym chłopakiem.

-Myślałeś, że twoja matka do końca życia pozostanie sama? Przecież musiałeś wiedzieć, że kiedyś się z tego otrząśnie i kogoś sobie znajdzie.

-Wiem. Rozumiem. Ale myślałem, że to trochę potrwa. A ona wraca i oznajmia nam, że go kocha i że są razem.

-Czyli wolałbyś, gdyby wróciła sama i nieszczęśliwa, niż z mężczyzną, którego obdarzyła tak pięknym uczuciem, jakim ja darzę ciebie? – zapytał Magnus wpatrując się we mnie z niedowierzaniem. Uśmiechnąłem się słabo, lecz zarazem zrobiło mi się głupio, a policzki, aż piekły od rumieńców.

-Jasne, że nie. Ja… Ja tylko się o nią boję. Boję się, że znowu będzie musiała przejść przez to samo co z ojcem. Po prostu nie chcę, żeby znowu cierpiała. Do tego jeszcze ten rozwód, boję się, że kiedy zobaczy go na rozprawie coś w niej pęknie. Boję się, że jej serce znowu tego nie wytrzyma i ponownie rozpadnie się na drobne kawałki, gdy tylko spojrzy w oczy tego zdrajcy – wyjaśniłem.

-To przestań – oznajmił poważnym tonem chłopak. Spojrzałem na niego pytająco. Kociooki westchnął i ujął moją dłoń w swoją. – Przestań się o nią martwić. Jest dorosła, wie co robi. Jeśli jest szczęśliwa to dobrze. Daj jej się nacieszyć tym szczęściem. Przestań w końcu o tym myśleć. Za bardzo się tym przejmujesz. Wrzuć na luz skarbie. W końcu jutro kończymy szkołę. Zostanie nam tylko rok. Powinieneś się cieszyć, a nie martwić o swoją matkę.

- Może i masz rację – oznajmiłem cicho, przystając, gdyż doszliśmy pod mieszkanie Magnusa. Spojrzałem w górę na jego okna, gdzie paliły się światła. Zapewne jego matka też już wróciła.

-Ja mam zawsze rację kotku – powiedział wesoło stawiając torbę z ciuchami obok wejścia. Po czym stanął naprzeciwko mnie i przytulił mocno. Automatycznie wtuliłem się w jego tors i oplotłem go ramionami w pasie. – Zobaczysz wszystko będzie dobrze.

Przytaknąłem, ale nie miałem zamiaru się od niego odsuwać. Chłopak zaśmiał się cicho w moje włosy i zarzucił mi ręce na szyję. Po czym pochylił się nade mną, a kiedy nasze usta miały się złączyć w pocałunku, dobiegło nas ciche, lecz bardzo wymowne chrząknięcie z góry. Chłopak przewrócił oczami i spojrzał ku górze. Podążyłem za jego wzrokiem. W oknie widniała postać jego matki, która uparcie się w nas wpatrywała. Chłopak westchnął ciężko, lecz nie wypuścił mnie z objęć. Wyszeptał tylko nieme „już idę", a kiedy kobieta znikła za zasłonką, chłopak ponownie nachylił się do mnie.

-To na czym skończyliśmy? – zapytał zadziornie. Ponownie spojrzał w moje oczy i zaczął się ku mnie nachylać. Zrobiłem to samo i spotkaliśmy się w pół drogi. Gdy nasze usta się zetknęły, poczułem jak zawsze w takich momentach motyle w brzuchu. Pocałunek był słodki, dokładnie taki, jaki wymaga pożegnanie. Gdy odsunęliśmy się od siebie, na ustach chłopaka wykwitł szeroki uśmiech, podobnie jak na moich. Złapałem go za rękę i subtelnie pocałowałem w policzek. Po czym popchnąłem go w stronę drzwi. Nim zniknął za drzwiami, odwrócił się w moja stronę i wyszeptał ciche dobranoc i zniknął w ciemnościach. Stałem jeszcze przez chwilkę oparty o mur, dopóki nie usłyszałem donośnego „wróciłem" mojego chłopaka. Po czym z uśmiechem skierowałem się z powrotem na Manhattan.


Zakończenie roku już za nami. Po apelu Magnus zaprosił do siebie na mała imprezę z okazji zakończenia roku szkolnego i rozpoczęcia wakacji naszą cała paczkę , na która składali się: Clary, Jace, Izzy, John, Cate i Ragnor, którzy nawiasem mówiąc chyba zaczęli ostatnio cos ze sobą kręcić. A także Sebastian, Jonathan, a nawet Simon z Maią, która ostatnio przeniosła się do naszej szkoły ze swoim chłopakiem Jordanem. No i oczywiście Michael, nasz nowy przyjaciel. I w ogóle nie mówię tego z sarkazmem. Chłopak się zmienił, bez wątpienia na lepsze.

No właśnie a jak już o zmienianiu mowa. Przez cały apel, a także drogę na Brooklyn rozmyślałem, jak wiele rzeczy zmieniło się w tym roku. Jak bardzo ja się zmieniłem. Przede wsyztkim spotkałem Magnusa, co jest ogromnym plusem na ten rok. Choć nie zawsze było kolorowo, to nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ktoś pomyśli, że to tylko szczenięce zakochanie, ale nie raz udowodniliśmy, że tak nie jest. Ponadto dzięki Magnusowi wyszedłem w końcu z cienia. Jego miłość dała mi siłę, aby przezwyciężyć strach i przeciwstawić się innym. To dzięki niemu poczułem wreszcie, że życie ma jakiś sens. Dzięki niemu poznałem smak miłości, a co za tym idzie. To dzięki niemu doświadczyłem pierwszych rumieńców, które nie były wywołane moim zażenowaniem, a także pierwszych motylków, czy tego przyjemnego dreszczyku, gdy patrzy na mnie z troską i niewyobrażalną miłością, wymalowanych w tych hipnotyzujących oczach, lub kiedy mnie dotyka, czy całuje. Spojrzałem na niego ukradkiem. Uśmiechnięty szedł tuż obok mnie i rozmawiał o czymś z zapałem z Ragnorem. To takie dziwne, jak szybko potrafi zmieniać swoje emocje. Dosłownie jeszcze przed trzydziestoma minutami, był obrażony na cały świat, gdy musiał założyć niebiesko-żółta togę, która jego zdaniem w ogóle nie odzwierciedlała jego wspaniałości. Zaśmiałem się cicho, na to wspomnienie, czym zasłużyłem sobie zabójcze spojrzenie, poprzez uśmiech mojego ukochanego. Chyba jeszcze nie do końca, wybaczył mi to, że potraktowałem jego oburzenie, wspaniała okazję do śmiechu. Uśmiechnąłem się uroczo, a zarazem przepraszająco i chwyciłem jego dłoń w swoją, splątując nasze palce. Chłopak przewrócił tylko oczami i przyciągnął mnie od siebie, otaczając ramieniem. A ja ponownie zanurzyłem się we wspomnieniach.

Przede mną pojawił się obraz Michaela i nieznajomego w barze. Przypomniała mi się ich rozmowa, moja ucieczka z Pandemonium i… No tak nawet najgorsze rzeczy maja swoja jasna stronę. To właśnie w tedy spotkałem po raz pierwszy Magnusa. Powiedzenie „nic nie dzieje bez przyczyny", czy „każdy medal ma dwie strony", doskonale tutaj pasują. Pomimo tego, że poznałem totalnego dupka, poznałem także najwspanialszego faceta pod słońcem. Patrzeć na to zbiegiem czasu, jestem poniekąd wdzięczny Michael'owi. Przecież gdyby nie on i jego zakład, nie poznałbym Magnusa.

Spoglądając w dalszą część moich wspomnień, można by pomyśleć, że odkąd spotkałem Magnusa moje życie jest idealne. Jednak nie wszystko takie było. Jednym wydarzeniem, które rujnuje opinię idealnego życia są ostatnie wydarzenia w roli głównej z moim ojcem. Ale nie chciałem tego ponownie roztrząsać. Odsunąłem myśli na bok i wróciłem do rzeczywistości.

Nawet nie zauważyłem, kiedy dotarliśmy na miejsce. Kiedy weszliśmy do środka, fala głośnej muzyki mnie otrzeźwiła. Potrząsnąłem energicznie głową, tak, że niektóre kosmyki opadły mi na twarz. Nim zdążyłem je odgarnąć, poczułem silne ręce oplątujące mnie w pasie. Po czym poczułem ciepły oddech tuż przy swoim uchu.

-Czyżby moja śpiąca królewna w końcu wróciła do żywych? – zapytał Magnus, całując mnie w policzek. Nim się spostrzegłem stał tuż przede mną, uważnie mi się przyglądając. – O czym tak zawzięcie myślałeś przez całą drogę?

Zarumieniłem się lekko. Chyba naprawdę zbyt mocno odpłynąłem. Wzruszyłem ramionami i chwyciłem jego dłoń.

-O tobie. Zawsze myślę tylko o tobie – oznajmiłem kusząco, mrugając do niego. Kociooki zaśmiał się lekko i przyciągnął mnie do siebie. Staliśmy tak blisko siebie, że mogłem poczuć jego bijące serce i ciepły oddech, który owiewał moją twarz. Zarzuciłem ręce na jego szyję, a on oplótł mnie w pasie. Na jego ustach pojawił się złośliwy uśmieszek i ten błysk w oku, który zazwyczaj nie wróżył nic dobrego.

-No ja myślę, że o mnie – szepnął mi zadziornie do ucha i złączył nasze usta w pocałunku. Oddałem pocałunek, łapczywie chłonąc każdy gest. Wplotłem palce w jego włosy i lekko ścisnąłem, czym zyskałem cichy jęk zadowolenia z jego strony. Chłopak nagle zrobił krok do tyłu, przygniatając mnie tym do ściany. Uśmiechnąłem się poprzez pocałunki. Przejechałem językiem po jego dolnej wardze, a chłopak w mgnieniu oka rozchylił swoje usta, abym mógł wsunąć swój język. Gładziłem swoim językiem wnętrze jego policzków, podniebienie, a w końcu napotkałem przeszkodę w postaci drugiego języka. Nasze języki splotły się ze sobą w jedno, przez chwilę prowadząc swego rodzaju taniec. Całowaliśmy się przez dobre kilka minut, co wnioskuję po zmianie kilku melodii. Aż w końcu zabrakło nam powietrza i byliśmy zmuszeni oderwać się od siebie.

W tym samym momencie didżej zmienił płytę. Tym razem z głośników wydobył y się pierwsze takty z „I will be right here waiting for you". Magnus obejrzał się za siebie i uśmiechnął do Michael'a, który za stanowiskiem DJ'a, pokazał mu kciuk w górę z uśmiechem na twarzy. Spojrzałem przez ramię Magnusa na parkiet, na którym zostali tylko Jace z Clary, Ragnor z Cate, Maia z Jordanem oraz Izzy z John'em. Uśmiechnąłem się na ich widok. Od każdego z nich biła szczerza miłość i szczęście.

-Czy mogę pana prosić do tańca? – usłyszałem cichy, kuszący głos ukochanego. Spojrzałem na niego.

-Nie umiem tańczyć – przypomniałem mu.

-Nauczę cię. Chodź – oznajmił i ujął delikatnie moją dłoń ciągnąc w stronę parkietu. Nim się zorientowałem tańczyliśmy, to znaczy może nie tyle co tańczyliśmy, ale kołysaliśmy się w rytm melodii z innymi parami na parkiecie.


Zbliża się. Ten wyjątkowy dzień, na który czekałem, zbliża się wielkimi krokami. Dzień, który zapewne będzie jednym z najważniejszych dni w moim życiu. Planowałem go od tygodni. Od tygodni dobierałem każdy element, z osobna, aby później stał się całością z innymi. Wszystkie te elementy musiały być na swoim miejscu, wszystko musiało ze sobą współgrać. Wszystko musiało być idealne. Nic nie ma prawa się nie udać. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Ponadto codziennie, musiałem się pilnować, aby z nadmiernego entuzjazmuj, który udzielał mi się przez cały czas przygotowań, nie puścić pary z ust. Alexander nie mógł się o niczym dowiedzieć. To ma być niespodzianka. Niespodzianka na miarę jego marzeń. Ten dzień musi być niesamowity, niezapomniany, wyczarowany jak z bajki. W końcu będzie, jak przypieczętowanie naszego związku. Ten dzień musi być po prostu najlepszym dniem w Alexandra, jak i zarówno w moim życiu.


A/N: A więc? A więc, następny rozdział pojawi się w następną sobotę lub w niedzielę! Od teraz postaram się, aby znowu byly dodawane systematycznie iw małych odstępach czasowych!

Uściski

Ola