A/N: Hej! Tak wiem, długo to się tu rozdziały nie pojawiały, ale opowieść nie została porzucona to mogę zapewnić! Po prostu brak oczywistej weny i brak chęci do pisania zrobiły to co zrobiły! Ale wspólnymi siłami z Intoxic jakoś dało sięto przezwyciężyć tak więc o to przedstawiam wam kolejny rozdział!

Bez zbędnego gadania miłego czytania :)


Rozdział XXV

Żegnaj.

Zakończenie szkoły było już o krok. Jeszcze tylko dwie godziny i koniec. Koniec tej udręki. W okropnej żółtej todze, która nawiasem mówiąc dobrze leżała na mnie, stałem jako trzeci do odebrania dyplomu. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewałem się, że dotrwam do końca szkoły średniej. A tym bardziej, że ukończę ją z wyróżnieniem. To wszystko zasługa Alec'a, który, można ująć, truł mi cały semestr bym popoprawiał oceny. I tak też zrobiłem.

Rozejrzałem się dookoła. Alec stał daleko za mną. Jego rodzina, znaczy jego matka z nowym facetem, siostra i bracia, siedzieli tuż obok mojej mamy. Ta kobieta non stop pstrykała mi zdjęcia i ocierała łzy wzruszenia.

W końcu była moja kolej. Stojąc przed dyrektorem, wyprostowany z uśmiechem na twarzy, odebrałem dyplom.

- Gratulacje Magnusie Bane

- Dziękuję panie dyrektorze.

Kiedy zszedłem na dół nie mogłem się opędzić od uścisków od mamy i Maryse. Te dwie kobiety czasami są aż nadto emocjonalne. Niedługo po mnie Alec dołączył do nas i również został wyściskany.

- Udało nam się Maggie – szepnął mi na ucho, kiedy szliśmy stanąć do ostatniego wspólnego zdjęcia.

- Tak kotku, udało nam się.

Rzuciliśmy biretami w górę, śmiejąc się i pogwizdując, kiedy inni robili nam zdjęcia.

To był nasz ostatni raz w tej szkole, potem czekał już na nas tylko bal.

Bal, który miał się odbyć tego wieczora.

Patrzyłem na swój wyprasowany garnitur i złotą koszulę. Jeszcze do mnie nie docierało, że to już ostatni bal w tej szkole. Że to ostatni raz, kiedy zobaczę wszystkich kolegów. Z jednej strony byłem smutny, ale z drugiej podekscytowany. Miałem iść na studia. Mieszkać w akademiku z moim ukochanym. Tak, ja i Alec postaraliśmy się by dostać się na jedną uczelnię. Oczywiście inne kierunki. Ja na sztukę i projektowanie. Mój facet na historię. Ale grunt, że mieliśmy mieszkać razem i wciąż być ze sobą.

To aż nieprawdopodobne, że jesteśmy ze sobą już ponad rok. Zleciało jak w mgnieniu oka. Każdego dnia udowadnialiśmy sobie jak bardzo się kochamy. Jak bardzo nam na sobie zależy. Jak bardzo pragniemy być ze sobą. Nawet po tych dramatach, których oboje doświadczyliśmy z naszymi rodzicami, wciąż byliśmy razem.

I sądziłem, że nic, nigdy nas nie rozdzieli.

- To ty jeszcze nie gotowy? – mama wparowała do mojego pokoju, tym samym wpuszczając Prezesa. Kot natychmiast wskoczył na łózko i wtulił się w poduszkę, na której zwykle spał Alexander. – Alec będzie tu za godzinę.

- Tak wiem, już się szykuję.

Mama mnie zostawiła a ja zacząłem się przygotowywać. Najpierw makijaż. Dziś postanowiłem go trochę stonować, specjalnie dla Alec'a. Woli mnie w 'naturalnym' wyglądzie. Ale przecież odrobina eyelinera i brokatu tu i tam nie zaszkodzi. Kiedy makijaż był już gotowy, przyszedł czas na ubieranie się, zważywszy na to, że zostało mi pół godziny do przybycia mojego chłopaka. Mój garnitur był, jak na mnie przystało, bardzo efektowny. Czarny z kolorowymi cekinami na kołnierzu, a na ramionach był pokryty złotym brokatem. Cudowny. Do tego złota, odrobinę transparentna i świecąca koszula. No i granatowy krawat, bym pasował do Alexandra. Poprawiając po raz setny owy krawat usłyszałem dzwonek do drzwi.

Jak rakieta zbiegłem na dół i ujrzałem mojego przystojniaka, który teraz rumienił się na mój widok. Wyglądał równie seksownie jak na zdjęciu, które Izzy przesłała mi miesiąc temu z zakupów. Mógłbym go schrupać.

- Wyglądasz cudownie cukiereczku – powiedziałem, nim pochwyciłem go w namiętny pocałunek. Niestety został on brutalnie przerwany przez pochrząkiwanie zza moich pleców. Z cichym warknięciem odsunęliśmy się od siebie

- Halo, no mama tu jeszcze jest – zmroziłem ją wzrokiem – poczekajcie z tym aż wyjdę z korytarza. A teraz stańcie ładnie, to wam zrobię zdjęcie.

- Mamo… - jęknąłem, ale kobieta mnie uciszyła. Alec nieśmiało się uśmiechnął i złączył nasze dłonie. Po chwili mama zrobiła zdjęcie i szybko zniknęła z korytarza.

- Wyglądasz przepięknie – wyszeptał, wręczając mi czerwoną różę pokrytą brokatem – To dla ciebie.

- Jest wspaniała. Dziękuję kochanie.

Na bal pojechaliśmy białą limuzyną. My, Cate i Ragnor, Izzy i John. Tak, John zaprosił Isabelle, choć ta jest o rok młodsza od nas. Ragnor i John schowali piersiówki, jak sądzę z alkoholem do kieszeni marynarek, na co ja tylko przewróciłem oczami. Zapamiętałem, żeby nie pić za dużo ponczu.

Kiedy w końcu dotarliśmy na bal, moim oczom ukazał się wspaniały widok. Musiałem przyznać, że ludzie od dekoracji postarali się. Sala gimnastyczna była całkowicie zmieniona. Stoliki były pokryte czarną satyną, krzesła białą. Z góry zwisały kolorowe kule świetlne, DJ już się szykował do puszczania muzyki. Jedzenie zapraszało aromatycznymi zapachami. Atmosfera była naprawdę nieziemska. I po raz pierwszy cieszyłem się, że jestem na balu.

Na początek wypiliśmy lampkę szampana, kiedy dyrektor wygłaszał mowę a potem życzył nam udanej zabawy. Oczywiście nauczyciele też byli zaproszeni, niby jako goście, ale jednak ktoś musiał nas pilnować.

Zabawa się zaczęła. Tańczyłem z Alexandrem, z Cate i innymi ludźmi. Bawiłem się przednio.

- Cieszę się, że przyszliśmy – stwierdził Alec, kiedy leciała wolna piosenka. Tak zwany 'przytulaniec'.

- Mmm ja też słonko. – ruszaliśmy się powoli w rytm muzyki. Alec trzymał ręce na moich biodrach, ja swoje oplotłem wokół jego szyi. – Kocham cię Alexandrze.

- Ja ciebie też kocham Magnus.

- Obiecaj mi, że to nigdy się nie skończy. Że zawsze będziemy razem. – spojrzałem mu głęboko w oczy

- Nigdzie się nie wybieram. Za bardzo cię kocham by to skończyć. Zawsze będziemy razem. Ty i ja. Do końca razem.

Po wypiciu trzeciego ponczu zacząłem powoli odczuwać jego efekty, kiedy nie mogłem się powstrzymać od niekontrolowanego chichotu. Alec gdzieś tam tańczył z Isabelle a ja ruszyłem do łazienki. Nie mam pojęcia, ile tam spędziłem, ale kiedy wróciłem na salę, Alec'a nigdzie nie było. Isabelle mi tylko powiedziała, że gdzieś poszedł. Jak na złość nie mogłem znaleźć swojego telefonu. Przy naszym stoliku znalazłem niewielką karteczkę z pismem mi bardzo znajomym.

'Spotkajmy się przy Sali od historii'

Och…ta krótka wiadomość wprowadziła mnie w nastrój. Czyżby Alec chciał zrobić to w szkole? Nie sądziłem, że ma takie fantazje. Ale ja byłem otwarty na wszystko. Z głupawym uśmiechem na ustach ruszyłem w tamtym kierunku, lekko chwiejnym krokiem. Korytarz był pogrążony prawie w ciemnościach. Jedyne światło, które dochodziło do niego, było z Sali gimnastycznej i świateł przy wejściu, więc moja zdolność widzenia była ograniczona. Jednak kiedy znalazłem się przy Sali od historii oświetlenie okazało się jednak trochę lepsze.

I wtedy doznałem wielkiego zaskoczenia.

- Ty nie jesteś moim chłopakiem

- Zdecydowanie nim nie jestem – odparła blondynka o zielonych oczach.

- Miałem się z nim tu spotkać – Camille Belcourt, moja ex-dziewczyna patrzyła na mnie spod wachlarza czarnych rzęs, poprawiając swoją dość obcisłą sukienkę. Bez trudu mogłem dostrzec jej walory.

- To ja chciałam się tu z tobą spotkać Magnus. – wymruczała moje imię, jak kiedyś. To przywołało falę wspomnień. Na chwilę przymknąłem oczy, a kiedy ponownie je otworzyłem, Camille stała tuż przede mną. Jej smukła dłoń powędrowała do kołnierzyka mojej koszuli i powoli, wodziła palcami po moim krawacie schodząc coraz bardziej w dół. I musiałem przyznać, że mi to nie przeszkadzało tak bardzo. – Stęskniłam się za tobą.

- Cami…Camille… przestań… - w końcu odepchnąłem delikatnie jej dłoń – Jestem z Alexandrem.

- To co z tego. To nie znaczy, że nie możesz mieć nas oboje. Przecież wiem, że mnie też chcesz. Widzę, jak na mnie patrzysz. Jak mnie rozbierasz wzrokiem za każdym razem. Nie pamiętasz, jak dobrze nam było razem? Umiałam o ciebie zadbać. A czy on też umie? – teraz wodziła palcami po moim ramieniu – Czy on też umie tak dobrze zadbać o ciebie?

- Ja… - w tym momencie Camille wpiła się w moje usta, mocno ściskając moje ramiona. Nie miałem jak się oderwać, kiedy wepchnęła swój język do mojego gardła.

I wtedy usłyszałem coś, co złamało mi serce na milion kawałków. Coś co mnie zmroziło. Coś co sprawiło, że znienawidziłem się w jednej sekundzie.

- Magnus…

Stałem w progu drzwi wejściowych do sali od historii z szeroko otwartymi oczami, utkwionymi w nich. Magnusie i Camille. Kiedy tylko zobaczyłem ich pochłoniętych w namiętnym pocałunku, moje serce roztrzaskało się na milion malutkich kawałków, które raniły mnie od zewnątrz niczym lodowate igiełki. Lodowate zimno przeszyło moje ciało na wskroś, a oczy utkwione w kocich tęczówkach ukochanego zapiekły od napływających łez i stały się niczym lustro mojej duszy. Byłem pewien, że można z nich wyczytać niedowierzanie, smutek, a co najgorsze - złamane serce, które pękło w chwili gdy ich zobaczyłem. Nie czekając ani chwili, na jakiekolwiek wyjaśnienia, nie zważając na błagalne nawoływanie mojego imienia przez Magnusa, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem biegiem przed siebie.

Biegłem, nie zatrzymując się choćby na chwilę. Biegłem na oślep, przed siebie, nie ważne dokąd, ważne, że jak najdalej od niego. Nie zwracałem nawet uwagi na przyjaciół, którzy pełni obaw i pytań, próbowali mnie zatrzymać. Przepchnąłem się przez tłum tańczących osób i wybiegłem przed szkołę. Po czym puściłem się ponownie biegiem. Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy zorientowałem się, że jestem w parku. Zewsząd otaczały mnie drzewa, mrok skrywał wszystko, jedynym wątłym światłem, które przebijały się przez złączone wysoko w górze konary drzew, był niebieskoszary blask księżyca. Rozejrzałem się dookoła. Obok mnie, po prawej stronie w blasku księżyca stała ławka. Nasza ławka. Moja i Magnusa. Ławka, która dała początek naszego związku, od tamtej pory stałą się symbolem, naszej miłości. Podszedłem do niej bliżej. Na oparciu, dosłownie na środku widniało wyryte serce, a nim nasze inicjały M + A. Pamiętam, jak któregoś dnia przyszliśmy tutaj po szkole i Magnus mi to pokazał. Powiedział, że ta ławka powinna być oznaczona, w końcu to tutaj postanowiliśmy zrobić ten wielki krok. I to pewnie tutaj...

-Alexandrze! - usłyszałem za sobą tak dobrze znany mi głos.

Podniosłem głowę i ujrzałem niego. Magnus stał tuż przede mną. W szarym blasku jego koszula mieniła się złotem, a on sam wyglądał jak młody Bóg. Tak bardzo chciałem się teraz do niego przytulić. Wtulić się w jego tors, poczuć ten tak dobrze znany mi zapach drzewa sandałowego, mydła, cytrynowego szamponu, zapachu Magnusa. Tak bardzo chciałbym usłyszeć z jego ust, ze to tylko zły sen, z którego tak bardzo chciałbym się teraz obudzić. Nie! Zacisnąłem pięści. To nie sen. To najbardziej niesprawiedliwa, gorzka, ale prawda.

-Alexandrze - Magnus ponownie wymówił moje imię, tym swoim głębokim, pełnym żalu głosem. Zrobił krok w moją stronę, na co ja, choć wbrew swojej woli, cofnąłem się do tyłu, wyciągając przed siebie ręce. Chłopak zatrzymał się, lecz utkwił pełne smutku spojrzenie w moich oczach. "Proszę, nie! Nie patrz tak na mnie!", krzyczałem w duchu, próbując zwalczyć impuls, aby nie podbiec do niego i przytulić, zapewnić, że wszystko będzie dobrze. - Alexandrze, proszę. Wybacz. To był tylko jeden raz. To był tylko jeden, niewinny pocałunek. Nigdy cię nie zdradziłem!

Na te słowa, nagle wszelkie uczucia zeszły na drugi plan, a we mnie zebrał gniew.

-Jedne raz!? - wykrzyknąłem z niedowierzaniem. - Gdybym nie przyszedł tam w porę, pewnie nie skończyłoby się tylko na "jednym, niewinnym pocałunku"! Ufałem ci Magnus. Zawsze ci ufałem, nie zależnie od wszystkiego, ja zawsze ci ufałem. Ale kiedy dzisiaj zobaczyłem cię z nią. Z Camille. Twoja byłą. Mówiłeś, że ona nic dla ciebie nie znaczy!

-Bo tak jest! Ona nic dla mnie nie znaczy, Alec. Tylko ty się liczysz. Tylko ciebie kocham. Tylko ciebie pragnę, tylko o tobie myślę. Nikt oprócz ciebie dla mnie nie istnieje. Proszę wybacz mi. Zrobiłem błąd. Powinienem był ja zatrzymać.

-Ale tego nie zrobiłeś!

-Wiem! I żałuję tego.

-A może ty nigdy nie przestałeś jej kochać? Widziałem, jak na nią patrzysz, kiedy koło nas przechodzi. Widziałem jak z nią rozmawiasz, jak się do niej uśmiechasz. Na miłość boską! Widziałem jak twoje ciało zareagowało na jej pocałunek! Gdybym tam nie przyszedł, jestem pewien, że...

-Nie! - zaprotestował szybko. Nim przemówił dalej, wyczułem w jego głosie wahanie.- Nie! Ja... ja chyba nie mógłbym tego zrobić.

-Nie wiesz na pewno - oznajmiłem łagodniejszym tonem. Podszedłem do niego i objąłem jego twarz rękoma, każąc mu na mnie spojrzeć. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, widziałem łzy, kłębiące się w jego złotozielonych oczach. Otarłem kciukiem jedną z nich, która zdołała się wymsknąć. Uśmiechnąłem się lekko, kiedy chłopak położył swoje dłonie na moich i wtulił policzek w zagłębienie mojej dłoni. - Magnus. Ty wiesz, wiesz, że cię kocham. Kiedy cię ujrzałem, pomyślałem: "Tak, to ten jedyny." Byłeś, cóż, nadal jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju. Mój świat nie mógłby istnieć bez ciebie. To ty go napędzasz. To ty dajesz mi nadzieję, na lepsze jutro. Kiedy jesteś obok mnie, moje serce bije jak szalone. Nawet na minutę, nie mogę przestać o tobie myśleć. I nieważne ile kobiet, mężczyzn na ciebie spojrzy. Nie ważne na ilu ty spojrzysz. Nie ważne ilu z nich ci się spodoba, ilu ty się spodobasz. Ja zawsze będę cię kochać. Zawsze będziesz dla mnie najważniejszy. Ale teraz coś mi podpowiada, i choć może nie będzie to najlepsza z decyzji, jakie podejmę, lecz...

-Nie Alec. Proszę cię nie kończ - usłyszałem cichy błagalny szept Magnusa.

-Musimy się rozstać. Tak będzie lepiej.

-Lepiej? Lepiej dla kogo?

-Dla ciebie. Dla mnie. Dla nas. Tak będzie lepiej, uwierz mi. Ja... ja muszę sobie przemyśleć kilka spraw i ty... Ty chyba też. Musisz zdecydować kogo kochasz. Kogo na prawdę kochasz i z kim będziesz szczęśliwy. Musisz zdecydować. A na razie - westchnąłem i wspiąłem się na palcach. Musnąłem ostatni raz swoimi wargami lekko usta kociookiego. Po czym odsunąłem się od niego i cofnąłem się na bezpieczna odległość. Chłopak otwierał usta, żeby zapewne coś powiedzieć, lecz nie dałem mu dojść do słowa. - Żegnaj Magnusie.

Nie czekając na żadne słowa z jego strony, ruszyłem przed siebie. Zatopiłem się w otaczającej mnie zewsząd ciemności, która jako jedyna mogła ukryć moje łzy. Łzy, którymi opłakiwałem utratę tego jedynego. Być może na zawsze.


A/N: A więc tak: POV Magnusa należy tylko i wyłącznie do Intoxic, której bardzo dziękuję, że postanowiła pomóc mi przy pisaniu tego rozdziału!

Jeśli chcecie pozostawcie po sobie komentarz :)

Ps. Następny rozdział pojawi się... hymmm nie jestem pewna lecz mam nadzieję że w następnym tygodniu (czyt. sobota/niedziela).

2Ps. Odpowiedzi do komentarzy z poprzedniego pojawią się przy następnym rozdziale za co przepraszam, iż nie pojawiły się teraz!

Pozdrawiam

Ola