A/N: Na początku wypadało by się wytłumaczyć, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy jak tylko stwierdzić, iż mój kalendarz działa troszkę inaczej od normalnego -.- Dlatego niektóre rozdziały, zamiast za tydzień pojawiają się za... miesiąc. Ale ogłaszam, że już więc nie powinno się tak zdarzyć z racji tego, że następny rozdział to EPILOG, a więc koniec. Koniec, z którym mam nadzieję wyrobić się do przyszłego tygodnia!
Ten rozdział jest stworzony z małą współpracą Intoxic, której zawdzieczam pierwszy "akapit" (kursywa) tego rozdziału!
A teraz zaległe i nie zalegle odpowiedzi na komentarze, na które odpowiada Inotxic :D
Rozdział XXIV:
Intoxic: Lamorożce rządzą! Nie wiem co ty od nich chcesz, przecież to takie kochane zwierzątka... XD
Kokosz: Czułam, że tak zareagujesz na lamorożce. A kto nie kocha Ragnora. Interesujące masz wymiany sms z Wiktorią. Co będzie dalej? To pytanie zadają sobie wszyscy którzy kiedykolwiek coś przeczytali, książka czy fikcja. Zawsze jest to pytanie: CO DALEJ? I złowieszczy śmiech autora który nie wiadomo co zaplanował xd.
JCarolineK1: Ah tak, Ragnor, cudowny Ragnor zawsze wie co powiedzieć i zawsze ktoś się z niego naśmiewa na końcu.
Glittery Angel: Ragnor zdecydowanie powinien dostać medal za swoje mistrzowskie teksty, prawda?
Blue Daisiess: Haha, Blue żyje! Wiedziałam, że poprzedni rozdział ci się spodoba. Czy będzie więcej? raczej nie, nie ma na to czasu. Bo już niedługo koniec.
Rozdział XXV:
Glittery Angel: Tak, my lubimy współpracować. Cóż, jak to mówi Intoxic, każde opowiadanie potrzebuje dobrego dramatu A jaki jest lepszy niż zerwanie? Wyczuwam nienawiść względem Camille? I jest słuszna. Czemu jej nie odepchnął? Oto ci pytanie. A kiedy wrócą? Pytanie powinno brzmieć: Czy wrócą do siebie
Intoxic: Sezon na dramat rozpoczęty o tak! I bd się dziaaaało...
Inez03: Tutaj raczej radziłabym uzbroić się w cierpliwość :D
Enjoy! Miłego czytania!
Rozdział XXVI
Kogo tak naprawdę kocham?
Siedziałem jak otępiały na ławce w parku przez dobre pół godziny. Łzy płynęły po moich policzkach w dół, mocząc moją koszulę i marynarkę. W głowie wciąż mi grały ostatnie słowa Alexandra.
'Kogo tak naprawdę kochasz'
'Z kim chcesz być'
'Żegnaj Magnusie'
Przed oczami wciąż miałem jego wypełnione łzami cudowne niebieskie oczy, które tak uwielbiałem. Na ustach wciąż czułem smak naszego ostatniego pocałunku.
Ostatni pocałunek.
Kiedy to do mnie dotarło moje ramiona zaczęły się trząść, mój oddech stał się przyspieszony, serce waliło jak oszalałe.
Zawaliłem na całej linii. Alec mnie zostawił.
To był koniec. Koniec nas.
Spojrzałem w górę. Niebo zakryły ciemnoszare chmury, przez które ledwo dostrzegalnie przebijało się niebieskie światło księżyca. Po chwili poczułem zimne krople, spadające z nieba, niczym kryształki lodu, które drażniły moje rozpalone ciało. Przymknąłem oczy. Pod powiekami, niemal natychmiast zamajaczała mi ciemna postać. Stała odwrócona do mnie tyłem, lecz nawet w takiej pozycji, mogłem określić jednoznacznie, że to mężczyzna. I to nie byle jaki. Zbyt dobrze go znam, aby go nie poznać.
-Alexander – usłyszałem swój cichy głos.
Chłopak w jednej chwili odwrócił się do mnie. Na jego twarzy kwitł szeroki uśmiech, a niebieskie oczy jarzyły się w nikłym świetle. Kiedy podszedł do mnie, moje serce przyśpieszyło. W duchu modliłem się, żeby to nie był sen. Nie chciałem, aby Alexander zniknął, kiedy się obudzę. Poczułem ciepło jego dłoni na policzku i wtuliłem go w zagłębienie jego dłoni. Niebieskooki nachylił się do w moją stronę, tak, że jego czarne włosy łaskotały mnie w twarz.
-Musisz wybrać Magnus – usłyszałem jego kojący szept tuz przy uchu, lecz poczułem ze coś jest nie tak.
Kiedy chłopak cofnął głowę, jego czarne włosy, zmieniły się w blond, a niebieskie oczy, zastąpiły szmaragdowe. Umysł podpowiadał mi, że powinienem się cofnąć, ale ciało zastygło w bez ruchu, chłonąc zimny dotyk dłoni Camille, kiedy pochylała się nade mną.
-Kogo z nas kochasz bardziej – dokończyła z ustami tuż przy moich. – Musisz wybrać. Teraz.
Camille rozpłynęła się niczym mgła, nim zdążyłem jakoś zareagować. Otworzyłem oczy. Bylem cały przemoknięty. Lecz nie zwróciłem na to zbytniej uwagi. Całym sobą próbowałem odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: Kogo tak naprawdę kocham?
Kiedy poznałem Alexandra, wiedziałem, że to miłość od pierwszego wejrzenia. A kiedy spotkaliśmy się w szkole, wiedziałem, że to musi być przeznaczenie. Po tym te wszystkie chwile spędzone razem. Odkrywanie siebie nawzajem, poznanie siebie ze wszystkich stron, pierwsze czułe gesty, dotyki, pocałunki. To wszystko do tej pory wywołuje u mnie dreszcze, motylki w brzuchu. Lecz czy ta bajka mogła trwać dłużej?
Przecież Alexander nie bez powodu zmienił się w Camille. I nie bez powodu moje ciało nie opierało się jej gestom. Owszem Cami była atrakcyjną kobietą, nigdy nie brakowało jej seksapilu, czy tajemniczości, która zawsze jej towarzyszyła i przyciągała do niej facetów. Jednak to nie o to tu chodziło. Łączyło mnie z nią coś... coś innego niż z Alexandrem. Ona zawsze mnie rozumiała, nigdy nie musiałem tłumaczyć jej co czuje, czego potrzebuję, ona doskonale o tym wiedziała. Tak jak ja wiedziałem. Nie potrzebowałem od niej zapewnień, że jestem jej jedynym. Nie potrzebowałem przesłodzonych deklaracji miłości. Ja po prostu to wiedziałem. Ale czy samo „wiedziałem" wystarczy? Czy nie trzeba tego czuć? Czy ją kochałem?
Zawsze myślałem, że stwierdzenie, iż pierwsza miłość, to miłość, na zawsze, jest zwyczajnym przesadyzmem, lecz w tej sytuacji nie jestem tego pewien. Nie jestem też pewien, czy pierwsza „miłość", faktycznie była tą pierwszą. Uważałem także, że serce można podzielić, pomiędzy ludzi których się kocha. Ale teraz z biegiem czasu, uświadomiłem sobie, że już dawno oddałem swoje serce w pełni jednej osobie. Choć pełne niezliczonych ran, rys, z posklejanymi fragmentami, to jednak nadal potrafiące kochać.
Może nie do końca rozumiem swoje uczucia. Może nie do końca dobrze obrałem swoje drogę szczęścia. Być może kiedyś się rozczaruję Lecz jak na razie dam z siebie wszystko, aby temu zapobiec.
Z tą myślą, wypełniającą całą moją głowę, wstałem z ławki i podążyłem w ciemność. W stronę z której przyszedłem. Miałem nadzieję, że nie pożałuję tej decyzji.
W mgnieniu oka pokonałem schody, dzielące mnie od frontowego wejścia do szkoły. Gdy tylko znalazłem się w środku, otoczyła mnie fala muzyki, dochodzącej z sali gimnastycznej. Rozejrzałem się po korytarzu. „Tym lepiej dla mnie", pomyślałem i skierowałem się w stronę kolorowych świateł i głośnej muzyki disco. Kiedy sięgałem po klamkę do drzwi od sali gimnastycznej, ktoś nagle z impetem otworzył je z drugiej strony. Dobrze, że miałem refleks i w porę się odsunąłem, inaczej na moim czole mógłby widnieć w tym momencie niezbyt atrakcyjny ślad, jak po zderzeniu z krawężnikiem.
-Magnus? – usłyszałem zaskoczony głos, mojego przyjaciela. Podniosłem głowę. Nade mną w czarnym eleganckim garniturze, w którym wyjątkowo było mu do twarzy stał Ragnor. Opierając się o framugę drzwi spoglądał za moje ramię. – Gdzie Alec? Myślałem, że wyszliście razem.
-N-Nie wiem – odparłem wahając się. To nie był dobry pomysł, żeby teraz o tym rozmawiać. – Gdzie... Gdzie jest Camille, Ragnor? Muszę z nią porozmawiać.
-Camille? – zapytał zwyczajnie wstrząśnięty. Jego twarz natychmiast nabrała podejrzanego wyrazu. – A czego ty chcesz od Camille? Już nie pamiętasz co to za wredna, su...
-Ragnor! – zaoponowałem patrząc na niego wymownie. – Nie o to mnie chodziło. Nie pytałem cię o zdanie na jej temat, ani co o niej sądzisz. Chcę wiedzieć gdzie jest. Wiesz czy nie? Chłopak zawahał się na moment.
-W... w bibliotece – wykrztusił w końcu. Skinąłem mu głową i odwróciłem się na pięcie, kierując się w stronę zamierzonego pokoju. Nim zniknąłem za zakrętem, usłyszałem jeszcze cichy, zatroskany głos Ragnora – Mam nadzieję, że nie popełniasz błędu Magnus.
-Ja też mam taką nadzieję – odparłem sam do siebie, kiedy moim oczom ukazały się drzwi biblioteki.
Zza uchylonych drzwi sączyło się jasne, ciepłe światło. Podszedłem bliżej i z ręką na klamce zamarłem, niczym renesansowy posąg. Z pokoju dobiegał zimny, jak sople lodu i tnący jak brzytwy głos Camille, zupełnie nie podobny, do jej aksamitnego, uwodzicielskiego tonu sprzed kilkunastu minut.
-Tak, wszystko jest tak jak chciałeś. Zrobiłam tak jak chciałeś. Alexander na pewno teraz nienawidzi Magnusa. A ten idiota, pewnie użala się nad sobą i zalewa łzami.
Moje serce przyśpieszyło. W głowie pojawił się mętlik. „O czym ona do cholery gada?!", pytanie odbijało się w mojej głowie niczym echo. Przez szparę w drzwiach widziałem, że oprócz niej nikogo innego w pokoju nie ma. Więc musiała rozmawiać przez telefon. Pytanie tylko z kim? I dlaczego o mnie i Alexandrze? Otrząsnąłem się z rozmyślań, kiedy Camille ponownie zabrała głos.
-Nie. Na pewno nie. Magnus jest zbyt dumny, żeby kogoś przepraszać, a tym bardziej, aby błagać o wybaczenie – zrobiła przerwę, a po chwili pokój wypełnił jej melodyczny, ale zarazem przerażający śmiech. – Skąd ta pewność? Znam go najlepiej na świecie. Ponadto... Ten kretyn nadal uważa, że coś do niego czuję. Nadal ma nadzieję, że do niego wrócę. Żałosne. Nigdy nie bawiłam się tak dobrze jak teraz. Złamałam mu serce, tak jak on złamał kiedyś moje. – Kolejna przerwa, a ja byłem na granicy wytrzymałości. Gdyby nie to, że chciałem poznać tożsamość jej rozmówcy, już dawno poderżnąłbym jej gardło. – Tak. Teraz masz Alexandra tylko dla siebie, Michael. Ja wykonałam swoją część, teraz twoja kolej.
Zacisnąłem dłonie w pięści, gdy usłyszałem jej rytmiczne kroki coraz bliżej drzwi. A kiedy drzwi otworzyły się i stanęła w nich Camille, w jedwabnej, krwistoczerwonej sukni w blond włosach nieopadających na jej nagie ramiona, cała złość, którą w sobie kryłem uszła ze mnie niczym para, z buchającego silnika parowca.
-Ty wredna suko! – krzyknąłem patrząc na nią z nieskrywaną wściekłością i obrzydzeniem.
Dziewczyna zakryła ręką usta w geście zaskoczenia. Jej twarz zmieniła się do niepoznania. Z wrednej intrygantki, przeszła w niewinną, skruszoną dziewczynkę. Zapomniałem dodać, że świetna z niej aktorka, tak samo jak manipulatorka.
-Ależ Magnus, o co ci chodzi skarbie? – zapytała patrząc na mnie zielonymi oczami, które zawsze przypominały mi szmaragdy, w których malowało się czyste zaskoczenie.
-Przestań udawać Camille! – podniosłem głos, strzepując jej rękę ze swojego ramienia. Blondynka spojrzała na mnie z urazą, lecz szybo przybrała obojętny wyraz twarzy.
-Kiedy ja naprawdę nie wiem o co ci chodzi, kochanie.
-Myślisz, że znowu dam ci się nabrać? Nie dam ci się wciągnąć znowu w tą twoją pokręconą gierkę. Dobrze wiesz o co mi chodzi. To ty to wszystko zaplanowałaś! To ty podstępem zwabiłaś tutaj najpierw mnie, a później Alexandra, aby zobaczył jak mnie całujesz! Powiedz, po co to zrobiłaś? Chciałaś złamać mi serce? Zemścić się? Co... – nie dokończyłem, kiedy przerwał mi jej donośny śmiech. Spojrzałem na nią w osłupieniu. Dziewczyna niedbale machnęła ręką i spojrzała na mnie wyniośle.
-Zemścić się? – zapytała poprzez śmiech. – Nie bądź śmieszny Magnus. Nie pochlebiaj sobie, nie jesteś wart choćby mojego spojrzenia, a co dopiero zemsty. Takich jak ty mogę mieć tysiące. Ale za to ty, już nie będziesz miał tego jedynego. Alexander cię nienawidzi. I pewnie już nigdy nie będzie chciał cię widzieć. Już nigdy więcej na ciebie nie spojrzy, a ty już nigdy nie usłyszysz od niego tandetnego kocham cię. Czy to nie smutne?
-Zamknij się! – wykrzyknąłem i przycisnąłem ją do chłodnej ściany. Dziewczyna krzyknęła głośno z zaskoczenia, kiedy zacisnąłem dłoń na jej szyi i przyszpiliłem ją do ściany, uniemożliwiając ucieczkę. – Nic o nim nie wiesz! Nie znasz Alexandra, nie znasz mnie! Boże.. ty nawet nie wiesz, ty nie rozumiesz, jak to jest kogoś kochać! Nigdy nikogo nie kochałaś. Zawsze traktowałaś ludzi jak przedmioty, głupie zabawki, które po pewnym czasie wyrzucałaś, bo ci się znudziły. Łącznie ze mną. Nigdy mnie nie kochałaś. Tak jak ja nigdy nie kochałem ciebie.
Camille przebiegły dreszcze i wstrząsnął nią spazmatyczny kaszel, kiedy niekontrolowanie mocniej zacisnąłem dłoń na jej szyi. W tamtym momencie, dosłownie straciłem panowanie nad sobą. Nie kontrolowałem siebie, swojej siły, ani uczuć, mną miotających. W tamtym momencie nie istniało nic, oprócz mojej nienawiści i wrzącego we mnie gniewu.
Nagle świat zwolnił w moich oczach. Wszystko działo się tak powoli, a zarazem i w zabójczym tempie. Camille zrobiła się czerwona na twarzy, próbowała złapać oddech, któremu moja dłoń szczelnie odbierała dojście do płuc. Lecz sam nie zdawałem sobie z tego sprawy. Byłem jak w amoku. W następnej chwili, nim zdążyłem jakoś zareagować, poczułem silne ramiona odpychające mnie od dziewczyny. Poleciałem na drewnianą poręcz przy schodach. Spojrzałem w górę. Między mną a Camille, która spazmatycznie łapała powietrze, rozmasowując kark, stał Ragnor. Oddychał ciężko, jakby biegł. Przebiegał wzrokiem ode mnie do Camille, jakby nie mógł się zdecydować do kogo podejść najpierw. Po chwili jednak podszedł Camille, kiedy ta osunęła się pod drzwi biblioteki. Kiedy pomagał jej wstać, rzuciwszy jej ostatnie pełne odrazy spojrzenie, wyprostowałem się i zbiegłem po schodach. Gdy miałem zamiar zniknąć za ostatnim stopniem, dobiegł mnie cichy, jakby rozpaczliwy głos Camille.
-Mylisz się Magnus. Kochałam kogoś. Kochałam ciebie.
Zatrzymałem się i nie odwracając się w jej stronę, rzuciłem desperacko przez ramię.
-Nie Camille. To Alexander mnie kochał, nie ty.
„I to ja kochałem, kocham i będę go kochał.", dodałem w myślach i wybiegłem z budynku prosto w ciemność, która otoczyła mnie ze wszystkich stron. „I być może, jeszcze nie wszystko stracone", uznałem i zatapiając się w ciemność letniej nocy, ruszyłem ścieżką, na której końcu miałem nadzieję znaleźć to szczęście, które mnie opuściło.
Z każdym krokiem, z każdym milimetrem bliżej domu Alexandra, moje serce przyśpieszało, oddech stawał się szybszy, a umysł coraz częściej podsuwał pomysł odwrotu i pytań: „A co jeśli on już cię nie chce?", „Co jeśli już cię nie kocha?", „A co jeśli wybierze Michaela?". Nie! Nie! Nie! Nie chciałem dopuszczać, do siebie tych myśli, lecz przecież nie mogłem zaprzeczyć prawdzie. Rozczarowałem Alexandra. Zraniłem go. Zawiodłem jego zaufanie. A co najważniejsze: być może straciłem jego miłość. I to już na zawsze.
Kiedy to sobie uświadomiłem, nie mogłem nie zawalczyć. Jego miłość jest dla mnie wszystkim. Jest najcenniejszą rzeczą, która przydarzyła mi się w moim życiu. A kto chciałby stracić wszystko co najcenniejsze? Wszystko co mu tak drogie i kochane?
Musiałem zawalczyć. Być może będzie to ostatnia walka, jaką stoczę. Być może wyjdę z niej przegrany. A być może wygram. To nie ma teraz znaczenia. Najważniejsze, że nie poddam się. Będę walczył do końca.
I oto jestem. Wkroczyłem na pole bitwy. Bitwy o miłość, która okazała się ta pierwsza, jak i zarazem ostatnią.
Stałem przed furtką, trzymając rękę na klamce, ale zanim ją otworzyłem, drzwi frontowe domu otworzyły się i stanęły w nich dwie postacie. Impulsywnie, nie do końca rozumiejąc swoje zachowanie, cofnąłem się i schowałem za pobliskim drzewem.
-Dzięki Michael za odwiedziny, ale naprawdę nic mi nie jest – do moich uszu dobiegł tak bardzo znany mi głos.
Natychmiast wyjrzałem zza konara i momentalnie tego pożałowałem. Owe postacie okazały się być moim Alexandrem i znienawidzonym przez wszystkich Michaelem, który pochylał się nad Alexandrem blisko – zbyt blisko – i szeptał mu coś do ucha. Widziałem jak policzki mojego ukochanego oblewają się soczystym rumieńcem, co było nie do wytrzymania. Do tej pory, tylko ja mogłem, tylko ja potrafiłem, dostatecznie zawstydzić Alexandra żeby się zarumienił. Wezbrała we mnie zazdrość, a to co ukazało się moim oczom, przewróciło moje życie – już po raz drugi w tym dniu – o 180 stopni. Michael odsunął się od Alexandra na nieznaczną odległość, i dotknął dłonią jego policzek. Ten jeden, niby niewinny gest, był początkiem drogi do mojego własnego piekła. Natychmiast wszystko potoczyło się bardzo szybko. Michael pochylił się nad Alexandrem i złączył ich usta w pocałunku. Alexander natychmiast przyparty do muru, nawet nie próbował się bronić. Może i nie oddawał pocałunku, tak jakby chciał Michael, lecz jego brak jakiekolwiek obrony przed tym rozerwało moje serce na milion drobnych kawałeczków.
Teraz zrozumiałem jak bardzo skrzywdziłem Alexandra. Zrozumiałem, że przegrałem tą bitwę i sam stworzyłem sobie to piekło. Zrozumiałem, że to już koniec. Nie ma dla mnie ratunku. Nie ma ratunku dla mnie i Alexandra. Uświadomiłem sobie, że to koniec. Koniec, po którym nie miało być już nowego początku. Koniec, za którym kryła się już tylko ciemność. Ciemność, która otoczyła mnie ze wszystkich stron, oddzielając mnie tym samym od wszelkiego zła i bólu złamanego serca.
A/N: I jak wrażenia? Macie już pomysł, jak skończy się to opowiadanie? Odpowiedź na wasze pytania, mam nadzieję pojawi się już za tydzień (ale znając mój kalendarz...) :)
Pozdrawiam
Ola
