Gdy Guinevere przy śniadaniu oświadczyła, że wybiera się w południe na przejażdżkę do lasu Salazar nie miała ochoty jej towarzyszyć. Chciała poświęcić dzień na prowadzenie badań nad roślinami, które Helmund przywiózł ze swej ostatniej podróży na wschód Europy. Niestety, nie mogła wykpić się takim argumentem - jej przyjaciel udał się tam nielegalnie i dodatkowo za pomocą magii, co również nie działało na ich korzyść. Może i jej brat był liberalnie nastawiony w kwestii czarodziei i czarownic oraz ogólnie magii, jednakże wpadał we wściekłość, gdy czegoś w niej nie rozumiał - czyli w większości przypadków. Dodatkowo mógł zechcieć wykorzystać tę sztukę do walki ze swymi przeciwnikami - a to oznaczałoby śmierć bardzo wielu czarodziei, gdyż te nieliczne przypadki z historii magii, które mówiły o wtrącaniu się magów do mugolskich bitew opowiadały o tym, że wpierw ginęli wszyscy posiadający magię. Nastąpiłoby mimowolne wytępienie całego ich rodzaju, a tego w żadnym wypadku Salazar nie chciała.
Do zmiany decyzji w kwestii wyjazdu nakłonił ją Arthur, który obiecał jej, że jeśli nie pojedzie, wyznaczy ją jako osobę nadzorującą służbę, która akurat w ten dzień miała sprawdzać stan królewskich spiżarni. W obliczu takiej groźby, Salazar nie mogła odmówić bratowej.
Dlatego tuż po śniadaniu zaczęła przygotowania do podróży.
Najpierw poszła do stajni, by osobiście zająć się swoim pięknym, czarnym ogierem - Amaranthem. Nie lubiła, gdy musiała oddać konia pod opiekę stajennych, na których niekompetencję narzekała przy każdej okazji. Z jej rozkazu w przeciągu roku wyrzucali z pracy co najmniej dwudziestu młodzieńców pracujących przy koniach. Tak naprawdę, wcale nie chodziło o ich brak umiejętności, a o przywiązanie Salazar do zwierzęcia, jednakże prędzej z własnej woli zażyłaby cyjanek, niż się do tego przyznała. Kiedy już wyczyściła i osiodłała Amarantha, wróciła do zamku i wydała odpowiednie rozkazy służbie, która pośpiesznie przygotowała dla niej kąpiel i ubiór, który musiał być tyleż praktyczny, co i wytworny. Ostatecznie i tak zarzucała na to wszystko pelerynę, żeby uchronić się przed słońcem, ale… zawsze mogło się przydarzyć coś, co kazałoby jej ją zrzucić, a wtedy należało wyglądać przyzwoicie.
W południe spokojnie czekała, aż królowa skończy wydawać rozporządzenia i czynić ostatnie przygotowania do drogi. Guinevere była strasznie niezorganizowaną kobietą, jednakże siostra króla na jej szczęście zawsze cechowała się cierpliwością. W efekcie wyruszyły ponad godzinę później od planowanego czasu wyjazdu. Kobiety postanowiły zrezygnować z objazdu całego lasu i ograniczyć się jedynie do wschodniej jego części. Co odpowiadało Salazar, gdyż cały teren wschodni i kawałek północy był odgrodzony od reszty na użytek wyłącznie królewski, więc żaden wieśniak nie stanie im na drodze, by ponarzekać na swoje ciężkie życie i błagać o jałmużnę. Nie znosiła takich sytuacji - mają przecież możliwość zgłoszenia petycji bezpośrednio do króla, po co jeszcze zanudzali ją i Gwen swoim życiem?
Podróż okazała się tak nudna, jak przewidywała Salazar. Także nieco irytująca, gdyż poza nią i Guinevere jechała chyba z połowa żeńskiej części dworu. Nie licząc służek i rycerzy, których w sumie było drugie tyle. Służki i rycerze nie drażnili tak bardzo, jako że raczej się nie odzywali, natomiast nieustannie trajkoczące o byle czym dworki powodowały, iż czuła tępe pulsowanie w skroni, zwiastujące zbliżającą się migrenę; zawsze była uczulona na głupotę. A akurat towarzyszki królowej miały jej w nadmiarze. Nie wiedziała czemu Guinevere, która w końcu była inteligentna, tak często spędzała z nimi swój wolny czas. Jej zdaniem, królowej mogło to tylko zaszkodzić.
Amaranth stępował wolno, co jakiś czas parskając z irytacją i posyłając właścicielce pełne wyrzutu spojrzenie. Salazar klepała go wtedy po pysku, mrucząc mu na ucho, że również wolałaby pogalopować, najlepiej z daleka od nich. Koń najwyraźniej jej nie wierzył, gdyż w odpowiedzi jedynie kręcił łbem, posłusznie posuwając się naprzód i nie zaszczycając nawet spojrzeniem białej klaczy Guinevere, Anais, która usilnie starała się zwrócić jego uwagę już od kilku godzin.
- Powinniśmy już wracać, Wasza Królewska Mość - odezwał się jeden z rycerzy, Lancelot. - Niebawem zacznie zachodzić słońce i lepiej żebyśmy byli w zamku zanim całkowicie zgaśnie.
Guinevere kiwnęła głową, posyłając mu promienny uśmiech. Salazar wywróciła oczami, bo doprawdy... Nawet lubiła Lancelota, był dość bystry, a w dodatku był wychowankiem jej Mistrzyni - Nimueh. Ciekawa była, czy ta powiedziała mu już, że tak właściwie jest jej synem, a nie jedynie przypadkowo znalezionym dzieckiem… i że nie jest magiem tylko dlatego, że Mistrzyni stale kontroluje, by jego moc się nie ujawniła. Sądząc po tym, że nie wygląda, jakby zwariował, chyba jednak nie. A szkoda. Chyba nadszedł już czas, by mu o tym powiedzieć? Czasami zastanawiała się, czy Nimueh kiedykolwiek to zrobi. I czy nie lepiej byłoby, gdyby to ona, jako siostra króla mu to powiedziała i zapewniła, że z tego powodu Arthur wcale go nie wyrzuci ze swej świty, bo mu na to nie pozwoli.
- Dobrze, ale jedźmy inną drogą, niż przyjechaliśmy - zarządziła królowa, unosząc palec, gdy Lancelot chciał zaprotestować. - Nadkładamy tylko cztery mile*, a może nawet nam się uda zobaczyć jednorożca!
No tak, Salazar mogła się domyślić, że przejażdżka nie oznaczała tak do końca przejażdżki. Guinevere rozwinęła w sobie wręcz niezdrowe zamiłowanie do jednorożców, odkąd pierwszego z nich ujrzała pięć lat temu w tutejszym lesie. Od tamtej pory uparła się, że będzie systematycznie wyruszać na poszukiwania stworzenia, jednakże po jakimś czasie Arthur zabronił jej tych eskapad, irytując się już nieco na tą nową obsesję swej żony. I przez parę miesięcy rzeczywiście wydawało się, że Gwen porzuciła marzenia o pogłaskaniu jednorożca, jednakże Salazar miała pewne podejrzenia, iż wcale się tak nie stało. Bardzo dobrze znała królową i wiedziała, że ta tak szybko nie odpuści tylko dlatego że Arthur poprosił czy tam nawet zakazał. Dzisiaj okazało się, że ma rację i tylko zastanawiała się ile z przejażdżek Guinevere było tak naprawdę przykrywką dla poszukiwań. Pewnie zdecydowana większość - tłumaczyłoby to też zabieranie ze sobą tak wielu dworek i służek koniecznie płci żeńskiej, gdyż legenda głosiła iż jednorożce bardziej ufają kobietom niż mężczyznom. Salazar uważała, że jeśli jest w tym ziarno prawdy, stworzenia są naprawdę bardzo mądre.
Zaczęła się żmudna droga powrotem, zapowiadająca się równie nudnawo. Jakież więc było zdziwienie Salazar, gdy w oddali ujrzała srebrną plamkę, która zdawała się przemieszczać. Otwarła usta, żeby zwrócić czyjąś uwagę, iż może to być jednorożec, jednakże nie tylko ona ją zauważyła - Gwen dostała tego dziwnego, nieco przerażającego błysku w oczach i od razu zakrzyknęła, że ruszają w tamtą stronę. Lancelot westchnął ze zrezygnowaniem, ale zawrócił konia we wskazanym kierunku i nakazał reszcie, by uspokoiła konie na tyle, by wydawały jak najcichsze dźwięki. Na to polecenie Amaranth jedynie zastrzygł uszami i spojrzał z wyższością na konia Lancelota, Antherosa, po czym zaczął stąpać niemalże bezgłośnie, pomimo okutych podkowami kopyt. Salazar uśmiechnęła się pod nosem i rzuciła niewerbalne zaklęcie, które powodowało, że większość koni posuwała się naprzód prawie bezszelestnie. Oczywiście, mogłaby je całkowicie wygłuszyć a nawet sprawić, że byliby niewidzialni, jednakże było to zbyt niebezpieczne, by tego próbować. Królowa co prawda domyślała się, że jej przyjaciółka posiada takie zdolności, jednakże nigdy nie poruszała tego tematu, nawet nie wypytywała jej o to, czy to prawda. Po prostu wybrała o tym nie myśleć, za co Salazar była jej niejako wdzięczna. Skoro ktoś bał się magii lepiej było nie uświadamiać go, że osoba z którą jest w bliskich relacjach się nią posługuje.
Już były jedynie sto, może sto dwadzieścia stóp od jednorożca, gdy ten nagle stanął dęba i uciekł. Guinevere zasyczała wściekle, zatrzymując konia. Widać było, że ledwo powstrzymywała się przed wyzywaniem na bogu ducha winnych ludzi. Jedynie jej królewskie wychowanie na to nie pozwoliło. Dworki zaczęły szeptać między sobą z rozgorączkowaniem, nikt nie wiedział co się stało, dlaczego jednorożec uciekł akurat teraz i czym się zdradzili, że je zauważył. Salazar rozejrzała się po niewielkiej polanie i dostrzegła postać stojącą jakieś siedemdziesiąt stóp od nich, która opierała się o kuszę. Rzeczywiście, w trawie nieopodal miejsca, w którym stał jednorożec wbity był bełt, słabo widoczny, gdyż wbił się naprawdę głęboko w ziemię. Była przekonana, że gdyby postać wzięła poprawkę na wiatr zabiłaby stworzenie na miejscu. Jednakże kto normalny chciałby zabić jednorożca? Salazar zmarszczyła czoło i poczuła rosnącą w niej ciekawość.
- Guinevere, tam ktoś stoi - powiedziała, wskazując bladą dłonią na postać stojącą kawałek od nich. Królowa bezwiednie zwróciła w tamtą stronę wzrok i zmrużyła oczy, dostrzegając niewyraźną z tej odległości figurę.
- Jest w królewskiej części lasu - powiedziała gniewnym tonem Gwen, spinając konia. - Idziemy zobaczyć, kto to i co tu robi - zarządziła, kierując całą grupę w stronę postaci.
Salazar wiedziała, że zmęczona podróżą i rozdrażniona niepowodzeniem Guinevere może stać się wredną, złą osobą, więc również spięła Amarantha i czym prędzej dogoniła Gwen.
- Tylko się nie wyzłośliwiaj, bo potem jęczysz, że wśród ludu krążą plotki o twej "mrocznej stronie" - przestrzegła ją, zrównując z nią konia. - A ja po ostatnim razie mam już dość i jeśli usłyszę choć słowo na ten temat, zmuszę Arthura by cię zamknął w wieży na jakiś czas.
Królowa w odpowiedzi jedynie zmroziła ją spojrzeniem i zapatrzyła się przed siebie. Salazar widziała, jak głęboko oddycha i uśmiechnęła się lekko, chociaż królowa nie mogła tego widzieć przez kaptur, który zakrywał jej całą twarz.
Po chwili już stanęły przed ową osobą i Salazar odwróciła głowę od Guinevere, by zobaczyć kto pomimo zakazu wchodził na królewską część lasu, a w dodatku polował na jednorożce. Ze zdziwieniem przyjęła fakt tego, iż była to kobieta.
W dodatku urodziwa - pomyślała Salazar, wpatrując się w nią z zafascynowaniem. Guinevere zaczęła z nią rozmawiać, jednakże siostra króla nie słuchała jej słów, całkowicie poświęcając swą uwagę na obserwowanie postaci stojącej przed nimi. Kobieta miała ognistorude włosy splecione w warkocz sięgający jej aż do pośladków. Duże, głęboko osadzone oczy w kolorze soczystej zieleni zdecydowanie przyciągały uwagę; bynajmniej salazarową. Jej usta były malinowej barwy, pełne i z nieco uniesionymi do góry kącikami mimo tego, iż aktualnie nie wyglądała na rozbawioną. Skórę miała opaloną na jasny brąz, na twarzy błąkało się kilka piegów, a ręce zdobiło całkiem sporo pieprzyków. Ubrana była bardzo praktycznie, w lniane spodnie, takąż samą koszulę i skórzaną kamizelkę, chyba nawet męską. Na to niedbale zarzucona była czerwona, długa do łydek peleryna. Była wysoka i szczupła, choć nie tak bardzo jak Salazar, gdyż kobieta była ładnie umięśniona, co widać było nawet przez ubrania, a siostra króla nigdy nie dbała szczególnie o to, by jakiekolwiek mięśnie posiadać.
- Spacerek, jasne - usłyszała obok siebie mruknięcie Galahada i mimowolnie zwróciła na niego swą uwagę. Chwilę zajęło jej pozbieranie myśli i roześmiała się, gdy dotarła do niej tocząca się właśnie rozmowa. Postanowiła się do niej włączyć, więc ściągnęła kaptur z głowy i spojrzała wprost w oczy kobiety, która odwzajemniła się jej równie niezłomnym spojrzeniem.
- Zawsze zabierasz ze sobą na spacer miecz i kuszę? - zapytała, dopiero poniewczasie orientując się, że użyła swojego uwodzicielskiego tonu.
Spojrzała przelotnie na Gwen, która oczywiście zauważyła to i ewidentnie walczyła z szerokim uśmiechem. No to się teraz nasłucha, jak tylko wrócą do zamku…
Kobieta okazała się być nie tylko ładna, ale również dość zadziorna, gdyż odpowiedziała jej z taką słodyczą, że od razu wiadomym było, iż najchętniej by ją otruła.
Och, próbowała ukryć broń i myślała, że nikt jej nie zauważy - uświadomiła sobie Salazar, jednakże wiedziała, iż nadzieje dziewczyny były płonne, gdyż skoro ona zauważyła broń, to rycerze tym bardziej.
Usłyszała tępy odgłos i spojrzała na Galahada z naganą, widząc że ten trzasnął dziewczynę dłonią za jej impertynencję, i zaczął jej tłumaczyć kim Salazar jest. Miała ochotę wywrócić na to oczami, ale jedynie siedziała spokojnie, obserwując kobietę. Zamrugała parę razy, gdy w powietrzu obok rudej zabłysnęło coś, co bardzo przypominało moc magiczną. Czyżby trafiły na czarownicę? Salazar spojrzała na nią z zupełnie innej perspektywy próbując wyłapać jakieś ślady obcej magicznej energii, która powinna unosić się w powietrzu, jeśli tamta rzeczywiście była magiem. Jednakże czuła jedynie magię swoją i przytłumioną, Lancelota. Miała ochotę zagłębić się w umysł dziewczyny, jednak wiedziała, że teraz tego zrobić nie może, gdyż legilimencja pochłaniała za dużo czasu i energii. A nie byłoby dobrze, gdyby tak nagle zemdlała. Zaczęłby się pytania, podejrzenia i Arthur, który zmartwiony wyglądał jak stratowany przez konia kot. Zdecydowanie nie miała na to ochoty.
Skrzywiła się nieznacznie słysząc przytyk Amelii, jednej z dworek, oczywiście pochodzącej z tej najgłupszej części. Widziała, iż uwaga zirytowała kobietę, jednakże ta jedynie zacisnęła usta i przeprosiła ją za swe zachowanie. Salazar jedynie na nią patrzyła, ponownie zamyślając się. Zdecydowanie miała silny charakter i nie lubiła się uginać przed czyjąś wolą, jednakże była też na tyle mądra by wiedzieć, że z niektórymi nie wygra. Salazar poczuła irracjonalną chęć, by poznać ją lepiej.
Więc kiedy Guinevere postanowiła pokrzyżować właśnie tworzący się w salazarowej głowie plan, który miał wiele wspólnego z rozmowami w zamkowych lochach, gdy ta się już w nich znajdzie i podjęła decyzję o ułaskawieniu kobiety, Salazar zrobiła to, co zrobiłaby na jej miejscu każda kobieta. Uległa kaprysowi.
Cicho pstryknęła palcami, sprawiając że broszka do tej pory trzymająca jej pelerynę pojawiła się na pelerynie kobiety, którą właśnie Gawaine pozbawiał broni. Salazar spięła swą pelerynę transmutowaną pośpiesznie z pierścienia broszką i przeczyszczając delikatnie gardło wykrzyknęła:
- Moja broszka! - po czym wskazała na dziewczynę przed nimi, która momentalnie spojrzała na nią z niezrozumieniem odbijającym się w zielonych oczach. Odpinający właśnie kobiecie pas Gawaine znieruchomiał, po czym wyprostował się i spojrzał ze zdziwieniem na siostrę króla. I mimo tego iż Salazar naprawdę wolałaby nadal patrzyć w te zachwycająco zielone oczy kobiety, zmusiła się by odgrywać dalej swoją rolę, więc spojrzała z oburzeniem na Gwen. - Pamiętasz, mówiłam ci tydzień temu, że chyba ją zgubiłam, bo nie przypuszczałam, że ktoś mógłby się włamać do naszego zamku… - powiedziała, wpatrując się w oczy bratowej i naprędce tworząc w jej umyśle fałszywe wspomnienie takiego zdarzenia. Dawno już nie była tak wdzięczna Nimueh za nauczenie jej legilimencji. - … ale teraz ona ją ma, zobacz!
I ponownie wskazała na kobietę przed nimi, która spojrzała na nią ze strachem, a potem zaczęła protestować, spojrzała na zupełnie nieznaną jej broszkę aktualnie spinającą czerwoną pelerynę i zaczęła prosić, by uwierzyli, że nie ukradła tego przedmiotu. Oczywiście wszystko na nic, gdyż rycerze natychmiast ją pochwycili i skrępowali nie zwracając uwagi na jej tłumaczenia. Salazar uśmiechnęła się kątem ust i ten moment właśnie wybrała sobie kobieta, by na nią spojrzeć. W jej oczach tlił się sprawiedliwy gniew i coś, co zbyt przypomniało nienawiść, aby Salazar mogła długo w nie patrzeć, więc odwróciła wzrok, wpatrując się w przestrzeń. Porozmawia sobie z nią później, na spokojnie, gdy już nie będzie innych ludzi.
