(Nieco wcześniej)

Spojrzawszy jeszcze raz na nieruchome ciało Snape'a, Harry ruszył za przyjaciółmi do wyjścia z tunelu. Głos Voldemorta nadal rozbrzmiewał nad Hogwartem i okolicami niczym memento. Szli w stronę zamku, milcząc, wciąż pod wrażeniem tego, co zobaczyli, ukryci w tunelu pod Wrzeszczącą Chatą. Nie żeby jakoś specjalnie żałowali śmierci Snape'a. Raczej sposób, w jaki zginął, wstrząsnął nimi bardziej, niżby się tego spodziewali.

– Co masz zamiar z tym zrobić? – Hermiona wskazała na fiolkę, w której kłębiły się srebrzyste wspomnienia Snape'a. Harry spojrzał na naczynie z niechęcią.

– Jeszcze nie wiem, ale to może poczekać. Mam wystarczający mętlik w głowie z własnymi myślami. Nie zamierzam się dodatkowo babrać w cudzych, a już zwłaszcza Snape'a. Muszę pomyśleć. Jedno wiem na pewno – nie mam zamiaru poddać się bez walki.

– Ale nie sądzisz, że...

Harry niecierpliwie przerwał Hermionie machnięciem ręki i odłączył się od przyjaciół. Wiedział, że musi to załatwić sam. I musiał dokładnie przemyśleć to, co usłyszał w chacie. Różdżka... w tym z pewnością tkwił klucz do pokonania Voldemorta. Skoro nie zawahał się uśmiercić tak wiernego sługi jak Snape...

Tymczasem Severus bezszelestnie krążył po zamku. Minął w przelocie kilkoro swych dawnych uczniów, którzy z niemym przerażeniem rozpierzchli się na jego widok. Dawniej sprawiłoby mu to sporą satysfakcję, jednak teraz był zbyt zajęty szukaniem tego imbecyla Pottera, by napawać się swoim autorytetem. W końcu znalazł go w pustej sali do transmutacji, nerwowo ściskającego różdżkę w drżącej dłoni. Nie potrzebował legilimencji, żeby stwierdzić, że chłopak nie ma pojęcia, co robić. Jakby się zastanowić, cała ta sytuacja nie była winą Pottera. Ale Severus wcale nie miał zamiaru się nad tym zastanawiać. Poszybował w stronę Harry'ego, używając do tego być może odrobinę za dużo energii. Niezupełnie jeszcze przyzwyczaił się do faktu, że jego tarcie było teraz pomijalnie małe i wciąż miał pewne problemy z hamowaniem. Przezroczysty, haczykowaty nos zagłębił się na cal w mózgu chłopaka. Nie było to przyjemne uczucie. Severus miał tylko nadzieję, że dla Pottera było to jeszcze gorsze przeżycie.
Harry wzdrygnął się. Ostatnie, czego się teraz spodziewał, to duch znienawidzonego belfra i mordercy.

– Czy możesz mi powiedzieć, Potter, co tu jeszcze robisz? – wycedził Snape. – Sądziłem, że wydałem ci wyraźne polecenie... Myślisz, że oddałem ci moje wspomnienia po to, żebyś mógł się z nich pośmiać z przyjaciółmi przy piwie kremowym?

Harry'emu poczerwieniały uszy. Jedno było pewne – Snape może i umarł, ale wredna część jego jestestwa pozostała równie żywa jak za życia. Miał jednak zamiar stawić jej czoła.

– Nie będę cię słuchał. Zwłaszcza teraz. I nie myśl, że się ciebie boję. Nic mi nie zrobisz! – wykrzyczał w kierunku mglistej plamy.

– Nie wrzeszcz. Jestem martwy, nie głuchy – chłodno odparł Severus. – I wierz mi, mogę ci skutecznie uprzykrzyć resztę życia. W każdym razie te kilka minut, które ci zostały. Ciągle jestem w tym dobry.

– Nie wątpię – drwiąco parsknął Potter. – Ale jakoś mnie to już nie przeraża.

– Mógłbyś docenić to, że oddałem w twoje łapy najcenniejszą rzecz, jaką posiadałem.

– Twoje brudne wspomnienia?

– Moją godność. I reputację.

Harry zaniósł się śmiechem.

– Godność? Tchórze nie mają godności.

– Nie! Nazywaj! Mnie! Tchórzem! – półprzezroczysta powłoka Severusa zaiskrzyła od niekontrolowanych wyładowań.

– Nawet po śmierci nie miałeś odwagi pójść dalej. Jak moi rodzice, jak Syriusz. Oni nie...

– Ja nie miałem odwagi? – powietrze zafalowało od ryku Severusa. – Cofnąłem się z tych cholernych zaświatów, żeby upewnić się, że zrobisz to, co trzeba. Zamieniłem swoją duszę na to... coś – tu demonstracyjnie pokazał mglistą szatę... – a ty mi mówisz, że jestem TCHÓRZEM?

Następnych kilka sekund Harry najchętniej wymazałby ze swojej pamięci na wieki. Rzadko bowiem śmiertelnicy mają okazję ujrzeć ektoplazmę w stanie nadkrytycznym. A jeszcze rzadziej mają okazję ujrzeć potem cokolwiek.

– Czy jeśli obejrzę te twoje wspomnienia, dasz mi w końcu spokój? – wymamrotał, kiedy już podniósł się z podłogi po krótkim omdleniu.

– Z rozkoszą odejdę dokądkolwiek, gdzie nie będę cię musiał oglądać – sarknął Snape, z lekka już tylko iskrząc i pobłyskując.

– Dobrze więc, zrobię to. Zadowolony?

– Chyba po raz pierwszy, odkąd cię spotkałem.

Severus sunął bezgłośnie za nieco zdenerwowanym Harrym, towarzysząc mu do samego gabinetu dyrektora. Tu młody czarodziej zawahał się.

– Nie znam hasła.

Snape wymamrotał hasło. Dość niechętnie.

– Przepraszam, nie dosłyszałem.

– Dumbledore – mruknął Snape głośniej.

– Dumbledore? – zdziwił się Harry i w tym momencie gargulec otworzył przejście.

– A czego się spodziewałeś? Cytrynowych dropsów w mowie węży? – Snape pogardliwie wydął wargi i wpłynął do środka. Potter podążył za nim.
Gabinet dyrektora nie zmienił się, odkąd Harry był tu ostatni raz. Może tylko obraz Dumbledore'a... Był pusty. No tak, z pewnością na dole działo się dużo ciekawszych rzeczy. Harry wyjął z kieszeni buteleczkę i wlał srebrzystą zawartość do myślodsiewni, a potem, biorąc głęboki wdech, zanurzył się we wspomnieniach Severusa...
Ten zaś, uznawszy ziemskie obowiązki za wykonane, postanowił zająć się swoimi bieżącymi sprawami.

(Jakiś czas później)

Minerwa McGonagall oparła się ciężko o ścianę Wielkiej Sali. Krótka euforia po zwycięstwie opadła, ustąpiwszy miejsca potwornemu znużeniu. Przebiegła zamglonym spojrzeniem po sali, po ludziach, którzy stali w grupkach wokół ciał swoich bliskich. Próbowała nie wyobrażać sobie twarzy tych, którzy odbierają właśnie jej sowy. „Z przykrością informuję, że Państwa syn/córka...". Tych, którym jeszcze niedawno wysyłała całkiem inne listy, przypominając o rozpoczęciu nowego roku szkolnego. Wyszła na dziedziniec i zaczerpnęła powietrza. Byle pozbyć się mdlącego zapachu śmierci. Drgnęła, nie zauważywszy nadejścia Flitwicka.

– To już wszyscy, Minerwo. – Czarownica skinęła głową. – Wszyscy, których udało się nam znaleźć.

– A... Severus? – głos Minerwy brzmiał nienaturalnie drętwo.

– Nigdzie go nie było.

McGonagall zacisnęła usta. W chwili, kiedy Harry rzucił w twarz Voldemorta prawdę o Severusie, Minerwa poczuła twardą grudę w piersi. I czuła ją do teraz. Nie, to nie było poczucie winy. Raczej żal. Czuła się oszukana. Wojna była zbyt względna jak na jej ścisły umysł. Zdrada, wierność, morderstwo, przyjacielska przysługa – nic nie było tym, czym być powinno. Tak, czuła żal. A zwłaszcza do tych dwóch. O to, że obaj grali za jej plecami. A nade wszystko, że rozegrali to bez niej. I nie miało znaczenia to, że tak było bezpieczniej.

Czuła złość, bo teraz nie zostało już nic do wyjaśnienia. Nic do zrobienia poza pochowaniem ciała. Po którym na dodatek nie było śladu. Nie przypuszczała wprawdzie, by Severus przywiązywał do tego jakieś znaczenie, zwłaszcza teraz, po wszystkim, tym niemniej...

– Na Merlina, Severusie, co się z tobą stało? – wyszeptała.

– Miło, że pytasz – odezwał się Severus, wynurzając się znienacka z kolumny.

Krzyk Minerwy poderwał wrony z dachu Wieży Północnej.

– Nigdy więcej tego nie rób – drżącym z gniewu głosem powiedziała McGonagall. – I co ty tu w ogóle robisz? Słyszałam, że...

– Nie żyję? – zadrwił Severus. – Co ty nie powiesz? Sam bym nie zauważył.

– A gdzie... reszta? – Minerwa zatoczyła ręką nieokreślony kształt konturów jego utraconego ciała.

– We Wrzeszczącej Chacie, jak mniemam.

– Zaraz poproszę Filiusa, żeby cię... hm, ściągnął.

– Byłoby miło. Mam raczej nieprzyjemne wspomnienia w związku z tym miejscem, sama rozumiesz – spokojnie odparł Severus. – No, chyba że uważasz, że to odpowiednie miejsce dla kogoś takiego jak ja – dodał, starając się wzbudzić w niej poczucie winy.

– Severusie...

– Poniekąd to też twoja wina – z satysfakcją dręczył ją Snape.

– Moja?

– Gdyby nie twój bezpodstawny zamach na dyrektora – zaakcentował ostatnie słowo.

– Skąd miałam wiedzieć, że jesteś po tej samej stronie? Zachowywałeś się jak...

– ... dokładnie tak, jak tego wszyscy oczekiwali od śmierciożercy.

– W takim razie bardzo się przejmowałeś swoją rolą – odpaliła Minerwa. – Akceptowałeś wszystko, co wymyślili Carrowowie. Ich znęcanie się nad uczniami.

– Nie bądź śmieszna, Minerwo! Nie zauważyłaś, że oboje byliśmy tylko pionkami w tej grze? – warknął.

– Mogłeś mi...

– Powiedzieć? – roześmiał się drwiąco. – Pomyśl chwilę.

McGonagall w milczeniu patrzyła na unoszącego się przed nią ducha. Jej złość, żal ulotniły się. Trudno żywić pretensje do kogoś, kto był martwy. Nawet jeśli wyraźnie lekceważył ten fakt.

– I co teraz? Zamierzasz tak zostać? – Minerwa spojrzała z niepokojem na Severusa.

– Nie zamierzałem – z lekką urazą odrzekł Snape. – Gdyby nie Potter...

– Daj już spokój, Severusie. Harry zniszczył Voldemorta, ocalił nas wszystkich...

– Mów za siebie – prychnął Severus i usiłował założyć ręce na piersiach, jak to zwykł robić dawniej, jednak nie bardzo mu to teraz wychodziło. Jego ramiona nie miały się na czym oprzeć i wciąż zapadały się do wnętrza szaty.

– To musi być dla ciebie... trudne – powiedziała z nutką współczucia Minerwa, patrząc na jego zmagania z krnąbrną bezcielesną powłoką.

– Najbardziej brakuje mi tego, że nie mogę porządnie trzasnąć drzwiami – westchnął Severus.

– Ale i tak budzisz respekt – powiedziała pocieszająco.

– Tak sądzisz? – Severus uniósł się o kilka cali wyżej, nieco podniesiony na duchu.

– Może zostanę w Hogwarcie na etacie? – Severus głośno myślał. Dotąd nie zastanawiał się, co będzie robił potem. Prawdę mówiąc nie sądził, by potem miał cokolwiek do roboty. Teraz jednak chyba czas byłoby pomyśleć o swojej przyszłości, zwłaszcza, że wszystko wskazywało na to, że jego przyszłość miała trwać wieczność. A to czas, który raczej trudno pominąć w swoim życiorysie.

– Obawiam się, że wszystkie domy są już obsadzone duchami – odparła ostrożnie McGonagall.

– Ale dla Binnsa znalazła się posada – zauważył z przekąsem. – Ach, zapomniałem, że Binns nie był Ślizgonem.

– Severusie, dobrze wiesz, że to nie ma nic do rzeczy. – Pośmiertnie rozczulający się nad sobą Severus zaczynał powoli działać McGonagall na nerwy.

– W każdym razie pokręcę się trochę po lochach – w głosie Severusa zabrzmiała nutka nostalgii. – Jak zwykle.

– Może Albus będzie wiedział, jak ci pomóc...

– Załatwić etat? – podniósł brew Snape.

– Przejść. Wrócić. Gdziekolwiek to jest.

– Chcesz powiedzieć, że moje towarzystwo ci nie odpowiada?

– Severusie, to chyba nie jest najlepsza pora...

– Ja mam dużo czasu.

– Nie przejmujesz się tym za bardzo, prawda?

– Mam się z tego powodu zabić? – spytał kpiąco.

– Chodziło mi o to, że zapewne świetnie się bawisz widząc, jak wszyscy uciekają na twój widok.

– Naprawdę sądzisz, że o tym właśnie marzyłem całe życie? – w głosie Severusa dało się słyszeć gorzką ironię.

– Nie wiem, o czym marzyłeś, ale jeśli chciałeś jak zwykle mnie zdenerwować, to prawie ci się to udało – podniosła głos poirytowana McGonagall.

Zza kandelabra wypłynął Krwawy Baron, przerywając ich rozmowę. Zmierzył surowym wzrokiem Severusa od stóp, unoszących się dwa cale nad podłogą, po czubek głowy.

– Doszły mnie słuchy, że pan umarł – powiedział, żywo zaciekawiony. W każdym razie zaciekawiony.

– Tak wyszło.

– Piękna rana, doprawdy, prześliczna. Moje gratulacje.

– Ekhm... dziękuję – Severus czuł się mile połechtany. Kto by pomyślał, jak bardzo dziura w szyi może poprawić samopoczucie ducha. Nie mówiąc o podniesieniu jego samooceny.

– Zaklęcie prujące? – Krwawy Baron wskazał sporych rozmiarów szramę na szyi młodszego kolegi.

– Wąż – sprostował Severus.

– To rozumiem. Ślizgon w każdym calu. A tu mamy ze cztery cale – oficjalny duch Slytherinu kiwnął głową z aprobatą i odpłynął z godnością.

– Naprawdę uważam, że powinieneś poradzić się... kogoś. Kogoś kompetentnego. To naprawdę nie jest... – Minerwa chciała powiedzieć „życie", ale w ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby nie drażnić Severusa – ...dla ciebie.

Duch uśmiechnął się posępnie i oddalił w głąb korytarza, niczym wielki, przezroczysty nietoperz.

Minerwa miała rację, błąkanie się po zamku w charakterze smętnego straszydła nie pasowało do jego wizerunku. Nie wspominając o tym, że uwłaczałoby to jego poczuciu estetyki. Z drugiej strony... Nie, dodał po namyśle, nie ma drugiej strony. Nie miał szczególnej ochoty rozmawiać z tym, który go w to wszystko wrobił, ale w końcu przemógł się i podążył w stronę gabinetu dyrektora. Oczywiście mógł pójść na skróty, przez mury, ale w poruszaniu się znajomymi ścieżkami była jakaś przyjemna rutyna. Nawet jeśli nie dotykało się ziemi. Na wieczność staję się sentymentalny – westchnął, nieco zamyślony, omal nie wpadając na Poppy Pomfrey, która biegła korytarzem z naręczem słoików, zaaferowana i przejęta. Dużo rannych. Mnóstwo pracy.

– A, to ty, Severusie. Wyglądasz dość niewyraźnie. Wpadnij do mnie później, dam ci kropelkę eliksiru pieprzowego.

I już jej nie było.

Severus po raz pierwszy od swojej śmierci poczuł się naprawdę lepiej. Może nie jest ze mną aż tak źle, pomyślał. I nawet wydało mu się, że jego szata jakby pociemniała. Ale kiedy wypłynął z mrocznego zaułka na korytarz oświetlony promieniami porannego słońca, zrozumiał, że to tylko złudzenie.

Odruchowo sięgnął do klamki, ale dłoń przeszła na drugą stronę drzwi, pociągając za sobą resztę. W gabinecie życie, jeśli można było tak powiedzieć, wracało do normy. Prawie wszystkie portrety były na swoich miejscach. Niektórzy z dyrektorów odsypiali niedawne wydarzenia. Albus przerwał konwersację z dyrektorem Dippetem i skinął mu głową.

– Przykro mi, Severusie.

– Zawsze to mówisz – Snape nie mógł powstrzymać się od wyrzutu. I wcale nie chciał.

– Nie tego ci życzyłem.

– O ile pamiętam, nigdy mnie nie było na twojej liście życzeń.

– Dobrze wiesz...

– Tak, wiem. – Severus uciął krótko. Nie chciał słuchać jeszcze raz o priorytetach w tej wojnie. Wojnie, w której nigdy nie liczyło się to, czego on chciał. Ani nawet, co czuł.

– Zapewne nie wiesz, jak stąd, no, wyjść... – spytał niby od niechcenia, jakby nie zależało mu specjalnie na odpowiedzi. Jakby nie po to przyszedł.

– Co masz na myśli?

– No, czy to się kiedyś jeszcze... jak by to powiedzieć... otwiera?

– Niby co?

– Drzwi, brama, portal, cokolwiek. To, czym się przechodzi. Stamtąd tu. I z powrotem.

– Nie mam pojęcia, Severusie. Jestem tylko obrazem. Nigdy tam nie byłem. Nawet nie jestem pewien, czy jest jakieś „z powrotem", jak to ująłeś. I obawiam się, że tu nie znajdziesz nikogo, kto mógłby ci pomóc...

No tak. Jak mógł się spodziewać, że to będzie proste. Albo przynajmniej możliwe.

– Może chociaż... Czy da się choć trochę... – Severus zawahał się.

– Trochę co, Severusie?

– Zgęstnieć? – Snape podniósł przezroczystą brew.

Dyrektor spojrzał na niego ze współczuciem.

– Nieważne – mruknął Severus i zniknął w ścianie. Nie przyzwyczaił się jeszcze do tego na tyle, by nie zamykać przy tym oczu.