Severus wypłynął z gabinetu dyrektora niezbyt usatysfakcjonowany, żeby nie powiedzieć zawiedziony. Jego przyszłość nie wyglądała zbyt różowo. Na szczęście. Niestety nie rysowała się też w jego ulubionych czarnych barwach. Raczej dość blado i nieostro. Zdecydowanie musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Całkiem przenośnie oczywiście, bowiem jego ręce nie nadawały się aktualnie do niczego konstruktywnego. Ani nawet destruktywnego. I to go deprymowało. Nie był nawykły do bezczynności. Na szczęście, w przeciwieństwie do całej reszty, jego umysł funkcjonował wciąż bez zarzutu.
Co by o nim nie powiedzieć, Severus Snape bez wątpienia był świetny w swoim czarodziejskim fachu, choć nie obnosił się ze swoją wiedzą z wrodzonej skromności. A może to była niechęć do ujawniania wszystkich swoich asów, ukrytych w obszernych rękawach szaty. Tak czy inaczej, wcale nie kłamał twierdząc, że potrafi powstrzymać śmierć. Przynajmniej na jakiś czas. Potrafił sporządzić antidotum na niemal każdą truciznę, jaka istniała czy też miała zaistnieć w przyszłości. Ale nawet on nie znał środka zapobiegającego wykrwawieniu się, który działałby post factum. To przekraczało jego kompetencje. Że też tak głupio dał się zabić. Choć, jakby tak się zastanowić, poniekąd było w tym też nieco winy Pottera. Gdyby to on, Severus, stał i patrzył, jak się wykrwawia Złoty Chłopiec, z pewnością siedziałby już w Azkabanie za nieudzielenie pierwszej pomocy magomedycznej, ale temu rozpuszczonemu bachorowi oczywiście wszystko zawsze uchodziło na sucho.
Severus nie miał jednak w zwyczaju rozczulać się nad sobą. Postanowił podejść do problemu po swojemu, to znaczy logicznie i naukowo. Musiały być w końcu jakieś sposoby, ktoś musiał całe zjawisko zbadać i opisać. Pełen nadziei i wiary w swój intelekt pospieszył do biblioteki. O tej porze nie było tam żywego ducha, nie licząc jego samego. Cóż, nie był to najlepszy czas na studiowanie ksiąg.
Snape poszybował w stronę najodleglejszego końca Działu Ksiąg Zakazanych, gdzie na regale widniał wyblakły napis: Spirytualia. Na wypadek, gdyby go nie zauważył, opróżniona do połowy butelka ognistej whisky, stojąca między książkami, wyraźnie o tym informowała. Wydął usta pogardliwie. Od dawna podejrzewał, że Filch pędzi w zakamarkach swojej komnaty bimber. A przynajmniej od czasu, kiedy z szafki zniknął mu zestaw szklanych rurek i chłodnica. Najwyraźniej woźny traktował ten dział jak przechowalnię swoich nielegalnych wyrobów. Severus rozejrzał się po półkach przy wątłym świetle, wpadającym do środka przez świetlik w dachu. Sam nie wiedział, co spodziewał się znaleźć, ale miał nadzieję, że to coś pozwoli mu wybrnąć z obecnej sytuacji.
Minął półkę z przewodnikami („Katalog zamków i miejsc upiornych, t.1. Szkocja") oraz wątpliwej jakości poradnikami w rodzaju „I ty możesz być superduchem!" niejakiej Dorothei Zavatskiej. Rzucił okiem na okładkę „Relaksacyjnych technik nieoddychania" – No proszę, nie wiedziałem, że można takie rzeczy robić z kończynami po śmierci, pomyślał – i przeleciał pobieżnie przez opasłe tomiszcze zatytułowane „Wyć albo nie wyć – z zagadnień ontologii ducha", nie znalazłszy tam jednak niczego dla siebie. Same filozoficzne bzdury. Przesuwał się wzdłuż półki przebiegając wzrokiem tytuły, coraz bardziej zniecierpliwiony. Ani „Emisja głosu dla początkujących duchów" (To chyba raczej mi niepotrzebne), ani „Jak straszyć skutecznie" (Phi!) nie wzbudziły jego zainteresowania, podobnie jak „Straszenie grupowe" i „Duch asertywny" (Trzeba było być asertywnym wcześniej, stwierdził ponuro).
Wreszcie jego spragniony rzetelnej wiedzy wzrok padł na półkę podpisaną „Nekrofizyka i alchemia duchowa". Kilka zakurzonych, opasłych tomów przyciągnęło jego uwagę. Niestraszne były mu formuły i równania, jeśli tylko nie posiadały zbyt wielu niewiadomych.
„Akustyka wnętrz" niespecjalnie go zainteresowała. Przy "Telekinetyce klasycznej" zatrzymał się na chwilę i postanowił, że zajrzy do niej później, mimo że przesuwanie przedmiotów po równi pochyłej nie wydawało się przesadnie trudne, przy właściwym obliczeniu kąta nachylenia i ciężaru. Postanowił dla treningu wypróbować parę wzorów spuszczając kotkę Filcha ze schodów. Niestety ani słowa o przejściach, bramach itp. Może powinienem poszukać w dziale architektura – skrzywił się drwiąco. „Alchemia metafizyczna" zdawała się być bardziej obiecująca. Astralne przejścia fazowe pierwszego rodzaju, drugiego rodzaju... Tak, to może być to. Bla, bla, bla, utajone ciepło przejścia... Severus lekko się zdenerwował. Kto i w jakim celu zataił przed nim tak istotny element? Czuł, że jest blisko rozwiązania zagadki. Pod warunkiem, że szybko podciągnie się w rozwiązywaniu układów równań różniczkowych. I znajdzie wszystkie brakujące wielkości. Przy rzędzie tensorowym parametru porządku Mistrz Eliksirów nieco się podłamał. Może to był błąd, że pominął ten dział przy swoich studiach, skupiając się na aspekcie praktycznym magii?
Zniechęcony wypłynął spomiędzy pożółkłych kartek księgi i rzucił okiem na sąsiedni tytuł. „Podstawy fizyki ektoplazmy" brzmiało nieźle, zwłaszcza słowo „podstawy", po ostatnich doświadczeniach, było budujące.
– Po prostu przelecę kilka rozdziałów – powiedział do siebie Severus, po czym zagłębił się w lekturze.
Początkowo nie znalazł niczego nowego; w końcu od jakiegoś czasu ektoplazma była dla niego czymś naturalnym. Zainteresował go dopiero kondensat Bode'ego-Zweisteina. „Ektoplazma może zostać zagęszczona…" Tak, to mogło mu się przydać… jak już musi być duchem, to może chociaż bardziej skupionym. „Gęstość kondensatu zbliżona jest do gęstości materii..." O, to właśnie mnie interesuje. Ciekawe, gdzie jest haczyk? Haczyk znalazł się już w następnym akapicie. „Stan ten można osiągnąć zamykając ektoplazmę w hermetycznym pojemniku ośmiościennym o długości ok. 2 metrów.
– Ci Europejczycy i ich jednostki – wymruczał, dokonując w pamięci niezbędnych przeliczeń. Szybko wyobraził sobie schemat i zaśmiał się szyderczo.
– A chała, żeby się skondensować, mam się dać zamknąć w trumnie? Nigdy w życiu. Ani potem. – Zdegustowany duch warzyciela eliksirów porzucił lekturę.
Nauka, pomyślał gorzko w duchu. Tysiące galeonów miesięcznie na badania, a jak przychodzi co do czego, nie ma z nich żadnego pożytku. I jeszcze śmieli mu odmawiać dotacji na zakup niezbędnych ingrediencji...
Snape opuścił bibliotekę z poczuciem rozczarowania i niedosytu.
O ile duch mógł czuć się wyczerpany, to właśnie tak czuł się Severus. Potrzebował czegoś odprężającego nie tyle ciało, bo to było wystarczająco rozprężone, co umysł. Odrzucił w myśli trenowanie technik nieoodychania w pozycji medytacyjnej. Czuł się wystarczająco głupio lewitując nad ziemią niczym lekko sflaczały balon, z którego uszedł hel.
– Jak oni odpoczywają? To znaczy my – poprawił się.
Nie miał pojęcia, czy duchy śpią, ale miał wrażenie, że odrobina snu bardzo by mu pomogła. Niestety wszelkie próby przyjęcia pozycji leżącej nic nie dawały i kończyły się albo kilka cali nad podłogą, albo pod nią. Zaczął liczyć kociołki. Znudził się przy sześćset trzydziestym ósmym. Potem przeleciał „Almanach quidditcha", który, nie wiadomo jakim sposobem, znalazł się kiedyś na jego półce i który był najnudniejszą książką, jaką znał. Bez efektu. Pomyślał więc, że mały, relaksujący spacer po znajomych lochach wpłynie na niego kojąco.
Lochy były zawsze jego enklawą. Martwa cisza, przerywana piskiem nietoperzy, mrok i zapach zatęchłej wilgoci to było to, w czym Severus znajdował inspirację i ukojenie dla duszy znękanej wrzaskiem szkolnej dziatwy. Nawet duchy niechętnie zapuszczały się w te rejony, uznając lochy za wyłączne terytorium Krwawego Barona. I rzecz jasna jego, Mistrza Eliksirów i nieoficjalnego Władcy Lochów. Poza tym Merlin jeden wiedział, jakie jeszcze stwory pętały się po mrocznych korytarzach.
A jednak nawet tu czegoś mu brakowało. Przede wszystkim odgłosu własnych kroków, odbijających się w ścianach złowrogim echem. Bezszelestne snucie się zdecydowanie nie dawało pożądanego efektu. To było frustrujące. Przecież nie będzie dzwonił łańcuchami jak jakiś kiczowaty potępieniec. Po namyśle doszedł do wniosku, że brak mu jeszcze wilgotnego zapachu stęchlizny, zmurszałych murów i odchodów nietoperzy. To znaczy, jeśli się dostatecznie skupił, czuł delikatną woń pleśni. A może to była tylko pamięć?
Lekko zawiedziony wyjrzał na korytarz, a potem podążył do Wielkiej Sali, gdzie niedawno toczyła się bitwa, i gdzie dziś jeszcze leżało kilka ciał, przykrytych płótnami. Dobrzy z jednej strony, źli z drugiej, zauważył, jakby nawet teraz była między nimi jakaś różnica. Zostali tylko ci, po których nie zgłosiła się jeszcze rodzina. Wiedział, po kogo się nikt nie zgłosi. Nie musiał też sprawdzać, żeby wiedzieć, pod którym prześcieradłem znajduje się jego ciało. Nos wystarczająco wyraźnie sterczał pod białą płachtą. Leżał pośrodku, jakby ci, którzy go przynieśli z Wrzeszczącej Chaty, nie byli pewni, jak go sklasyfikować.
Zastanawiał się, czy chce oglądać siebie w tym stanie. To mogła być ostatnia szansa, zważywszy na to, że nie mógł przejrzeć się w lustrze. Doszedł jednak do wniosku, że raczej nie wygląda lepiej niż przedtem.
Już miał odpłynąć, gdy tuż za jego plecami huknęła petarda wystrzelona przez Irytka, śpiewającego przy tym na wesoła nutę:
Nawinął się Snape pod kosę,
Zahaczył o trzonek nosem,
Kosa się śmierci omsknęła
I gardło mu poderżnęła, hej!
– Zamknij się, Iryt – warknął. Poltergeist w odpowiedzi zarechotał.
Między nim a Severusem panował stan zawieszenia broni. Przynajmniej do tej pory. Jeśli Irytek był duchem chaosu i zniszczenia, to wściekły Snape był chaosem i zniszczeniem w czystej postaci. Nigdy nie zniżył się do tak prymitywnych sposobów jak strzelanie w Irytka gumą do żucia, ale miał na niego swoje własne metody, wśród których wszystko-z-ektoplazmą-włącznie-żrąca pasta do szorowania kociołków severusowego przepisu była środkiem najłagodniejszym. Myślenie, że śmierć Mistrza Eliksirów cokolwiek zmieniła w tej kwestii było nieco naiwne i ryzykowne. Prawdę mówiąc sam Severus był ciekawy, czy coś się zmieniło. Na przykład, czy jego dłoń przeleci przez Irytka, kiedy spróbuje go strzelić w ucho. Spróbował. Nie przeleciała. Severus wyminął z godnością lekko oszołomionego poltergeista. Od razu poczuł się lepiej. Tak, odrobina przemocy fizycznej – tego mu było trzeba.
Hałas i nocne śpiewy wywołały widać inne duchy, bo Prawie Bezgłowy Nick jak na zawołanie wychynął zza zakrętu.
– A, to pan. Doszły mnie wieści. Co za strata. Ale, ale... Jak przygotowania do pogrzebu? To jutro, jak słyszałem? Zakładam, że będzie pan obecny? To zawsze jest spore przeżycie...
Urwał, zorientowawszy się po minie Severusa, że temu ostatniemu nic nie wiadomo.
– Przepraszam, myślałem, że pan wie... W każdym razie życzę przyjemności – dodał, zanim zniknął.
Przyjemności... dobre sobie. Severus był wściekły. Nie, w sumie nie był wściekły, bardziej rozgoryczony i zły na Minerwę, że nic mu nie wspomniała, jakby go to nie dotyczyło. Zebrał się w sobie i zdematerializował z cichym pyknięciem, podobnym do tego, jakie wydaje z siebie pękająca mydlana bańka.
