Minerwa McGonagall zanurzyła się w ciepłej wodzie i przymknęła oczy. To był kolejny ciężki dzień, a następny nie zapowiadał się lepiej. Rano znów czekało na nią mnóstwo papierkowej roboty i kilka pogrzebów. Na dodatek przed chwilą skończyła burzliwą rozmowę z Kingsleyem w sprawie Severusa. Poruszanie tego tematu z kimkolwiek nie było łatwe. Rozumiała naciski wywierane na Kingsleya przez społeczność czarodziejów, w końcu sama jeszcze nie tak dawno uważała Severusa za zdrajcę. Jednak wydawało jej się, że po ostatnich wydarzeniach sytuacja jest wystarczająco klarowna, by zdjąć z niego to piętno. Niestety nie wszyscy tak uważali. I tak problem, czy i jak pochować Snape'a znalazł się wyłącznie na głowie McGonagall. A ona wciąż nie wiedziała, co ma powiedzieć na pogrzebie Severusa. Świadomość, że osoba zmarłego znajdowała się aktualnie w zamku, nieważne w jakiej formie, nie ułatwiała jej zadania. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że Severus swoim zwyczajem będzie się wtrącał we wszystko. Z ciałem czy bez ciała, był tak samo ślizgoński jak zawsze, nie mniej irytujący i równie niespodziewanie pojawiał się tam, gdzie nikt go nie chciał... Tak jak teraz.
Mało który duch potrafił swoim pojawieniem się wywrzeć wrażenie na starej wicedyrektorce Hogwartu tak jak Severus Snape. Może dlatego, że żaden inny duch wcześniej nie zaskoczył jej w wannie.

– Severusie! Jak śmiesz? – Minerwa zakryła się pianą przed Severusem, unoszącym się tuż nad krawędzią wanny. Duch machnął ręką.

– Daj spokój, i tak wiem, że używasz kremu odmładzającego. Mojej roboty, zresztą.

Czarownica potrząsnęła głową poirytowana.

– To, że jesteś duchem, nie uprawnia cię jeszcze do pojawiania się wszędzie, gdzie masz ochotę. To niewybaczalne!

– Doprawdy? – wycedził. – Tak jak to, żeby urządzać mi pogrzeb nie informując mnie o tym. Zamierzałaś mi powiedzieć, czy też chciałaś zataić przede mną tak doniosłe wydarzenie?

– Na Merlina, Severusie. Ty nie żyjesz. Miałam ci wysłać zaproszenie? Normalni zmarli nie wysłuchują epitafiów na swoim własnym pogrzebie. A przynajmniej ich nie komentują – dodała w myśli.

– Nie jestem AŻ TAK nieżywy, żeby mnie to wcale nie obchodziło – żachnął się Snape, po czym dotarło do niego, co powiedziała. – Układasz dla mnie epitafium?

– Żartowałam.

– Chcesz powiedzieć, że nie będzie żadnej mowy? – zapytał z urazą.

Minerwa zaczynała być zła. W łazience zrobiło się zimno, a woda już prawie całkiem wystygła. Najchętniej wyszłaby z wanny, ale przecież nie w obecności Severusa, w jakiejkolwiek by nie był postaci. Na dodatek duch zdawał się świetnie bawić jej skrępowaniem.

– Masz jakieś specjalne życzenia? Może chcesz wybrać sobie trumnę? Buk? Mahoń? – spytała zniecierpliwiona.

– Drzewo żelazne poproszę. Najlepiej czarne – mruknął, wyczuwszy w jej głosie uszczypliwość. Istniało parę gatunków drzew twardych jak kamień, przy tym eleganckich. I ciężkich jak cholera. W sam raz dla kogoś, kto chciał, by go na długo zapamiętano. W każdym razie grabarze zapamiętaliby na pewno.

– Zamierzasz więc... uczestniczyć w swoim pogrzebie?

– Dlaczego nie? Skoro nadarza się okazja... drugiej pewnie nie będzie – rzucił Severus z niewinną miną, chcąc podrażnić się z Minerwą.

– Dobrze, porozmawiam z Kingsleyem Shacklebottem.

– Nie wiedziałem, że potrzeba zgody ministra, żeby wziąć udział we własnym pogrzebie – zadrwił.

– Potrzebujesz jej, by opuścić Hogwart.

– A nie mogę? – podniósł brew, zaskoczony. Prawdę mówiąc, nawet nie próbował. Nie było zbyt wielu miejsc, które chciałby odwiedzić po śmierci. I raczej nie planował pozagrobowej turystyki.

– Departament Duchów tymczasowo – McGonagall podkreśliła ostatnie słowo – ograniczył zasięg twojego poruszania się do rejonu Hogwartu. I Wrzeszczącej Chaty, jako miejsca śmierci – dodała, jakby to miejsce stanowiło jakąś wyjątkową atrakcję i w pełni rekompensowało mu ograniczoną wolność.

Severus przybrał drwiący wyraz twarzy.

– Ach tak.

– Musisz zrozumieć, Severusie. Gdyby Dumbledore zostawił chociaż jakieś pismo, które by cię zrehabilitowało...

A więc nie zostawił – stwierdził gorzko w myśli. Wprawdzie sam prosił Dumbledore'a, by nikomu nie mówił o roli, jaką w całej tej historii odegrał on sam, ale nie obraziłby się, gdyby akurat w tej sytuacji objawił się genialny zmysł przewidywania Albusa. Albo skleroza. W jego wieku byłoby to całkiem zrozumiałe.

– Kingsley powołał na świadka Harry'ego, ale sam wiesz, że to potrwa. Dochodzenie...

Severus odrzucił głowę do tyłu. Potter? Nawet po śmierci jego los ma spoczywać w rękach tego nadętego, zarozumiałego...

– W zasadzie nie potrzebuję – burknął, starając się ukryć rozczarowanie, po czym zaczął blednąć, poczynając od krawędzi, a na nosie skończywszy i zniknął.

Minerwa sięgnęła po różdżkę, na wpół wychyliwszy się z wanny, kiedy Severus zjawił się ponownie w tym samym miejscu.

– Może jednak...

– Severusie Snapie! – ryknęła Minerwa opadając z pluskiem w wodę.

– Co znowu?

– Idź już sobie! Bo jak nie, to sama poproszę Kinga, żeby nałożył na ciebie areszt domowy. I wolałabym, żebyś wychodził, nie znikał.

– Też bym wolał – odparł obrażonym tonem Severus i demonstracyjnie przeniknął przez drzwi łazienki.

Cała ta sytuacja zirytowała go. Zdążył już trochę przywyknąć do swojej śmierci, ale kwestia pogrzebu jakoś mu umknęła w zamieszaniu. Nigdy nie przypuszczał, że będzie się tym przejmował. Może dlatego, że nie sądził, że do niego dożyje. Ale skoro już tu jest, byłoby miło... W końcu śmierci się na ogół nie wybiera. Chyba że jest się Dumbledore'em i ma się osobistego śmierciożercę do tego celu, dodał cierpko w myśli. Pogrzeb to co innego. Co prawda, nie spodziewał się tłumów. W zasadzie nie spodziewał się nikogo. Kto mógłby chcieć go pożegnać? Powinien cieszyć się, że w ogóle będzie miał pogrzeb. Równie dobrze mogliby go transmutować w kość i zakopać pod Wrzeszczącą Chatą. A jednak coś, jakaś głęboko ukryta próżna i całkiem żywa część jego natury najwyraźniej chciała, by go doceniono i pożegnano w odpowiedni sposób. Przynajmniej pożegnano – pomyślał, ale zaraz potem otrząsnął się ogarniającego go przygnębienia.

- Tylko ludzie słabi nurzają się w przeszłości... – powtórzył z przekąsem swoją mantrę i postanowił zająć się czymś innym.

Chcąc nie chcąc, choć bardziej nie chcąc, był duchem. Musiał nauczyć się, jak to wykorzystać. Nie żeby miał zamiar nim pozostać. Po prostu doskonalenie się było dlań czymś tak naturalnym, jak latanie na miotle dla Pottera. Nie chodziło o ćwiczenia z emisji głosu i inne głupoty. Nie zamierzał pracować w branży turystycznej i straszyć hałaśliwych Amerykanów, odwiedzających brytyjskie zamki. Musiał odnaleźć w sobie moc. W końcu wszystkie znane mu duchy potrafiły zamanifestować jakoś swoją osobowość, nawet taka Jęcząca Marta chlustała wodą na prawo i lewo. On nie może być gorszy. Zdecydował się zacząć od ognia. Woda wydawała mu się zbyt prymitywna. Poza tym, choć nie miał nic przeciwko mrokowi, to siedzenie samemu w lochach w egipskich ciemnościach było idiotyczne, nawet dla ducha. Skupił się na szczapach drewna w kominku. Posunął się w wizualizacji tak daleko, że prawie słyszał bulgotanie wrzątku w czajniku, wiszącym nad paleniskiem, lecz mimo to nie udało mu się wykrzesać nawet iskry.

– No pięknie – burknął gniewnie. – Już zawsze będę mrocznym sukinsynem, który nie potrafi wyprodukować ani krzty światła.

Był jednak zbyt zdesperowany, żeby poprzestać na jednej próbie.

– Skoncentruj się, Sev – mruknął do siebie i wytężył wszystkie ponadnaturalne siły. Na czoło wystąpiła mu przezroczystosina żyłka, a perłowa powłoka lekko zadrgała. W mrocznym lochu rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Zielonkawa breja wypłynęła spomiędzy odłamków słoja, stojącego na regale obok drzwi i spadła na podłogę gabinetu z cichym pacnięciem.

– Dobre i to, na początek – burknął. Niezupełnie o taki efekt mu chodziło, ale od czegoś trzeba zacząć.

Rankiem Minerwa McGonagall szybkim krokiem przeszła przez mroczne korytarze podziemi i zatrzymała się przed dębowymi drzwiami. Podniosła rękę, jakby chciała zapukać, ale rozmyśliła się i po prostu weszła do środka. Severus unosił się lekko nad fotelem.

– Tak myślałam, że cię tu znajdę.

– Wystarczyło, że umarłem, a już każdy uważa, że może sobie tu tak wchodzić i wychodzić – wytknął z urazą duch, zmieniając pozycję na bardziej wertykalną. – Za grosz prywatności nawet po śmierci.

Minerwa obrzuciła spojrzeniem kwaterę. Rozbity słój z wyciekającą zawartością wzbudził jej podejrzenia, ale widząc minę Severusa, wolała o to nie pytać.

– Harry chciał z tobą porozmawiać przed odjazdem.

– Skończyłem wszystkie swoje sprawy z panem Potterem. Konieczność oglądania go nawet po śmierci to chyba zbyt surowa kara za moje grzechy.

Dożywocie uważam za wystarczające – odparł z kamienną twarzą.

– Bardzo mu na tym zależało.

– Co ty powiesz – odparł drwiąco Snape. – Kto by pomyślał, że Potterowi zależy na czymś więcej niż on sam. I może jego miotła.

– Och, skończ z tą dziecinadą. Myślałam, że po tym, co obaj przeżyliście...

– Kto przeżył, ten przeżył – zauważył Severus.

McGonagall wzniosła oczy do góry, jakby spodziewając się stamtąd pomocy, ale zobaczyła tylko pająka, przędącego z zapałem swoją sieć.

– Mam mu powiedzieć, że nie chcesz z nim rozmawiać?

– Oczywiście, że nie chcę z nim rozmawiać – prychnął Severus. – A teraz wybacz, ale mam własne problemy.

Minerwa zacisnęła usta. Znał ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że jest na niego wściekła i śmiertelnie obrażona. Widać jednak uznała kłótnię z duchem za bezsensowną, bo wzięła skraj szaty w dłonie i bez słowa ruszyła do drzwi.

– Mogłabyś przed wyjściem...? – urwał.

– Co takiego? – zapytała chłodno nie odwracając się.

– Rozpalić ogień w kominku.

Zaskoczył ją.

– Myślałam, że nie czujesz...

– Jasne, że nie – żachnął się. – Przecież jestem martwy. Choć dla niektórych to pewnie żadna różnica. To raczej kwestia przyzwyczajenia, jeśli rozumiesz, co mam na myśli – wyjaśnił, siląc się na obojętność.

McGonagall wyjęła różdżkę z kieszeni i machnęła nią w kierunku kominka. Ogień zaskwierczał między wilgotnymi polanami drewna. Minerwa spojrzała w stronę Severusa. Blask płomieni nadawał jego poświacie ciepły, łososiowy odcień.

– Próbowałeś... znaleźć jakiś sposób?

– Wciąż nad tym pracuję – odparł zwięźle. – Ale nie tracę ducha, jak widzisz – uśmiechnął się ponuro. – Niestety – dodał w myśli.

– A to? – pokazała ręką rozbity słój.

– A, takie tam... Zabijałem czas. Trudno się powstrzymać, jak się jest wykwalifikowanym mordercą – wykrzywił wargi w czymś na kształt uśmiechu.

– Mam ostatnio sporo wolnego czasu. Może poświęcę go na naukę języków – zamyślił się. – Zawsze chciałem nauczyć się takiej wężomowy, na przykład...

– Muszę iść – przerwała mu. – Ja, dla odmiany, mam dużo obowiązków.