Severus poczuł, że musi wyjść na zewnątrz, choćby na chwilę. Rozmowa z Minerwą wytrąciła go z równowagi. Na ogół wolał myśleć o sobie jako o żywym inaczej. McGonagall przypomniała mu, że jest po prostu martwy. Poza tym musiał sprawdzić granice swojego terytorium.
W świetle dziennym przypominał bardziej mgiełkę unoszącą się nad torfowiskiem albo dym z niedawno wygasłego ogniska. Pokonując złośliwe podmuchy północnego wiatru, Severus dotarł do Zakazanego Lasu. A raczej do jego skraju. Dalej nie mógł. Czuł, jakby coś niewidzialnego trzymało go za szatę, nie pozwalając przekroczyć linii lasu.

– Świetnie, jestem więźniem – mruknął. A mówią, że śmierć wyzwala – dodał w myślach z nutką złośliwości. Jakoś nie czuł się bardziej wolny, co najwyżej od magii i nielicznych cielesnych przyjemności. Ale cóż, mając taki życiorys, nie powinien się dziwić.

Z zamyślenia wyrwało go skrzypnięcie. Nie zauważył nawet, kiedy dotarł do bijącej wierzby, pilnującej przejścia do Wrzeszczącej Chaty. Nie miał najmniejszej ochoty tam wchodzić, najchętniej odwróciłby się i poszedł, zostawiając to miejsce daleko za sobą. Pewnie tak by postąpił, gdyby był żywy. Ale nie był. Nie zatrzymywany wpłynął do tunelu i od razu tego pożałował. Co za licho mnie podkusiło, przeklinał w duchu tę decyzję, posuwając się w głąb mrocznego korytarza. Było w tym miejscu coś niepokojącego. Severusowi zdawało się, że słyszy szepty za ścianą. Prawie czuł wibracje czyjegoś strachu i bólu. I to nie były jego odczucia.

– Albo zaczynam świrować, albo ktoś tu zaczął straszyć beze mnie – mruknął. – Jeszcze tylko wrzasków Lupina tu brakuje.

Ledwie to powiedział, gdzieś niedaleko rozległo się przeraźliwe wycie. Dopiero po chwili rozpoznał w demonicznym zawodzeniu miauczenie kota. Zwierzę darło się, jakby je ktoś obdzierał ze skóry, a puste wnętrze chaty jeszcze potęgowało upiorne wrażenie.

– Co jest, na gacie Merlina, marzec dawno się skończył. – Severus skrzywił się i podfrunął bliżej źródła dźwięków, które teraz zdawały się cichnąć.

Przy oknie dwóch chłopców w wieku lat około dziesięciu, jak ocenił fachowym okiem pedagoga Severus, klęczało nad czymś małym i burym. Obok leżał stalowy drut.

– On ma już chyba dość – zauważył jeden z chłopców, nie dostrzegając stojącego tuż za nim ducha.

Severus poczuł, jak wzbiera w nim złość. Może dlatego, że tych ofiar było odrobinę za dużo, nawet jak dla byłego śmierciożercy. A może dlatego, że ten widok przypomniał mu innego chłopca, z fascynacją badacza wpatrującego się w pozbawiony odnóży, ale wciąż żywy odwłok pająka. Czas zatoczył pętlę i najwyraźniej szukał szyi do jej zaciśnięcia.

– Czy wasze matki nie mówiły wam, że źle się bawicie? – wycedził zimno zza ich pleców.

Twarze chłopców śmiało mogły konkurować bielą ze świątecznym obrusem.

– Spadamy! – wrzasnął wreszcie jeden z oprawców, kiedy odzyskał mowę, po czym, potykając się o własne nogi, rzucił się do ucieczki.

– Mó... mówiłem ci, że ten dom jest nawiedzony – wyjąkał drugi. – A ty mi nie wierzyłeś...

Severus nie miał wątpliwości, że żaden z nich nie pojawi się więcej w tej okolicy.
Spojrzał na leżącego zwierzaka i zaklął. Wiedział, że było za późno. Jeszcze jedna bezsensowna śmierć. Jeszcze jedna, której nie zdołał zapobiec. To oczywiście też była wina Albusa, to, że przejmował się głupim martwym zwierzakiem.
Promień światła z okna przesunął się po burym futerku i błysnął w szklistym oku kota. Czarodziej nachylił się nad nieruchomym kociakiem. Chyba nikt poza nim nie zwróciłby uwagi na malutką świetlistą kuleczkę, która wydostała się z na wpół otwartej mordki, a potem znikła w powietrzu jak bańka mydlana.

Chwilę potem coś miękkiego otarło się o jego szatę. W każdym razie tak można to było opisać. Miał pewne problemy ze sprecyzowaniem tego doznania, bo od dłuższego czasu nie posługiwał się zmysłem dotyku. Nie licząc ciosu w ucho Irytka. Spojrzał w dół zdziwiony. Jego szaty dotykał ogonem kot. A mówiąc ściślej, koci duch.

– Zjeżdżaj! – mruknął, odpychając zwierzaka nogą. Kot zrobił kółeczko i otarł się, tym razem głową.

– No, już! Nie jestem kocią niańką. Nawet nie lubię kotów – warknął Severus. To poniekąd była prawda. Zawsze traktował koty z dużą rezerwą. Instynktownie czuł, że są wyrachowane, podstępne, cwane, wredne i był pewien, że coś knują za jego plecami. Pod tym względem przypominały jego samego, a Severus nie tolerował konkurencji na własnym terenie. Kot zatoczył ósemkę między jego nogami. Snape miał dość. Schylił się i podniósł zwierzaka za kark. Ten miauknął z pretensją, wierzgając w powietrzu łapkami i spojrzał na niego swoimi wielkimi, rozbrajającymi oczyma. Severus był gotów się założyć, że za życia były zielone.

– Idź sobie. Wiesz dokąd. Póki jeszcze możesz – usłyszał swój głos, dziwnie nieswój. Postawił kotka tuż nad ziemią, lekko popychając go w zadek.

Duszek stał chwilę zdezorientowany, więc Severus odwrócił się i ruszył w stronę zamku, nie oglądając się za siebie.

– Głupi zwierzak – mruknął, zły bardziej na siebie niż na kota.

Brama Hogwartu była zamknięta, ale w obecnej postaci nie takie przeszkody Snape był w stanie pokonać. Przeniknął przez grube dębowe bale i odetchnął z ulgą, znalazłszy się w środku. Prawie Bezgłowy Nick, prowadzący w holu rozmowę z Szarą Damą, urwał i przyjrzał mu się z zaciekawieniem. Severus mruknął coś, co od biedy można było uznać za pozdrowienie.

– Udał się spacer? – zagadnął go Sir Nicholas.

– Niespecjalnie – odburknął Severus. Nie miał ochoty na konwersację.

– Pierwsze chwile zawsze są trudne – pokiwała głową ze zrozumieniem Szara Dama. – To normalne, że doskwiera panu samotność.

– Co takiego? Mnie nic nie doskwiera – warknął Snape. Zdecydowanie nie czuł się samotny. Co najwyżej nie do końca sobą.

– Chyba jednak tak, skoro zdecydował się pan przygarnąć zwierzątko – wskazała na jego nogi.

– Nic nie... – Severus urwał i podążył wzrokiem w kierunku wskazanym przez ducha. Koło jego szaty unosił się tuż nad ziemią przezroczysty kot, wyraźnie z siebie zadowolony.

– To jest... musiało się przyplątać po drodze. Zaraz się tym odpowiednio zajmę – w głosie Severusa zabrzmiała groźba. Nie znosił, kiedy ktoś, lub w tym przypadku coś, stawiało go w niezręcznej sytuacji.

– Ależ nie musi się pan tłumaczyć, doskonale rozumiemy. Musimy lecieć, Nicholasie. Mam nadzieję, że zobaczymy się o północy w Wielkiej Sali?

– Przyjęcie powitalne – wyjaśnił Sir Nicholas.

– Koniecznie z kotkiem. Jest taki słodki. – Szara Dama podrapała zwierzaka pod bródką i oboje majestatycznie odpłynęli.

Severus, mrucząc pod nosem, wziął kota pod pachę i powoli się rozpłynął, nie chcąc, by ktoś zauważył go z tym czymś po drodze do jego komnat.

~o~

Myliłby się ten, kto by sądził, że Severus Snape istotnie zamierza przygarnąć zwierzątko. Do zwierząt Mistrz Eliksirów miał bardzo praktyczne, wręcz zawodowe podejście. Żaden zwierzak nigdy nie przekroczył progu jego gabinetu, chyba że jako składnik eliksiru i Snape nie zamierzał tego zmieniać.
Znalazłszy się w lochach, wyciągnął zza pazuchy kota, odrywając go brutalnie od swojej szaty, do której kot przywarł całym kompletem pazurów, i bezceremonialnie zrzucił na podłogę. Zwierzak zawisł czterema łapami tuż nad kamienną posadzką i spojrzał na Snape'a z widocznym wyrzutem, miauknąwszy przy tym znacząco. Severus uśmiechnął się z wyższością. Znaczące miauknięcie to było o wiele za mało, żeby zmiękczyć jego serce.

— Ustalmy coś — wycedził. — Nie wiem, dlaczego przyczepiłeś się akurat do mnie i uparłeś się, żeby mnie skompromitować, ale sobie tego nie życzę. To znaczy, że masz trzymać się ode mnie z daleka. A przede wszystkim, ani się waż przekroczyć tego progu — pokazał na drzwi swojej kwatery – jeśli nie chcesz wylądować w słoju.

To powiedziawszy, przeniknął do swojej zacisznej, a przede wszystkim wolnej od jakichkolwiek futrzaków komnaty. Westchnął ciężko. Podejrzewał, że w jego przypadku nawet życie po śmierci nie będzie łatwe. Nigdy jednak nie przypuszczał, że aż tyle wysiłku będzie go kosztowało utrzymanie pieczołowicie wypracowywanej przez lata reputacji.

Snując się po pokoju, pogrążył się w rozmyślaniach. Jego sytuacja z czasem wcale nie stawała się prostsza. Miał ponadto przeczucie, że im dłużej pozostaje w tej postaci, tym trudniej będzie mu ją porzucić. Należało bezwzględnie ustalić fakty i opracować jakąś strategię, wszak – cokolwiek mu insynuował Dumbledore - był Ślizgonem. Co prawda martwym, ale zawsze. Fakty zaś były oczywiste - był duchem. Co więcej - duchem uwięzionym. W perspektywie miał wieczną tułaczkę po lochach w charakterze potępieńca, na dodatek w towarzystwie rujnującego mu reputację kota, niczym półprzezroczysta wersja Filcha. Prawdopodobnie nadadzą mu jakąś idiotyczną ksywę, jak Zgryźliwy Sev, bo po latach błąkania się w tej postaci z pewnością stanie się cyniczny i złośliwy. Będzie musiał oglądać, jak dawna kadra odchodzi, a przychodzą nowi, młodzi. Nowi uczniowie, nowe pokolenia, kto wie, może niebawem ujrzy tu dzieci Pottera, wnuki Pottera, prawnuki Pottera... Wzdrygnął się ze zgrozą.
Bezwzględnie należało coś zrobić. Potrzebny mu był plan. Ten jednak wcale nie chciał nadejść. Za to do jego uszu doszły podejrzane hałasy za drzwiami.

Kot, pozostawiony sam sobie, przemierzył wzdłuż całe lochy. Następnie to samo zrobił wszerz. Niestety nie znalazł niczego, co by zaspokoiło choćby po części jego naturalną ciekawość. Myszy i inne gryzonie, jeśli tu kiedyś były, dawno opuściły te rejony Hogwartu, pozostawiając po sobie jedynie wysuszone odchody i rozsypujące się szkieleciki. Niechętnie popatrzył na zwisające pod sufitem tu i ówdzie nietoperze. Po konsumpcji wściekłego, jak się okazało, nietoperza w jednym z poprzednich żywotów, które zakończył jako koci wrak ze ślinotokiem i konwulsjami, nie pałał do nich uczuciem. Wodowstręt minął mu dopiero w połowie następnego życia.
Owszem, ten dwunóg... On był całkiem ciekawy. W każdym razie wyczuwał w nim pewien potencjał. Był wprawdzie trochę gburowaty i nieokrzesany, ale można to było zrzucić na karb nieodpowiedniego trybu życia. Wilgoć, życie w stresie, nieodpowiednie towarzystwo, negatywne emocje... ten człowiek zdawał się być chodzącym rezerwuarem złej karmy. Tak, kot wiedział sporo o karmach. Zwłaszcza o tych z niekoniecznie najwyższej półki.
Niewątpliwie coś między nimi zaiskrzyło, co czuł po delikatnym prądzie w ogonie. Nie bardzo wprawdzie zrozumiał, o co chodziło z tym słojem, ale nie brzmiało to specjalnie groźnie. Postanowił sprawdzić to później.

Jego czuły słuch wychwycił jakiś szmer. Instynkt łowcy podpowiedział mu, że coś leci w jego stronę, prawie bezgłośny trzepot skrzydeł wyraźnie się zbliżał. Kot rozpłynął się w mroku. Mały, półprzezroczysty duch sówki sunął wprost na niego, nie dostrzegając złowieszczego mglistego kształtu przyczajonego za załomem ściany. Kot po kilku naprowadzających ruchach zadem bezszelestnie skoczył na ptaka. Zaskoczona sówka rozdarła się w rozpaczliwym krzyku, wypuściwszy trzymany w łapkach rulonik, po czym znieruchomiała w paszczy bestii, nie tyle martwa, bo to już dawno miała za sobą, co zemdlona. Kot lekceważącym spojrzeniem obrzucił półprzezroczysty zwitek papieru i z dumą wpłynął do kwatery Snape'a. Co jak co, ale mały puszysty drobiazg na dywaniku zawsze wpływa pozytywnie na relacje kocio-ludzkie.
Severus zdębiał. Z paszczy kota zwisał bezwładnie duch sowy.

— Czy ty ją... to możliwe? — Severus zaciekawiony wyjrzał ostrożnie na korytarz. Żadnych zwłok jednak nie było, dostrzegł za to porzucony pergamin i rozwinął. Na transparentnym świstku widniał blady nagłówek:

Ministerstwo Magii, Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, Wydział Duchów

A więc tak to działa. Severus nigdy nie zastanawiał się nad sposobem, w jaki duchy załatwiają korespondencję między sobą. Szybkim spojrzeniem obrzucił treść krótkiego listu.

(...) Wydział Duchów odrzucił Pańską prośbę o możliwość opuszczenia terenu Hogwartu i Wrzeszczącej Chaty w celu uczestnictwa w swoim pogrzebie z uwagi na niewyjaśnione okoliczności Pańskiego udziału w zabójstwie Albusa Dumbledore'a oraz ataku na Hogwart. Do czasu wyjaśnienia tej sprawy jest Pan zobowiązany do pozostania na terenie Hogwartu. Po zakończeniu dochodzenia zostanie Pan niezwłocznie powiadomiony o jego wyniku.
Z poważaniem...

Severus zmiął kartkę i wrzucił do kominka. List zmienił się w niewielki obłoczek i zniknął.
Snape był rozgoryczony. Nie spodziewał się, że odmówią mu czegoś, o co nawet nie miał zamiaru prosić. Przez całe życie obiecywał sobie, że nie dopuści, by ktoś go poniżył, a mimo to wciąż go to spotykało.
Popatrzył z odrazą w lustro wiszące nad kominkiem, ale zobaczył w nim tylko przeciwległą ścianę. I podejrzane poruszenie na półce z jego ingrediencjami.

Są koty, które w nowym domu nie dadzą się wyciągnąć spod łóżka przez dwa tygodnie, zanim nie rozpracują nowego lokum teoretycznie i nie obliczą w pamięci, ile nanosekund zajmie im przemknięcie do miski i z powrotem tak, aby właściciel nie zauważył, że kot się w ogóle poruszył. Ten z całą pewnością do takich nie należał. Zostawiwszy duchowe szczątki sowy do dyspozycji gospodarza, ruszył na zwiedzanie prywatnych posiadłości obdarowanego. Niewątpliwie było to najbardziej intrygujące wnętrze z dotychczas przez niego poznanych. W zasadzie jedynym określeniem, jakie nie pasowało do tego wnętrza, było "przytulne". Severus przyglądał mu się podejrzliwie, ale po chwili zastanowienia uspokoił się. Bo też jakie szkody mógł wyrządzić taki niematerialny kot?

Zwierzak miękko lawirował między słojami i butelkami. Miał w tym doświadczenie. Niejedną piwnicę w ciągu swoich dziewięciu żyć splądrował, choć jeszcze nigdy zawartość słoików nie łypała na niego ze środka. Wprawiało go to w lekkie zakłopotanie. Rzeczywiście, mikstury Snape'a miały to do siebie, że zdawały się być żywe. Niektóre prawdopodobnie nawet były.

Znęcony silną wonią, wyczuwalną nawet dla ducha, a przywodzącą na myśl targ rybny, sklep mięsny i śmietnik jednocześnie, kot wsunął ostrożnie łepek do wnętrza słoja, chcąc sprawdzić, w tej sytuacji czysto hipotetycznie oczywiście, czy jego zawartość jest jadalna. Niestety, wyglądało na to, że to samo postanowiła wspomniana zawartość. Ciecz zrobiła się mętna i zabulgotała, a kot wyprysnął ze środka przez korek ze zjeżonym ogonem i dopadł Severusa, wczepiając się pazurkami w jego nogawkę. Czarodziej ryknął. Nie żeby odczuł boleśnie ukłucia pazurów, natomiast widok dziur w i tak tandetnie wyglądającej szacie doprowadził go do szału. Już i tak wszystko było przez niego widać, jeszcze tylko brakowało, żeby był dziurawy jak sito. Nie wspominając o tonach kociej ektoplazmatycznej sierści.

Snape próbował strzepnąć zwierzę zdecydowanym ruchem, ale kot trzymał się mocno, a nawet wspiął się wyżej. Chwycił go więc za kark i mimo protestów oderwał od siebie. Guzik od jego szaty potoczył się po podłodze i zniknął pod szafą, a zaraz za nim dał nura pod mebel kot. Severus poczuł się niekompletny. Poirytowany skierował się w stronę szczelnie zapełnionych woluminami półek z książkami. Wgłębianie się w pogmatwane formuły i receptury zawsze koiło jego nerwy i pomagało zdyscyplinować umysł. Z ulgą zanurzył nos w pierwszym tomie "Zaawansowanych trucizn i antidotów", usiłując nie zwracać uwagi na zwierzaka.

Znudziwszy się guzikiem, kot jął penetrować dalsze zakamarki komnaty Mistrza Eliksirów z ciekawością, porównywalną jedynie ze wścibstwem Pottera. Zniechęcony agresywnością severusowych ingrediencji porzucił półki z naczyniami i znalazłszy coś na kształt pudła z masą dziwnych pstryczków i pokręteł, wślizgnął się przez owalny otwór do wnętrza.

Nowy, przerażający dźwięk zjeżył włosy na głowie Snape'a, analizującego właśnie skład antidotum na depresję po urazach czarnomagicznych. Skądś, Severus nie miał pojęcia skąd, rozlegało się donośne miauczenie. Narastało i słabło, dudniło i jęczało, jakby wzmacniane przez jakąś tubę. Z niepokojem spojrzał na półkę, gdzie znajdował się jego bezcenny zestaw do destylacji. Na szczęście plątanina rurek i kolb wyglądała na nietkniętą. Severus usiłował zignorować dźwięki. Niestety miauczenia kota na dłuższą metę nie da się ignorować. To ten rodzaj dźwięku, który – podobnie jak płacz niemowlęcia – pobudza chęć mordu i instynkt opiekuńczy jednocześnie, doprowadzając do charakterystycznego dla posiadaczy kota (i małych dzieci) rozdarcia emocjonalnego.

— Przecież to niemożliwe, żeby duch się zaklinował — mruknął do siebie Snape, a w przestrzeń warknął

— Zamknij się, ty wstrętny draniu i wyłaź stamtąd! Gdziekolwiek to jest — dodał w myśli.

Kot umilkł na chwilę, po czym zaczął miauczeć ze zdwojoną siłą. Być może opacznie zrozumiał polecenie swojego gospodarza. Choć niewykluczone, że wręcz przeciwnie. Severus zazgrzytał zębami. Futrzak najwyraźniej postanowił grać mu na nerwach, ale najwidoczniej nie wiedział, z kim ma do czynienia. Czujnie nadstawił ucho, chcąc zlokalizować źródło dźwięku. W tym samym jednak momencie źródło dźwięku zlokalizowało się samo. Tajemnicze urządzenie, ze zwierzakiem w środku, wydało z siebie dziwny wizg i błysnęło światłem. Kiedy nieco zdezorientowany i na wpół oślepiony kot wyszedł, nie był już przezroczyście biały. Ani nawet szary. Przypominał teraz półprzezroczysty obłoczek sadzy.

Severus uśmiechnął się z satysfakcją. Jego wynalazek nienanoszalnych obiektów latających, działający na zasadzie wytwarzania plazmy absorbującej fale magoradarów... Coś na kształt magicznej wersji mugolskiego niewykrywalnego bombowca, fucha dla Czarnego Pana, nad którą dłubał kiedyś w wolnych chwilach. Niewykrywalne miotły – to było coś, nie to, co prymitywne i zawodne peleryny niewidki, dobre dla magików. Urządzenie wymagało jeszcze trochę pracy, przede wszystkim plazmowa osłona działała niestabilnie i zbyt krótko... Nagła myśl błysnęła w głowie Severusa. Jasne! Pole elektromagiczne. To ono utrzymywało jego ektoplazmę w tej pułapce. Pola wyłączyć nie mógł, ale gdyby tak za pomocą urządzenia zmienił gęstość swojej ektoplazmy, wówczas może mógłby zmienić absorpcję fali elektromagicznej i przeniknąć... Nie znał wprawdzie częstotliwości pola tworzącego barierę, ale co szkodziło spróbować.

~o~

Na błoniach Hagrid, karmiący właśnie stadko sklątek, przetarł oczy. Dwie ciemne, nieco rozmazane plamy, mała i duża, podążały w kierunku lasu. Mała posuwała się susami, duża pełzła z pewnym dostojeństwem. Na skraju zarośli zatrzymały się na chwilę, po czym obie znikły między drzewami.