Minerwa McGonagall, ubrana w swój podróżny zielony płaszcz w kratę i taki sam kapelusz, stała między rzędami kamiennych nagrobków. Na deskach nad świeżo wykopanym prostokątnym dołem leżała prosta sosnowa trumna. Surowa, bez zbędnych zdobień i niewiele mówiąca, dokładnie taka, jaki był jej właściciel. Cmentarz był pusty, nie licząc niej i czterech grabarzy. No i czającego się za drzewami aurora.
W oddali, za murem, dym unoszący się z kominów wskazywał, że toczy się tam zwykłe życie. Po tej stronie rzeki, w cieniu majaczącego w górze komina zrujnowanego młyna, życie najwyraźniej zamarło razem z jej mieszkańcami.
Nie trwało to długo. Mężczyźni opuścili trumnę, nie cackając się z nią zbytnio, po czym chwycili za łopaty. Obok krzyża z tabliczką z wypłowiałymi nazwiskami stanął drugi. Severus Snape, 1960-1998. Odeszli, rozmawiając głośno, nieskrępowani wcale obecnością kobiety.
Auror podszedł do czarownicy i skinął jej głową.

— Witam, pani profesor. Obyło się bez kłopotów, jak widzę.

— Kłopotów? Czego się spodziewaliście? Pochodu wdów w żałobie? Tłumu wiwatujących uczniów? — w głosie McGonagall dało się słyszeć irytację.

— Wdów? Nic mi o tym nie wiadomo — w jego oczach na chwilę zabłysł niepokój, że coś przeoczył. — Ale jego dawni kumple, wie pani... Teraz, kiedy poznikały ich tatuaże, trudniej ich namierzyć.

— Kumple? Ci, których zdradził siedemnaście lat temu?

— Zdradził, nie zdradził. Kto tam wie, jak było naprawdę. Zresztą, jak to mówią, śmierciożercą się nie przestaje być ot, tak, bo się komuś przestaje to podobać.

— Najwidoczniej jednak można. Severus Snape jest tego żywym przykładem. No, może nie tak żywym — zreflektowała się po chwili. — Wydawało mi się w każdym razie, że wy, aurorzy, opieracie się na faktach, a nie na tym, co mówią.

— Oczywiście. Tyle, że fakty można różnie interpretować.

— Naginając interpretację do bieżących potrzeb?

Mężczyzna zaśmiał się krótko i nerwowo.

— Radzę uważać, pani profesor. Wojna się jeszcze nie skończyła. I jeszcze pewnie długo się nie skończy.

Auror wsunął głowę w kołnierz płaszcza i odszedł, teleportując się z trzaskiem za którymś z grobowców. Minerwa odprowadziła go wzrokiem, po czym schyliła się i podniosła z ziemi patyk. Dyskretnym ruchem różdżki transmutowała go w kwiat lilii i położyła na świeżo usypanym grobie. Drgnęła, wyraźnie czując na sobie czyjś wzrok. Wyprostowała się i rozejrzała. Na sąsiednim pomniku siedział kot. A właściwie grafitowo-czarny półprzezroczysty koci duch, zajmujący się aktualnie intensywną toaletą w okolicach uważanych – przynajmniej przez koty - za intymne. Minerwa stała przez chwilę zdezorientowana, nie dopuszczając do siebie myśli, która w niej zakiełkowała.

— Severus? To ty?

Za sobą usłyszała ciche parsknięcie. Obejrzała się. Za murem cmentarza człapał koń, ciągnąc wóz po pustej brukowanej uliczce.

Kot przerwał toaletę i spojrzał uważniej na czarownicę.

— Ale jak...? Wiedziałabym przecież, gdybyś był...

Czekała na jakieś wyjaśnienie ze strony tajemniczego przybysza, ale na próżno. W końcu odeszła. Zaczął siąpić deszcz. Kot przeniósł się pod rosnącą nad grobem Severusa młodą jodłę. Żywy czy martwy, nie znosił mokrego futerka. Severus powoli zmaterializował się obok i z nieprzeniknionym wyrazem twarzy patrzył na górkę ziemi i leżący na niej biały kwiat. Krople deszczu przelatywały przez niego i spadały na ziemię pod nim z mokrym pacnięciem.

Był już wieczór, kiedy Severus pojawił się na zamkowym dziedzińcu. Był w dość kiepskim humorze. W zasadzie paskudnym. Normalnie znaczyłoby to, że nic, co znajdowało się w zasięgu jego wzroku, nie mogło się czuć bezpieczne. Ale od jakiegoś czasu nic nie było normalne.

Kot natomiast nie miał najwyraźniej problemu ze swoją tożsamością. Nad głową Severusa rozległ się wrzask i posypały się pióra, a zaatakowana sowa uciekła ze skrzekiem upuszczając pakunek z gazetą. Zwierzak, z wyrazem zadowolenia na pyszczku, przyczaił się, wypatrując następnej ofiary, nie bacząc na to, że ptaszyska były przynajmniej dwukrotnie większe od niego i w normalnym życiu nie miałby z nimi najmniejszych szans.
Że też ze wszystkich kotów na świecie musiał mi się trafić akurat Gryfon — sarknął w duchu Severus.
Rulon z "Prorokiem Wieczornym" rozwinął się. Snape z wrodzonej ciekawości zerknął na pierwszą stronę, choć przeczucie mówiło mu, że będzie tego żałował. Pierwsze, co mu się rzuciło w oczy, to wielki tytuł - "Pogrzeb bohaterów". I zdjęcie zapłakanych Creeveyów nad mogiłą syna. Severus skrzywił się. Typowe dla pismaków granie na tanich emocjach. Przebiegł wzrokiem artykuł. Znalazł tu sporo znajomych nazwisk. Poza swoim, rzecz jasna. "Polegli w bitwie zostali odznaczeni pośmiertnie Orderem Merlina Pierwszej Klasy." Z irytacją zerknął na sąsiednią rubrykę. "Nowy dyrektor Hogwartu, profesor Minerwa McGonagall uspokaja, że zrobi wszystko, by uczniowie od września mogli podjąć naukę". Obok ze skruszoną miną wywiadu udzielał Lucjusz. "Pierwsze procesy popleczników Voldemorta. Lucjusz Malfoy przyznał przed sądem, że jego wcześniejsze poparcie dla Lorda Voldemorta było największym błędem w jego życiu. Dodał też, że przez ostatni rok nie brał udziału w żadnej akcji, a nawet, wraz z najbliższą rodziną, znajdował się w stanie niełaski u Voldemorta, o czym było powszechnie wiadomo. "Nie miałem nawet różdżki" – usprawiedliwiał się Lucjusz Malfoy. Sędzia Arseniusz Dagworth przyznał, że zeznania Malfoya, wyjaśniające udział innych zwolenników Lorda Voldemorta w ostatnich czystkach oraz szczera skrucha mogą mieć wpływ na złagodzenie wyroku dla członków powszechnie szanowanej rodziny Malfoyów."

— Niektórzy wylezą z najgłębszego bagna, nie błocąc sobie nawet butów — mruknął do siebie Severus, po czym ciemny i ponury jak chmura gradowa oddalił się. Nie poszedł jednak do swojej kwatery, a skierował się na siódme piętro. Burknąwszy hasło, niezmienione do tej pory, wpłynął do gabinetu, w którym spędził większość ostatniego roku. Tak jak się spodziewał, zastał tu McGonagall, gawędzącą z Albusem.
Oboje odwrócili się w jego stronę. Wzrok Minerwy podpowiadał mu, że nie był tu najbardziej oczekiwanym gościem. Czyli wszystko było w normie.
Dumbledore skinął mu życzliwie głową.

— Wyglądasz na przygnębionego, Severusie. Jak się czujesz?

— Jak zwykle ostatnio - skonany — odparł cierpko.

— Ciężki dzień?

— O, tak — wycedził patrząc na Minerwę.

— Do twarzy ci w tym kolorze — McGonagall zręcznie zmieniła temat. — Jak ci się to udało?

Severus zignorował jej pytanie. Powierzanie sekretu decydującego o jego aktualnym być albo nie być kobiecie, zwłaszcza takiej, która nie wahała się rzucić w niego klątwą, wydało mu się zanadto gryfońskie.

W drzwiach gabinetu pojawił się łepek kota, a zaraz po nim wyłonił się cały zwierzak i nonszalancko przemaszerował przed Minerwą. Ta lekko pobladła.

— Przepraszam, ale muszę się napić herbaty — powiedziała słabo i gestem przywołała filiżankę. Severus przyglądał jej się z zazdrością, zamaskowaną drwiącym uśmieszkiem.

— To... Kto to? — spytała siląc się na obojętność.

Severus zerknął chłodno na zwierzaka.

— Pierwszy raz go widzę — skłamał bez zająknięcia.

— To twój... szpieg?

— Szpieg? Wypraszam sobie. Ja zawsze działam sam — żachnął się Snape. Kot miauknął z wyrzutem.

— A więc to dlatego sowy w Hogwarcie są dziś tak zestresowane i gubią pocztę. Twój kot je prześladuje.

— To nie jest mój kot. Zresztą co taki słodki kotek mógłby zrobić sowom? — W ustach Severusa słowo "słodki" nabierało znaczenia cykuty.

— Skąd go w ogóle wytrzasnąłeś?

Snape wzruszył ramionami.

— W każdym razie to miłe, że go przygarnąłeś.

— Nie przygarnąłem.

— On przygarnął ciebie?

— Bardzo zabawne.

— Jakoś się nazywa?

Severus prychnął. Nadawanie imienia komuś, kto nie reaguje na żadne polecenie, uważał za czynność całkowicie bezsensowną.
Kot tymczasem chciwie wpatrywał się w obraz Fineasa Nigellusa, a konkretnie w pomponiki przy jego wyjściowej szacie, zwisające z fotela, na którym siedział były dyrektor. Ten wychylił się tak, jak tylko pozwalały mu na to ramy obrazu i usiłował przepędzić futrzastego ducha.

— Zabierzcie to krwiożercze zwierzę. Podrapie mi ramę.

— Ależ Fineasie, on jest chyba zupełnie niegroźny. I całkiem zabawny, nieprawdaż? — Albus Dumbledore uśmiechnął się łagodnie do zwierzaka. Wyjął z kieszeni cytrynowego dropsa i rzucił. Cukierek potoczył się w głąb obrazu, a duch kota zniknął w ścianie. Zdegustowany Severus wywrócił oczami.

— Co cię właściwie sprowadza, Severusie? — spytała Minerwa podejrzliwie.

— Nie mogę odwiedzić starych kolegów? — odparł niewinnie, a jego mglista brew wystrzeliła do góry.

— A tak naprawdę?

— Och nic. Czego mógłbym chcieć? Przecież sama wszystko świetnie potrafisz zorganizować. Nawet pogrzeb śmierciożercy. Zdążyłaś jeszcze udzielić wywiadu... Widziałem dzisiejszą gazetę. Interesująca lektura — powiedział jedwabistym głosem.

— Sama dawałam notkę w twojej sprawie do "Proroka". Nie moja wina, że...

— Notkę? Ciekawe, nie zauważyłem. Ale ze mnie głupiec — demonstracyjnie stuknął się dłonią w czoło. — Powinienem był zajrzeć do "Kroniki kryminalnej". A może do "Działu ogłoszeń"? To było coś w rodzaju "Czterech mugoli z łopatą zatrudnię"?

— Zrobiłam wszystko, co do mnie należało!

— I zrobiłaś to świetnie. Prawie się wzruszyłem. Chociaż oczekiwałem czegoś więcej, nie mówię, że obecności takiej znakomitości jak Potter, ale skromnej delegacji z, bądź co bądź, zakładu pracy...

Czarownicy cisnęło się na usta pytanie "Którego?", ale zdołała się powstrzymać.

— ... albo jakiejś krótkiej mowy, choćby: "Severusa Snape'a już nie ma. Kopnął w kalendarz. Cieszmy się i radujmy, że pozbyliśmy się tego wrednego nietoperza."

Minerwa zacisnęła usta, które przypominały teraz wąską kreskę.

— To by mi pomogło, naprawdę — kontynuował Severus. — Może wtedy mógłbym odejść w spokoju. Ale lilia? To miała być jakaś aluzja? Ach, oczywiście. Potter nie byłby sobą, gdyby nie wypaplał całemu światu wszystkich szczegółów mojego życia osobistego, które miał zachować tylko dla siebie. Typowe.

Minerwa gwałtownie wstała z dyrektorskiego fotela.

— Na Merlina, Severusie Snapie, czy ty nigdy nie potrafisz zachować się jak człowiek? Jesteś tak zatruty jadem, że nie potrafisz dostrzec zwykłego ludzkiego gestu. Wszędzie widzisz szyderstwo i złośliwość.

— Ciekawe dlaczego?

— Ach, więc to moja, nasza wina? Wyobraź sobie, że nie byłeś jedyną ofiarą tej wojny. A na pewno nie najbardziej niewinną. I nie możesz mieć ludziom za złe, że traktują cię tak jak cię traktują po tym, kim byłeś — zaperzyła się Minerwa. Przez ciemną powłokę Severusa przebiegły iskry.

— Przez ostatnie pół życia byłem dokładnie tym, kim on — grafitowy palec wskazał portret Dumbledore'a — chciał, żebym był.

Dobrze wiedział, że schrzanił swoje życie. Nie potrzebował do tego niczyjego potwierdzenia. Co nie odbierało mu, przynajmniej jego zdaniem, prawa do wyjścia z całej tej sytuacji z twarzą.

— Zawsze twierdziłem, że w każdej sytuacji trzeba próbować znaleźć dobre strony — rozległ się łagodny głos Dumbledore'a z portretu.

— Dobre strony? I gdzie one według ciebie, do cholery, są? — wybuchnął Severus, odwracając się w stronę portretu.

— Nie każdy ma możliwość spojrzenia na siebie od, że tak powiem, drugiej strony.

— Nie interesuje mnie wygląd mojej śledziony — prychnął Snape.

— Możesz zobaczyć, jak widzą cię inni — Albus zignorował kpiący ton młodszego kolegi.

— Doskonale wiem, jak widzą. Nic się pod tym względem nie zmieniło od prawie trzydziestu lat.

— Ale nie pogodziłeś się z tym. Nie zrozumiałeś, że nie masz już na to wpływu. Że zrobiłeś już to, co miałeś do zrobienia i że jesteś wolny.

— Wolny? — roześmiał się szyderczo. — Sugerujesz, że mogę odejść, kiedy chcę?

— Wydaje mi się, że za bardzo się tym przejmujesz, Severusie — odparł spokojnie Dumbledore.

— Dobrze ci mówić. Nie plączesz się po zamku w nędznej burej koszuli nocnej. Nikt nie kwestionuje twojego prawa do bycia tam, gdzie chcesz czy choćby do posiadania tego obrazu. Nie wspominając o tym, że możesz się zdrzemnąć.

Siwobrody czarodziej spojrzał z lekkim współczuciem na Snape'a.

— Myślę, że kiedy będziesz gotowy, by odejść, taka możliwość sama się pojawi.

Severus odwrócił się gwałtownie i wypłynął z gabinetu. Oddałby wszystko, żeby móc teraz trzasnąć drzwiami.

Za bardzo się przejmujesz, też coś. Jasne, że się przejmuję. Jak tak spojrzeć, całe życie przejmował się czymś. Najczęściej nie swoimi problemami. Które prędzej czy później oczywiście stawały się jego.
Albus to wiedział. Łatwo jest wykorzystać kogoś, kto się czymś przejmuje. Ale dość manipulacji. Sam wpakował się w tę kabałę (pomijając Pottera i tego starego wyrachowanego lisa Albusa) i sam się z niej wydostanie. Wiedział jedno - nie mógł liczyć na nikogo. Świat po wojnie dzielił się na złych i dobrych. I całe rzesze tych, którym jest obojętne kim są, byle zostawić ich w spokoju.
Nie był żadnym z nich.
I dla wszystkich stanowił kłopot.
No, może prawie...

— Dyrektorze Snape! — piskliwy głos za uchem wyrwał go z zamyślenia. — Tu pan jest. Wszędzie pana szukamy.

Severus obejrzał się. Przed nim unosił się uśmiechnięty duch Ravenclawu.

— Widzę, że sprawił pan sobie nową kreację. Bardzo twarzowa. — Szara Dama chwyciła go pod pachę i pociągnęła w stronę Wielkiej Sali, skąd dobiegały potępieńcze jęki jakiejś kapeli. Lekko spanikowany Severus wyrwał rękę.

— Tylko bez fizycznego kontaktu, bardzo proszę.

— Fizycznego... ha, ha, uwielbiam pana czarny humor, Severusie. Ale chodźmy, nie dajmy czekać innym.

Lekko popychany od tyłu, Severus dał się ponieść ku duchowym rozrywkom. Za nimi w podskokach sunął mroczny obłoczek w kształcie kota...