Za życia Severus Snape raczej ograniczał swoje kontakty z hogwarckimi duchami do niezbędnego minimum. Towarzystwo Krwawego Barona uważał za wystarczające. Duch domu Slytherina był zresztą milczący i niekłopotliwy, a na dodatek wzbudzał powszechny respekt i Severus był naprawdę wdzięczny losowi, że nie trafił mu się ktoś w typie Prawie Bezgłowego Nicka z jego gryfońskim nadęciem. W ogóle jego życie duchowe było raczej dość ubogie, żeby nie powiedzieć, żadne. Nie to, żeby nie wierzył w istnienie duszy. Jego elementarna wiedza na temat metafizyki kwantowej podpowiadała mu, że coś, co da się, choćby hipotetycznie, rozszczepić na mniejsze kawałki, w zasadzie można uznać za istniejące. W ramach określonego modelu rzeczywistości, rzecz jasna. Po prostu brakowało mu typowego dla umysłów humanistycznych emocjonalnego i niepraktycznego podejścia do tego zagadnienia. Nie mówiąc o tym, że miał dość problemów ze swoim życiem, żeby przejmować się tym, co będzie potem. Chociaż jak się teraz zastanawiał, być może to był błąd.

Wielka Sala tonęła w półmroku, rozświetlanym tylko przez świece, stojące w kandelabrach i księżyc w pełni, wyczarowany na sklepieniu. Najwidoczniej Flitwick albo Minerwa maczali w tym palce, bo raczej nie należało podejrzewać organizatorów tej imprezy o magiczne zdolności. W kątach pająki snuły pajęczyny, a z wielkiego żyrandola zwieszały się łańcuchy, bynajmniej nie choinkowe. Lekko podzwaniały, kołysane wiatrem. Snape zauważył, że stoły wróciły na swoje miejsce. Ich nogi ginęły w gęstej mgle, skrywającej posadzkę i Merlin wie, co jeszcze. Severus wcale by się zdziwił, gdyby wciąż tkwiły tam jakieś zwłoki. Całość utrzymana była w dość upiornym nastroju, w sumie nie tak odległym od tego, w jakim aktualnie znajdował się duch byłego dyrektora Hogwartu. Chociaż zdecydowanie oddałby swoje życie pozagrobowe za kawałek krypty do wyłącznego własnego użytku i wieczny odpoczynek.
Wrażenie psuła tylko nieco kapela na podeście, wydająca potępieńcze zgrzyty i jęki. Jak też całkiem spory tłumek srebrzystoszarych postaci, których większość Severus widział po raz pierwszy. Skrzywił się. Nigdy nie gustował w przyjęciach, które uważał za irytujące i nudne. To na dodatek jechało na milę halloweenową tandetą. Jeśli było miejsce, w którym czułby się nie na miejscu, właśnie się w nim znajdował. O ile wcześniej podejrzewał, że będzie żałował przyjścia tutaj, to teraz zyskał pewność.

— To jakaś farsa — mruknął zdegustowany. Nie, zdecydowanie nie powinno go tu być. Niestety reszta towarzystwa wydawała się być odmiennego zdania.

— Ależ tu duchota! — Szara Dama mrugnęła do niego i pociągnęła w stronę grupki duchów. Usiłował się zapierać, ale w jego obecnym stanie okazało się to trudne.

Jeśli myślą, że po śmierci zacznę się uśmiechać, to grubo się mylą – pomyślał tylko. Część towarzystwa zajęta była rozmową, część – degustacją potraw, którymi zastawione były stoły. Większość dań zdawała się żyć własnym, pozagrobowym życiem, ale jakoś nikomu z obecnych to nie przeszkadzało. Poza Severusem, który po raz pierwszy pożałował, że jeszcze nie wszystkie zmysły u niego zanikły. Jego szczątkowy zmysł węchu był zdecydowanie zbyt żywy. Snape ledwo powstrzymywał się, by nie puścić ektoplazmatycznego pawia. Największym przerażeniem napawało go jednak nie samo jedzenie, ale fakt, że za jakieś sto lat będzie taki sam jak reszta.

Towarzystwo dam na szczęście po krótkiej wymianie uprzejmości zajęło się widmowym zwierzątkiem, które z miejsca wyprężyło grzbiet i jęło krążyć między duchami, ocierając się o ich szaty.
Pozer, mruknął do siebie Severus, obrzucając kota spojrzeniem pełnym wzgardy.

— On jest śliczny.

— Jak się wabi?

— Zaraza — odparł bez namysłu Snape, nie zwracając uwagi na nieco urażone spojrzenie kota.

— Ależ Severusie, jak pan może, taki milusi tyciusi koteczek... — Żeńska część duchów pochyliła się nad futrzakiem, który wydawał się być całkiem zadowolony z okazywanych mu hołdów, a nawet błogo zamruczał. Severus wywrócił oczami i korzystając z zamieszania odfrunął z godnością w bardziej spokojne miejsce. Nie był w tym zresztą odosobniony. Również Krwawy Baron stał z boku, przyglądając się z ponurą miną biesiadzie, sam w niej nie uczestnicząc.

— I jak tam życie po życiu? — huknął gdzieś z tyłu Prawie Bezgłowy Nick, klepiąc Severusa po plecach. Ten bezwiednie sięgnął do kieszeni po różdżkę i zaklął w duchu, przypomniawszy sobie, że jest teraz bardziej bezbronny niż niemowlę.

— Świetnie — bąknął.

— Czy pan wie, że jest pan dopiero drugim duchem, jaki pojawił się w Hogwarcie w tym wieku? — spytał sir Nicholas, wskazując głową na unoszącą się w pobliżu Jęczącą Martę.

— Doprawdy? — odparł chłodno Snape. Parę lat rządów Carrowów i w zamku zrobiłoby się gęsto od ektoplazmy — dodał w myślach.

— Dobry wieczór, panie profesorze — dygnęła przed nim Marta.

— Co? Ach, tak. Wprost świetny — odparł kwaśno.

— Słyszał pan o Harrym Potterze?

Snape zgrzytnął zębami.

— Coś tam słyszałem — wycedził.

— Bywał w mojej łazience — oznajmiła Marta z dumą.

Snape zerknął na nią przelotnie.

— To do niego podobne — wykrzywił usta w pogardliwym uśmieszku.

— Proponowałam mu, żeby tam zamieszkał, jeśli zginie, ale przeżył — powiedziała z wyraźnym żalem.

Severus spojrzał na nią z nieco większą sympatią. Nie to, żeby naprawdę życzył chłopakowi śmierci. W końcu połowę swojego życia poświęcił staraniom o to, by syn Lily Evans przeżył. A przez ostatni rok zadręczał się myślą, że jego wysiłek poszedł na marne. Tyle że Potterowi oczywiście nie wystarczyło samo przeżycie. On musiał zostać pieprzonym bohaterem, gwiazdą czarodziejskiego świata i wybawcą ludzkości. A na dodatek wyjawił światu tajemnice, które Severus tak starannie ukrywał przez całe swoje życie. Potter miał jego sekrety zabrać do grobu, a nie radośnie ogłaszać je wszem i wobec. Gdyby Severus mógł przewidzieć, że wbrew temu, co twierdził Albus, Potter przeżyje, byłby zdecydowanie mniej wylewny wtedy, we Wrzeszczącej Chacie. A tak jego starania, jego pragnienia zachowania w tej całej sytuacji odrobiny prywatności i resztki godności przepadły, i to szybciej, niż Czarny Pan zdołałby wymówić Avada Kedavra. A wymawiał to naprawdę szybko.

— A pan, jak umarł?

— Wolałbym o tym nie mówić.

No właśnie. Trochę inaczej wyobrażał sobie swoją śmierć. Owszem, mógł mieć satysfakcję, że do końca pozostał niezdemaskowany, ale trzeba przyznać, że to była kiepska pociecha. Co z tego, że Czarny Pan tak bardzo się mylił, i co do niego, i co do różdżki? O różdżce Dumbledore też oczywiście się nawet nie zająknął, stary lis. Mógł go chociaż uprzedzić. Pewnie bał się, że mógłbym z niej zrobić jakiś użytek – skonstatował gorzko.

— Była straszna? Śmierć?

Wzruszył ramionami. Co zresztą miał powiedzieć, gdy ciągle jeszcze robiło mu się zimno na wspomnienie cielska Nagini, oplatającego jego ramiona. Naprawdę miał nadzieję, że jeśli kiedykolwiek zginie z ręki Czarnego Pana, co wydawało się w końcu bardzo prawdopodobne, to właśnie od Avady. Jak widać, zbyt wiele oczekiwał. Tak czy inaczej podejrzewał, że już nigdy nie spojrzy na godło Slytherinu jak dawniej.

Nicholas brzęknął w pusty kielich.

— Drogie koleżanki i koledzy! Przybyliśmy tu, żeby powitać w naszym gronie profesora Severusa Snape'a, którego resztą chyba wszyscy dobrze pamiętamy.

Szmer wśród zgromadzonych sugerował, że istotnie go pamiętają, aczkolwiek Snape nie był pewien, czy powinien to poczytywać za dobrą monetę, czy wręcz przeciwnie.

— Jest nam miło, że dołączył do nas ktoś, o czyjej powiedziałbym gryfońskiej odwadze słyszeliśmy tyle w ostatnich dniach. Pańska historia poruszyła nas do głębi…

Severus poruszył się niespokojnie. Ostatnie, czego chciał, było wywlekanie jego osobistych rzeczy na forum umarłych. Jakby nie dość było, że Potter wypaplał wszystko przed żywymi. Jeszcze tego brakowało, żeby opinia romantycznego idioty i tragicznej ofiary pomyłki Czarnego Pana wlokła się za nim po wieki. I te aluzje do jego rzekomego gryfoństwa… kolejny Albus, psiakrew.
Uznał za stosowne przerwać ten cyrk zanim duch Gryffindoru się rozpędzi.

— Dziękuję — przerwał Prawie Bezgłowemu Nickowi w pół zdania.

— No tak… — Prawie Bezgłowy Nick wydawał się być niepocieszony, że nie dane mu było dokończyć swojej mowy powitalnej, która zapewne była długa i kwiecista. — A zatem bawmy się!

Kapela wznowiła rzężenie, a Snape z ulgą odsunął się na bok, zastanawiając się, jak wymknąć się niepostrzeżenie z tej imprezy tak, by nie zwrócić na siebie uwagi. Nie dane mu było jednak dłużej delektować się spokojem, bo koło niego pojawiła się dość korpulentna dama w mocno średnim wieku.

— Severhusie! — zagadnęła go, wymawiając jego imię z irytującym francuskim "r". — Właśnie mówiliśmy, że ktoś tak rhomantyczny jak pan…

— Wcale nie jestem rho… to znaczy romantyczny — zaprotestował Severus, jednocześnie usiłując wywinąć swoje ramię z uchwytu nieznajomej, która z widoczną wprawą gmerała pod jego pachą.

— Och, niech pan da spokój, Severhusie. Czytam w panu jak w otwarhtej księdze — tchnęła w jego kierunku, wpatrując się w niego nieco zbyt, jak dla niego, natarczywym wzrokiem.

Tu Severus uśmiechnął się z wyższością. Musiałaby być lepsza od Czarnego Pana.

— Zrhesztą co tu czytać. Wszyscy znamy pana historhię. — Tu Snape zmartwiał. Jego najgorsze obawy właśnie się potwierdziły. — Poza tym za każdym zgorzkniałym mężczyzną krhyje się jakaś kobieta. I nieszczęśliwa miłość.

— Nie jestem zgorzkniały — uznał za stosowne zaprotestować. Owszem, był zestresowany, może trochę rozczarowany, a ostatnie wydarzenia mocno nadwerężyły jego wiarę w szczęśliwy koniec. Czy w ogóle w jakikolwiek koniec. Ale żeby zgorzkniały? Po prostu nigdy nie był zbytnim optymistą.

— … Severhusie? — dobiegło go zniecierpliwione zapytanie jego rozmówczyni. Spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem.

— Mówiłam, że jestem pewna, że kto jak kto, ale pan, w głębi ducha Grhyfon, by nie zostawił kobiety w potrzebie.

— W czym? — zapytał z roztargnieniem Severus, postanawiając jednocześnie, że jeśli jeszcze raz ktoś wspomni o jego gryfoństwie, to on będzie pierwszą osobą, która udowodni istnienie śmierci po śmierci.

— W potrzebie. Załóżmy, że jest kobieta, sama, przemoknięta, gdzieś na błoniach — duszyca machnęła ręką w przestrzeń. — Wokół szaleje burza... nie pospieszyłby pan jej z pomocą? Nie przyniósłby jej pan do zamku na rhękach, bezbhronnej słabej istoty?

— To zależy — odparł ostrożnie, krytycznie oceniając jej krągłą sylwetkę. — A jak ona się tam znalazła?

— Nieważne, poszła na spacerh, na przykład.

— W burzę?

— Wtedy jeszcze nie było burzy — odparła kobieta nieco zniecierpliwiona. — To zrhesztą jest nieistotne. Jest sama, w strhugach deszczu, wystawiona na pastwę żywiołu...

— Nie ma różdżki?

— Ma, ale...

— Więc czemu jej nie użyje?

— To naprhawdę nieważne — w głosie damskiego ducha dała się wyczuć nutka irytacji. — Ważne, czy pan...

— Znaczy, mam ryzykować zapalenie płuc, bo jakaś kretynka nie potrafi rzucić prostego Impervius?

— Ależ...

— … albo przywołać miotły? Nawet Potter to potrafi – dodał w myślach.

Duszyca spojrzała na niego jak na robaka i oddaliła się.

— O, widzę, że poznał już pan Mariettę? — huknął mu znów zza pleców duch Gryfindoru. Snape zaklął. Bycie martwym zdecydowanie źle wpływało na jego czujność.

— Kogo? — odparł z roztargnieniem, zanim zorientował się, o kim mówi Sir Nicholas. — A tak, owszem — mruknął.

— Ma obsesję. Za dużo romansideł. To ją zresztą doprowadziło do zguby.

Severus spojrzał na niego pytająco.

— Uczyła mugoloznawstwa w Hogwarcie. Kiedyś, jakiś wiek temu, młode czarownice… i starsze też — dodał widząc powątpiewające spojrzenie Severusa — zaczytywały się w powieściach niejakiej Jane O'Sten. Wie pan, takich o prawdziwej miłości. I któregoś dnia Marietta błąkała się po błoniach w czasie deszczu w nadziei, że jej ukochany… wspomniałem, że był nim nauczyciel eliksirów? Że on ją znajdzie i przyniesie na rękach do zamku, zupełnie jak w którejś z owych powieści. Pech chciał, że wybranek jej serca zajmował się akurat jakimś wyjątkowo złożonym eliksirem i po prostu zapomniał o Marietcie — tu Severus pokiwał ze zrozumieniem głową, uznając najwyraźniej takie usprawiedliwienie za wystarczające, żeby nie powiedzieć oczywiste. — Na dodatek tego dnia przyszedł mróz i deszcz zamienił się w regularne gradobicie, a jej ukochany zamiast wypatrywać jej z okien, siedział w lochach i kroił korzonki. Złapała zapalenie płuc i umarła. Odtąd snuje się po błoniach z książką w ręce. Piękna, romantyczna historia. Oczywiście nie taka, jak pańska. Jestem pewien, że wkrótce ktoś ją spisze i wyda. To będzie bestseller — dodał i odpłynął w kierunku gromadki duchów płci kiedyś pięknej.

Snape poczuł, że to wszystko zaczyna go pomału przerastać. Krwawy Baron stał obok, w milczeniu przyglądając się ponuro Szarej Damie, która rozprawiała z Prawie Bezgłowym Nickiem, zanosząc się perlistym śmiechem. Severus rzucił krótkie spojrzenie na nich, potem na ducha swojego domu.

— Co one widzą w tych Gryfonach? — syknął z pogardą.

Krwawy Baron spojrzał na niego z nagłym zainteresowaniem. W jego oku błysnęło coś, czego nikt jeszcze nigdy u niego nie widział – coś jakby cień... sympatii?

— Może po głębszym? — zapytał grobowym głosem.

— A możemy? — Snape podniósł brew w zdziwieniu.

Krwawy Baron skinął mu głową i obaj zasiedli przy końcu stołu Slytherinu, mając przed sobą kielichy pełne wina, które pamiętało chyba początki Hogwartu. Trunek smakował obrzydliwie, ale przynajmniej zachował jakieś wspomnienie alkoholu, bo od razu poczuł się jakby nieco lepiej. Obaj, ponurzy jak śmierć, z widoczną dezaprobatą obserwowali wesołe towarzystwo, w którym brylował Prawie Bezgłowy Nick, kokietując damy i opowiadając jakieś durne – zdaniem ślizgońskich duchów - dowcipy.

— …cię nie zdradzi, Gryfon nigdy nie zawadzi — dobiegł ich donośny głos sir Nicholasa, kończącego właśnie jakiś poemacik, sławiący cnoty mieszkańców domu lwa.

— Zawadzi? O co zawadzi? — syknął Krwawy Baron nachylając się do Snape'a.

— Pewnie miało być z-avadzi — domyślił się Severus. — Piją do mnie.

— Żałosne — skrzywił się Baron i zanurzył w kolejnej butelce, wciąż, niestety, pełnej.

Snape popatrzył na niego z lekką rozpaczą. Najchętniej zalałby się w trupa, gdyby nie to, że na to było już nieco za późno.

— Tak to zbyt dużo promili nie złapiemy — mruknął.

Krwawy Baron spojrzał na niego pytająco.

Godzinę później w lochach, w tajnym składziku Severusa dwa pokrwawione duchy unosiły się w kucki nad sporymi baniakami, gdzie Mistrz Eliksirów trzymał swoje najmocniejsze destylaty i inne specjalnie wzmacniane trunki, z których większość służyła mu do marynowania preparatów. Z półek łypała na nich podejrzliwie zawartość słojów i kolb.
Snape wynurzył twarz znad pękatej butli, w której pływały bliżej niezidentyfikowane szczątki, ustępując miejsca starszemu z duchów. Ich powłoki były już nieco zamglone i jakby niewyraźne.

— Trochę odbija się szczuroszczetem, ale przynajmniej coś czuć.

— Grunt, żeby sponiewierało — stwierdził Baron i teraz on wciągnął w siebie trunek. — Czy te kobiety muszą takie być? Zasadnicze? — zapytał nieco melodramatycznie. — Doprowadzają nas do czynów, których potem żałujemy do końca życia. Ba, żeby tylko do końca. Kochałem ją — zakończył nieco rozpaczliwym wyznaniem, całkiem usprawiedliwionym wchłoniętymi już doektoplazmatycznie promilami.

— Ja też — skinął głową Severus. Żadnemu nie przeszkadzało, że każdy z nich mówił o innej kobiecie.

— Zabiłem ją — uderzył się w zakrwawione piersi Baron.

— Ja też, jakbym ją zabił.

— I od tej pory noszę to na znak wiecznej pokuty — duch Slytherinu pokazał swoje lśniące krwiste plamy.

— Moja pokuta żyje, ma zielone oczy i nazywa się Potter.

— Co jej szkodziło, żeby wrócić ze mną?

— Co jej szkodziło, żebyśmy zostali przyjaciółmi?

— Wolała tę albańską dzicz?

— Tego gryfońskiego dupka?

— Byłem taki wstrętny?

— Kogo w ogóle obchodzi wygląd?

— No i co z tego, żem Ślizgon.

— No właśnie.

— A kiedy wróciłem, myślisz, że na mnie spojrzała?

— A ty myślisz, że ten gówniarz mi chociaż podziękował? O, tyle… — Snape próbował pokazać znany gest, ale ręce odmawiały mu już trochę posłuszeństwa.

— Wszystkie są takie same.

— Bez wyjątku.

— Twoje zdrowie.

— Twoje.

Wchłonąwszy w siebie kolejną porcję destylatu Krwawy Baron nachylił się do Severusa i położył mu dłoń na ramieniu.

— Mówię ci, przyjacielu, kobiety są gorsze od Avady. Co ja mówię, zaklęcie wybebeszające przy nich to łaskotki.

— No — Severusowi nie trzeba było tłumaczyć, co oznacza to zaklęcie.

— Wpadają w oko, ranią serce, szarpią nerwy i na koniec wychodzą bokiem. Najgorszy czarnoksiężnik to przy nich pikuś.

— Co racja, to racja — zgodził się Snape, choć osobiście znał pewnego paskudnego czarnoksiężnika.

— Zobaczysz — złowieszczo podniósł palec Baron, — następny Czarny Pan będzie kobietą.

— Jak nic.

Ich osobliwą konwersację przerwał jakiś hałas na korytarzu, jakby ktoś obdzierał żywcem kota ze skóry. Oba duchy podpłynęły chwiejnie do drzwi i wystawiły głowy na zewnątrz. Korytarzem przegalopował koci duszek z nastroszonym ogonem, a za nim leciał Irytek. Wrzaski kota zagłuszał brzęk sztućców, które poltergeist chciał przywiązać mu do ogona.

— To twój kot?

Severus machnął ręką.

— A, tak się przyplątał. Cholerny Gryfon. Za grosz rozumu.

— Gryfon nie Gryfon, ale tak jakby swój.

Kot tymczasem zawrócił, dostrzegłszy swoją szansę w towarzystwie eks-czarodziejów i szurnął między nogami Snape'a, chowając się pod jego peleryną. Poltergeist zatrzymał się jak wryty przed drzwiami. Krwawy Baron wypłynął dostojnie zza Severusa i założył ręce na piersi. Jego łańcuchy brzęknęły złowrogo.

— Jeszcze raz tkniesz tego kota, a pożałujesz, że nie jesteś śmiertelny — uprzedził.

— Ale po co te nerwy, wasza krwawość — wycofał się Irytek, porzucając z żalem swoją ofiarę.

Snape rozejrzał się po komnacie, ale kota nigdzie nie było widać. Ani słychać, co zaniepokoiło go, bo jego wyczulony zmysł wieloletniego szpiega i opiekuna domu podpowiadał mu, że cisza nigdy nie wróży nic dobrego.

— Pokaż się, draniu — warknął Snape. Nie lubił, gdy ktoś czaił mu się za plecami, a on nie potrafił go zlokalizować. Naraz wzdrygnął się. Z baniaka, którego zawartością przed chwilą się raczyli, łypały na niego wielkie kocie oczy. Severus zaklął i wyciągnął kota za kark. Duszek czknął.

— Tego mi tylko brakowało, zalanego w trupa kota. Schlał się w pół minuty, uwierzysz? — wściekł się Snape i zajrzał do baniaka. — Nie będę pił z sierścią — oznajmił, choć dotąd nie przeszkadzały mu inne szczątki, zanurzone w trunku. Jedynym sposobem na pozbycie się kłopotu wydało mu się podrzucenie kota w Wielkiej Sali.
Może któraś z tych tam go przygarnie, skoro tak się nim zachwycały? — pomyślał

— Severus! — wykrzyknął na jego widok sir Nicholas. — Mam nadzieję, że pan się dobrze bawi — dodał.

— Bawi? — drwiąco spytał Severus. — Co jest zabawnego w tym? — Tu zatoczył ręką krąg, wskazując na jazgoczącą orkiestrę, widmowe jedzenie, które wyglądało, jakby zaraz miało samodzielnie opuścić tę salę i pląsające bez rytmu towarzystwo.

— To kwestia przyzwyczajenia. Może mi pan wierzyć, że nim minie stulecie, doceni pan dobrą duchową rozrywkę.

— Po moim trupie — mruknął Severus.

— W rzeczy samej — przytaknął Nick. Snape'owi przyszła do głowy pewna myśl.

— Czy ktoś stąd… no wiesz… odszedł? — zapytał z lekką nadzieją.

— Znaczy z duchów? Nie. — Severus nieco oklapł. — Ale zabawne, że pan pyta. Całkiem nie tak dawno nie kto inny jak sławny Harry Potter — tu Snape skrzywił się — miał nadzieję na coś przeciwnego. Że jego ojciec chrzestny, Syriusz Black, powróci jako duch. Ci śmiertelnicy…

Ale Severus już nie słuchał. Black! No przecież! Że też nie pomyślał o tym starym psie. Czy nie przeniósł się w zaświaty, i to całkiem dosłownie, w Departamencie Tajemnic? W miejscu, gdzie jakoby istnieje połączenie z drugą stroną? Tą, z której się cofnął przez tego cholernego Pottera? Albus! On musi wiedzieć, co i jak.

Snape wypłynął, lekko zataczając się, z Wielkiej Sali i skierował w stronę gabinetu dyrektora. Za nim posuwał się jak cień mroczny kłębek widmowego futerka. Łapki mu się nieco plątały, a w mordce miał wciąż dziwny posmak, ale dzielnie podążał śladem swojego opiekuna. Severus wpadł do gabinetu dyrektora, z przyzwyczajenia usiłując złapać za klamkę. Minerwa, siedząca przy biurku, poderwała się na nogi.
Severus z niejakim trudem doprowadził się do pionu.

— Syriusz Black! Nie żyje! — zakrzyknął radośnie.

— Podziwiam twoją przenikliwość, Severusie. Istotnie. I to od jakichś dwóch lat — zmarszczyła brwi Minerwa, obserwując zmagania ducha z materią.

Osobiście wolałbym być mniej przenikliwy, pomyślał Snape, wynurzając się z framugi, o którą bezskutecznie próbował się oprzeć.
McGonagall spojrzała na niego podejrzliwie.

— Severusie, czy ty... piłeś?

— Niby jak to sobie wybo... wyobrażasz? — spytał Snape, usiłując nie zanurzać się co chwilę w ścianie bądź w podłodze.

Minerwa, prawdę mówiąc, wolała sobie tego nie wyobrażać.

— A zresztą co, nie wolno? — dodał zaczepnie.

Duch kota unosił się koło niego, dziwnie nastroszony i z nienaturalnie, nawet jak na kota, rozszerzonymi źrenicami. Minerwie wydało się, że od obu jedzie czymś w rodzaju marynowanych gumochłonów.

— Co zrobiłeś z tym nieszczęsnym kotem?

— Ja? Nic. Jego spytaj, co sobie zrobił. O ile mnie pamięć nie myli, nie zobowiązywałem się do niańczenia kogokolwiek poza Potterem.

— Severusie, nie będę z tobą rozmawiała w takim stanie.

— Znaczy w jakim? Martwym? — spytał prowokacyjnie, podnosząc brew.

— Więc co z tym Blackiem? — spytała Minerwa zmęczonym głosem, zdawszy sobie sprawę, że nie ma ochoty na gierki słowne z Severusem.

— Nie żyje.

— To wszyscy wiemy.

— A jego ciało jest? — tu Severus zwrócił się w stronę portretu Dumbledore'a.

— Nie, jak już ci mówiłem, Syriusz wpadł...

— No właśnie — przerwał mu Snape. — I to jest wyjście.

— Nie sądzę, by Ministerstwo tak na życzenie ...

— Nie zamierzam nikogo prosić — przerwał mu duch. — Chcę tylko, żebyś powiedział mi, jak się tam dostać.

— Oczywiście. Ale moja wiedza chyba na niewiele ci się przyda, Severusie — odparł łagodnie Albus.

— Bo co?

— Obawiam się, że duchom tam wstęp jest wzbroniony — rzucił Albus współczująco. Snape przez chwilę przyswajał tę informację.

— Nie, to nie — burknął. — Sam znajdę sposób.

Opuścił gabinet i slalomem ruszył w kierunku lochów. Musiał opracować plan.

(kilka dni później)

Minerwa stała przy oknie gabinetu i patrzyła, jak na zewnątrz duch Severusa przedzierał się przez błonia, stawiając opór złośliwym podmuchom wiatru. Przypominał małą chmurę burzową i tylko wyładowań brakowało, by nią był w istocie. Nawet z tej odległości widziała, że jego wyprawa znów skończyła się niepowodzeniem.

— Ten chłopiec się zalata... — Dumbledore wyciągnął szyję, żeby zerknąć przez szybę. — Nie uważasz, moja droga, że warto by było mu pomóc?

— Próbowałam z nim porozmawiać, ale wiesz, jaki jest. Mam wrażenie, że ciągle jest na mnie obrażony za ten atak…

— Musisz przyznać, że nie miał łatwego zadania. A wy mu go wcale nie ułatwialiście.

— Gdybyś mnie uprzedził choć słowem...

— Nie mogłem. Wszyscy musieliście grać przekonująco, Voldemort musiał być pewny, że Severus jest jego człowiekiem. W przeciwnym razie szkoła trafiłaby w ręce takich na przykład Carrowów. Tego chyba nikt z nas by nie chciał?

Minerwa milczała.

— Severus obiecał mi, że będzie chronił was i uczniów. I wiem, że starał się, jak mógł.

— Jemu zaufałeś, mnie nie — wreszcie wyrzuciła z siebie to, co gnębiło ją od chwili, kiedy wyszedł na jaw pokrętny plan Albusa. — Naprawdę ani przez chwilę nie pomyślałeś, że coś w waszym planie może zawieść? Że gdyby coś się stało na przykład Severusowi… — nie dodała tutaj, że pod pojęciem coś miała na myśli własnoręczne zamordowanie tegoż, czego czasem była bardzo bliska.

— Wierzyłem, że sobie poradzi. I nie pomyliłem się. Nieskromnie śmiem dodać, że jak zwykle. A wracając do naszej rozmowy…

— Próbowałam interweniować w Ministerstwie.

— Domyślam się, że bez rezultatu? Czasem, droga Minerwo, trzeba złamać parę reguł. Pan Potter jest tego wyraźnym dowodem — odparł, a coś figlarnego błysnęło w jego oku.

McGonagall odprowadziła wzrokiem Severusa do bram i patrzyła, jak Snape odgania nogą mały koci obłoczek. Nie wiedzieć czemu, widok ten wywołał na jej ostatnio wciąż zatroskanej twarzy lekki uśmiech. Usiadła przy biurku i sięgnęła po filiżankę z herbatą. Upiła łyk i rozłożyła Proroka Codziennego, którego nie zdążyła jeszcze dziś przeczytać. Rzut oka na pierwszą stronę sprawił, że zakrztusiła się herbatą.
AlbusDumbledore zerknął z ciekawości przez jej ramię i zafrasował się lekko.

— Ojojoj, mam nadzieję, że Severus tego nie zobaczy. Mógłby się lekko zdenerwować…

Na pierwszej stronie widniała fotografia Snape'a z okresu jego dyrektorowania oraz artykuł o wielkim tytule: „Severus Snape – święty czy sukinsyn".

cdn