Severus oczywiście zdążył zapoznać się z artykułem w Proroku podczas porannej wizyty w Londynie, zresztą zupełnym przypadkiem. I wcale nie był lekko zdenerwowany. Był wściekły, jak tylko może być wściekły ktoś, kto jest chwilowo zlokalizowaną formą gęstej bioenergii. Na dodatek na skutek wyżej wspomnianego artykułu energii znajdującej się w stanie dość wzbudzonym. Powrót do stanu normalnego zajął mu całą drogę powrotną. Efektem tego było parę zwarć w sieci elektrycznej, małe lokalne tornado w hrabstwie Lancashire oraz nagły spadek mleczności krów w okolicach Malham w Północnym Yorkshire. Gdyby na drodze Severusa znalazła się niejaka Rita Skeeter, prawdopodobnie nie zostałby po niej nawet chitynowy pancerzyk.

Przez kilka następnych dni Hogwart przypominał bardziej Urząd Główny Sowiej Poczty w godzinach szczytu niż szkołę. Adresatem znakomitej większości przesyłek był nie kto inny jak Severus Snape. Ten przez dłuższy czas bojkotował przychodzące do niego listy, ale w końcu uległ, uznawszy najwidoczniej, że lepiej być zorientowanym w rozmiarach zagrożenia niż pozostać niedoinformowanym. Najmniej przejął się anonimowymi pogróżkami od swoich dawnych kolegów z grona popleczników Voldemorta. Zwłaszcza że przez niektóre wyraźnie przebijała zazdrość, że umiał się ustawić i gdyby nie jego dość niefortunna i zupełnie niepotrzebna śmierć, można by go było w sumie uznać za wygranego. Gdzie jak gdzie, ale wśród absolwentów domu Slytherina ceniło się pragmatyzm. List z Magicznego Towarzystwa na rzecz Legalizacji Eutanazji z propozycją dożywotniego członkostwa i bezpłatnej wycieczki do magicznego Amsterdamu w celu pożegnania się z życiem po prostu zignorował. Ale wobec szaleństwa, jakie na jego punkcie ogarnęło czarownice w każdym wieku i różnej proweniencji, czuł się całkowicie bezradny. Czytanie stosów listów od fanek, pełnych obrzydliwie czułych westchnień i intymnych wyznań, a nawet propozycji małżeńskich, po prostu go przerastało. W dodatku magazyn „Czarownica" zapowiedział premierę mocno sfabularyzowanej biografii Snape'a pod tytułem „Rozważny i romantyczny" i prosił go o wywiad. A wieści niosły, że na jego grobie codziennie ktoś kładł świeże lilie. Severus był bliski załamania nerwowego i nawet Minerwa obchodziła go szerokim łukiem, gdy przypadkiem mijała się z nim na korytarzu. Już ze Snape'em w normalnym stanie miała wystarczająco dużo problemów, co dopiero z duchem niestabilnym emocjonalnie. Sytuacja nie wyglądała dobrze.

Dni mijały, nie przynosząc jednak żadnych postępów w procesie transferu ducha na tamten świat. Severus krążył po swoim pokoju w Hogwarcie z nachmurzoną miną, usiłując znaleźć jakąś lukę, coś, co pomogłoby mu dostać się do tej przeklętej komnaty. Opanował już nawet naciskanie klamek, ale to było o wiele za mało na to, by dostać się do środka Departamentu Tajemnic. Musiał znaleźć jakieś wyjście. Na tym świecie był spalony i totalnie skompromitowany.

— Nie przeszkadzam? — Drzwi uchyliły się i do środka wsunęła się głowa Minerwy.

— Czy w tym zamku już nikt nie uważa za stosowne pukać? — odparł chłodno.

— Masz gościa, Severusie — oznajmiła niezrażona dyrektorka.

— Nie zapraszałem nikogo... — Snape urwał, widząc Harry'ego Pottera, wchodzącego do jego pokoju. — Potter, co za niespodzianka.

— To ja was zostawię. — Czarownica wycofała się z komnaty. — Przynajmniej wiem, że się nie pozabijacie.

Chwilę stali w milczeniu. Snape najwyraźniej postanowił wziąć Harry'ego na przeczekanie. Potter odezwał się pierwszy.

— Przepraszam, że nie byłem na pana pogrzebie. Próbowałem panu powiedzieć, ale pan nie chciał mnie widzieć.

Snape nie odpowiedział.

— To, co pan zrobił…

— Czy mógłbyś się zamknąć, Potter? — przerwał mu Snape. — Myślisz, że chcę z tobą na ten temat rozmawiać? Pokazałem ci to, bo musiałeś się dowiedzieć, co zrobić. Nie kazałem ci rozgłaszać tego wszystkiego na całą magiczną Brytanię. Nie wspominając o tym, że całą tajemnicę miałeś zabrać do grobu. I to bynajmniej nie mojego — dodał w myślach.

— Nie powiedziałem niczego, co mogłoby panu zaszkodzić. A to, co napisała Skeeter… Nie mam z tym nic wspólnego.

— Zaszkodzić? — zapytał drwiąco Severus. — Zniszczyłeś moją prywatność. Jedyne, co miałem w tym i w tamtym pieprzonym życiu.

— Dlaczego tak bardzo chce pan ukryć to, co w panu najlepsze?

Snape szarpnął głową zniecierpliwiony, a jego powłoka pociemniała ze złości. Znów to przeklęte uczucie deja vu.

— To, co najlepsze? Ach, no tak, zapomniałem, że wy, Gryfoni, macie monopol na wiedzę o tym, co jest w ludziach dobre. A już zwłaszcza we mnie.

Harry milczał, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć. Tak jak przypuszczał, nie była to łatwa rozmowa.

— Czy przypomnienie mi o tym, jak marne byłoby moje życie, gdybyście ty i Dumbledore nie pomogli mi odkryć tego, co we mnie najlepsze, to wszystko, co chciałeś mi przekazać? — dodał Snape. — Możesz już iść, cieszyć się życiem.

— Przyszedłem tu, bo chcę panu pomóc.

— Ty? Pomóc? Mnie? W jaki sposób? Udzielisz kolejnego wywiadu?

— Słyszałem, że chce pan wejść do Departamentu Tajemnic.

— Byłem tam, Potter. Te drzwi nie są przenikalne dla duchów.

— Mogę panu pomóc. Chyba. Mogę spróbować otworzyć te drzwi, dla pana.

— Dlaczego?

— Bo pan powinien pójść dalej. Tu zostają ci, którzy bali się śmierci. A pan... przecież nie jest pan tchórzem.

Severus zacisnął szczęki. To słowo słyszał ostatnio tyle razy, że właściwie powinien się chyba przyzwyczaić. Rzucił przelotne spojrzenie na twarz chłopaka, żeby sprawdzić, czy sobie z niego nie kpi. O dziwo, wydawało się, że nie, a nie podejrzewał, żeby Potter nagle nauczył się ukrywać myśli. Czy choćby uznał to za przydatną umiejętność.

— Tak się składa, że pojutrze jestem umówiony w Ministerstwie. Moglibyśmy wejść tam razem — kontynuował Harry.

— W biały dzień?

— Teraz w nocy przy wejściu stoi strażnik. Nie, myślę, że lepiej będzie wejść za dnia i tu zaczekać do zamknięcia. Ja mam swoją pelerynę-niewidkę, a pan może przecież stać się niewidzialny. Po wszystkim poczekam do otwarcia Ministerstwa i wyjdę bez podejrzeń.

Po swoich doświadczeniach z Gwardią Dumbledore'a w ciągu ostatniego roku Severus spodziewał się raczej propozycji zmasowanego ataku i wzięcia szturmem opornych drzwi, czemu towarzyszyłaby ogólna demolka i liczne straty w ludziach. Ale musiał przyznać, że plan Pottera miał sens, choć nigdy nie powiedziałby tego głośno. W każdym razie nie zaszkodziło spróbować.

Dwa dni później wczesnym popołudniem do starej, londyńskiej budki telefonicznej wszedł Harry Potter. Obok zmaterializował się duch Snape'a.

— Dźgasz mnie swoim łokciem, Potter — zasyczał groźnie Severus.

— Przecież pan nie czu... — Młody mężczyzna urwał, napotkawszy wzrok Snape'a, mogący spokojnie zamrozić Loch Ness. — Nie, nic.

— I przestań mnie drapać w nogawkę.

— Drapać? W nogawkę? — zdumiał się Potter. Spojrzenia obu mężczyzn powędrowały w dół, gdzie tuż nad podłogą budki unosił się duch kota.

— Paszoł won! — duch usiłował odgonić zwierzę, ale to wczepiło się pazurkami w jego spodnie i ani myślało puścić.

— Wydaje się, jakby pana polubił.

— Ale ja jego nie — warknął Severus. — Poza tym wszystko popsuje.

— Myślę, że powinien pójść z panem. Chyba ma tu tylko pana. No i nie byłby pan... — Harry urwał. — To znaczy on... byłby tu samotny.

— To nie mój problem.

— Moja mama miała kota, zanim... to się stało — powiedział po chwili milczenia Harry. — Myślę, że nie chciałaby, żeby go pan tu zostawił.

Twarz Severusa niczego nie wyrażała.

— Jeśli piśnie choć raz, osobiście ukręcę mu łeb — oświadczył krótko, wkładając kociaka za pazuchę szaty.

— Jasne — kiwnął głową Harry i wykręcił numer sześć-dwa-cztery-cztery-dwa.

Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać imię, nazwisko i sprawę.

— Harry Potter do Biura Aurorów. Jestem umówiony na rozmowę kwalifikacyjną.

Snape prychnął.

Czy jest pan sam? — zapytał podejrzliwie głos w słuchawce.

— Tak, oczywiście. Jestem sam — odparł Harry, wygrażając wolną ręką mglistemu towarzyszowi.

Dziękuję. Proszę wziąć plakietkę i przypiąć ją sobie na piersi. — Harry sięgnął do szufladki automatu i wykonał polecenie.

Szanowny interesancie — dodał głos. — Przypominamy o konieczności poddania się kontroli osobistej i okazania różdżki przy stanowisku ochrony, które mieści się na końcu atrium.

Drzwi budki zadrżały i winda zjechała pod poziom chodnika.

— Do licha, co pan wyprawia? — wyszeptał Harry. — Chce nas pan zdekonspirować?

— Co ty wiesz o konspiracji, Potter? Nie będziesz uczył mnie, który oszukał Czarnego Pana...

— Dobrze, panie Ten-Który-Oszukał-Czarnego-Pana, ale czy teraz mógłby pan postarać się oszukać też Ministerstwo Magii i łaskawie zniknąć na chwilę?

Snape zamilkł obrażony i zbladł na brzegach, a po chwili zniknął całkowicie.

— Tak dużo lepiej — stwierdził półgłosem Harry, udając, że nie słyszy poburkiwania byłego profesora.

Poziom B8— oznajmił głos w budce.