Znalazłszy się w wypełnionym tłumem czarodziejów atrium, Harry ruszył w kierunku, gdzie, jak pamiętał, znajduje się biuro aurorów. Tuż za nim bezszelestnie płynął Snape z kociakiem pod połą peleryny, starannie unikając przypadkowego zderzenia z kimkolwiek.

Wsiedli do windy prowadzącej na wyższe poziomy ministerstwa. Stojący w niej urzędnik z plikiem papierów pod pachą uśmiechnął się nieśmiało. Harry rozpoznał w nim czarodzieja, którego widział kiedyś przelotnie w biurze Artura Weasleya.

— Pan Potter, jak zdrowie?

— Znakomicie, dziękuję. A pan?

— W porządku, gdyby nie to cholerne lumbago. Chcę, żeby pan wiedział, że zawsze pana popieraliśmy — dodał z lekkim zakłopotaniem urzędnik. Harry skinął głową. Ostatnio często mu się zdarzało, że obcy ludzie zaczynali zapewniać go o swojej lojalności. Tym gorliwiej, im większe czuli wyrzuty sumienia, jak przypuszczał. Przestał przywiązywać do tego wagę.

— A co to, u licha... — Czarodziej schylił się, by podnieść swój nagle rozsypany stos dokumentów.

— Stary dureń — wymruczał jakiś głos. Harry rozkaszlał się, usiłując go zagłuszyć i uśmiechnął się do czarodzieja przepraszająco. Urzędnik spojrzał na młodzieńca niepewnie i wrócił do zbierania papierów. Na szczęście winda stanęła na poziomie drugim i Harry mógł wyjść.

— Dzięki, że mi pan ułatwia zadanie — syknął wściekły i zażenowany. Podejrzewał wprawdzie wcześniej, że wyprawa ze Snape'em nie będzie należała do najłatwiejszych, ale miał nadzieję, że duch będzie zachowywał się mniej irytująco, choćby we własnym interesie. — Może lepiej będzie, jak pan zaczeka gdzieś tutaj i spotkamy się, jak skończę.

— Wolałbym nie spuszczać cię z oka, Potter — odparł Snape spokojnie. — Poza tym chętnie posłucham czegoś na temat twojej kariery — dodał, a Harry nie musiał go widzieć, żeby domyślić się, że na jego twarzy pojawił się doskonale mu znany, złośliwy uśmieszek.

— Jeśli zamierza pan wtrącać się do mojej, jak to pan nazwał, kariery, to może od razu się tu rozstańmy.

— Obiecałem cię chronić.

— Zwalniam pana z tej obietnicy — mruknął chłopak. — A na razie naprawdę wolałbym — dodał z naciskiem — żeby został pan na zewnątrz.

Duch nie odpowiedział i Harry nie miał pojęcia, czy go posłuchał.
W kwaterze aurorów panował zwykły rozgardiasz. Harry rozejrzał się po boksach, szukając szefa wydziału, ale Gawain Robards zauważył go pierwszy. Gestem zaprosił Pottera do swojego gabinetu i wskazał krzesło.

— Rozmawiałem z ministrem w twojej sprawie, Harry. Możemy przyjąć cię na staż od zaraz.

— Nie zdałem egzaminów…

Auror machnął ręką.

— To nie będzie problem. Ostatni rok był ciężki dla nas wszystkich. Uznaliśmy z King… ministrem, że to sytuacja wyjątkowa. Oczywiście, jeśli ci zależy, możesz zdać egzaminy końcowe jako ekstern. Kingsley rozmawiał w tej sprawie z profesor McGonagall. To samo dotyczy też twoich kolegów. A właśnie, co porabia Ron Weasley?

— Pomaga George'owi w prowadzeniu sklepu. Teraz, po śmierci Freda…

Robards spochmurniał.

— Tak, to wielki cios dla Molly i Artura. Całe szczęście, że rodzina trzyma się razem. Wracając do ciebie, wszyscy wiemy, że egzamin z obrony przed czarną magią to byłaby czysta formalność. Profesor Slughorn też wyrażał się w superlatywach na temat twoich zdolności do eliksirów.

Za plecami Harry'ego rozległo się pogardliwe prychnięcie.

— Mówiłeś coś?

Harry zacisnął zęby. Mógł się spodziewać, że Severus nie przepuści takiej okazji.

— Nie, tylko chyba trochę przesadził. Profesor Snape nie był zbytnio...

Auror machnął ręką z lekceważeniem.

— Daj spokój, kogo obchodzi opinia Snape'a? Wszyscy wiemy, kim był.

— Był człowiekiem Dumbledore'a — odparł z naciskiem Harry.

Jego rozmówca odchylił się na krześle i spojrzał na Harry'ego jakby zdziwiony jego naiwnością.

— Naprawdę w to wierzysz? Że tak to ukartowali z Dumbledore'em, że Voldemort się nie kapnął? Nikt tu nie wierzy, żeby ktoś taki jak Snape mógł ukryć to przed takim legilimentą jak Voldemort. Ta sprawa śmierdzi na milę.

— Ale tak było. Sam składałem w tej sprawie wyjaśnienia.

Auror popatrzył na niego i przysunął się bliżej.

— Coś ci poradzę, Harry — powiedział, a chłopak natychmiast wyczuł lekko ostrzegawczy ton. — Zostaw to. Tak naprawdę nieważne, po której stronie był Snape. Nie był niewinny. Ministerstwu nie zależy na rozgrzebywaniu tej sprawy. Ostatnie, czego potrzebujemy teraz, to dyskusji o tym, kiedy można wybaczyć niewybaczalne. Zwłaszcza, że jest cała masa tych, którzy tylko czekają na jakieś potknięcie Shacklebolta, żeby go skompromitować. Którym odpowiada podział na nich, prawdziwych czarodziejów i całą skundloną resztę. Tak, nawet po tym wszystkim, co się stało — dodał, widząc niedowierzanie na twarzy Pottera. — Wierz mi, są dużo ważniejsze problemy niż martwy szpieg. Zresztą, prawdę powiedziawszy, kogo to obchodzi? Zginęło wielu porządniejszych od niego.

Harry zacisnął zęby.

— Po artykule Skeeter chyba nie da się tego wyciszyć? — zauważył.

Szef Biura Aurorów uśmiechnął się.

— Skeeter odwaliła kawał dobrej roboty dla Ministerstwa, chociaż sama o tym nie wie. Z niedocenionego szpiega zrobiła romantycznego idiotę. Niedługo nikt nie będzie pamiętał o jego działalności po tej czy po tamtej stronie. Każdy na myśl o Snapie będzie widział tylko nieodwzajemnioną miłość Ślizgona do mugolaczki.

— Ta mugolaczka to była moja matka — Potter wyprostował się na krześle. Jego sympatia do Robardsa gwałtownie stopniała.

— Tak, oczywiście. Przepraszam, nie chciałem cię urazić. Cóż, wielbicieli się nie wybiera.

Harry czuł się paskudnie. Nie chodziło już nawet o to, jak Robards wyraził się o jego matce, jakby była postacią z jakiejś historyjki z brukowca. Czuł się źle, bo wiedział doskonale, że Snape tego słucha. A może wyszedł, nie mogąc znieść tego, co się o nim mówi? Chociaż nie, musiał zdawać sobie sprawę z tego, jak jest postrzegany. Sam Harry jeszcze niedawno niczyjej śmierci nie pragnął bardziej niż jego. Nie mógł winić innych, którzy nie wiedzieli o Snapie tego, co wiedział on, że mieli wątpliwości co do jego osoby i intencji. Czy też raczej, że takich wątpliwości nie mieli.

— Może byś już tak skończył pogaduszki, Potter? — usłyszał tuż za swoim uchem zniecierpliwiony szept.

Mimowolnie machnął ręką. Snape, przez którego przeleciała dłoń Pottera, odsunął się urażony.

— Coś się stało, Harry?

— Nie, nic, to tylko jakaś mucha się na mnie uwzięła.

— Wyjątkowo złośliwe są tego lata.

— O, to prawda — wycedził Harry.

— Hector Powell potrafi jednym zaklęciem zestrzelić muchę w locie. Mówi, że chce być w formie, kiedy trafi mu się któryś z tych drani, co teraz kryją się po norach.

— Chyba też powinienem poćwiczyć — Harry zerknął groźnie w kierunku, gdzie, jak mu się wydawało, powinien być Snape.

— Tak czy inaczej, bardzo się cieszę, że się zdecydowałeś. Bardzo by nam się tu przydał ktoś taki jak ty.

— Muszę tylko uporządkować kilka spraw. Dam znać w przyszłym tygodniu, jeśli to nie problem.

— Czekamy na ciebie. Pozdrów przyjaciół.

Harry uścisnął dłoń aurora i wyszedł.

— Tak się panu spieszy? — syknął w kierunku Snape'a już na korytarzu.

— Nie wiesz, jak bardzo. Spróbuj pobyć w podobnej sytuacji przez tyle czasu co ja, a zrozumiesz.

— A co, jeśli tam spotka pana coś gorszego?

— Coś gorszego niż perspektywa oglądania dłużej ciebie i twojego potomstwa, z których na pewno jedno nazywać się będzie James Potter? Albo Syriusz Potter? Nie sądzę.

— James? Syriusz? Niegłupi pomysł, dzięki — wyszczerzył się Harry.

— A może uważasz, że powinienem niańczyć cię do końca życia?

— Nie, chyba potrafię się obronić. Mimo wszystko miałem paru niezłych nauczycieli.

Snape wyprężył się mimowolnie, czego jednak na szczęście nikt nie mógł zobaczyć. Choć Harry chyba to wyczuł.

— Nie mówiłem o panu — uznał za stosowne dodać. — Był... jest pan świetnym czarodziejem, ale bez urazy, nauczycielem był pan beznadziejnym.

Przyszły auror Potter rozglądał się dyskretnie po budynku. Teraz, kiedy załatwił to, po co przybył oficjalnie, należało zająć się drugą częścią planu. Czekało ich kilka godzin czekania, zanim gmach opustoszeje i będą mogli swobodnie poruszać się po terenie ministerstwa.

— Znajdźmy jakiś kąt, gdzie nikt na nas nie wpadnie.

Zaszyli się w starym magazynku na środki czyszczące, którego stan i pokrywający wszystko kurz sugerowały, że od dobrych paru lat nikt tam nie zaglądał i raczej nie zajrzy przez kolejne dziesięć. Godziny wlokły się niczym wieczność. Dla Severusa od jakiegoś czasu nie było to nic nowego, niestety kotu najwidoczniej znudziło się siedzenie w kieszeni Snape'a, bo zaczął wiercić się pod peleryną, wbijając swoje duchowe pazurki w tymczasowego opiekuna.

Snape zasyczał.

— Niech pan będzie cicho. Jeszcze ktoś nas nakryje.

— To nie ja, to ten kot. Mówiłem, żeby go nie brać.

— Niech pan go jakoś uspokoi, pogłaszcze, nie wiem, co.

— Czy ja jestem jakąś kocią niańką? — warknął Snape. — Sam go pogłaszcz.

— Bardzo chętnie, ale jest jeden mały problem — nie jesteśmy tej samej, jak by to powiedzieć, konsystencji.

Snape niechętnie pogładził kota po grzbiecie. Ten, o dziwo, wydawał się być z tego całkiem zadowolony. Wyprężył kark, a następnie udeptał podołek Snape'a, dziurawiąc doszczętnie jego szatę i w końcu ułożył się na jego kolanach. Severus machinalnie położył rękę na główce kota i zaczął drapać go za uszami. Harry zerknął na lekko unoszącą się nad podłogą parę duchów.

— Biorąc pod uwagę fakt, że to zapewne pierwsze pańskie zwierzątko, które nie skończyło w kociołku, radzi pan sobie całkiem nieźle.

— Uważaj na słowa, Potter — ostrzegł Snape, ale jego dłoń pozostała na miejscu.

Harry uśmiechnął się pod nosem i więcej się nie odezwał. W końcu na zewnątrz ucichł zwykły gwar i zamilkły odgłosy pospiesznych kroków ostatnich maruderów. Harry nałożył pelerynę-niewidkę i ostrożnie wyjrzał na korytarz. Było pusto i ciemno, tylko na końcu schodów paliły się pojedyncze świece.

Zjechali windą na najniższy, dziewiąty poziom ministerstwa. Harry wprawdzie obawiał się, czy ruch windy nie zaalarmuje strażników, ale nikt się nie pojawił. Na końcu korytarza stanęli przed prostymi, czarnymi drzwiami, tymi samymi, które Severus oglądał od kilku tygodni, bezskutecznie usiłując jej otworzyć. Harry też nie był do końca pewien, czy zdoła to zrobić, ale ku jego uldze drzwi stanęły przed nim otworem. Znaleźli się w tym samym kolistym pomieszczeniu, które tak dobrze pamiętał i które przywoływało tyle niechcianych wspomnień. Pokój zawirował, gdy zamknęły się za nimi drzwi i stali teraz przed szeregiem jednakowych drzwi, bez klamek, bez jakichkolwiek oznaczeń. Harry pchnął jedne z drzwi. Pamiętał tę salę. Po ich walce ze śmierciożercami została wprawdzie zdemolowana, ale teraz zniszczenia zostały usunięte. Wzdrygnął się mimowolnie na widok białych mózgów unoszących się w zielonej cieczy.

— Ciekawe, czyje są te mózgi. Aż strach pomyśleć, że ktoś mógłby grzebać w moim mózgu i latami przechowywać w słoju w niewiadomym celu.

— Na twoim miejscu nie przejmowałbym się tym — odparł Snape. — Żeby tu trafić, trzeba najpierw mieć jakiś mózg.

— Widzę, że odzyskuje pan dawną formę — zauważył Harry, o dziwo nie czując złości za ten przytyk, i wycofał się do poprzedniej komnaty, żeby podjąć kolejną próbę.

Najbardziej obawiał się, że te właściwe drzwi pozostaną zamknięte, jak kilka innych, które dotąd próbowali otworzyć. Kiedy spojrzał z boku na Snape'a, miał wrażenie, że podobne wątpliwości ogarniają też i jego. Duch pochmurniał coraz bardziej, jakby zaczynał przyzwyczajać się do myśli, że jednak pozostanie tu na zawsze.
Kot biegał po sali, jakby ścigał się z własnym odbiciem w lustrzanej posadzce. Harry bał się trochę, że kot się zgubi. Severus myślał o tym samym, ale z nadzieją. Teraz zwierzak zatrzymał się przed którymiś drzwiami i wpatrywał w nie, jakby chciał otworzyć je siłą wzroku. Albo czekał, aż ktoś mu je otworzy. Pewnie tam jest sala z żarciem — pomyślał Severus. — Albo gigantyczna kuweta. Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie. Potter wzruszył ramionami.

— Skoro i tak strzelamy, co nam szkodzi iść za nim? — stwierdził bardziej niż spytał.

Już kiedy zbliżył dłoń do wejścia do tej komnaty, wiedział, że trafili we właściwe miejsce. Otworzył drzwi.

— To tu. — Harry'ego ścisnęło coś w żołądku, bo stanęły mu przed oczami wydarzenia, jakie rozegrały się w tej sali niby dawno, ale jednocześnie jakby wczoraj. Gdy stracił Syriusza. Zdawało mu się, że wciąż rozbrzmiewa tu śmiech Bellatrix Lestrange, a przecież jej także już nie było wśród żywych.

Snape wolno spłynął w dół amfiteatralnych stopni aż do kamiennego podestu, na którym stał starożytny łuk z powiewającą kurtyną. Harry powoli zszedł po schodach i dotknął kamiennego filaru. Przymknął oczy i jeszcze wyraźniej usłyszał dochodzące zza zasłony szepty, z których nie można było wyłowić ani jednego słowa, ale które były tak realne, jakby ci wszyscy ludzie stali tuż przed nim.

— Ja... — usłyszał. Otworzył oczy i zobaczył Snape'a, stojącego naprzeciwko niego. Szata wybrzuszała się na jego piersi w miejscu, gdzie był kotek. Zwierzątko znów spało, z łepkiem wciśniętym pod ramię czarodzieja.

— Myślałem, że zginiesz. Dumbledore też — powiedział cicho Severus.

Harry skinął głową. Wiedział o tym, wciąż miał w pamięci obrazy z myślodsiewni i wciąż zastanawiał się, jak Dumbledore mógł patrzeć na niego niemal codziennie, mając tego świadomość.

— Cieszę się, że tak się nie stało — wypowiedział jakby z trudem Snape, nie patrząc na chłopca, nie, nie chłopca, na młodego mężczyznę przed nim.

Harry zrozumiał, że to najbardziej osobiste wyznanie, na jakie było stać Severusa Snape'a, kogoś, kto chronił go przez te wszystkie lata, pomimo tego, że nienawidził go chyba równie mocno co kochał jego matkę.

— Nie zapomnę o panu — powiedział krótko.

Severus spojrzał na niego podejrzliwie. Nie wierzył w to, ale wygodniej było to tak zostawić. Nie psuć tej chwili. Wyciągnął rękę i wsunął ją za zasłonę, ale jego dłoń nie przebiła jej na wylot, raczej jakby zlała się z nią, jakby jego widmo stało się tą niby-materią, drgającą przed nim i szepczącą tysiącami głosów. Zamknął oczy i wszedł tam cały. Gdy je otworzył, nie ujrzał amfiteatru ani łuku. Nie ujrzał niczego.
Czerń znajdowała się pod nim i dokoła niego. Nie tak to sobie wyobrażał. Dopiero po chwili daleko przed sobą ujrzał coś błyszczącego. Wytężył wzrok w ciemności. Świecący kształt zbliżył się ku niemu i wtedy jego serce, o którym zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek biło, załomotało mu w piersi.
Srebrnobiała łania, lśniąca blaskiem jak księżyc, stała przed nim w ciemności, a potem odwróciła się i odeszła, zatrzymując się co parę kroków, jakby sprawdzając, czy idzie za nią. A on brnął przez czerń, nie zastanawiając się, dokąd go prowadzi. Nigdy nie był bardziej pewny, dokąd ma pójść, niż teraz.

Koniec