Rozdział 3 - Danny w Lofcie

Stiles jak najprędzej przekazał Scottowi wieści o leśnym stworze w Beacon, ale McCall wyraźnie nie był zainteresowany. Gdy tylko usłyszał, że Derek i Danny mieli to pod kontrolą, uznał że należy zostawić leszego im. Staliński był niezadowolony, że nikt nie przejmował się sprawą jak on, ale może Scotty miał rację? Może należało to jedno odpuścić i pozwolić innym działać? W końcu, jak mówił Danny (i Stiles sprawdził) leszy nie był agresywny.

Wszystko było w porządku aż trzy dni później Stiles obudził się zlany potem, z duszącym uczuciem w klatce piersiowej. W pierwszej chwili pomyślał, że Nogitsune wrócił.

Stiles wytoczył się na korytarz i zaczął walić do drzwi sypialni ojca. Ten wyskoczył natychmiast i objął syna. Oboje opadli na ziemię.

Dopiero po dłuższej chwili Stiles zorientował się, że to nie Nogitsune. Gdy ten przychodził mózg Stilesa krzyczał: to straszne, boję się, przestań, odejdź, zostaw mnie, nie, nie, nie nienienienie! Chłopak przede wszystkim bał się, gdy przychodził lis.

Teraz całe istnienie chłopaka krzyczało: to boli, cierpię, stop, zgiń, zostaw nas, wynoś się, idź, idź, dlaczego po prostu nie umrzesz?! Stiles był tak wściekły, tak przepełniony nienawiścią, że dusił go własny jad.

- Już dobrze- - jęknął załamany ojciec. - Już dobrze, dzieciaku.

Następnego dnia wszystko było bardzo ciche w domostwie Stalińskich. Tata próbował zagaić Stilesa o koszmary, ale chyba sam bał się odpowiedzi.

- To nie było to samo, tato. - odpowiedział Stiles stojąc przy frontowych drzwiach, szeryf chyba nie wierzył mu.

- Dowiem się co to było. - warknął nisko chłopak zatrzaskując za sobą drzwi frontowe.

W szkole natychmiast znalazł Lidię. Ta spojrzała na niego zdziwiona.

- Wyglądasz na zdeterminowanego. - powiedziała dziewczyna. Stiles złapał ją za dłoń i poprowadził za sobą ze szkoły.

- Jejciu, Stiles, o co chodzi? - zapytała dziewczyna wyciągając dłoń z jego dłoni.

- Jedziemy do Dereka. - odpowiedział chłopak bez wahania i otworzył Martin drzwi jeepa. Słyszał warkot silnika dirtbike'a McCalla. Ostatnie czego Stiles chciał to Scott wmawiający mu (ale najbardziej sobie), jak wszystko było świetnie i spoko; aż mdliło Stilesa na samą myśl o tym.

- W porządku. - powiedziała Lidia gładząc jego ramię, gdy usiadł na miejscu kierowcy. - Weź głęboki wdech. Wszystko będzie dobrze.

- Nie masz złego przeczucia? - zapytał chłopak odpalając jeep i odjeżdżając zanim Scott wjechał na parking.

- Nie, jeśli cokolwiek, to czuję się dziś wyjątkowo optymistycznie. - odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem. Spojrzała po chwili przerażona:

- Sadzisz że to źle?

- Nie wiem, Lids. Zaraz dowiemy się. - warknął Stiles i zmienił bieg na trójkę.

Pod budynkiem Dereka stał granatowy Ford Maverick. Stiles wcześniej nie widział go, ale spodziewał się, że auto musiało należeć do Braeden. Wciąż nie miał pojęcia czemu Braeden doprowadzała go do takiej gorączki.

Lidia trzymała Stilesa za dłoń całą drogę od jeepa do frontowych drzwi loftu. Stiles nie zauważył tego aż do momentu, gdy Lidia zabrała dłoń, aby otworzyć frontowe drzwi.

- Nie powinniście być w szkole? - zapytał Derek. Siedział na parapecie wielkiego okna i miał stopy założone na stół. Braeden siedziała bokiem na jego wyprostowanych nogach, jak na ławce, i coś pisała na swoim telefonie.

Stiles wszedł pewniej do mieszkania i spojrzał na Lidię przez ramię. Dziewczyna była blada jak ściana.

- Co jest w lodówce? - zapytała Martin wchodząc krzepkim krokiem do loftu. Od razu podbiegła do stołu. Braeden zeskoczyła z Dereka i chwaciła lodówkę turystyczną spod stołu. Rzuciła Lidii mordercze pojrzenie.

- Cóż, musze lecieć. Miło było! Może nie jesteś Alfą, ale wciąż pieprzysz się jak takowy. Przedzwonię jak będę w okolicy. - zaśmiała się radośnie kobieta puszczając oczko Derekowi. Ten przewrócił oczami na jej słowa. Braeden wyraźnie musiała czerpać przyjemność z bycia nieprzyzwoitą i zawstydzając wszystkie osoby w pomieszczeniu; na raz.

Braeden przeszła obok Lidii rzucając jej okropne spojrzenie. Stiles złapał Braeden za łokieć, aby zatrzymać ją. Ta rzuciła spojrzenie Derekowi. Ten pokręcił głową. Kobieta obezwładniła nastolatka nawet nie odstawiając lodówki na ziemię. Lidia rzuciła się do boku przyjaciela i podniosła go z ziemi, masując jego ramię.

- Będę tęsknić. Całuski. - zaćwierkała Breaden machając dłonią w powietrzu, nawet nie odwracając się w stronę Dereka.

- Co jest w lodówce? - syknęła dziewczyna nagląco. Derek zszedł z parapetu. Braeden zniknęła na korytarzu.

- Głowa, Lidia. - powiedział spokojnie Hale pomagając wstać dziewczynie z ziemi. Stiles spojrzał nań przerażony.

- Głowa? Ludzka głowa? - zapytał z przerażeniem Staliński. Martin uchwyciła się przedramienia Dereka jakby miała upaść na ziemię. Wilkołak zaprowadził ją do kanapy i pomógł usiąść.

- Nie ludzka. - powiedział Derek. Danny zszedł po krętych schodach i uśmiechnął się słabo między bandażami: miał zaklejone lewe oko, siną prawą stronę twarzy: policzek, szczękę, skroń, rozcięcie na czole. Pod koszulką musiał wyglądać jeszcze ciekawiej.

- Jesteś okropny w zachowywaniu sekretów. - westchnął Mahealani w stronę Dereka. Jęknął boleśnie, gdy stanął na ziemi. Machnął zabandażowaną, prawą dłonią w stronę wilkołaka:

- Przynieś mi lód! Nie widzisz, że cierpię.

- Jezu, co się stało? Co za głowa?! Co Ci się stało?! - krzyknął Stiles podbiegając do Danny'ego. Derek przyniósł mu lód w worku i Mahealani wsunął go pod koszulkę. Odetchnął z ulgą.

- Byłeś w szpitalu? - zapytała Lidia podskakując do pionu.

- Oszalałaś? I co powiedziałbym im? Że spadłem trzy piętra w dół uśmiercając azemanę?

- Aze- co? Mówiłeś coś o leszym. - warknął Stiles.

- Co słowiański potwór leśny robiłby w Beacon? - zapytał Derek marszcząc się w konfuzji.

- Musiałem coś Ci powiedzieć, inaczej nie przestałbyś drążyć. - warknął Danny i wpół położył się na kanapie. Lidia usiadła obok przyjaciela i masowała jego rany.

- To głowa tej azemany była w lodówce turystycznej, która zabrała Braeden? - zapytała dziewczyna patrząc na Dereka. Danny pokiwał głową jęcząc z bólu.

- O Jezu. - jęknął Danny wstrzymując oddech z bólu. - Tak. Azemana jest czymś pomiędzy wampirem i wilkołakiem: jest zmiennokształtna, ale musi żywić się ludzką krwią.

- Jedyny sposób na pozbycie się wampira to dekapitacja. Dla pewności Braeden pochowa głowę z dala od ciała, gdyby azemana znalazła sposób na przytwierdzenie jej do ciała. - powiedział Derek krzyżując ramiona na piersi.

- Poczekaj, chcesz powiedzieć, że jej ciało jest- - Stiles przełknął mocno. - Mobilne? Samo ciało, bez głowy?

- Danny mocno krwawił na nią. Sądzę że obżarła się zanim Braeden ucięła jej głowę. Za kilka dni zdechnie z głodu, jak karaluch. - powiedział z nienawiścią Derek i Stiles znów poczuł to uczucie w piersi: palącą nienawiść; trochę przypominała refluks żołądkowy.

- Co zrobiliście z resztą? Z ciałem? - zapytała przerażona Lidia.

- Zamknęliśmy w piwnicy starego domu Hale'ów. - jęknął Danny przykładając lód w inne miejsce na brzuchu.

- Czekaj, czekaj- - westchnęła Lidia unosząc dłonie. - Zacznijcie od początku.

- Nie ma o czym mówić. - odpowiedział Derek pospiesznie. Stiles złapał go za ramię i pociągnął w swoim kierunku.

- O nie! Powiecie wszystko od początku. - warknął Staliński. Lidia zeszła z kanapy i poszła po więcej lodu do lodówki. Derek usiadł na stoliku do kawy naprzeciw Danny'ego. Położył dłoń na jego nagim kolanie i odciągnął nieco bólu. Derek patrzył czujnie na Lidię wracającą z lodem.

- Azemana jest jak kanima, wilkołak który wyszedł źle. - jęknął Danny przyjmując nowy lód i przykładając go do karku.

- Scott-? Scott chyba nikogo nie-? - jęknęła przerażona Lidia. Derek oblizał górne zęby.

- Nie Scott. Peter. - warknął Hale i było to bardziej zwierzęce niż ludzkie.

- Peter? Przecież Peter nie jest Alfą odkąd go- Ugryzł tylko Scotta, prawda? - zapytał zdezorientowany Stiles patrząc na Danny'ego i Lidię. Wiedzieliby gdyby Peter ugryzł kogoś poza McCallem, prawda? Nie miał tak naprawdę czasu na stworzenie stada pomiędzy użeraniem się z nieposłuszeństwem Scotta i polowaniem na winnych pożaru domu.

- Chwilę. - jęknął Stiles otwierając usta. Usiadł na stoliku do kawy obok Dereka.

Wilkołakiem można stać się na trzy sposoby: gdy Alfa ugryzie Cię, gdy bardzo głęboko zadrapie Cię i gdy wypijesz deszczówkę z śladu jego łapy. O ile ktoś przypadkowo nie wypił wody ze śladu Petera jedyną możliwością zostaje-

- Kate. - zasyczał z nienawiścią Stiles. Raport policyjny wspominał Kate miała gardło rozszarpane pazurami „dzikiego zwierzęcia" - to dość głęboko. Nagle rozumiał to palące uczucie nienawiści, cały jad z jakim wypowiadał jej imię - to uczucie nie należało do Stilesa, należało do Dereka.

- Kto był krwiopijcą będąc człowiekiem- - powiedział Derek opierając się za plecami, odchylając się w tył.

- Skąd w ogóle wiedzieliście, że żyła? - zapytał Stiles, bo to jedyne co przyszło mu do głowy.

- Przyszła tutaj. Gdyby nie Braeden pewnie skończyłbym źle. - odpowiedział Derek. Danny posłał mu uspokajający uśmiech.

- Trzeba przyznać, że to wytrwała kobieta. - powiedziała Lidia prawie humorystycznie. Stiles rzucił jej paskudne spojrzenie.

- Czemu miałaby przyjść po Ciebie, a nie po prostu uciec z miasta? - zapytał chłopak patrząc jak Martin delikatnie dotyka nieobandażowanej dłoni Danny'ego.

- Myślę że mogła działać dla Gerarda. - odpowiedział Hale patrząc na Stilesa. Czasami Derek miał spojrzenie jak zagubiona psina. - Myślała że jestem wciąż Alfą, bo z tego co Gerard wie wciąż jestem. Chyba chciał się pozbyć tego zatrucia jarzębiną, które zafundował mu Scott. Alfy goją się znacznie szybciej. Widziałeś Petera.

Stiles pokiwał głową. Na jego oczach poparzenia Petera zniknęły.

- Jak na łowców których zasadą było: zginiemy nim nie zmienimy się w to na co polujemy, dość gładko przystosowali się do bycia nadnaturalnymi. - powiedziała z jadem Lidia. Mahealani przysunął się do niej.

- To czyni z Victorii kobietę z zasadami. - odpowiedział Stiles choć zdecydowanie powinien gardzić kobietą za to że chciała zabić Scotta. Nastała cisza.

- Więc zabiliście Kate wczoraj? - zapytała Lidia masując ramię Danny'ego.

- Mhm, sądzę że czuła się pewnie, wiedząc że nie możemy ją zabić standardową bronią. Nie jest w końcu ani tak naprawdę wampirem, ani wilkołakiem, więc srebro i tojad nie działają na nią w ogóle. - westchnął Danny i poruszył palcami lewej dłoni. To wyjaśniałoby koszmary Stilesa.

- Nie spodziewała się rezydującego w Beacon obrońcy ludzi. - powiedział z uśmiechem Derek. To straszne jak często uśmiechał się w obecności lub przez wpływ Mahealaniego.

- Chyba jesteśmy rodzajem legendy, Stiles. nadnaturalni pokładają wiarę w nasze istnienie, jak ludzie w wilkołaki czy wampiry. - zaśmiał się Danny. Lidia pogładziła jego skroń wierzchem dłoni.

- Więc Kate nie żyje? W końcu, w końcu nie żyje? - zapytał dla pewności Stiles.

- Nie może nasadzić losowej głowy na kark i oczekiwać, że wrośnie się. - westchnął Derek. Położył dłoń na kolanie Danny'ego odejmując mu bólu.

- Danny bądź dobrym chłopcem i zabij teraz Petera, skoro pozbywamy się zombie plugastwa. - powiedziała niespodziewanie Lidia i Mahealani zaśmiał się bez humoru. Szybko stracił oddech i jęknął z bólu.

- Totalnie pozwę Hollywood. - jęknął Danny rozmasowując obojczyk. - Jak mogą pokazywać, że ludzie spadają z trzeciego piętra i są cali?

- Co właściwie stało się? - zapytała Lidia zabierając od przyjaciela kolejny worek, w którym lód rozpuścił się.

- Podłoga załamała się pode mną i Kate, a ponieważ Hale'owie nie wierzyli w cegły spadłem aż do piwnicy.- jęknął Danny a Stiles zaśmiał się. W starym domu Hale'ów tylko piwnica była murowana. - A za mną wszystkie meble, połamane deski, wszystko.

- O Boże, możesz być poważnie ranny! Trzeba cię zabrać do lekarza. - westchnęła Lidia z przerażeniem.

- Deaton mnie opatrzył. - powiedział Danny masując swój bok.

- Z całym szacunkiem, ale jest weterynarzem i druidem na pół etatu. - odpowiedział Stiles. Derek przewrócił oczami.

- Danny będzie żył. - westchnął Hale. Wyprostował nogi tak że znajdowały się one wokoło jednej nogi Danny'ego. Stiles zacisnął usta. Spokojnie, tylko spokojnie.

- Okej, widzę że macie wszystko pod kontrolą. - uśmiechnęła się Lidia. Spojrzała na komórkę.

- Och, muszę wracać do szkoły! Następną mam biologię z mamą. - westchnęła Lidia i wstała z kanapy. Wyciągnęła dłoń w stronę Stilesa.

- Idziemy. To Ty mnie tu przywiozłeś. - zakomunikowała dziewczyna. Stiles wstał z ławy i ruszył za Lidią w stronę wyjścia. Rzucił ostatnie spojrzenie Derekowi. Ten wąsko uśmiechnął się w stronę Danny'ego.

- Kto pomyślałby że będą w takiej dobrej komitywie, co nie? - zaśmiała się Martin stojąc w windzie. Przeszukała swoją torebkę i wyciągnęła na światło dzienne szminkę i lusterko. Poprawiła makijaż bez mrugnięcia okiem.

- Zabijanie mistycznych potworów wyraźnie zbliża. - odpowiedział bez humoru chłopak. Otworzył kratę windy i pozwolił Lidii wyjść pierwsze. Dziewczyna czekała nań przed drzwiami do budynku, aby otworzył jej drzwi. Stiles wypuścił ją przodem a Martin nawet nie zerknęła w jego stronę, pisząc coś w swoim telefonie. Potem otworzył jej drzwi auta.

- Słyszałem że zaprzyjaźniłaś się z Malią. - zagaił chłopak, gdy wsiadł na miejsce kierowcy. Przekręcił kluczyk w stacyjce.

- Malia potrzebuje pomocy, aby przystosować się do bycia nastolatką po tym jak dziewięć lat spędziła jako kojot. - odpowiedziała Lidia jakby to w jakiś sposób wyjaśniało wszystko. Dziewczyna w końcu schowała telefon do torebki i spojrzała na Stilesa. Ten zerknął bokiem na nią.

- Przyjaźń to duże słowo. - dodała Lidia po chwili. - Nie będę jednak wyganiać jej, gdy chce poprawić mi humor, prawda?

- Tak… tak sądzę. - odpowiedział Stiles skręcając przy parku w stronę szkoły. - Malia to dobra dziewczyna.

- Malia to suka. - powiedziała Lidia w taki sposób, że nie zabrzmiało to obraźliwie, a jedynie jak sucha informacja. - Nie jest przesadnie miła, bywa uszczypliwa i nie ma pojęcia o byciu romantyczną czy kobiecą. To świetna przyjaciółka dla facetów.

Stiles spojrzał z oburzeniem na Lidię. Miała rację: Malia była nieromantyczna, nie była także kobieca i była złośliwa. Samego Stilesa traktowała często przedmiotowo, jakby chodziło tylko o seks i okazjonalne spacery po lesie, podczas których Malia i tak zrzucała skórę człowieka. Biegała wokoło za małymi gryzoniami w formie czworonoga, a gdy znudziło ją polowanie, całkiem naga wskakiwała na Stilesa i uprawiali seks gdy Malia miała na sobie jeszcze kły i pazury.

Pewnie dogadywali się, ale czegoś brakowało w ich związku, jakiegoś spoiwa.

- Stiles, jesteś jeszcze ze mną? - zapytała Lidia. Chłopak posłał jej szybki, promienny uśmiech.

- Pewnie. - odpowiedział pospiesznie Stiles. Dziewczyna spojrzała podejrzliwie, ale nic nie powiedziała.

- To nic złego, że jest jaka jest. - dodała Lidia po chwili. - Niektórzy faceci wolą takie kobiety, jak Malia albo Cora.

- To znaczy jakie? - zapytał Stiles nie do końca rozumiejąc Lidię.

- Silne? Samodzielne? - zaśmiała się Lidia. Stiles skręcił na parking i zaparkował jeepa.

- Malia nie jest samodzielna. Powiedziałbym nawet, że jest przylepą.

- Wiesz, Staliński, jest różnica pomiędzy nią, a na przykład Kirą. Kira jest przylepą. Malia zdaje sobie sprawę, że potrzebuje ciągłego nadzoru, aby nie zacząć ujadać na psy w parku i nie gonić wiewiórek na oczach ludzi. - odpowiedziała Lidia wysiadając z auta, dobrze oglądając przednie siedzenie, aby zobaczyć czy nie zostawiła niczego w jeepie. Stiles przewrócił oczami.

- Gdy w końcu zapanuje nad przemianami i uda jej się rozdzielić kojota i człowieka, przestanie potrzebować Twojego towarzystwa dwadzieścia cztery godziny na dobę. - pouczyła go Lidia. Chwyciła brzegi jego koszuli i pociągnęła je w dół, jakby prostując ubranie.

- Do tego czasu, Staliński, będziesz najbardziej wspierającym chłopakiem jakiego nosiła ziemia, bo wiem że potrafisz. - powiedziała groźnie Martin wskazując na niego idealnym paznokciem. On potrafił jedynie pokiwać głową w geście zgody.

- Znakomicie. - uśmiechnęła się promiennie Lidia. Pomachała mu. - Widzimy się na algebrze.

Przed Stilesem pojawił się Isaak.

- Chodź ze mną. - powiedział prosto łapiąc Stilesa za połę koszuli i ciągnąć w nieznanym kierunku.

- Czemu pachniesz jak Danny i lód? - zapytał niespodziewanie Lahey nawet nie patrząc na Stilesa. Już nastolatek miał odpowiedzieć, gdy dotarli do szatni.

- Stiles! Hej, widziałeś tam Kirę? - zapytał Scott wstając z ławki. Isaak przewrócił oczami.

- Scott, siedzisz tu, bo boisz się Kiry? - zaśmiał się Stiles, ale przerażona mina McCalla mówiła, że tak właśnie było.

- Mówiłem mu, że jest Alfą i lis nie może mu nic zrobić. - powiedział Isaak zrezygnowany.

- Scott, to głupie. Chodź. Nie możesz chować się przed nią wiecznie. - powiedział Stiles i złapał przyjaciela za ramię.

- Właśnie problem jest taki że nie mam żadnego czasu dla siebie. Nie mam od niej ani chwili spokoju: w szkole, jeśli nie mamy razem lekcji to chce spędzać ze mną każdą przerwę, jest na lacrossie, gdy wracam do domu. - westchnął Scott. - Nie mogę posiedzieć z Isaakiem czy Malią, bo Kira zawsze musi wciąć się.

Stiles spojrzał na Lahey'a a ten wzruszył ramionami.

- Może czuje się niepewnie, bo jest lisem. - odpowiedział Stiles masując ramię przyjaciela. - Na pewno chce dobrze. To Kira, ona jest niezdolna do złego. Nie uciekaj od niej i bądź… Wiesz, sobą, czyli niepoprawnym romantykiem, i niedługo sama będzie potrzebowała przestrzeni.

Isaak właściwie uśmiechnął się. Scott spojrzał z nadzieją na Stilesa:

- Tak sądzisz?

- Yyy- Duh! Nikt nie zniesie tego deszczu miłości i radości, jaki spuszczasz na każdego w promieniu dwóch kilometrów. - powiedział Stiles z krzywym uśmiechem. McCall wstał z ławki z nowym optymizmem. Wyszedł prężnym krokiem z szatni. Stiles uśmiechnął się dumny z siebie. Isaak złapał nastolatka za ramię.

- Nie chciałem mówić przy Scotcie, ale Kira jest problemem. - powiedział Lahey poważnie. - Osacza go, jest super zazdrosna o Malię i Lidię, chce kontrolować go. Sądzę że chowa niechęć i złość pod tym szerokim uśmiechem.

- Isaak, teraz ty? - westchnął bez humoru Stiles.

- Nie, Stiles, znam ten typ. Ona jest po prostu niestabilna emocjonalnie. - odpowiedział wilkołak. - Wszystko jest w porządku do momentu, w którym nie wybuchnie gniewem.

- Przesadzasz. - westchnął z rezygnacją Staliński. Nie chciał mówić, że nie każdy był ojcem Isaaka.

- Zobaczysz, to skończy się źle. - powiedział Lahey z zawodem.

Po tym co powiedział Isaak, Stiles rzeczywiście zauważył że Kira była niemal zawsze przy boku McCalla. Stiles zwalił to na dziewczyny z żeńskiej drużyny lacrosse, które były uszczypliwe dla Kiry. Wciąż mówiły: och, to ta, za dobra dla żeńskiej drużyny. Nikt nie dziwił się, że ich uczucia były urażone. Kira znosiła to wyjątkowo dobrze. Rozumiała że dziewczyny z drużyny były złe na nią i wiedziała że wkrótce przestaną.

Danny wrócił do szkoły trzy dni później. Oficjalna wersja: bójka pod Dżunglą. Scott nigdy nie dowiedział się o nieumartej Kate Argent.

- Pożyczysz mi spodenki od stroju? To w czym każą mi biegać jest niedorzeczne. - powiedziała Malia wsadzając głowę do szatni chłopaków. Stiles wydał z siebie okrzyk przerażenia.

- O co Ci chodzi? Widziała cię nago. - westchnęła Malia przewracając oczami. Stiles spojrzał nań z nienawiścią. Zagrzebał w swojej szafce i wyjął spodenki.

- To szatnia chłopaków. - powiedział sucho Stiles.

- Tak, zapach mnie uświadomił. - zadrwiła dziewczyna.

- Pukaj chociaż. Tu są nadzy ludzie. - syknął chłopak stając przy drzwiach.

- Stiles, nie interesują mnie inni nadzy ludzie. Teraz… Mogę te spodenki? - powiedziała dziewczyna już zdenerwowana. Stiles dał jej ubranie. Dobra, trochę połechtała jego ego tym komentarzem.

- Co nie tak z twoimi?

- Każą biegać mi w getrach. Nie lubię ich. Wszystko w nich widać. Ludzie się na mnie gapia.

- Jesteś ładną dziewczyną. Będą się gapić.

- Nieważne. Dzięki za spodenki. - westchnęła Malia i poszła do szatni dziewczyn.

Podczas treningu lacrosse Malia i dwie inne dziewczyny biegały wokoło boiska. Trener przyniósł im kilka płotków, skrzynię, aby miały przeszkody.

Stiles patrzył z boiska jak Malia biega po bieżni i pokonuje przeszkody. Pozostałe zawodniczki miały na sobie ciasne legginsy. Malia wyglądała dziwacznie w męskich spodenkach, jednak podczas biegu była pełna gracji.

- To Twoje spodenki? - zapytał Scott stając obok przyjaciela. Stiles pokiwał głową. Obaj śledzili Malię spojrzeniem, ale ona nie zwracała na nich uwagi.

- Nie rozumiem jej. Biega nago za wiewiórkami, a wstydzi się włożyć legginsy? - powiedział Stiles licząc, że McCall rozwieje jego wątpliwości. Człowiekowi wystarczyłaby odpowiedź, że było to związane z łactwem.

- Stary, nie wnikaj. - westchnął z rezygnacją McCall. Kira podbiegła do nich.

- O czym mówicie? - zapytała dziewczyna z szerokim uśmiechem. Stiles otaksował ją spojrzeniem.

- Ty nosisz legginsy. - powiedział chłopak patrząc jak Malia przeskakuje nad skrzynią skokiem kucznym. Mięśnie jej nóg pracowały płynnie pod skórą.

- I co z tego? - zapytała Kira z uśmiechem.

- Nic, ale Malia nie chce ich nosić. Mówi że nie lubi jak ludzie gapią się. - odpowiedział nastolatek obracając się na pięcie. Trener zwołał ich, aby ćwiczyli strzały na bramkę. Danny ustawił się na swojej pozycji.

- Nie wszystkie dziewczyny czują się dobrze w swoim ciele. - powiedziała Kira ustawiając się przed Stilesem. - Może dlatego, bo przeżyła tyle lat jako kojot i została siłą wrzucona do ludzkiego ciała, nie do końca czuje się w nim dobrze?

Stiles zamrugał i spojrzał na Malię. Może Kira miała rację? Może Malia nie lubiła swojego ludzkiego ciała?

Gdy przyszła kolej Yukimury, aby strzelać, Stiles poczuł jak jej aura zmienia się. Znów wykorzystywała moc kitsune na boisku. Przeciw zapasowemu bramkarzowi nie musiała oszukiwać, aby trafić do bramki, ale Danny był kompletnie poza jej ligą.

Kira ruszyła na bramkę. Stiles uważnie obserwował Danny'ego. Było w nim coś dziwnego. Kira rzuciła piłką szybciej niż Stiles spostrzegł. Trener zawył z radości. Stiles spostrzegł, że Danny obronił strzał. Niemożliwe!

Stiles z przerażeniem obserwował jak Danny podchodzi do Kiry i łapie ją za kask, wplatając palce w osłonę szczęki. Coś powiedział jej, a dziewczyna zadrżała. Mahealani wrócił na bramkę. Stiles tak zapatrzył się, że dostał piłką w kask, gdy Finstock rzucił mu ją.

- Staliński, na litość Boską! - krzyknął sfrustrowany trener.

- Już, już! - odkrzyknął Stiles i podrzucił sobie piłkę. Malia akurat biegła po jego prawej. Wyciągała daleko nogi. Jako szaman mógł wziąć jej szybkość, jej siłę, prawda? Skoncentrował się na niej, na jej majestatycznej urodzie. Ruszył w stronę bramki.

Dostał od Danny'ego kijem w kask i został powalony na ziemię. Stiles krzyknął zdezorientowany. Mahealani ukląkł na nim, jednym kolanem dociskając go do ziemi, aby nie wstawał.

- Świecisz się, Stiles. - powiedział Danny bez tchu. - Twoja twarz, twoja szyja. Świecisz się.

O cholera, pomyślał Stiles. Co teraz zrobi? Jak zejdzie z boiska bez alarmowania wszystkich naokoło?

- Zacznij krzyczeć. Powiedz że wybiłem Ci bark. - syknął Danny. Stiles po chwili zaczął krzyczeć jakby obdzierano go ze skóry.

- Chyba coś mu złamałem! - krzyknął Mahealani w stronę trenera. Podciągnął Stilesa do pionu. Zaczął ciągnąć go w stronę szatni. Finstock coś za nimi krzyczał, ale Stiles nie mógł myśleć ponad to że święcił się jak pas startowy.

- Szybko, Stiles! - jęknął Danny zatrzaskując za nimi drzwi do szatni. Stiles zaczął ściągać z siebie ochraniacze z desperacją. Spojrzał na swoją twarz w lustrze. Danny miał rację: na twarzy Stilesa pojawiły się błękitne wzory: podwójnie linie biegły pionowo przez czoło, brwi i powieki, aby na policzkach skręcić kątem rozwartym w stronę żuchwy. Na nosie miał figurę w kształcie deltoidu a na brodzie trójkąt.

- Co jest? - jęknął Stiles. Danny zwrócił go w swoją stronę.

- Oddychaj głęboko, Stiles. - powiedział spokojnie Mahealani. Łatwo było mu mówić; on nie przypominał centrum handlowego przed gwiazdką.

- Powoli i głęboko. - powiedział uspokajająco Danny. - Wzory same zbledną.

- Też Cię to spotkało? Też się świecisz? - zapytał Staliński starając się koncentrować na wszystkim poza paniką.

- Czasami. - odpowiedział Danny. - W większości przypadków potrafię ograniczyć wzory do miejsc, których nie widać.

Stiles spojrzał na swoje przedramiona: na wierzchu dłoni miał spirale których końce biegły wokoło przedramienia, tak że przypominały one lizaki bożonarodzeniowe.

- Jak się tego pozbyć? - zapytał z desperacją Staliński. Mahealani ściągnął naramienniki z jęknięciem bólu.

- Patrz. - powiedział spokojnie Danny. Na jego ramionach wyskoczyły czerwone wzory: bardzo misterne obrazki przypominające łuskę na przedramionach, na bicepsach miał obrazy zwierząt: ptaków, gryzoni, jakby krępowane owiniętymi wokoło nich ogonami węży, na obojczykach łby smoków, poniżej ich miał kołnierz przypominający szerokie wisiory starożytnych Egipcjan. Jego znamiona były misterne jak obrazy renesansowe: pełne szczegółów, choć nie miał kolorów i były jedynie konturami wszystkiego

- Ło, twoje wyglądają niesamowicie! Moje są do bani.- warknął Stiles z zawodem.

- Moje też nie były takie od początku. Najpierw były proste jak Twoje, ale w miarę jak zacząłem panować nad nimi zaczęły robić się bardzo misterne. Nie wiem czemu. - odpowiedział Danny. Na żuchwie miał trójkątne wzory wchodzące na twarz, łączące się na nosie misterną pajęczyną linii przypominających skomplikowany haft.

- Musisz się odprężyć. Pomyśl o czymś przyjemnym. Malii na przykład. Myśl o Malii. - powiedział Danny masując bicepsy Stilesa. Ten uśmiechnął się.

- Chryste, nie tak, Stiles! Nie myśl o seksie. - warknął Mahealani. O Jezu, czy Stiles dostał przy nim wzwodu? Spojrzał w dół, ale wszystko było w porządku.

- Nie, zaczynasz się świecić mocniej. - zaśmiał się Danny. - Musisz myśleć o czymś pełnym spokoju, okej? Jak leżenie na kanapie i oglądanie filmów. Musisz się zrelaksować, nie nakręcić.

Stiles pomyślał, że nie robili z Malią żadnej z tych rzeczy; nie tak naprawdę. Pewnie, chodzili na spacery czasami, ale tylko aby wypróbować kontrole jaką Malia miała nad instynktami. Gdy byli sam na sam chodziło przede wszystkim o seks.

Ta myśl zdenerwowała Stilesa jeszcze bardziej.

W akcie desperacji pomyślał o Lidii, ale to było jeszcze gorsze. Ich przyjaźń opierała się na znajdowaniu ciał, ciągłym zagrożeniu czyjegoś życia i losowym szkodzeniu sobie wzajemnie.

- Nie mogę. - jęknął Stiles pocierając dłońmi o siebie ze zdenerwowania.

- Cicho, w porządku, Stiles. - powiedział Danny, ale widać było że z każdą mijającą minutą robił się coraz bardziej nerwowy. Zaprowadził Stilesa pod prysznice i odkręcił wodę. Wstawił kolegę pod strumień letniej wody.

- Okej, nie chciałem się do tego posuwać. - jęknął Danny i złapał Stilesa za dłoń. Wyrwał mu kciuk ze stawu. Stiles krzyknął z bólu i skulił się na ziemi. Jęczał żałośnie ściskając pulsującą dłoń. Przysięga że ból był tak przenikliwy że bolał go cały prawy bok.

- Żyjesz? - jęknął Danny pochylając się nad Stilesem. - Wzory znikają, jeśli to pocieszy Cię.

- Nie widzisz jak cieszę się. - jęknął Stiles. Czuł jak dłoń puchnie. Danny ukląkł obok niego.

- Ból pomaga. - powiedział Mahealani. Jego wzory zbledły i wsiąkły pod skórę.

- Ile zajęło Ci kontrolowanie tego? - wyjęczał Stalinski.

- Miesiące. - odpowiedział Danny. - Do tego Ty masz ADHD, więc będzie Ci trudniej znaleźć wewnętrzną równowagę.

- Czy za każdym razem będziesz mi łamał palce?

- Nie będę pilnował Cię w każdej chwili. - odpowiedział Danny wstając z podłogi. Stiles siedział długo pod prysznicem, aż reszta drużyny przyszła. Trener zaciągnął go do swojej kanciapy.

- Stalinski, jak robisz sobie te rzeczy bez niczyjej pomocy? Szkoła wypisze Cię z ubezpieczenia. - warknął Finstock. Stiles nie słuchał go, bo tak bolał go wybity palec.

Danny zawiózł Stilesa na pogotowie. Chyba czuł się trochę winny. Melissa patrzyła nań pełna troski i współczucia.

Stiles starał się dotrzeć do tego co wyzwala w nim te moc. Danny mówił, że ich moc obrońców była podobna do wilkołactwa: krążyła w ich żyłach razem z krwią, tym byli każdego dnia w każdej minucie swojego istnienia, nieodwołalnie. Jedyne co mogli kontrolować to objawianie się wzorów, które miały charakter rytualny (z tego co wyczytał Danny).

- Za dużo myślisz o tym. - powiedział Scott, gdy siedzieli w salonie Stilesa.

- Nie, muszę zapanować nad tym, aby nie świecić się jak lampka choinkowa. - westchnął Stiles i zestrzelił postać Scotta.

- Może ja teraz będę rzucać w ciebie piłkami? - zaśmiał się McCall. Stiles uderzył go w ramię lekko.

- Zamknij się, ciołku!

Scott jedynie zaśmiał się rozbawiony.

Spędzili przyjemny wieczór i zasnęli na podłodze w salonie w otoczeniu papierków po śmieciowym jedzeniu i pudełek po grach i filmów.

- Jejku, jesteście jak przerażający bezdomni. - zaśmiał się szeryf stając nad chłopakami. Stiles obudził się i zdjął nogę z Scotta. Uch, tata miał rację. Leżeli w takim śmietniku, że byli gorsi niż bezdomni; byli jak studenci.

- Czy wykopiecie się sami czy wam pomóc? - zapytał z uśmiechem ojciec. McCall obudził się, gdy z kanapy spadł magazyn na jego głowę.

- Nie śpię! Czuwam! - jęknął Scott podskakując do pozycji siedzącej.

- Wszystko w porządku? - zapytał Stiles ze śmiechem, widząc przerażoną minę przyjaciela.

- O Boże, nie ma Kiry w pobliżu? - zapytał wciąż w szoku McCall i rozejrzał się dookoła/

- Oczywiście że nie. Mówiłem Ci, że jest normalna. - zaśmiał się Stiles i wykręcił kark, aż nie strzeliły mu stawy w ramionach.

- Chyba masz rację. - odpowiedział Scott wyciągając spod siebie poduszkę.

- Śniadanie? - zapytał szeryf z westchnieniem rezygnacji.

- Śniadanie! - zgodził się Stiles z szerokim uśmiechem. Scott wstał unikając uderzenia się w stolik do kawy.


A/N: Azeman to stwór (utożsamiany głównie z kobietą) z folkloru latynoamerykańskiego (okolic Surinamu) nie do końca jest jasne czy to wampir czy wilkołak, ponieważ jest zmiennokształtna i żywi się ludzką krwią, więc uznałam że jest połowicznie obiema rasami.

Sposobem na powstrzymanie jej jest rozrzucenia ziarna; azemana nie będzie mogła powstrzymać się, aby policzyć je lub/i zebrać. Innym sposobem jest zablokowanie drzwi miotłą której azemana nie może przekroczyć.

Hej, nikt nie powiedział, że musi być bardzo groźna! (^v^) Poza tym każdy byłby groźny ze strzelbą. Strzelby są groźne.