Dom jednorodzinny, znowu na pierwszy rzut oka nic się nie stało. Bluszcz na białych ścianach, z przodu domu ładny, zadbany ogródek z kwiatami. W środku drewniane ściany, nadające pomieszczeniom przytulności, na pierwszym piętrze kuchnia, salon i gabinet, wszystko nietknięte, na drugim piętrze łazienka i sypialnie – tu czuć już odór krwi. Technicy kręcą się po pomieszczeniach, zbierając najróżniejsze dowody, ale Will już wie, że niczego nie znajdą, a przynajmniej nic, co doprowadziłoby ich do sprawcy.
Monica Savi została zamordowana w swojej sypialni, w taki sam sposób jak poprzednie ofiary, jej ciało także zostało ułożone w typowy sposób. Isabella Ricci natomiast była przypadkową ofiarą; leży w łazience, zadźgana, psując cały pierwotny zamysł mordercy.

- Dostał się tu tymi szklanymi drzwiami na taras, z tyłu. – Jack pokazuje mu zabezpieczony, wyłamany zamek. – Co myślisz o morderstwie?

- Monicę ogłuszył i dopiero wtedy zorientował się, że ktoś jeszcze jest w sypialni obok. Isabella uciekła do łazienki, zabił ją tam i dopiero dokończył z Monicą.

- Czyli nie wiedział, że miała współlokatorkę.

- Tak, nie obserwował wcześniej domu. Nie powiedziała mu też o tym, więc musiał ją zamordować niedługo po tym, jak ją zobaczył.

- Okropne, poznajesz kogoś, a on idzie za tobą do twojego domu i zabija wszystkich w środku. – Jack pokręcił głową w wyrazie niedowierzania. – Ale co z szampanem i różami? To znowu się powtarza. Przyniósł je sam?

- Tak. Ale nie znajdziecie odcisków.

- Skurwiel, pospieszył się z tym, ale znowu żadnego potknięcia?

- I zabije znów za tydzień. Albo nawet szybciej. Cholera, Jack… - znów nie wziął tabletek, a ból głowy był nie do zniesienia. Czuł, jakby ktoś wbijał mu w skronie gwoździe. Nie było mu łatwo patrzeć na zwłoki tych młodych, dwudziesto paroletnich kobiet. W ogóle na jakiekolwiek zwłoki. Marzył o wróceniu do domu i zapomnieniu. A miał jeszcze dzisiaj spotkanie z doktorem Lecterem. Pomyślał nad odwołaniem go. Z drugiej strony chciał go zobaczyć, może wspomnienie dzisiejszych obrazów nie będzie mu aż tak dokuczać?

- Mam włos! – z rozmyślań wyrwał go głos Beverly; czyli jednak coś zostawił.

- Chciała mnie zostawić. Bardzo długo myślałem, żeby ją zabić.

- I dlaczego nie zrealizowałeś planów?
Ethan bardzo długo patrzył w milczeniu na Hannibala Lectera. Od ponad dwóch tygodni terapeuta omawiał z nim ewentualne zabójstwo jego byłej dziewczyny. W Ethanie aż wrzało na samą myśl o niej.

- Skąd pan wie, że już tego nie zrobiłem?

- Właśnie mi powiedziałeś.
Chłopak na chwilę przestał oddychać. Spiął się i wyraźnie próbował sobie uświadomić własny błąd. Wygadał się? Ten cholerny psychiatra wszystko wie?

- Susan była zbyt cenna żeby ją stracić, prawda? – Lecter kontynuował, jakby rozmawiali o pogodzie, jakby właśnie nie przyznawał, że wie, co Ethan zrobił. O boże.

- Zamknij się. – odzyskał mowę, ale prawie krztusił się słowami. Co teraz? Powinien jego też zamordować, ale wtedy… Szalona gonitwa myśli. Błądził wzrokiem po gabinecie, próbując znaleźć jakieś sensowne wyjście z sytuacji. Może…

- Chyba powinieneś coś zrobić z niewygodnym świadkiem?
Mówił mu, żeby go zabił? Chore, to wszystko jest chore, nienormalne. Ma inne wyjście? Dogadają się? Co jak go wyda? Skończy w więzieniu, na resztę życia.
Zerwał się z miejsca i zacisnął dłonie na szyi lekarza.

Will przyglądał się, jak technicy wynosili na noszach ciało w czarnym worku. Mieli aresztować Ethana Johnsona; odciski palców i włosy z miejsc zbrodni pasowały do jego, ponadto świadkowie widzieli go w towarzystwie Monici Savi, ale zanim do tego doszło, zaatakował Hannibala Lectera, który zabił go w samoobronie.
Nie wiedzieli tylko, że Johnson zabił tylko swoją dziewczynę, Susan Grey. Reszty nie tknął.

- Czy ty nie możesz mnie posłuchać chociaż raz? – Alana Bloom wpadła jak burza do gabinetu, oskarżycielsko celując palcem w Willa. Nie omieszkała też obrzucić wściekłym spojrzeniem Jacka. Nikt nie śmiał się odezwać. – Gdzie Hannibal?

- Ekhm… opatrują go. Nasz morderca trochę go poturbował.

- I żaden z was nie wybił z głowy temu tutaj dołączenia do grupy aresztującej, tak?

- Nic się nie stało, zginął. – zaryzykował zaoponowanie Will. Alana coraz częściej traktowała go jak dziecko bawiące się ogniem. Z jednej strony miała rację, z drugiej naprawdę chciał łapać przestępców razem z FBI. – I… Hannibal mówił mi, żebym zrezygnował.
- Zabił sześć osób i prawie zabił Hannibala a ty pchasz się do aresztowania go! – fuknęła, kręcąc głową. To było niemożliwe. Tyle razy mówiła Jackowi, że ma nie dać mu ryzykować. Troska o zdrowie Willa, nie tylko psychiczne powoli doprowadzała ją do szału, zwłaszcza, że on kompletnie lekceważył jej coraz to nowe prośby, żeby ograniczył konsultacje dla Jacka. Ba, rwał się do konfrontacji z mordercami.
- Wygląda na to, że musisz zadośćuczynić za stracone nerwy Alany. – Hannibal wszedł do pokoju; sine odciski palców na gardle i zabandażowana lewa dłoń. Ethan faktycznie trochę go poturbował. Wydawał się zmęczony i był blady. – I przyjść na kolację w sobotę.

Zgodził się nawet pomóc (czyli siedzieć i patrzeć) Hannibalowi w przygotowywaniu potraw na kolację, na którą miała przyjść jeszcze Alana i paru znajomych Lectera. Will nie mógł się odpędzić od uporczywych myśli, że będą go obserwować jak bardzo ciekawy okaz w zoo. I że Hannibal nawet mimo siniaków wyglądał bardzo dobrze. Marynarka wisiała na oparciu krzesła i podwinął do pracy rękawi białej koszuli. Przyjemnie było patrzeć jak gotuje, a Will widział to pierwszy raz. Nawet nie umiał nazwać tego, co Lecter przygotowywał. Gotowanie zdecydowanie nie należało do pasji Grahama i było jego mocną stroną.

- To francuskie grzanki croutons i łosoś w ziołach z porami.
Will przyglądał się jak Hannibal faszerował małe porcje łososia porami i posypywał mieszanką ziół; Wszystko wyglądało naprawdę smacznie.

- Zmieniłeś szpital na przytulny gabinet i kuchnię?

- Dokładnie tak. – dolał Willowi do kieliszka wina. Nigdy tak naprawdę nie żałował tej zmiany po tym jak ''nie uratował swojego pacjenta''. Rozmawiali, pili wino, Hannibal gotował, a Will wreszcie zgodził się na jego zaproszenie. Nie mogło być lepiej. Co chwilę przyglądał się młodszemu mężczyźnie – nie wyglądał dobrze. Jego skóra miała szarawy odcień.

- Znów męczą cię koszmary?
Will spojrzał na niego szybko, zaskoczony nagłą zmianą tematu. Zaśmiał się jednak, przecierając twarz dłonią.

- Aż tak widać?

- Ostatnia sprawa dołożyła ci obciążenia psychicznego. Jeszcze nie uporałeś się z poprzednią…

- Tak, tak, kładziecie mi to z Alaną ciągle do głowy. Aż dziwnie, że nie mam tych koszmarów z wami w roli głównej.
Właściwie nie chodziło tylko o koszmary i lunatykowanie (ostatnio obudził się na dachu swojego domu). Źle się czuł, bolała go głowa i nawet zdarzały się mu halucynacje, gorsze niż wcześniej, jeszcze trudniejsze do zwykłego zignorowania. Nawet teraz zdawało mu się, że wszystko dookoła faluje; zrzucił to na zdenerwowanie przed kolacją z tyloma ludźmi.

- Źle się czuję. – przyznał wreszcie.
Hannibal włożył owinięte w folię aluminiową porcje łososia do piekarnika, po czym szybko pokonał dzielącą jego i Willa odległość. Przyłożył mu dłoń do czoła, odgarniając kosmyki włosów.

- Masz gorączkę. – stwierdził. Will właściwie od jakiegoś czasu wydawał się chory, nie tylko złymi snami i niewyspaniem. Ten z kolei nie był zadowolony z faktu, że Hannibal z gotowania i przygotowywania się na przyjęcie gości nagle zamienił się w lekarza pierwszego kontaktu. Na jedno jego słowo. Mrukną więc coś tylko w odpowiedzi, ale szafki kuchenne i sam Hannibal zaczęły przybierać coraz to nowe kształty. Zamknął oczy.

Hannibal milczał, przyglądając się mu. Znowu analizował.

- Przestań.
Uprzejme, ledwo dostrzegalne zdziwienie.

- Mam przestać… co, Will?

- Analizować mnie, być przy mnie psychiatrą. Nie jestem twoim pacjentem. – Stanął za wysepką kuchenną, wbijając wzrok w swoje dłonie; kontakt wzrokowy, zwłaszcza z Hannibalem przychodził mu z ogromnym trudem, dlatego teraz nawet nie podniósł głowy, kiedy poczuł Lectera blisko siebie. I znów odurzający zapach, aż wszystko dookoła zawirowało, jakby nie dość miał urojeń. – To wszystko z moim umysłem. Ciągle mam cię w głowie, nie mogę przestać…
Hannibal złapał go za szczękę i podniósł mu głowę, zmuszając do spojrzenia sobie w oczy; Will na chwilę zaniemówił, bo kiedy Hannibal otwierał usta, muskały jego własne ledwo wyczuwalnie, milimetrami.

- Majaczysz Will.

- Co? Ja wcale nie maja…
Chyba dawało mu satysfakcję, nie pozwalanie Willowi dokończyć zdania i zamykanie mu ust pocałunkami. Nie chciał więcej odmawiania i pytań, dlaczego ma go w głowie.

- Nie możesz przestać o mnie myśleć, bo pociąga cię niebezpieczeństwo. – wyszeptał Lecter między pocałunkami, sadzając drugiego mężczyznę na blacie. – A ja jestem niebezpieczny.

Will prawie parsknąl w jego usta. Nie mógł nawet zaprotestować temu niedorzecznemu stwierdzeniu; Chciał go odepchnąć, ale zamiast tego jego ciało znowu zareagowało zupełnie na odwrót. Oplótł go nogami w pasie i poczuł się jak jakiś cholerny napalony małolat. Hannibal przycisnął go do siebie mocniej, wsplótł mu palce we włosy, całował z jeszcze większą pasją, a kuchnia dookoła wirowała.
Dopóki wszystko nie skończyło się równie szybko jak się zaczęło razem z dzwonkiem do drzwi.