A/N: Nie zaczynam nawet sezonu czwartego, taka jestem oddana, aby ukończyć ten fik. Co nie znaczy, że nie mam przecieków z Internetu ( ̄︶ ̄)

Żyję, aby służyć. Przyjmijcie moją miłość.

Rozdział 6 - Stado Scotta w Klinice Weterynaryjnej

- Deaton, zaczyna mnie boleć głowa od tego zamieszania. Mile widziane byłoby wyjaśnienie. - warknął Argent jako pierwszy. Lidia opatrzyła Danny'ego, podczas gdy Deaton opatrywał stopy Morell.

- Zgodzę się. Byliśmy z Isaakiem najpierw zahipnotyzowani a potem ktoś próbował nakarmić nami- - McCall wyrzucił dłonie przed siebie. - Chyba Predatora!

- Lewiatana. - powiedział Stiles z kwaśnym uśmiechem.

- To nie są takie wielkie węże morskie? - zapytał Isaak mrużąc oczy.

- Lewiatany są czym chcą: ludźmi, zwierzętami, mistycznymi stworami. Wygląd nie ma dla nich znaczenia. - odpowiedziała Morell. Wróciła do równego, spokojnego głosu.

- Cóż, mnie prawie utopiła manipulująca wodą wróżka. Nie powiem, była w tym dobra, ale wciąż. Totalnie przerażające. - powiedziała Kira siadając na stole pomiędzy Isaakiem a Danny'm.

- Dżinka. - wyjaśnił Mahealani, gdy Lidia skończyła opatrywać jego ramię. Uśmiechnął się do przyjaciółki. - Dżiny to nie wróżki. Bliżej im do demonów.

Scott z sykiem wypuścił powietrze i oparł się o ścianę obok miejsca gdzie siedział Isaak.

- O co chodzi z tymi szamanami, Chowańcami i co z tym wspólnego ma Stiles? - warknęła nagląco Malia. Wyraźnie była zdezorientowana. Nikt jej nie winił. Nie było jej z nimi, gdy piekło otworzyło bramy i okazało się, że Stiles i Danny byli prawie magiczni. Właściwie byli dokładną odwrotnością nadnaturalnych istot.

- Jakiś czas temu okazało się, że ja i Danny jesteśmy obrońcami ludzi. - powiedział Stiles podnosząc dłonie do góry. - Ta, wiem, brzmi jak brzmi, ale jesteśmy rodzajem super ludzi. Nie zmienimy rasy, Danny nie potrzebuje specjalnej broni, aby zranić nadnaturalnych, a ja jestem najwyraźniej spirytualnym przewodnikiem zwanym szamanem.

Malia uniosła jedną brew w górę w geście absolutnej pogardy.

- Żartujesz, prawda? - zapytała Tate wyraźnie niezadowolona. Stiles przewrócił oczami. Okej, może nie oczekiwał, aby kajała się przed nim, ale oczekiwał jakiegoś podziwu.

- Tak się składa, że nie. - odpowiedział oburzony Stiles. Skrzyżował ramiona na piersi. - Mam moc, wiesz? Magiczną!

- Stiles ma rację. - westchnął Scott z kwaśną miną. - Znaczy, magii jeszcze nie widzieliśmy, ugryzłem go przez przypadek i nie zmienił się, jak sama widzisz. Zanim zjawił się Nogitsune i Ty, zmienił Dereka i Isaaka w wilki, czworonożne, puchate wilki. Oddając mu honor, odmienił ich z powrotem.

Malia zmrużyła oczy i spojrzała od Isaaka do Dereka.

- Więc jesteś magiczny. - powiedziała beznamiętnie Malia do Stilesa. - Jestem w stanie to przeżyć.

- Więc co stało się z drzewem? Po prostu powiedzcie nam. - jęknął Isaak przechylając się w stronę McCalla. Kira spojrzała nań nieco gniewnie, jakby chciała powiedzieć: on jest mój.

- Drzewo które stało w Beacon… Nemeton… zostało ścięte przez naszego mentora. - powiedział Deaton. Spojrzał czule na Morell.

- Zrobił to w dobrej wierze. - dopowiedziała kobieta spinając agrafką rozerwaną spódnicę. - O miejsce tak uświęcone, o Drzewo Życia toczyła się w Bacon ponad stuletnia wojna.

- Wojna o Nemeton? - zapytał Chris krzyżując ramiona na piersi. - Przecież tak naprawdę nie miał żadnej mocy, prawda? Żadne miejsce czy obiekt nie czyni nadnaturalnych potężniejszymi. Mieszkanie przy nim nie dałoby nikomu żadnych korzyści.

- Nie nadnaturalnym, to prawda. Od tego są szamani. - powiedział Deaton mentorsko. - Mają jakiś sposób na skanalizowanie energii i używają jej, aby kontrolować nadnaturalnych. Można powiedzieć, że chronią swój dom.

- Co byłoby wręcz niezmiernie użyteczne w przeszłości. - powiedziała złośliwie Lidia patrząc wymownie na Stilesa.

- Chwilę, ale czy to znaczy, że Stiles wygoniłby wszystkich innych nadnaturalnych z okolicy? Łącznie z Kirą, Malią i Lidią? - zapytał Scott nieco histerycznie. - No bo one są nadnaturalne, ale nie są wilkołakami.

- Po pierwsze, aby szaman mógł przegonić nadnaturalnych musi oddać wierność rasie. W tym wypadku wilkołakom. - powiedziała Morell swoim kojącym głosem. - Po drugie, szaman może przegonić innych nadnaturalnych, nie koniecznie musi to zrobić. Decyzja należy do niego i reszty stada.

- Sadziłam że szamani żądzą ziemią na jakiej żyją. - wtrąciła Kira. - Znaczy, tak to przedstawiliście.

- Wszystko zależy od szamana, ale w momencie, w którym oddaje wierność stadu lub klanowi, jest skazany na współpracę z nimi do końca życia. - powiedział spokojnie Deaton. Argent rzucił mu krzywe spojrzenie. - Szaman nie podejmuje żadnej decyzji bez wiedzy i zgody stada.

- Scotty, wiesz że jestem za demokracją, nie tyranią. - zaśmiał się Stiles a McCall oddał uśmiech.

- Ta wojna o której mówiłeś… - zaczął powoli Argent przenosząc spojrzenie na Stilesa. - Została wywołana czym?

- Nie z winy szamanów. Może gdyby jacyś byli w Beacon, wszystko potoczyłoby się inaczej. - odpowiedział monotonnie Deaton mierząc się ze spojrzeniem Argena. - Jak wszystkie wojny, i ta zaczęła się od walki o terytorium, w tym wypadku sakralne miejsce jakim był Nemeton.

- Wojna z krótkimi przerwami trwała ponad dwieście lat. - poinformowała Morell prostując plecy.

- Ostatni wiek był najbardziej krwawy, gdy zostały na polu bitwy tylko dwie rasy: wilkołaki i kojoty. - powiedział Deaton. - Ja i Marin byliśmy dziećmi, a nasz Mentor był emisariuszem wilkołaków. Obie watahy były bardzo liczne: około sześćdziesięciu członków, to przeliczało się na siedem rodzin.

- Jednym z klanów była twoja rodzina. - powiedziała Marin do Dereka. Ten wyraźnie spiął się, gdy wszyscy spojrzeli na niego; a Malia zrobiła to z wyjątkową nienawiścią.

- Więc jakim cudem nie został prawie nikt z obu watah? - zapytała powoli Malia nie spuszczając nienawistnego spojrzenia z Dereka.

- Wojna, choć krwawa była dość honorowa. - powiedziała Morell z westchnięciem zawodu. - Do pewnej nocy, gdy wilkołaki napadły na kojotów bez ostrzeżenia. Wyciągnęli wszystkich, których znaleźli: młodych, starych, dzieci i kobiety, i ich wyrznęli w pień.

Wszyscy aż wstrzymali oddech.

- Tak po prostu? - zapytała Lidia.

- Tak. - powiedziała ze szczerym smutkiem Morell. - Jeśli ktoś uchronił się przed masakrą to uciekł jak najdalej mógł i nigdy nie wrócił.

- Po tym jak wilkołaki pokazały do czego są zdolne aby zdobyć teren, nasz mentor zadbał, aby jak najszybciej rozdzielić klany i rozproszyć po terytorium zanim zwrócą się przeciw sobie. - powiedział Deaton a Morell pokiwała głową na zgodę.

- Ponieważ my byliśmy jeszcze bardzo mali, sprowadził druidów z innych miejsc i każdemu klanowi wyznaczył emisariusza. - dodał Deaton i nagle wszystko co mówił wydawało się czystą zgrozą. - Po czym mentor ściął drzewo, aby miejsce nie było atrakcyjne już dla nikogo, aby nie było o nie już żadnych wojen.

- W swej nieskończonej naiwności sądził, że brak drzewa będzie oznaczał brak problemów, że energia magicznie rozproszy się po całym zachodnim wybrzeżu i zbalansuje. - powiedziała niemal z kpiną Morell.

- Podobnie jak stół z za krótką nogą, energia utrzymała pewną równowagę, ale nigdy nie było jak dawniej. - dokończył Deaton.

- Więc jestem ostatnim kojotem na wilkołaczej ziemi? - zapytała Malia z miną jakby była o krok od stracenia przytomności lub zwrócenia obiadu.

- Jest legenda, że ocalił się kojot z masakry i mieszkał pośród wilkołaków, ale to mit. - powiedział Deaton. - Tak, jesteś ostatnia i jedyna.

Malia pochyliła się do przodu obejmując żołądek i powoli wyszła do poczekalni. Stiles rozważał wyjście za nią, ale uznał że teraz Malii była bardziej potrzebna przestrzeń niż troska.

- Cóż, to niezręczne. - powiedział Isaak prawie z humorem. Był jednak dość blady.

- Tak więc szaman pomógłby przez wybranie jednej z ras, a drugą przegonił spod Nemetonu. - podsumował Argent patrząc na Stilesa, jakby cała ta wojna była jego winą. Naprawdę, łowcy powinni popracować nad nieuogólnianiem.

- Więc szaman nie może tak naprawdę wybierać? Nie ma żadnej mocy poza byciem emisariuszem danej rasy której zdarzyło się mieszkać w świętym miejscu? - powiedział Scott, jakby w obronie Stilesa.

- Gdy szaman wchodzi w wiek, rasy oferują mu lub jej swoich kandydatów na Chowańców, ale z czasem stało się uprzejmością i metodą na utrzymanie pokoju, aby szaman wybierał przedstawiciela rasy, jaką wybrał poprzednik i jaka mieszka w obrębie danego miejsca kultu. - dodała Morell. Westchnęła ciężko. Kira ziewnęła i zaraz wszystkich zaraziła. Nagle okazało się, że było bardzo późno.

- Wszyscy jesteśmy zmęczeni. - powiedział pojednawczo Deaton. - Proponuje wrócić do domów na zasłużony odpoczynek.

- Wątpię abym dziś zasnął. - powiedział Isaak rozcierając czoło. Wszyscy powoli wyszli z gabinetu. Deaton złapał Stilesa za łokieć gdy ten miał już wyjść.

- Przyjdź w sobotę i zaczniemy z podstawami twojego treningu. - powiedział weterynarz a Marin pokiwała głową ze swojego miejsca na stole. - Szamani rozkazali, musimy zrobić.

- W porządku. - odpowiedział Stiles. Głowa bolała go od nawału informacji. Chciał tylko pójść spać i nie wstawać przez rok. Gdy wszedł do poczekalni zobaczył, że Malii tam nie było. Nie było jej także na parkingu.

- Widziałaś Malię? - zapytał Staliński Lidii, ale ta pokręciła głową.

- Pewnie chciała przewietrzyć głowę. Wiedzieć że Twoja rodzina została wytępiona w taki sposób- to musiał być cios. - powiedziała Kira kręcąc głową i niemal przekonała Stilesa, że było jej szczerze przykro. Chłopak nie skomentował zachowania lisicy sądząc, że może był zbyt zmęczony, aby myśleć logicznie. Pewnie wydawało mu się, że Kirze sprawia radość cierpienie Malii.

Lidia podrzuciła Stilesa pod dom. Był niemal ostatnią osobą w jej aucie prócz Danny'ego, więc udało się mu przekonać tatę, że uczyli się do późna we trójkę. Stiles był tak zmęczony, że nie miał siły prowadzić, więc Lidia zaproponowała, że odwiezie ich do domów. Nawet jeśli tata nie kupił tej historyjki to nie dopytywał się dalej.