A/N: Chciałabym powiedzieć, że pisanie idzie mi jak burza, ale nie robię sobie takich nadziei φ(。。)
Oczywiście komentarze są zawsze mile widziane, nawet słowa krytyki. Pamiętajcie, nie będę wiedzieć co wam się nie podoba, jeśli nie powiecie mi co wam się nie podoba. To miało sens, mam nadzieję (´・_・`)
Chce być lepszą autorką dla Was, kochani (づ。◕‿‿◕。)づ
Wasza oddana, zmęczona autorka ( ˘ ³˘)
Rozdział 8 - Dziewięciu pretendentów u Deatona
Stiles od ponad miesiąca uczestniczył w treningu na szamana.
W grudniu zdarzył się wypadek autobusu żeńskiej drużyny lacrosse: nikt nie zginął, ale trzy czwarte drużyny skończyło w szpitalu połamane i poobijane. Isaak szybko rzucił oskarżenie w stronę Kiry, wkurzył tym nieziemsko Scotta i zarobił banicję z domu Alfy. Trzeba było przyznać, że Yukimura jako jedyna miała motyw, aby zrobić coś dziewczynom: w końcu były dla niej okropne. Może nie „pozabijajmy je za to" okropne, ale wciąż…
Kira zarzekała się, że nie miała nic wspólnego z wypadkiem, ale Stiles jakoś nie umiał jej uwierzyć. Malia też nie uwierzyła Yukimurze i od tamtego wypadku zostały najlepszymi koleżankami. W pokręconej logice Tate, Kira pokazała tym wybrykiem, że miała kręgosłup a nie jedynie słodkie uśmiechy i komplementy.
Stiles zdecydowanie cieszył się, że dziewczyny dogadywały się, nawet jeśli podwaliny ich przyjaźni były zbudowane na kłamstwie i makabrze.
Isaak wrócił do mieszkania w lofcie Dereka, a przynajmniej tak Stiles słyszał od Danny'ego. Ten starał się pozostać neutralny we wszelkich wewnętrznych konfliktach. Resztą, zawsze był nieco w zewnętrznym kręgu stada.
Deaton ostrzegał Stilesa, że zbliża się kamień milowy w jego treningu i niedługo stanie przed wyborem Chowańca.
- Kogo powinienem wybrać? - zapytał Stiles. Weterynarz spojrzał na niego.
- To Twój wybór. - odpowiedział druid monotonnym głosem.
- Tak, wiem, ale chce wiedzieć z punktu widzenia lekarza. Która rasa byłaby najlepsza strategicznie?
- To nie pytanie do lekarza. - zaśmiał się Deaton.
- Wiesz o co pytam.
- Tak, wiem. - powiedział weterynarz. - Jeśli pytasz o zalety danej rasy to dla wilkołaków to niewątpliwie lojalność, kojotów spryt, a lisy są najpotężniejsze z nich wszystkich.
- Tak, armia demonów zapewni Ci to. - mruknął Stiles. - Sądziłem że będziesz bardziej drobiazgowy.
Deaton spojrzał czujnie na Stilesa i musiał zasądzić coś, bo powiedział:
- Skończmy na dziś. Jutro spotkamy się z Morell i gruntownie przedyskutujemy tę sprawę.
Stiles wiedział, że choćby przypalał weterynarza rozżarzonym do białości żelazem nie otrzymałby jednoznaczniej odpowiedzi, dlatego od razu zrezygnował. Do jutra może poczekać.
Scott odwiedził Stilesa wieczorem.
- Chcesz zagrać w coda? Skopie Ci tyłek. - zaczął zaczepnie McCall. Stiles uśmiechnął się i otworzył szerzej drzwi.
- Wezmę żarcie z kuchni i przygotuj się na srogi łomot. - zadrwił Staliński. Wziął z kuchni chipsy i butelkę coli. Otworzył paczkę chipsów i położył między nimi na kanapie.
- Uważasz że byłem za ostry dla Isaaka? - zapytał Scott po półgodzinie wrzasków bojowych. Stiles westchnął ciężko.
- Chodzi Ci o wyrzucenie go z domu? - zapytał retorycznie Stiles. nie był przy całej aferze, więc dowiedział się o wszystkim, gdy Isaak wyprowadził się od McCallów. Gdyby był obecny jakoś powstrzymałby Scotta przed wyrzuceniem Lahey'a.
- Oczywiście że byłeś za ostry dla niego! - jęknął Stiles i udało się mu zanurkować w ostatniej chwili za skrzyniami przed ciągłym ostrzałem przeciwnej drużyny.
- Oskarżył Kirę o okropne rzeczy. - bronił się McCall, ale sam musiał powątpiewać w niewinność Yukimury. Inaczej nie zareagowałby aż tak gwałtownie.
- I co z tego? Czy ona się przejęła?
- N-nie, ale co złego w tym że stanąłem w jej obronie? - zapytał drżącym głosem Scott. Stiles westchnął ciężko i pokręcił głową. Wszyscy wiedzieli, że Scott miał kompleks rycerza w srebrnej zbroi i pragnął ratować każdą damę w opresji; nawet jeśli rzeczona dama nie potrzebowała pomocy w niczym.
- Kira to duża dziewczynka. - podsumował Stiles. - Jeśli chcesz mojego błogosławieństwa i potwierdzenia, że podjąłeś dobrą decyzję to szczekasz na złe drzewo, kolego. Isaak nie zrobił krzywdy nikomu. Może oskarżył Kirę o wypadek dziewczyn, ale przyznam że i mi przeszło to przez myśl. Malia jest pewna, że Kira to zrobiła.
- Kira nie mogłaby tego zrobić! - bronił Scott. Stiles tylko westchnął ciężko.
- Słuchaj, mamy złe doświadczenia z lisami. Jesteśmy nieufni. Kira to rozumie. - powiedział Staliński i zapadł się w poduszki kanapy. - Jako jedyny zdajesz się negować to.
- Kira nie jest taka. Nie jest jak Nogitsune. - jęknął McCall z ubolewaniem.
- Zgadzam się, Kira nie jest jak Nogitsune. - powiedział pojednawczo Stiles. - Jednak skoro akceptujesz, że wilkołaki nie zawsze mają kontrolę nad wilkiem. Malia nie ma kontroli nad kojotem. Czemu Kira, która dowiedziała się o sobie parę miesięcy temu, miałaby mieć całkowitą kontrolę nad naturą lisa?
Scott westchnął sfrustrowany. Patrzył uparcie na ekran z napisem: gra skończona.
- To dlatego że ja albo Malia najwyżej zrzucimy ludzką skórę i zaczniemy wyć do księżyca. - powiedział w końcu McCall. - Kira… Kira sprowadzi na nas kataklizm.
- Musi być tego świadoma, Scott. - odpowiedział przyjacielowi Stiles. - Musi być świadoma mocy jaką posiada. Nie możesz być pobłażliwy, bo jest dziewczyną, czy bo jest słodka.
- Brzmisz jak Derek. - zadrwił Scott.
- Słuchaj go. On wie lepiej niż lekceważyć moc macicy. - zaśmiał się Stiles. McCall uśmiechnął się.
- Nie lekceważę mocy macicy. - odpowiedział Scott.
- Trochę lekceważysz, skoro nie jesteś w stanie uwierzyć, że Kira poradzi sobie bez twojej obrony. Nawet jeśli chodzi jedynie o gadanie Isaaka. - zaśmiał się Stiles. - Ma armię demonów ninja. Jeśli ona sobie nie poradzi, to kto?
Scott mruknął na zgodę i skończył temat.
Następnego dnia, zgodnie z obietnicą Morell opowiedziała Stilesowi wszystko co chciałby wiedzieć o wilkołakach, kojotach i lisach. Nie powiedziała nic ponad to co Stiles już wiedział. Obiecała opowiedzieć mu więcej o innych rasach, gdy takowe pojawią się gdy nadejdzie czas wyboru Chowańca.
Malia i Kira dały nareszcie chłopakom trochę przestrzeni, bo znalazły komfort w swoim towarzystwie. Biegały po lesie: Malia w formie kojota, a Kira ze swoimi cieniami demonów wśród drzew.
Wyraźnie nikt nie zrozumie żartownisia jak drugi żartowniś.
Scott nagle poczuł się samotny bez Isaaka, z Yukimurą bratającą się z Tate i Stilesem przebywającym częściej u Morell czy Deatona niż w domu. Alfa potrzebował stada, które rozsypało się na jego oczach i sam się do tego przyczynił.
McCall spędzał mnóstwo czasu ze Stilesem: towarzyszył mu w wariatkowie u Morell i w klinice weterynaryjnej u Deatona.
- Porozmawiaj z Isaakiem i przestań chodzić za mną. - warknął Stiles ze złością. Nie mógł skoncentrować się na ćwiczeniach Deatona.
- Chce spędzić z tobą czas. Teraz to źle? - zapytał z wyrzutem Scott.
- Tego nie mówię, ale nie jesteś tu z miłości do mnie. Po prostu nie masz z kim wyć do księżyca. - odpowiedział Stalinski. Scott sapnął niezadowolony i obrócił się na krześle dookoła. Deaton spojrzał z ojcowską czułością na McCalla.
- Stiles ma rację. Nikt nie zastąpi Isaaka. - podsumował weterynarz i wrócił do swojego wielkiego słownika mitów i kitów; albo jakkolwiek nazywał te tomiszcze. Scott odpowiedział jedynie sapnięciem.
Gdzieś w okolicy Nowego Roku Stiles nauczył się wywoływać szamańskie wzory na ciele i chować je na zawołanie. Malia bardzo doceniła plemienne wzory na skórze swojego chłopaka. Mówiła że wyglądał jednocześnie prymitywnie i szlachetnie. Może nie użyła aż tylu słów, ale Stiles tak to zrozumiał.
Wzory przypominały tribale: na dłoniach miał spirale których końce owijały się wokoło ramion jak węże. Na piersi i brzuchu miał kaduceusz tak prymitywny, że łby wężów zlały się ze skrzydłami. Reszta była dziwnymi bazgrołami, w większości wyglądają jakby ktoś wrzucił na niego kiepskie tatuaże. Danny uspokajał Stilesa i przypominał w kółko, że także jego wzory dopiero z czasem zaczęły wyglądać estetycznie. Wcześniej wyglądał jakby ktoś pociął go brzytwą.
Malia kilkakrotnie towarzyszyła Stilesowi podczas treningu; do Morell przychodziła chętniej niż do Deatona. Gadała z przejęciem jakimi dobrymi koleżankami zostają z Kirą, jak Yukimura imponuje jej swoimi mocami i jak bardziej zaawansowane są one od mocy samej Malii.
Stiles nie lubił zabierać ze sobą Malii na spotkania z druidami, ponieważ chciał z nimi dokładnie omówić posiadanie kojota za Chowańca. Gdy Tate była w pokoju trudniej było zapytać druidów o jej rasę: jej wady i zalety.
W styczniu Morell przetłumaczyła ostatnie strony podręcznika jaki otrzymała mailem od szamanów. Z Deatonem powoli przygotowywali Stilesa do rytuału.
Zgodnie ze starożytnym prawem emisariusze w odległości pięciuset kilometrów zostali poinformowani, że szaman spod Nemetonu był gotów przyjąć ich kandydatury na Chowańców. Udział mógł brać każdy bez względu na rasę, mogło być kilku przedstawicieli jednej rasy.
Nie minął tydzień a stawiło się pięć ras z siedmioma kandydatami. W połączeniu z kandydaturą Malii i Kiry było dziewięciu kandydatów z sześciu ras: dwójka wampirów, dwoje kojotów, dwoje wilkołaków, syren, ghul i lis.
Scott nie mógł wystawić żadnej kandydatury, ponieważ Isaak stwierdził, że nie pozwoli sobą pomiatać w ten sposób: Scott nie może wykopywać go z domu, żeby później kazać mu wracać, tylko dlatego bo potrzebuje pionka, bez żadnego przepraszam, ani nawet „pocałuj mnie w nos".
Szeryf patrzył z przerażeniem na coraz to nowszych gości w domu. Rasy starały się oczarować Stilesa i znaczyli jego dom swoim zapachem, przyzwyczajali do swojej obecności, przynosili prezenty, aby przekonać do siebie młodego szamana. Przy siedmiu wilkołakach w salonie, po szesnastogodzinnej zmianie, szeryf w końcu pękł.
- Dość tego! Zabraniam podchodów. - powiedział groźnie ojciec łapiąc Alfę stada wilkołaków za kołnierz i wystawiając na ganek. Stado posłusznie poszło za swoim przywódcą. - Zostaniecie poinformowani kiedy przyjdzie czas na rytuał. Stawcie się wtedy.
Szeryf miał już zatrzasnąć drzwi kiedy Alfa złapał je. Spojrzał twardo na człowieka i cholera, ale był bardzo zastraszający.
- Kojot jest jego dziewczyną. - powiedział zaskakująco spokojnie Alfa. - Jeśli nie może spotykać się z żadnym kandydatem, nie może spotykać się także z nią.
- Nie spotka, choć z tego co słyszałem od druida to związek szamana z Chowańcem nie ma nic wspólnego z uczuciami. - powiedział ojciec. Alfa błysnął karminowymi oczami i uśmiechnął się półgębkiem.
- Po prostu tego dopilnuj. - odpowiedział groźnie wilkołak i choć był o połowę młodszy od szeryfa to nie był absolutnie zainteresowany okazywaniem mu jakiegokolwiek szacunku. Stiles już nie lubił go. Nie obchodziło go jak śliczna była jego kandydatka, nie weźmie jej na Chowańca. Wyraźnie była stłamszona przez panujący w jej stadzie patriarchat: była cicha i posłuszna, i Stiles nie wiedział nawet czy była ona zainteresowana wiązaniem się z nim tak silną więzią, jaką była relacja szaman-chowaniec.
Ojciec zatrzasnął drzwi przed nosem Alfy.
- Nie lubię go. - westchnął szeryf obracając się do syna. - Jeśli będziesz miał jakąkolwiek możliwość wyboru to nie wybieraj go.
- Chciałbym powiedzieć, że nie wybiorę jego kandydatki, ale Deaton powiedział, że mogę nie mieć nad tym kontroli. - odpowiedział chłopak z westchnieniem zawodu.
- Chce być przy tym, przy tym rytuale. - powiedział groźnie ojciec.
- Pewnie. Z tego co wiem to okropnie nudne. Miałem nadzieję na Igrzyska Śmierci, albo walki gladiatorów na moją cześć, ale to nie będzie tak wyglądać. Szkoda. - zawył w udawanym bólu Stiles. Tata pokręcił głową.
- Przyjdę i tak. - odpowiedział mężczyzna. Stiles mocno przytulił ojca i poszli obejrzeć mecz.
W dniu rytuału Stiles przyszedł do kliniki weterynaryjnej zaraz po szkole. Morell i Deaton czekali na niego w gabinecie zabiegowym.
- Musisz pokazać nam swoje wzory. - powiedziała Morell sięgając po misę i pędzel. - Musimy namalować je na czas rytuału.
- Wszystkie? - zapytał niechętnie Stiles, bo miał także wzory tam gdzie nie czuł się komfortowo być malowany przez Morell. Kobieta uśmiechnęła się przelotnie.
- Od pasa w górę wystarczy. - odpowiedziała mieszając farbę pędzlem. Powoli zaczęła malować Stilesa.
Niedługo po tym jak Marin skończyła pojawił się Scott z kojotami: Alfą i jego bliźniaczkami-ochroniarzami. Ich kandydatem na Chowańca był chłopak w wieku Stilesa.
- Pomożecie poprzenosić mi meble. Musimy zacząć przygotowywać pokój. - odpowiedział Deaton.
- Powinniśmy mieć większe pomieszczenia. - westchnął Alfa kojotów. Kojoty pochodziły z Arizony; byli pozostałością po plemieniu Indian. Malia nie umiała się z nimi dogadać.
- Rytuał powinien odbywać się w piwnicy pod Nemetonem, ale ta zapadła się. - powiedziała Morell. Chwyciła puszkę z czerwoną farbą.
- Możemy pomóc. - powiedziała raźno jedna z kojotek. Druga pokiwała energicznie głową:
- Pójdzie szybciej.
Morell podała im pędzel i pokazała szkice według których powinny pomalować pomieszczenia.
- Mogę pomóc. - powiedział zakłopotany Stiles. Wszyscy pracowali oprócz niego.
- Stiles, jeszcze dzisiaj się narobisz. Siadaj na tyłku. - powiedział żartobliwie Scott chwytając biurko spod ściany, jakby nic nie ważyło i wynosząc je na korytarz.
Gabinet zabiegowy po pół godzinie zaczął przypominać posępną grotę, albo obrazek z horroru: kompletny brak mebli, jedynie starożytne runy na ścianach.
- To zejdzie z ścian? - zapytał Deaton po skończonej pracy Morell. Kobieta zamrugała zdziwiona, spojrzała na niego, na puszkę po farbie i znowu na mężczyznę.
- Jestem pewna, że da się to zamalować. - odpowiedziała z zakłopotanym uśmiechem kobieta. Stiles pierwszy raz widział w niej dziecinną żartobliwość.
- Moi klienci będą myśleć, że złożę ich pupili w ofierze mrocznym bogom. - westchnął zrezygnowany weterynarz. Stiles zaśmiał się.
Pierwsze po telefonie od Deatona zjawiły się Kira i Malia, które przywiozła pani Yukimura. Ubrała się w elegancką garsonkę, więc wyglądała jak bardzo sroga nauczycielka. Dziewczyny rozmawiały podnieconymi głosami o jakimś filmie.
Gdy pojawili się syreni i ghule Stiles zdał sobie sprawę powagi sytuacji. McCall szybko zauważył zbliżający się atak paniki i wyprowadził Stilesa na zewnątrz. Gdy zbliżał się atak paniki, Stiles dostawał w pierwszej kolejności klaustrofobii: wszystko było przytłaczające, jego skóra była za ciasna, powietrza było za mało.
Na parkingu Scott złapał Stilesa za kark i zmusił go do pochylenia się.
- W porządku? Jeśli nie chcesz możemy tego nie robić. - powiedział Scott gładząc plecy przyjaciela.
- Odwlekanie nic nie da. - odpowiedział bez tchu Stiles. - Po prostu miejmy to za sobą.
- Zadzwonię po Lidię, okej? Może Ci pomoże jak z Nemetonem. - powiedział Scott wyciągając telefon z tylniej kieszeni spodni.
- O tak. - odpowiedział z ulgą Stiles. Potrzebował Lidii jak powietrza.
Scott wybrał numer kiedy auto Marin zajechało na parking. Chłopcy spojrzeli na nie, potem na siebie. Łał, moce Lidii były niezmierzone.
- Co? - zapytała dziewczyna wysiadając z auta.
- Mieliśmy dzwonić po ciebie. - powiedział ze zgrozą McCall. Lidia posłała im półuśmieszek. Stiles spojrzał nań przerażony.
- Deaton dzwonił do mnie. Przewidywał że będziesz potrzebował bratniej duszy. - odpowiedziała Lidia wyraźnie znudzona torturowaniem chłopaków.
Peter wysiadł z auta.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytał z nienawiścią Scott.
- Między innymi dla takich chwil. - odpowiedział Peter bez skrępowania. - Poza tym jestem ciekaw jak to wygląda.
Scott posłał Stilesowi zrezygnowane spojrzenie, a ten wzruszył ramionami. Choćby chcieli nie mogliby się teraz pozbyć Petera.
- Świetnie! - powiedział Stiles i wrócił do środka. Peter rozejrzał się po gabinecie i rzucił do doktorka:
- Podoba mi się co zrobiłeś z gabinetem. Teraz oddaje twoje wnętrze.
Deaton całkowicie zignorował go, a Scott był o krok od znokautowania Petera.
Niedługo potem zjawiły się wilkołaki i wampiry. W gabinecie zostali tylko przywódcy klanów/stad i sami kandydaci: plus Lidia, Peter, Scott i druidzi. Razem dwadzieścia trzy osoby to oznaczało, że zrobiło się bardzo tłoczno. Tata powiedział, że przyjedzie gdy uda się mu wyrwać ze zmiany.
- To co ja mam robić? - zapytała Lidia.
- Podczas rytuału zostaną wyssane z Stilesa i kandydatów dusze. Twoja obecność pomoże każdemu wrócić do właściwego ciała. - powiedziała spokojnie Morell.
- Chwilkę, jak to wyssane? - zapytała Malia z przerażeniem.
- Jak to dusze? - dorzuciła Kira i spojrzała przez ramię na mamę stojącą za jej plecami. Pani Yukimura nawet nie mrugnęła.
- Dlatego mówiliśmy wam cały czas, że daremne są wszelkiego rodzaju próby przekupienia szamana w polubienie waszego kandydata. Nieistotne też było czy łączy go z którymkolwiek z was przyjaźń, czy miłość. - powiedział z rozbawieniem Deaton, ponieważ w głębi był sadystą; Peter totalnie miał rację i teraz gabinet oddawał wnętrze doktorka.
- Pod spodem, pod płcią, wiekiem, rasą, w samym rdzeniu osoby szaman musi odnaleźć Chowańca. - powiedziała Morell z niemal rozmarzoną miną. - Wasze dusze muszą być kompatybilne.
- To brzmi bardzo romantycznie. - zadrwił Peter a Morell rzuciła mu mordercze spojrzenie. Wilkołak wycofał się za plecy Malii. Dziewczyna warknęła w jego kierunku.
- Nieważne czy macie jakikolwiek związek z Stilesem, czy jesteście nieznajomymi. Nie jest istotne jak wyglądacie, skąd jesteście, ani wasze charaktery, bo dusza to wasz rdzeń. Rytuał zdziera wszystkie te zasłony dymne, osobiste uprzedzenia, abyście mogli się znaleźć. - powiedział Deaton z wąskim uśmiechem.
- Chwileczkę, co się stanie jeśli żaden kandydat nie ujmie mnie… mojej duszy? - zapytał Stiles mrużąc oczy. Deaton rozejrzał się po zgromadzonych i spojrzał na Morell.
- To bardzo dużo kandydatów i dość ras do wyboru. Wątpię abyś nie znalazł nikogo. - powiedział Deaton. Zgromadzeni czujnie patrzyli na Stilesa, jakby oskarżająco. Tak naprawdę chłopak chciał koniecznie wybrać kandydata od Scotta; prawdziwego kandydata a nie jedną z dziewczyn! Był pewien, że pod tym całym horrorem dzieciństwa i szalikami Isaak byłby w porządku.
- Nie przeciągajmy, chyba że jeszcze na kogoś czekamy. - powiedział Alfa wilkołaków, którego szeryf nie tak dawno wyrzucił za drzwi. Deaton spojrzał na Scotta, ale ten pokręcił głową przecząco. Wyraźnie do ostatniej chwili sądził, że Isaak zmieni zdanie i pojawi się.
- Alfa bez stada? To najsmutniejszy widok. - zadrwił wilkołak. Stojąca obok niego wilczyca Alfa rzuciła mu paskudne spojrzenie.
Drugie stado wilkołaków miało kobietę za Alfę. Wyglądała jak skóra zdjęta z Erici plus jakieś trzydzieści lat. Może więcej? Trudno określić wiek wilkołaków.
To był najsmutniejszy widok: jak wyglądałaby Erica gdyby dożyła tego wieku.
- Na miłość boską, Shaun- - warknęła pod oddechem wilczyca a jej kandydat posłał jej smutny uśmiech. Scott zarumienił się po czubki uszu. Chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie miał stada. Oczywiście, zawsze żartowali sobie że choć są koślawym i prowizorycznym stadem to są stadem, ale gdy przyszło co do czego to okazało się, że Scott nie miał nikogo do zaoferowania; Malia i Kira startowały nie jako stado Scotta, ale jako lis i kojot.
- Ruszajmy z tym show. Mam jeszcze arytmetykę do powtórzenia. - westchnęła Malia a Kira zaśmiała się.
Morell i Deaton rozstawili kandydatów w określonych miejscach pomieszczenia. Stiles stał na środku. Jedynie Lidia mogła swobodnie przemieszczać się.
- Pozostałe osoby proszę na zewnątrz. - powiedział uprzejmie Deaton. Alfy niechętnie wyszły a Peter marudził najbardziej. Pewnego dnia Staliński zabije tego upierdliwca!
- Zamkniecie drzwi spowoduje wywołanie zaklęcia. Może zrobić się- - zaczęła Morell, ale wyraźnie brakło jej słów, aby dokończyć. - strasznie. Dosłownie opuścicie swoje ciała.
- Ruszycie w wielką niewiadomą. - zakpił Peter z krzywym uśmiechem.
- WON! - powiedziały jednocześnie Lidia i Malia w stronę Hale'a, a ten warknął, że nikt nie docenia jego wkładu i wyszedł do poczekalni.
- Miał trochę racji. Nikt nie wie co dzieje się z duszą która opuści swoje ciało. - powiedział Deaton. Stiles złapał desperacko Lidię za dłoń. Dziewczyna spojrzała na jego rękę a potem w jego oczy i posłała mu zapewniający uśmiech.
- Gdyby się coś nie udało i nie sprowadziłabym was po wszystkim do ciał to nie możecie łazić za mną. - powiedziała ostrzegawczo Lidia. Ghul, mała dziewczynka która po przemianie przypominała małą siostrzyczkę z Bioshocka, spojrzała przerażona na wilkołaka od klona Erici.
- Jakie doświadczenie w tym w ogóle masz? - zapytał zaniepokojony syren za ich plecami. Gdy Lidia spojrzała na niego od razu aktywowała funkcję flirtu. Syreni byli wręcz nieprzyzwoicie przystojni; czy to dlatego aby uwodzić ludzi, jak głoszą baśnie, a może byli jedynie genetycznie obdarowani. Wyglądali jak samoańscy wojownicy: wysocy, odpowiednio umięśnieni, naturalnie opaleni i mieli zabójcze śmiechy. Szybko zostali faworytami Stilesa. Ten prawie nie wstydził się tego że był tak powierzchowny.
Lidia chciała coś odpowiedzieć, gdy Stiles poczuł uderzenie w pierś tak potężne, że wypchnęło z niego całe powietrze. Nie mógł złapać oddechu i zaczął powoli dusić się. Czysta agonia. Złapał w akcie desperacji mankiet koszuli Lidii, gdy osuwał się na kolana.
Głos przyjaciółki dobiegał z oddali aż w końcu wtopił się w biały szum w tle.
Stiles ostrożnie otworzył oczy. Odetchnął długo lodowatym powietrzem. Płuca zaczęły palić go.
Las. Znowu las, ale tym razem był zamrożony, wszędzie leżał śnieg, z niskich gałęzi zwisały sople lodu. Śnieg skrzypiał pod nagimi stopami chłopaka.
Stiles nigdy nie widział śniegu. Pewnie, widział w telewizji i miał podstawową wiedzę na temat zjawiska, ale nigdy nie doświadczył go osobiście.
Dopiero po chwili poczuł chłód. Krzyknął z przerażenia, bo stopy zaczęły szczypać go.
Cholera, śnieg był zimny!
Okej, nie potrzeba geniusza żeby się tego domyślić, ale wciąż. Jeśli Stiles był tylko duszą, bez powłoki cielesnej, zasługiwał na coś lepszego niż odmrożenia.
Zaświaty poważnie ssą!
Zastanawiał się jak to będzie wyglądało. Czy właściwa osoba po prostu pojawi się przed nim, a może powinien go/jej poszukać? Miał biegać po tym zamarzniętym lesie jak szaleniec?
Po kilku minutach marźnięcia zdecydował się ruszyć z miejsca. Nie było sensu stać bezczynnie i oczekiwać, że ktoś magicznie go znajdzie. Odmrozi tylko sobie swoje eteryczne palce, albo i coś ważniejszego.
Śnieg był puszysty i miękki. Drzewa były pokryte grubą warstwą lodu, w którym skrzyło się światło. Zamiast liści na gałęziach wisiały sople lodu; uderzały o siebie wydając przyjemne dźwięki dzwoneczków. Dopiero po chwili Stiles pomyślał, że uderzający o siebie lód nie dzwoni w ten sposób.
- Halo! - krzyknął chłopak w mroźną przestrzeń lasu, ale nikt mu nie odpowiedział. Jego krzyk zniknął bez echa, jakby wchłonięty przez otoczenie.
Ktoś objął Stilesa od tyłu: ręka wsunęła się pod jego ramieniem na pierś i przesunęła się wyżej. Dłoń owinęła się lekko pod jego żuchwą i ktoś wyraźnie próbował zwrócić na siebie uwagę Stilesa. Dotyk był delikatny i zdecydowany jednocześnie. Przypominał nagłą pieszczotę kochanka. Może to Malia? To byłoby świetnie!
- Stiles! - krzyk Lidii był przenikliwy, jak zawsze. Do tego dobiegał z tak bliska, jakby przyjaciółka krzyknęła mu prosto do ucha.
Chłopak obudził się kompletnie skołowany. Jego głowa musiała ważyć tonę. Nic nawet nie bolało go tak bardzo. Był jedynie nieziemsko zmęczony, jakby chciał spać sto lat.
- Wygraliśmy? - zabełkotał chłopak. Ledwo mógł unieść głowę z podłogi. W pomieszczeniu zapanowało spore zamieszanie, ale Stiles miał wszystkich i wszystko w nosie. Potrzebował jedynie chwili odpoczynku i ciszy.
- Nie może zasnąć! - krzyknęła Morell gdzieś blisko. - Nie pozwól mu spać, Lidia!
Stiles chciał odpowiedzieć Morell, aby odczepiła się, ale nie miał na to sił. Martin potrząsnęła Stalińskim kilkakrotnie, dość brutalnie, że ten poczuł jakby jego mózg obijał się po wnętrzu czaski.
- Podnieś go, Chris. Do pionu!
Tata? - pomyślał przelotnie Stiles słysząc głos ojca.
- Waży tonę. Gdzie to się mieści?! - warknął Argent dźwigając z podłogi Stilesa: zarzucił sobie ramię nastolatka przez barki dla lepszego udźwigu. Tego głowa uciekła w bok kompletnie luźna na karku.
Chłopak nie miał mgliste pojęcie na temat tego co dzieje się wokoło niego. Czy dobrze wybrał? Czy wybrał Malię?
- Nic mu nie będzie. Ruszaj się. - sapnął Argent, gdy ktoś drugi zarzucił sobie wolne ramię Stilesa wokoło barków. Próbował poruszyć nogami, gdy zaczęli się we trójkę poruszać, ale nie miał siły unieść stóp. Czuł tylko jak skóra ściera mu się z wierzchu stóp na asfalcie parkingu. Chłopak zanotował, że znalazł się w pozycji siedzącej; ktoś musiał wsadzić go do auta. Odruchowo próbował położyć się.
- Nie, nie, nie, dzieciaku. Trzymaj pion. - jęknął z ubolewaniem ojciec i złapał Stilesa za ramię. Szarpnął nim.
Droga nie była długa, a może wydawało się Stilesowi? Wciąż tracił i odzyskiwał przytomność. Nie miał pojęcia dokąd jedzie, ale był pewien, że w bezpieczne miejsce, bo jechał z nim tata.
W końcu samochód stanął, ale Stiles nie miał siły otworzyć oczu, aby spojrzeć na widok za oknem.
- -pieprzę to! - warknął Argent i przekleństwo brzmiało jakoś mocniej z ust tego na ogół spokojnego mężczyzny. - Bierz go za nogi, ja za ręce.
- Poczekaj! Trzeba to jakoś- - zaczął szeryf, ale Chris stanowczo mu uciął:
- Nie! Natychmiast, Staliński! Widać-!
Stiles znowu stracił przytomność i nie miał szansy usłyszeć dalszej części zdania.
