A/N: Noovember zaprasza na kolejny odcinek z serii: „och, gdyby pisanie pracy szło jej tak dobrze" (╯°□°)╯︵_ ┻━┻
Odpowiadając na pytanie Edi w komentarzach: Stalinski to nazwisko Stilesa (stąd serialowy pseudonim). Word poprawiał mi je (nazwisko) automatycznie i jakoś nie mogłam się zmusić do zmienienia tego. Brzmiał dużo lepiej, bo zakładam, że Stalinski to zamerykanizowana wersja Stalińskiego.
Oczywiście mogę to poprawić, ale wiele to nie zmieni.
Także przypominam, że korekta jest jedynie moja własna, więc gramatyka i ortografia jest… cóż… wolna amerykanka (⌒_⌒;)
Rozdział 9 - Stiles w Lofcie
Stiles był wpółprzytomny. Słyszał jedynie podniesione, podniecone głosy taty, Argenta, Isaaka i Deatona. Szarpano jego ciałem i ustawiano go w odpowiednich pozycjach. Dla chłopaka najważniejsze było, żeby znalazł się w pozycji horyzontalnej.
Gdy nastolatek leżał już wygodnie na podłodze ktoś usiadł na jego piersi. Para silnych rąk owinęła się wokoło jego szyi. Na początku Stiles nie zarejestrował zagrożenia; w końcu tata był w pobliżu.
Po chwili dłonie mocno zacisnęły się, miażdżąc krtań i żyły. Cała ślina z gardła podpłynęła Stilesowi w jamę nosową. Zaczął machać rękoma próbując strącić z siebie atakującego.
Im mniej chłopak miał tlenu w organizmie, paradoksalnie robił się coraz bardziej świadomy otoczenia. Widział ojca szarpiącego się z Argentem, jak tata postrzelił Isaaka próbującego pomóc Chrisowi utrzymać szeryfa w miejscu.
W ostatnim akcie desperacji Stiles spojrzał na napastnika. Mina Deatona nie była okrutna, tylko spokojna i wykalkulowana.
Weterynarz coś mówił doń, ale chłopak nie słyszał go przez dzwonki w uszach.
Stiles już dłużej nie wytrzyma; głowa eksploduje mu z bólu.
Gdzieś w tyle głowy zaświtała mu myśl, że duszenie powoduje pękanie naczyniek krwionośnych w gałkach ocznych, więc nim Deaton skończy, Stiles będzie miał oczy czerwone jak demon. Jakże pasujące.
Dłonie Deatona zadrżały na szyi chłopaka i ten przez sekundę myślał, że weterynarz puści go, ale ten jedynie poprawił uchwyt.
I nagle - cisza.
Chłopak stał pośrodku zamrożonego lasu. Przed nim stało wysokie, rozłożyste drzewo z lodu, jak rzeźba. Jego odbicie w lodowym konarze było niewyraźne, zniekształcone.
Wcześniej chłopak nie zdawał sobie sprawy, że nie widział siebie nigdy. Był dość szczupły, na granicy chudości, nie miał prawie w ogóle masy mięśniowej, tu i ówdzie kości odznaczały się pod skórą, od których jedynie odwracały uwagę znamiona. Jego ciało było pokryte masą sinych wzorów, które musiał mieć od zawsze, bo nie pamiętał nie posiadania ich. Twarz chłopaka też była dziwna: miał za duże oczy, za szerokie usta, zadarty nos. Wyglądał dość ciamajdowato.
W odbiciu miał zarzuconą niczym płaszcz skórę zwierzęcia; tego martwe oczy zerkały na chłopaka z czubka głowy jego odbicia. W rzeczywistości nie miał na sobie okrycia; był w samych spodniach i boso.
- Kim jestem? - zapytało odbicie robiąc krok w bok, pokazując że miało własną wolę.
- Nie wiem. - odpowiedział zgodnie z prawdą chłopak. Otrzymał w odpowiedzi tylko ostry uśmiech.
- Jak się nazywam? - zapytało ponownie odbicie i tylko bardziej skonfundowało oryginał.
- Nie wiem. - powtórzył chłopak. Odbicie uśmiechnęło się pokazując dwa rzędy zaostrzonych kłów. Chłopak odruchowo przeciągnął językiem po swoich zębach, ale były one tępe.
- Kim jestem? - pytało uparcie odbicie. Wyglądał jakby miał wyskoczyć z lodu i zabić oryginał. Chłopak odwrócił się i zaczął biec ile miał sił w nogach.
Kim jestem? - pomyślał desperacko nastolatek, bo nie wiedział tego. Nie wiedział jak nazywa się, ani kim był. Wszystko było czystą kartką. Nie wiedział nawet czy powinien znać kogoś, czy powinien mieć imię.
Zatrzymał się dopiero, gdy zobaczył między drzewami ruch. Może to ktoś kto znał go?
Chłopak wbiegł na zamarznięte jezioro i niemal natychmiast jego nagie stopy poślizgnęły się na lodzie i wywrócił się na plecy. Tak, czuł że to było wejście w jego stylu.
Na tafli jakaś dwunożna, wielka istota pomiatała małą i czworonożną. Może chciały się zagryźć wzajemnie? Było między nimi pewne podobieństwo: oba miały czarne włosie, długie pyski, spiczaste uszy i ogony. Chłopak nie miał pojęcia czy nazywały się jakoś, ale był prawie pewien, że większy wygra. Większy zawsze wygrywa, prawda?
Wielka istota pchnęła mniejszą daleko, a za tą na białym lodzie została smuga czerwieni. Och, to nie był dobry znak, prawda? To nie wyglądało na dobry znak.
Kiedy twoje życie było pustą kartką jedyne na co mogłeś liczyć to instynkty, a te podpowiadały chłopakowi, że czerwone zdecydowanie nie powinno być na zewnątrz.
- Nie, nie, nie! - krzyknął chłopak rzucając się w przód, biegnąc w stronę walczących istot. Podbiegł ile sił w nogach i klęknął tak aby osłonić małe stworzenie przed większym, który zapewne szykował się do zadania miażdżącego ciosu.
- Nie, nie, błagam! Nie rób tego. - powiedział z przerażeniem chłopak wyciągając przed siebie dłonie jakby to miało obronić ich przed siłą ciosu.
Niespodziewanie wielkie zwierze spojrzało nań w jakiś sposób łaskawie i wycofało się w ciemność lasów. Chłopak był zaskoczony, ale zaraz przypomniał sobie o małej istocie.
- Wszystko dobrze? - zapytał miękko chłopak, ale istota spojrzała nań wściekła. Nie wysyłała sygnałów, jak „ugryzą Cię", a raczej „zostaw mnie w spokoju".
Małe stworzenie uniosło się na lodzie i odkuśtykało w stronę lądu z przednią nogą uniesioną w górę. Chłopak poszedł za nim. Biedna istota wyglądała tak żałośnie i potrzebująco.
Stworzenie ułożyło się na ziemi i zaczęło lizać zraniony bok, jakby to pomagało mu poradzić sobie z bólem. Chłopak wyciągnął dłoń w jego kierunku, ale stworzenie spojrzał na jego rękę i obnażyło zęby, warcząc zadziornie.
Chłopak czuł, że to nie z nienawiści do niego istota warczała, a ze strachu przed ponownym zranieniem.
- Nic Ci nie zrobię. Obiecuję. Chodź, pomogę Ci. - powiedział uspokajająco chłopak pozwalając swojej dłoni wisieć pomiędzy nimi aż stworzenie nie zdecyduje się zaakceptować jego pomocy.
Wydawało się, że całe wieki istota rozważała propozycję chłopaka. W końcu podniosła się i usiadła przed nastolatkiem, trzymając wciąż przednią nogę w górze. Uniósł łepek i otarł się o uniesioną dłoń chłopaka, jakby mówił: akceptuję twoją propozycję.
Chłopak przeciągnął wolną dłonią po boku stworzenia czując otwartą ranę, przez którą ten nie mógł położyć łapki na ziemi.
- Cii, już dobrze. - powiedział uspokajająco chłopak obejmując stworzenie wokoło grzbietu. Nacisnął mocniej na otwartą ranę, patrząc jak znamiona na jego własnym ciele przemieszczają się i zmieniają, jakby były żywe. Włochate stworzonko pod nim zaskowyczało i ułożyło łepek na ramieniu chłopaka; prawie jakby obejmowali się.
- Teraz mamy siebie. - powiedział cicho chłopak. - Już las nie będzie taki straszny i pusty, bo nie musimy być sami.
Istota odetchnęła z ulgą i przylgnęła do piersi chłopaka ufnie. Ten czuł jak wypełnia go ciepło płynące ze stworzenia. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy jak zima w lesie przeszyła jego ciało, jak skostniał z zimna aż do kości.
Zupełnie jakby na sekundę ich serca dotknęły się. Oczy istoty zaświeciły się błękitem, ale nie były straszne; były smutne i pełne nadziei. Chłopak mocniej przycisnął go do piersi, jakby mogli połączyć się w jedno. Właściwie to czuł się przywiązany do małego włochacza.
Chłopak czuł smutek tuląc małą istotę, bo to musiało skończyć się: musi puścić stworzenie i nigdy już nie dotknie go w ten sam sposób; już nigdy nie będą tak blisko swoich serc i dusz, nie otrą się o siebie w tak intymny sposób i to zasmucało nastolatka bez końca.
Nagle z ciemności lasów wyszedł sobowtór chłopaka i wielka dwunożna istota. Wyglądali jak wspólnicy, ale nigdy nie będą mieli tego co miał chłopak z tym małym stworzeniem.
- Kim jestem? - zapytał sobowtór. Chłopak mocniej przycisnął małą istotę do piersi. Wielki stwór podszedł do nich i rozdzielił ich siłą. Przytrzymał potężną łapą małą istotę przy ziemi.
- Kim jestem? - pytał uparcie sobowtór podchodząc do oryginału. Kopnął go w pierś, przewracając z klęczącej pozycji na plecy. Mała istota piszczała i warczała, szamotała się w uścisku większej, próbując oswobodzić się z uścisku.
Sobowtór usiadł na chłopaku okrakiem i objął rękoma jego gardło. Chłopak złapał dłonie zaciskające się z wolna mocniej i mocniej wokoło jego szyi. Klon wyglądał jakby czerpał dziką satysfakcję z torturowania oryginału, miał czystą żądzę mordu w oczach.
Mała istota wyszarpała się z uścisku olbrzyma i skoczyła w stronę sobowtóra duszącego chłopaka, gdy tego ogarniała ciemność.
Powietrze dostało się do płuc Stilesa rozrywając je bólem.
- Nie, Derek! Zejdź! - krzyczał Isaak podkładając Derekowi swoje ramię pod zęby, aby ten ugryzł go zamiast Deatona. Ojciec strącił Argenta i podbiegł do syna, gdy Chris i Isaaka próbowali zapanować nad Halem, aby nie zagryzł weterynarza.
- Już dobrze, Stiles. - mruknął cicho ojciec tuląc syna do piersi. Chłopak nie mógł wyrównać oddechu z nerwów. W lofcie rozległ się odgłos wystrzału. Derek złapał się za bok i zszedł z Deatona.
- Zadziałało? - zapytał zdenerwowany ojciec głaszcząc uspokajająco Stilesa.
- A! Cholera, Argent! - krzyknął Derek z podłogi. Lahey wydłubał z boku Hale'a kulę i rzucił na bok. Pogładził uspokajająco ramię Dereka, ale ten nie zareagował na pieszczotę.
- Zasłużyłeś. Zasada numer jeden: druidzi są nietykalni. - warknął Chris i brzmiało to sensownie.
- Hej, on chciał udusić mojego syna. - warknął szeryf i Stiles powoli przypominał sobie weterynarza siedzącego na jego piersi, duszącego go aż wycisnął z chłopaka życie.
- Nie, chciał. Udusił. - poprawił Deaton podnosząc się z podłogi. Brzmiał na lekko wstrząśniętego. - To był jedyny sposób, aby połączyć was na nowo.
- Jak to połączyć? - zapytał ze szczerym oburzeniem Derek.
- Jak to na nowo? - dorzucił Stiles. Co prawda druidzi wspominali, że to Hale mógł być idealnym kandydatem na Chowańca, przez więź jaką przypadkowo nawiązali: łatwość z jaką Stiles brał dla siebie możliwości uzdrawiania się wilkołaka, jak zmienił Dereka w wilka a potem „potwora Frankensteina".
- Sądziliśmy z Morell, że wasza więź była chwilowa, stworzona z potrzeby pozyskania wilkołaczych zdolności regeneracji. - powiedział Deaton spokojnie. - Nie symbioza a pasożytnictwo.
- To pasowałoby. - warknął ze złością Derek a Stiles rzucił mu wściekłe spojrzenie. Nie był pasożytem! Ten niewdzięczny-
- Nie wysyłaliście sygnałów przywiązania. - kontynuował niezrażony weterynarz. - W normalnych warunkach szamana i Chowańca nie można utrzymać z dala od siebie. Mają podświadomą potrzebę bycia w kontakcie, a wy nie szukaliście swojego towarzystwa.
- Dlatego mam być jego zwierzątkiem? Raz mnie o mało co nie zabił, zmienił w potwora, a ja mam być jego zwierzakiem?! - krzyknął wściekły Derek wskazując na Stilesa.
- Hej, nie zrobiłem tego specjalnie! - warknął Stiles podnosząc się z ziemi. Ojciec złapał go pod ramię.
- Zamknij się. Nie rozmawiam z tobą! - warknął groźnie Hale i nie była to czcza groźba.
- Nie będziesz tak do mnie mówił! - krzyknął Stiles, bo zaloty klanów rozpieściły go. - Wiesz co? Są istoty, które zabijają się o tę pozycję!
- Jestem w „tej pozycji", bo Isaak spanikował, a Argent nie chce mieć krwi kolejnego Hale'a na rękach. - powiedział Derek i jego chłodny ton przyprawiał chłopaka o zimny dreszcz.
- Wielka dziura w miejscu serca to powód do paniki! - krzyknął obronnie Lahey. Derek posłał mu wściekłe spojrzenie; zaangażował w to brwi, więc zrobiło się groźnie.
- Nie, martwica jest powodem żeby dzwonić do Deatona i Argenta. - odpowiedział Isaak i Stiles cieszył się, że nie był jedynym, który prowadził rozmowy z brwiami Dereka.
- Martwica?! Jesteś tak uparty, czy zwyczajnie głupi?! - warknął Stiles czochrając włosy. - Gdyby przeżarła się do serca to byłbyś martwy!
- Och, dziękuje Ci za ocalenie. - odpowiedział Hale z kpiącym uśmieszkiem tańczącym na ustach. Mierzyli się ze Stilesem spojrzeniem, gdy Isaak im przerwał:
- Dokończycie to później. Głowy klanów się zbliżają i są wkurzeni.
Stiles spojrzał przerażony na Deatona. Zapomniał kompletnie o bandzie Alf, która nie będzie zadowolona, że rytuał został przerwany. Więcej! Nigdy nie powinien zacząć się, a oni podróżowali na darmo i robili sobie nadzieję, że będą mieli szamana za emisariusza.
- Na pięć minut udawajcie, że nie chcecie poukręcać sobie łbów i może wyjdziemy z tego cało. - warknął Argent odbezpieczając pistolet. Szeryf odsunął za siebie Stilesa i wyciągnął broń. Z trudem pomogą z ośmioma Alfami, w tym panią Yukimurą z armią demonów Oni.
- Co tu sie dzieje?! - krzyknął ghul wchodząc do loftu. Wyglądał jak wyjęty z poprzedniej epoki: w surducie i z monoklem. Mała dziewczynka - jego czempion - stała u jego boku w błękitnej sukience z dużą kokardą na piersi.
- Chcielibyśmy wiedzieć to. - mruknął Stiles i otrzymał karcące spojrzenie od ojca. Okej, już nic nie powiem.
- Obawiamy się, że rytuał był przedwczesny. - odpowiedział Deaton z dyplomatycznym spokojem.
Loft wypełnił się głowami klanów/stad i ich kandydatami. Nie było z nimi ani Scotta, ani pani Yukimury, ani żadnego mieszkańca Beacon. To nie wróżyło dobrze.
- Nie przejechałem tu dla pustych obietnic! - warknął przywódca wampirów z Vegas, Virgil. Rzucił się na Argenta i ugryzł w bok szyi. Chris strzelił mu w brzuch kilkakrotnie, ale wampir nie odczepiał się odeń i było ryzyko, że przegryzie łowcy żyły.
Kandydatka wampira rzuciła się na Isaaka, który ruszył na pomoc Argentowi. Syreni obskoczyli Dereka przygważdżając go do ziemi, jak wściekłego psa.
Szeryf strzelił raz do Alfy wampirów z Vegas nim przywódca drugiego klanu krwiopijców wytrącił mu broni i obezwładnił go.
- Nie! - krzyknął przecząco Stiles widząc jak ojcu dzieje się krzywda. Skoczył wampirowi na plecy, ale ten zepchnął go jedną ręką z siebie. Jego kandydat przytrzymał Stilesa przy ziemi.
Deaton podniósł dłonie do góry gdy wilkołak Alfa doskoczył do niego i złapał pazurzastą łapą za gardło. Argent z trudem trzymał się na nogach przez utratę krwi. Wampir wyraźnie wolał nie ryzykować i trzymał łowcę w podwójnym Nelsonie.
Stary kojot stanął przed Stilesem. Bił od niego całkowity spokój.
- Teraz dokończymy rytuał. - warknął Alfa. Wyciągnął z kieszeni złożone kartki. Młody kojot wziął je od swojego Alfy. Podszedł do pozostałych: trzech wilkołaków i ghuli.
- Co to? - jęknął chłopak.
- Wzory do zaklęcia od tej druidki. - powiedział z dziwną satysfakcją kojot.
- Marin nigdy nie oddałaby wam planów. - warknął Deaton. Alfa wilkołaków wpoił pazury trochę głębiej, tak że niemal przebił skórę.
- Nie, nie oddałaby. - zaśmiał się kojot okrutnie i wszystkich zmroził strach. Co stało się w klinice z Malią, Scottem, Kirą i jej mamą, z Lidią i Morrell? Już mniejsza o Petera, ale czy pozostali byli jeszcze cali?
- Nie możecie tego zrobić. - powiedział Deaton jakby nie dawał komentarzowi kojota dotrzeć do siebie. - To zabije obecnego Chowańca. Dlatego musieliśmy przerwać rytuał za pierwszym razem.
- Cóż, on jest dość nisko na naszej liście priorytetów. - zadrwił wilkołak Alfa koło ucha weterynarza. Stiles szukał spojrzeniem Dereka, ale ten leżał poza zasięgiem jego wzroku. Spojrzał zamiast tego na ojca, którego wampir trzymał w podwójnym Nelsonie.
- Wiecie co? - warknął bez tchu Stiles. - Nie lubię was! Przepędzę was na cztery strony świata.
- Nie sądzimy. - zaśmiała się wilczyca Alfa. - Kogokolwiek wybierzesz, ten zostanie przy Tobie i Nemetonie.
- W dupie mam was i wasze rytuały! Nie możecie mnie zmusić! - krzyknął chłopak zuchwale, ale wywołał jedynie rozbawienie w Alfach.
- Oczywiście że możemy. - zaśmiał się ghul. - Jak powiedziała druidka: pod wszystkimi uprzedzeniami znajdziesz w którymś z naszych kandydatów coś nęcącego. Coś co uczyni was wami.
- Pierdol się. - syknął Stiles a wampir wcisnął jego twarz w deski podłogi.
- Nieładnie. - zacmokał wilkołak Alfa i wybuchł gromkim śmiechem.
- Do rytuału wybiera się najwierniejszych członków stada, bo wtedy ich lojalność przechodzi na szamana. - powiedział kojot. - Prostszymi słowami: będziesz nienawidził stada swojego Chowańca, ale będziesz mu wierny.
- Czasami szaman po prostu nie chce współpracować. - zadrwiła wilczyca. - Co nie oznacza, że potrzebna jest jego zgoda i dobra wola na cokolwiek.
- Złaź ze mnie! - krzyknął Isaak buntowniczo. - Źle znoszę ograniczenia swojej przestrzeni osobistej.
Wampirzyca siedząca na Lahey'u jedynie zaśmiała się nie mając zamiaru puszczać go. Ten łatwo zrzucił ją z pleców prosto w syrenów przytrzymujących Dereka.
Hale od razu skorzystał z okazji i skoczył w stronę wampira trzymającego Chrisa, ale ten był szybszy; wampiry były zbudowane dla szybkości, jak wilkołaki dla siły. Wampir chwycił broń Argenta i strzelił do Dereka.
- Nie! - krzyknął zrozpaczony Deaton. Stilesowi w tym samym momencie zabrakło oddechu. Z początku myślał ze to szok spowodowany odgłosem wystrzału.
- O nie! - zapiszczała dziewczynka ghul zasłaniając dłońmi usta. Stiles odkaszlnął krwią. Złapał się odruchowo za pierś, bo tam było źródło bólu. Łapał oddech desperackimi haustami. Wampir zszedł z chłopaka. Zaczął tłumaczyć się, że niczego nie zrobił. Szeryf skorzystał z nieuwagi i podskoczył w stronę syna.
- Stiles? Stiles?! - jęknął ojciec nie mogąc wydusić z siebie więcej. Nie ma słów jakie opisałyby jak wyglądał patrząc na Stilesa wypluwającego więcej krwi.
- Nie masz rany. Gdzie jest rana?! - krzyknął szeryf obejmując mocno syna.
Stiles wszystko bolało jakby jego płuca eksplodowały, wypełniała je coraz większa ilość krwi powoi topiąc chłopaka; wszystko bolało, a w uszach słyszał jedynie dudniące tętno.
- Gdybyście mnie posłuchali przez chwilę! - krzyknął wściekły Deaton. - Przez siedemdziesiąt dwie godziny szaman i Chowaniec są połączeni. Zrób coś jednemu, zrób obu!
- Zastrzeliłeś szamana, idioto! - krzyknął ktoś. Stiles przestał już odróżniać do kogo należały głosy. Patrzył z przerażaniem na ojca.
Teraz Stiles wiedział co czuła Allison. Myśli chłopaka kłębiły się wokoło: nie chce odchodzić, błagam, błagam, nie pozwól mi odejść. Widząc jednak kochającą twarz ojca nad sobą i wiedząc jak mało czasu pozostało Stilesowi, nie chciał wykorzystywać go, aby pozostawić po sobie gorycz na tym świecie.
- W- - Stiles wykrztusił dość krwi, aby powiedzieć coś. - W porządku, tato- W porządku- Nie boli.
Stiles skłamał wiedząc, że to przyniesie ojcu ukojenie: wiedza że jego dziecko nie cierpiało. Prawda była taka że bolało Stilesa jak skurwysyn, jakby ktoś położył mu betonowy blok na piersi.
- Nie mów, Stiles. Nic nie mów. - jęknął ojciec zatroskany. Deaton pochylił się nad chłopakiem.
W lofcie zapanowała zamieszanie, ale mózg Stilesa musiał przeciążyć się od nadmiaru emocji i pływał pomiędzy świadomością i jej brakiem.
Przez całe wieki zdawało się Stilesowi, że umarł. Nagle niesamowite uczucie rozerwało jego ciało, jak pierwsze chwile ataku paniki: wszystko stał się wyraźne, obrazy i dźwięki ostre, zapachy nieznośne. Jednak zamiast uczucia przerażenia, towarzyszyło mu uczucie pewności siebie; czuł się potężny i niezwyciężony.
Stiles poczuł silny prąd, potężne szarpnięcie w żołądku. Spazm wstrząsnął ciałem, trzeszcząc w stawach, ciągnąć mięśnie do momentu skurczu.
- Stiles? - zapytał zszokowany ojciec gdy syn wyplątał się z jego uścisku i wstał. Stiles nie ufał, aby wydobyć z siebie głos. Spojrzał na Alfę wampirów z Vegas.
- Co zrobiliście Scottowi? - zapytał z czystą nienawiścią Stiles. Alfy wilkołaków i stary kojot patrzyli z przerażeniem na chłopaka.
- Co?! - krzyknął Stiles czując parujący z porów Alf strach. To było takie odurzające uczucie.
- Nic! - krzyknął ghul i chłopak spojrzał na niego z nienawiścią. Kłamał. Jak śmiał okłamywać szamana?!
- Kłamiesz. - powiedział znaczenie spokojniej chłopak i zacisnął pięść. Poczuł skumulowany prąd pod stopami, jakby stał na ruchomych piaskach. Stiles machnął ramieniem w bok i rzucił ghulem o drzwi loftu. Ten w akcie desperacji złapał wilczycę betę. Ich połączone wagi z prędkością jaką nadał parze Stiles wyrwały drzwi z zawiasów.
- CO ZROBILIŚCIE MOJEMU STADU?! - krzyknął chłopak ze wściekłością. Czuł że mógłby ryczeć jak wściekłe zwierze z nienawiści do Alf.
- Obezwładniliśmy ich! - krzyknął przywódca syren osłaniając głowę od ciosu. Nie kłamał. Stiles czuł każde uderzenie swojego serca o żebra, każdy ruch jelit; był tak niesamowicie świadom swojego ciała. Spojrzał na starego kojota.
- Żyją! Przysięgamy że żyją! - odpowiedział kojot na niezadane pytanie. Stiles czujnie spojrzał na każdego z Alf.
- Wynocha. - warknął nisko i dziwnie zwierzęco chłopak. Alfy spojrzały po sobie jakby przeszło im przez myśl sprzeciwienie się. Stiles czuł się tak potężny, że żaden Alfa nie był dlań przeszkodą.
Chłopak pozwolił prądowi przepłynąć w stronę lewej ręki. Złapał najbliższego wampira Alfa za gardło i wyrzucił za okno.
- Stiles! Uspokój się! - krzyknął zrozpaczony ojciec, ale nastolatek nie chciał słuchać go.
Chłopak czuł się tak potężny. Chciał zabić ich wszystkich i tym razem to uczucie nie należało do Nogitsune, tylko do niego samego. Chciał zabić ich, zabić wszystkich, którzy grożą jego stadu. Nigdy więcej nie straci przyjaciół: nigdy więcej Allison, Erici, ani Boyda. Nigdy nikt nie opuści go jak zrobił to Jackson czy Cora.
Nie będzie słabym człowiekiem! Zabije, zabije ich wszystkich!
- Nie! - Z tym okrzykiem na plecach Stilesa wylądował Derek i przygwoździł go do ziemi. Nie może tego robić! Czemu nie był posłuszny?!
- Wynocha, bo go puszczę i wszyscy doświadczycie defenestracji. - warknął groźnie Hale i poprawił uścisk na ramieniu Stilesa.
- Stiles, spokojnie. Spokojnie, dzieciaku. - powiedział uspokajająco ojciec głaszcząc syna po głowie. Gdy ostatni z obcych stad wyszedł z loftu, Hale odsunął się powoli na bok.
Stiles podskoczył do pionu i złapał Dereka za gardło. Nigdy więcej nikt nie będzie pomiatał Stilesem! Zamiast bronić się, Derek odchylił lekko głowę w tył odsłaniając szyję. Prosty gest uległości ochłodził gniew Stilesa i pozwolił trzeźwiej spojrzeć na świat. Przesunął palcem wskazującym do punktu pulsu pod żuchwą wilkołaka, przy linii zarostu. Uśmiechnął się pod nosem, bo posłuszeństwo pasowała do Hale'a.
- Proszę, Stiles. - jęknął za plecami chłopaka jego ojciec. Ten odwrócił głowę powoli nie puszczając gardła Dereka. Wilkołak poruszał się płynnie, jego ciało było kompletnie rozluźnione pod dłonią Stilesa.
- Już dobrze. - powiedział Hale delikatnie dotykając ramienia Stilesa. Ten obrzucił zainteresowanym spojrzeniem obcą dłoń. Bardzo ciekawe. Przesunął palec wskazujący wyżej, pod brodę Dereka, a ten jedynie dalej odchylił głowę. Stiles uśmiechnął się pod nosem.
- Bardzo dobrze. - powiedział kojącym głosem szeryf. Dotknął dłoni syna i zdjął ją z gardła wilkołaka.
- Świetnie. - dopowiedział ojciec i przytulił mocno syna. Pocałował go w czoło. Chłopak odprężył się i wtopił w uścisk. Objął plecy taty, ale zaraz stracił wszystkie siły i upadł nieprzytomny na podłogę loftu.
Stiles obudził się w swoim pokoju. Wciąż miał mętlik w głowie i cały dzień wydawał się snem. Może był? To wszystko co zrobił: defenestracja wampira, wyrzucenie ghula z drzwiami, ta cała wściekłość i nienawiść - to nie mogło być prawdą; to nie był ON. To było jak powtórka z Nogitsune.
Przede wszystkim chłopak był bardzo świadom, że utknął z Derekiem cholernym Halem, jako Chowańcem! Były jakieś granice! Granice były ważne!
Stiles powoli wstał z łóżka i wyszedł na korytarz. W salonie siedział Scott z Malią i grali w Scrabble. Na widok Stilesa dziewczyna podskoczyła do pionu i rzuciła się mu na szyję. McCall uśmiechnął się szeroko.
- Jak się czujesz? - zapytał Scott podchodząc do przyjaciela i klepiąc go w ramię.
- Nie wiem… Wciąż zmęczony. - powiedział Stiles. Czuł się jakby zawieszony pomiędzy snem a jawą. Malia spojrzała nań rozbita, ale Scott zrozumiał natychmiast: Staliński jeszcze nie wiedział co czuje po wyrwaniu duszy, nie wiedział co czuje w związku z Derekiem, ani ze sposobem przegonienia Alf z Beacon.
- Co z Alfami? - zapytał Stalinski starając się zachować przytomność umysłu.
- Ujmijmy to tak... - powiedział Scott z szerokim uśmiechem. - Tak się spieszyli, że nie zdążyli się pożegnać.
W trójkę zjedli zimną pizzę. Malia głośno narzekała na matematykę, mówiąc że korepetycje Lidii nie pomagają jej i równie dobrze mogłaby mówić do kojotki w obcym języku. Tate była pewna, że szkoła letnia była dla niej już nieunikniona. Ważne było teraz, aby spróbowała nadrobić pozostałe przedmioty, jak literaturę angielską i historię, aby kompletnie nie zawalić roku.
Malia została na noc, choć szeryf zawsze stanowczo sprzeciwiał się nocowaniu jej.
Mimo że byli ze Stilesem jedynie we dwóch, to jednak ojciec kładł nacisk na granice. Stanowczo powiedział: żadnego picia alkoholu, palenia, nocowania dziewczyn, o braniu narkotyków (nawet tych „miękkich") nie wspominając. Stiles miał godzinę policyjną i nie mógł chodzić za późno spać. O wszystkich wyjściach towarzyskich: na imprezy, do kina, czy nocowaniu u kolegów, tata musiał wiedzieć z wyprzedzeniem i Stiles musiał być pod telefonem cały czas.
Może tata był taki ostry dla Stilesa, bo był szeryfem: wiedział co czaiło się w ciemnych alejkach, jak nieszczęścia dotykają niewinnych?
Scott był prawdziwym szczęściarzem, że jego mama nie kładła nacisku na to takie rzeczy.
Tym razem ojciec musiał zrobić wyjątek, bo łóżko Stilesa wydawało mu się bardzo zimne i puste: coś co tylko Malia mogła naprawić. Cały świat wyglądał jakby wszystkie barwy zniknęły na koszt zszarzałych kolorów.
- Wiesz, słyszałam o Dereku. - zaczęła ostrożnie Malia. Podchodziła do tematu jak do uzbrojonej bomby.
- To nie tak jak myślisz- - zaczął chłopak, ale nie wiedział co chciał powiedzieć. To nie znaczy, że kocham Ciebie mniej? To nie znaczy, że kocham Dereka?
- Spokojnie, umiem się dzielić. - powiedziała z cieniem humoru dziewczyna. Wyraźnie bawiło ją zakłopotanie Stilesa.
- Nie musisz się mną dzielić. - odpowiedział Stiles, bo wiedział jak wszystkie łacze istoty reagują na konkurencję - rozlewem krwi; szczególnie wilki kontra kojoty.
Malia zdjęła spodnie; nigdy nie nosiła koronkowej bielizny, tylko bawełniane szorty. Zdjęła stanik spod koszulki i rzuciła go na ziemię.
- Jeśli czegoś nauczyłam się od was, to tego że serce może należeć do wielu osób jednocześnie. - powiedziała dziewczyna wsuwając się pod kołdrę. - Wydawało mi się to dziwne, ale kocham Ciebie i Kirę, i Scotta, i Lidię. Kocham was wszystkich po równo i każde inaczej.
Stiles położył się obok dziewczyny. Rzadko przytulali się w łóżku. Każde lubiło swoją przestrzeń: Stiles lubił spać na brzuchu a Malia na boku i nie potrafili razem ułożyć się, aby było im wygodnie.
- Z nikim innym nie sypiasz. - zaśmiał się dumny z siebie Stiles. Malia była dziką istotą, którą ujarzmił.
- Mogłabym. Lidia jest bardzo atrakcyjna. - odpowiedziała prosto Tate. - A według telewizji wspólne nauka to jeden ze sposobów, aby się z kimś przespać.
Dlaczego Stiles robił to sobie i wierzył, że kiedykolwiek będzie mógł posiąść dziką istotę?
Cóż, zawsze miał Dereka, prawda?
Stiles przeraził się własnych myśli.
Co? Nie, nie posiadał posiadał Dereka! Po prostu byli na siebie skazani, bo wszechświat nienawidził ich obu.
Poza tym druidzi i inni szamani mówili, że związek z Chowańcem nie miał nic wspólnego z miłością czy seksem!
Malia szybko zasnęła. Czasami chrapała i Stiles czerpał przyjemność z zatykania jej nosa, aby przestała. Czasami to nie działało. Malia nie wierzyła, że chrapie i sądziła że Stiles chciał być po prostu dowcipny.
Dziewczyna obudziła chłopaka rano, gdy przeszła po nim, aby wyjść z łóżka.
- Dobry. - powiedziała Tate w holu. Stiles skwasił się. Tata wrócił i nie będzie zadowolony.
- Myślałem że rozmawialiśmy o tym. - powiedział ojciec stając w drzwiach pokoju syna. Stiles usiadł na łóżku.
- Tak, ale nic nie robiliśmy. Po prostu potrzebowałem towarzystwa. - odpowiedział chłopak. Zerknął na ojca.
- Z nocowaniem Scotta nie mam problemu, Stiles. Malia nie musiała zostawać na noc. - powiedział tata i wyszedł z pokoju syna wyraźnie zawiedziony. Świetnie! Stiles wstał z łóżka i wyszedł na korytarz za ojcem.
- Tato, chciałbym nie iść dziś do szkoły. Odespać to. - jęknął chłopak bawiąc się fragmentem koszulki.
- Dobrze, zadzwonię do szkoły i usprawiedliwię Cię. - powiedział tata. Stiles miał odejść, kiedy przełamał się. Musi być dorosły: nie było sensu robić sobie wroga w ojcu.
- To się nie powtórzy. - powiedział z niechęcią chłopak. - Następnym razem poproszę Scotta, żeby został.
Ojciec skinął mu głową.
- Dzwonię do szkoły i idę spać. - odpowiedział tata i uśmiechnął się do syna. - Malia-
- Idzie do domu, szkoły, przyniesie mi pracę domową, może zje z nami kolację. - Szybko wtrącił chłopak. Otrzymał od ojca uśmiech.
Malia wciągała spodnie, gdy Stiles wszedł do pokoju.
- Poinformuję resztę, że przeżyłeś. Staraj się utrzymać ten stan do wieczora. - zaśmiała się dziewczyna i założyła kurtkę.
- Dowidzenia! - krzyknęła w powietrze dziewczyna gdy już zbiegała po schodach.
Tata zadzwonił do szkoły i usprawiedliwił syna na ten dzień. Potem poszedł odespać podwójną zmianę. Stiles położył się na kanapie w salonie i włączył telewizor. Pomyślał że może prześpi się jeszcze kilka godzin przy powtórkach kiepskich seriali.
Następnego dnia Stiles poszedł do Deatona, ponieważ dostał od niego wiadomość, aby niezwłocznie pojawić się. Weterynarz nigdy nie zostawiał wiadomości, więc sprawa musiała być poważna.
- Przyjechałem najszybciej jak mogłem. - powiedział Stiles wpadając do gabinetu weterynarza. Zatrzymał się w drzwiach, gdy zobaczył Dereka w środku.
- Co on tu robi? - zapytał chłopak z oburzeniem, bo Deaton mógł przynajmniej ostrzec go, że zaprosił także Hale'a. Stiles miałby czas, aby wymyślić wymówkę i nie przyjść do weterynarza.
- Jesteście szamanem i Chowańcem. Musicie pracować razem. - powiedział druid. Spojrzał na nich krytycznie. W jednym Stiles z Derekiem mogli zgadzać się: nie chcieli pracować nad umacnianiem tej więzi.
- Nie jestem zainteresowany. - powiedział Hale. Stiles warknął na niego.
- Myślisz że mi podoba się taki układ? - warknął Stiles i spojrzał na weterynarza wściekły. - Czemu nie mogę wymienić go?!
- To nie podlega dyskusji. - odpowiedział Deaton. - Gdzieś w pustce, na granicy śmierci, wasze dusze dotknęły się i uratowało to wam obu życie.
Derek mocno skwasił się i Stiles pierwszy raz widział żeby miał tak obrzydzony wyraz twarzy.
- Nie mów tego w ten sposób. - warknął wilkołak a Stiles obrzucił go wściekłym spojrzeniem. Były istoty które pożądały należenia do chłopaka, jakby był to największy z zaszczytów.
- Derek, to nie kara. - powiedział Deaton z wyrzutem i wyglądał na nieco zdenerwowanego.
- Doprawdy, bo brzmi jak kara. - odpowiedział Hale przewracając oczami. Weterynarz chyba miał zrugać wilkołaka, gdy zamiast stracić cierpliwość, uśmiechnął się tajemniczo.
- Więź zaczyna na was wpływać. - Niemal zaśmiał się mężczyzna. - Dlatego jesteś taki… pobudzony.
Derek zmarszczył brwi. Stiles spojrzał od weterynarz do wilkołaka i z powrotem.
- To ADHD Stilesa wpływa na Ciebie. - wytłumaczył druid. - Dlatego czujesz się jakby twój mózg pracował nad stoma rzeczami na raz. Dlatego jesteś drażliwy.
Hale przekręcił głowę, jakby chciał rozluźnić mięśnie karku, ale nie mógł.
- Jeszcze jeden powód, aby wyjechać z miasta - odpowiedział Derek kierując się w stronę tylniego wyjścia. - Wyjeżdżam z Braeden na wschód.
- Co? Nie możesz wyjechać. Musimy coś zrobić z tym... - powiedział spanikowany Stiles machając dłonią pomiędzy nimi, nie chcąc jednocześnie powiedzieć: musimy coś zrobić z nami; bo brzmiało to trochę za bardzo jakby randkowali.
- Musimy to jakoś odkręcić a Ty chcesz jechać na romantyczne wakacje? - warknął Stiles, czując jak krew wrze mu w żyłach. Znów poczuł ten ucisk w dołku, jakby był na granicy paniki: dźwięki, obrazy, zapachy i odczucia były wyraźne.
Hale tylko uniósł brew w geście pogardy.
- To nie twoja sprawa gdzie i po co jadę. - warknął Derek i wyszedł z kliniki. Stiles starał się głęboko oddychać, aby jakoś uspokoić się, skoncentrować na czymś innym niż panika.
- Czemu nic nie zrobiłeś?! - chłopak krzyknął w stronę weterynarza. Deaton uśmiechnął się.
- Jestem pewien, że wróci. Nie martw się nim. - odpowiedział mężczyzna patrząc na chłopaka, jakby oceniał go. Zastanawiał się czy Stiles wybuchnie gniewem, a może płaczem? Teraz sam chłopak nie wiedział co czuje. Pewnie mógłby rozpłakać się.
- Tymczasem… - powiedział druid z uśmiechem. - Jak widziałeś każdy druid ma laskę wykonaną z drewna świętego drzewa. Mój mentor też przygotował taką, na wypadek gdyby w Beacon pojawił się szaman.
Deaton wyjął z zaplecza długą laskę, mającą niemal metr sześćdziesiąt wysokości. Nie wyglądała na wyrzeźbioną, raczej jak sucha gałąź, która miała dogodny kształt. Stiles obrzucił przedmiot kwaśnym spojrzeniem.
- I po co mi ona? - zapytał chłopak biorąc kij od Deatona. Nie emanowała odeń żadna specjalna energia. Może laska potrzebowała iskry na rozruch?
- Ponieważ w Beacon nie ma drzewa, będziecie musieli z Derekiem czasami manualnie korygować przepływy prądów energii. - odpowiedział weterynarz i spojrzał na laskę. - To pomoże ci wciągnąć je na właściwy tor bez wywoływania kataklizmu.
- Sądziłem że prądy nie wymagają korekty. Tak ułożyły się po ścięciu Nemetonu i tak zostaną. - powiedział chłopak, bo nigdy wcześniej nie słyszał żeby prąd ruszył się ze swojego miejsca. Argentowie i Danny mieli mapy, na których prądy były rozrysowane, jak rzeki, które miały już wyżłobione koryta.
- Właśnie jest kilka drażliwych miejsc, ale tym zajmiemy się jak wróci Derek. Bez niego niczego nie zrobimy. - odpowiedział Deaton z wąskim uśmiechem. Stiles spojrzał nienawistnie w stronę drzwi ewakuacyjnych.
Niech Braeden udławi się za owinięcie sobie Dereka wokoło palca! Ten był tak daleko myślami pomiędzy udami kobiety, że nie widział kompletnie konfliktu interesów. Powinien ze Stilesem naprawiać prądy w Beacon, a nie wyruszać na eskapady z Braeden.
Skoro wilkołakowi tak bardzo zależało na towarzystwie Braeden, to czemu nie powiedział jej, aby przeprowadziła się do Beacon?! Derek miał tutaj obowiązki, jak bycie dobrym Chowańcem i nie wkurwianie Stalińskiego.
Tak, ojciec Stilesa miał broń i furgonetki pancerne, których chłopak nie zawaha się użyć na wilkołaku. Tego miejsce było tutaj. W Beacon!
- Stiles, nie ściskaj laski tak mocno, bo złamiesz ją. - powiedział kojącym głosem weterynarz i wyrwał chłopaka ze spierali ponurych myśli.
- Sorry. - odpowiedział Stiles i skupił się na mężczyźnie. - Co mówiłeś?
Deaton uśmiechnął się tajemniczo. Wrócił do mówienia o prądach i ich złych krzyżówkach tak pospiesznie, że chłopak nie wychwycił uśmiechu na ustach weterynarza.
