Oto i drugi rozdział - odrobinę dłuższy od poprzedniego.
Nie wiem czy będzie to dla kogokolwiek jakimś pocieszeniem ale podejrzewam, że chaptery pojawiać będą się w tygodniowych odstępach czasu (zwłaszcza, że to, co tu opublikowałem to zaledwie połowa tekstu, który dotychczas napisałem).
To byłoby na tyle z mojej strony. Miłego czytania : )
Pierwsze dni goszczenia Lokiego Tony przetrwał w postanowieniu traktowania nowego stanu rzeczy jako wyzwania, któremu tylko on może podołać.
Kłamca był trudny w obyciu i Stark przekonywał się o tym fakcie na każdym kroku. Paradoksalnie przy każdej kolejnej okazji coraz bardziej zaskoczony.
Laufeyson oczywiście nie zastosował się do pierwszego wymogu, jaki postawił przed nim Iron Man (najwyraźniej pozbywając się na jego życzenie rogatego hełmu wyczerpał swój limit życzliwości).
Jedynymi momentami, w których Tony nie zadręczał swojego umysłu zapętlonym i zrozpaczony zapytaniem „dlaczego ja?" były te chwile, w których razem z Lokim pracowali.
Okazało się bowiem, że As w obliczu postawionego przed nimi zadania staje się znośniejszym kompanem. Ponadto wyglądał na szczerze zaciekawionego zagłębianiem wiedzy na temat Ziemskiej nauki, z czym w parze szła jakaś naturalna umiejętność szybkiego przyswajania sobie wiedzy.
Co zresztą nie zdziwiło Tony'ego – mógł mieć najgorsze pod słońcem zdanie na temat Lokiego, jednak w głębi duszy zdawał sobie sprawę, że czarownik jest bystry.
Loki upodobał sobie wino, które Tony gromadził z myślą o Pepper; z zawziętością krytykował muzykę, której słuchał Stark i - co najgorsze - za hobby powziął sobie toczenie długich dyskusji z jego zdradziecką AI.
W tych krótkich chwilach, w których Tony zapominał na moment, że sztuczna inteligencja pozostaje jedynie sztuczną inteligencją odnosił przykre wrażenie, że JARVIS polubił Lokiego.
Dużo gorzej sprawy miały się w kwestii Pepper. Ponieważ Virginia (w przeciwieństwie do JARVISa) miała pełne prawo do rozporządzania wolną wolą, nie ulegało wątpliwości, że jej sympatia do Laufeysona jest autentyczna.
Wpadała raz na kilka dni dostarczając Tony'emu tony papierzysk. Podczas gdy on użerał się ze składaniem podpisów, Loki zabawiał pannę Potts rozmową. I wypadał przy tym cholernie urokliwie.
Tony nie chcąc jednak wcielać się w rolę zazdrosnego paranoika zażegnał pomysł zapewniania Pepper, że to, co oferuje jej ze swojej strony Laufeyson, to zwykła gra.
I z jakiś powodów ani przez moment nie wątpił, że ta fasada ma na celu wyłącznie zirytowanie jego.
- Musimy to jakoś… nazwać –zauważył pewnego wieczoru Tony, podczas gdy Loki w skupieniu faszerował stop metali skoncentrowanym promieniem zielonej magii.
- Po co? – zapytał w końcu, kiedy migotliwe błyski energii odczepiły się od jego palców.
Praktycznie rzecz biorąc było to dobre pytanie, jednak oburzyło tę stronę natury Starka, która odpowiadała za pieczołowite nadawanie imion wszelakim tworom.
- Bo tak. Wszystko musi mieć jakąś nazwę – podkreślił ujmując obleczonymi renem szczypcami półprodukt, który przeniósł do szklanej kapsuły. – Eksterminator.
Loki uniósł brwi zaciskając usta w wąską kreskę, a propozycję ochrzczenia urządzenia, które jeszcze spoczywało w powijakach eksterminatorem zbył wymownym milczeniem. To jednak nie pozbawiło Starka przeświadczenia o słuszności nazwy, bo kazał JARVISowi nadać projektowi właśnie taki przydomek.
- Jutro zabiorę się za wykuwanie z tego stopu tarczy. Według odczytów JARVISa minie trochę czasu zanim cząsteczki twojej magii scalą się z pierwiastkami metali.
Opuszczając warsztat Tony obrzucił Marka VII nostalgicznym spojrzeniem.
- To niesprawiedliwe, że momenty, w których mógłbym odprężyć się po uciążliwej pracy w twoim towarzystwie muszę spędzać jako twoja niańka. Wolałbym się zrelaksować w trakcie jakiegoś bardziej pożytecznego zajęcia – pozwolił sobie zauważyć Tony tuż przed tym, zanim drzwi windy rozsunęły się na poziomie apartamentu.
- Nie narzekaj, Stark. Dobrze wiem, że masz w tym wszystkim więcej korzyści, niż bym chciał. Nie każdy śmiertelnik ma szansę zagłębienia się w złożoność natury magii.
- Nie każdy „śmiertelnik" widziałby w tym sens.
- Mylisz się. Takich jak ty od niepamiętnych czasów intrygują czary – uznał z niezachwianą pewnością Loki, a Tony skrzywił się na tę sugestię. Osobiście w żadnym stopniu nigdy, przenigdy nie czuł zainteresowania magią. Szczególnie po wydarzeniach związanych z najazdem Chitauri.
- Jak uważasz – odparł z przekąsem akurat w tym momencie, w którym ciążąca w kieszeni komórka rozbrzmiała dźwiękami „Thunderstruck". Loki spojrzał krytycznie na urządzenie. Z tego co Tony zaobserwował, ten utwór wyjątkowo nie przypadł Asowi do gustu, co zmotywowało Starka do użycia go jako dzwonka sygnalizującego nadchodzące połączenie.
- Słucham? – odezwał się, a na ekranie wyświetliła mu się zatroskana twarz Pepper.
- Tony. Czekam na ciebie – oznajmiła z anielską cierpliwością Virginia. O cholera. Bankiet – zdążyło przemknąć wspomnianemu przez myśl.
- Już jestem w drodze skarbie, będę za 5 minut – obiecał frywolnie, przerywając połączenie zaraz po tym jak Pepper wywróciła oczami (wkładając w ten gest tyle politowania, na ile tylko była w stanie się zdobyć).
- Muszę cię zostawić na noc samego, Rudolfie – oznajmił Tony, zwracając spojrzenie na Lokiego. Ku irytacji miliardera do Laufeysona nie dotarł sens aluzji, dlatego postanowił dodać: – Nie zdążę zadzwonić po opiekunkę, dlatego ostrzegam: po dobranocce masz iść spać. I nie wyjadaj masła orzechowego, bo zarządzę szlaban na gry wideo.
Loki otaksował go lodowatym spojrzeniem.
- Lepiej zejdź mi z oczu, Stark – wycedził, a Tony wyjątkowo postanowił odpuścić sobie możliwość dalszego naigrawania się z czarownika.
Z czego nie rezygnowałby, gdyby nie fakt, że obiecał Pepper być na miejscu za 5 minut.
Wspaniale, w końcu będzie miał pretekst do założenia zbroi Iron Mana.
Niepomny na złe przeczucia, jakie towarzyszyły pozostawianiu Lokiego samego w wieżowcu zjechał do warsztatu - wcześniej w tempie błyskawicznym wbijając się w garnitur.
- Witaj, sir - rozbrzmiał głos JARVISa, gdy maska Marka VII się zamknęła, a interfejs zaczęły zalewać informacje i parametry zbroi oraz otoczenia.
- Wreszcie w swojej skórze – odparł z ulgą, czując, że szkielet obudowy dopasowuje się do jego ciała przed startem. – JARIVS ustal plan lotu.
Po chwili repulsory buchnęły rażąco jasnym światłem, a Iron Man wyleciał ze Stark Tower pozostawiając za sobą na niebie szlak smugi kondensacyjnej. Przez większość drogi Tony skanował spojrzeniem teren, zupełnie odruchowo wypatrując zdarzeń z gatunku tych, na które powinien zareagować. Jakby na złość w mieście panował spokój, jak makiem zasiał.
Parę minut później wśród owacji wylądował przed budynkiem, w którym miał odbyć się bankiet.
Pomachał flegmatycznie do zbiorowiska, czekając cierpliwie aż ostrzał fleszy osłabnie. Kiedy ów moment nastał, ruszył przed siebie zatrzymując się dopiero za plecami Pepper.
- Panno Potts – odezwał się oficjalnym tonem, kładąc dłoń na ramieniu Virgini.
- Panie Stark – odparła równie rzeczowo zwracając się do niego przodem i z uśmiechem podniosła maskę przesłaniającą twarz Tony'ego.
Tony w porywie litościwych uczuć wobec fotoreporterów złożył na ustach Pepper pocałunek a następnie w jej towarzystwie pokierował się do wejścia.
- Mam nadzieje, że któreś z nich zrobiło z tego naprawdę dobre ujęcie. Gdzie jest Happy? Ktoś będzie musiał pilnować mojej zbroi.
- Jest w środku. Jak przebiega wasza praca?
- W przerwach pomiędzy porannymi złośliwościami, popołudniowymi szyderstwami i wieczornymi drwinami nawet nieźle.
- Nikt narażony na spędzenie z tobą większej ilości czasu nie może obyć się bez złośliwości – zauważyła spokojnie Virginia, a Tony spojrzał na nią z osłupieniem i pokręcił głową w teatralnym niedowierzaniu.
- Szczególnie jeśli mowa o tych złych gościach, którzy w przeszłości wyrzucili mnie przez okno.
- Myślę, że większość ludzi po wysłuchaniu twoich monologów chciałaby wyrzucić cię przez okno – zaskoczył go Rhodey zjawiający się u ich boku znikąd.
- Możemy porozmawiać na jakiś temat, który nie obnaży przede mną waszej zdradzieckiej natury? – zaproponował Tony, kiedy znaleźli się już w budynku. – Pepper? Przyprowadź tu Happy'ego, proszę – odezwał się wysilając się na szczenięce spojrzenie, które zadziałało dokładnie tak odstraszająco, jak zamierzał - albowiem oddaliła się, po paru minutach przyprowadzając mężczyznę.
Tony uwolnił się ze zbroi, która złożyła się w poręczną walizkę, a tę wręczył Haroldowi.
- Wróć do nas! – rzucił jeszcze za odchodzącym przyjacielem.
Bankiet do pewnego momentu mijał w typowej dla takich uroczystości sztywnej atmosferze, bez ustanku narażającej Tony'ego na towarzyskie faux pass.
Ostatecznie jednak wobec miary swoich standardów, głównie dzięki Pepper, zachowywał się nawet porządnie. Przynajmniej dopóki na salonach nie pojawiły się trunki wszelakiej maści. Wówczas nawet Virginia traciła kontrolę nad Starkiem. Zresztą z Tonym było trochę jak nieokrzesanym zwierzęciem, z rodzaju tych, których nigdy nie należało udomawiać. Pochłaniało to mnóstwo czasu i energii, a na samym końcu i tak okazywało się niemożliwe.
Wszystko prawdopodobnie przebiegło by w swoim tradycyjnym ciągu, gdyby nie dziennikarz, który w pewnym momencie dopadł Iron Mana na jednym z balkonów.
- Anthony Stark? Nazywam się Johan Strife i chciałbym panu zadać kilka pytań – powiedział na wstępie młody, ryży mężczyzna, podchodząc do Tony'ego.
- Panie Strife, kto wydał zgodę na to, aby niepokoił pan tutejsze osobistości? – Wyczekując odpowiedzi Tony zakręcił trzymaną szklanką, a bursztynowy trunek wprawiony w ruch omiótł ścianki naczynia.
Johan odrobinę się zmieszał, a następnie skonsternowany obejrzał pośpiesznie w kierunku drzwi, jakby chciał się upewnić, że nikt poza Starkiem nie podejmie się prób wypraszania go z przyjęcia.
- Mam tylko kilka pytań. Odpowiedź na nie, zapewniam, interesuje naprawdę wiele osób… Mówię oczywiście o tym, o czym dotychczas pan milczał. Wydarzenia na Manhattanie. Tunel, w który pan tak heroicznie wleciał… - podsumował mężczyzna z uprzejmym, zachęcającym uśmiechem, który Tony z trudem zarejestrował.
Naprawdę sądził, że od tamtej nocy uporał się z tymi kłopotliwymi napadami lęku. Teraz jednak serce zaczęło łomotać w znajomym, zawrotnym tempie, a płuca zdawały się niezdolne do pomieszczenia chłodnego powietrza.
- Przepraszam – wykrztusił przepychając się do zatłoczonego pomieszczenia. Pozostawiony na balkonie dziennikarz uśmiechnął się z politowaniem i zanotował coś, co prawdopodobnie następnego dnia miało przeistoczyć się w kolejny fascynujący artykuł prasowy dotyczący obłąkania Tony'ego Starka.
Tymczasem sam zainteresowany z trudem łapiąc oddech wcisnął się do łazienki i zanurzył głowę pod strumień lodowato zimnej wody. Po kilku minutach tej terapii wstrząsowej doprowadził się do wystarczającego porządku aby przez resztę nocy w odosobnieniu wlewać w siebie kolejne porcje whisky.
Szybko znalazł się w tym stanie zamroczenia, w którym jakiekolwiek bodźce zewnętrzne ledwie do niego docierały. Nie był w stanie ocenić ile minęło czasu do momentu, gdy nagle poczuł zapadający się miękko materac i zwinne, kobiece dłonie, zmagające się z jego krawatem.
A więc miejsce, w którym przycupnął rzeczywiście było całkiem wygodnym łóżkiem.
Odgórnie zakładając, że są to dłonie należące do Pepper, nawet nie uchylił powiek, gdy poczuł pocałunek.
Z pomrukiem aprobaty przekręcił się wraz ze swoją towarzyszką, sprowadzając ją do potrzasku pomiędzy własnymi ramionami. Łagodny, kwiatowy zapach delikatnie podrażnił jego zmysły.
- Tony? – Nie powinien tego znajomego głosu słyszeć z bliżej odległości? Na przykład… pod sobą?
Podniósł się na łokciach z niemałym zdumieniem odkrywając, że kobietę, z którą właśnie pocałował z Pepper łączy co najwyżej płeć.
Tymczasem Virginia z odległego końca zacienionego pokoju spoglądała na niego z mieszaniną bolesnego rozczarowania i niedowierzania. Minęło zaledwie kilka sekund nim twarz Pepper na nowo stała się odzwierciedleniem niezmąconego emocjami spokoju.
- Pani wybaczy – wyrzucił z siebie Tony i nawet nie miał czasu, by zauważyć, że brunetka wyglądała na ogromnie zadowoloną, co nijak pasowało do obecnej sytuacji. Może gdyby nie był tak rozpaczliwie pijany, zauważyłby coś znajomego w bystrych, zielonych oczach nieznajomej.
W poczuciu pozornego otrzeźwienia podniósł się z łóżka i w kilku susach dotarł do wyjścia z sypialni. Poprawiając krawat zaczął z uporem wypatrywać znajomej, smukłej sylwetki należącej do Pepper, aż w końcu wyklinając się w myślach podążył w losowym kierunku licząc na to, że trafi na Virginię - i zgrabnie wyjaśni jej, że sytuacja, której była świadkiem, to zwyczajne nieporozumienie.
Jedyną osobą, jaką Tony odnalazł okazał się Rhodey.
Oparł ciężko dłonie na ramionach przyjaciela.
- Stary… przesadziłeś. Nawet jak na siebie. Piłeś – nie zakładaj zbroi. Pamiętasz, co się stało ostatnim razem?
- Nie mam czasu na żarty. Widziałeś Pepper?
- Jasne, parę minut temu wyszła. Zabrała ze sobą Happy'ego, więc chyba będziesz musiał wracać na piechotę. – Rhodey dopiero po chwili wpatrywania się w twarz Tony'ego pozwolił sobie ostrożnie zapytać: - Co przeskrobałeś?
Stark pokręcił głową i odsunął się od przyjaciela, zgarniając z tacki niesionej przez przechodzącego obok kelnera kieliszek. – Zawieziesz mnie pod Stark Tower? Dziś i tak już niczego nie zdołam jej wyjaśnić – wyburczał ponuro, a następnie wychylił trunek.
Rhodes skwitował prośbę zmęczonym westchnięciem, jednak jak na prawdziwego przyjaciela przystało - nie odmówił.
Parę minut później Tony zatrzasnął drzwi mustanga należącego do pułkownika i potarł o siebie zziębnięte dłonie.
Silnik zamruczał cicho, gdy samochód budził się do życia.
- W takim razie, co się stało?
Tony przez najbliższe minuty był zbyt zahipnotyzowany wpatrywaniem się w rozmyte światła uliczne by odpowiedzieć.
Widok uznał za paskudnie rozpraszający dopiero, gdy poczuł, że robi mu się niedobrze. Zamknął oczy i oparł się skronią o chłodną szybę.
Jak ma to wytłumaczyć nie wychodząc na dupka? Bo naprawdę – w tej jednej, jedynej sytuacji, wcale się nim nie czuł.
- Pepper zastała mnie w jednej z sypialni z jakąś obcą kobietą – powiedział w końcu odrzucając palącą potrzebę powiedzenia czegoś na swoje usprawiedliwienie. To brzmiało wystarczająco jednoznacznie, by Rhodey spojrzał na niego jak na karalucha.
Najwyraźniej jednak wykluczył sensowność pouczającej mowy, bo Iron Man nie doczekał się jej do końca krótkiej podróży. Właściwie wyglądało na to, że James postanowił w ogóle się nie odzywać, albowiem gdy dotarli na miejsce w milczeniu wbijał ostentacyjne spojrzenie przed siebie i czekał, aż Stark wysiądzie z jego wozu.
- Dzięki za podwózkę – odezwał się przepitym głosem i chwiejnie wysiadł. Odprowadził odjeżdżającego z piskiem opon mustanga zmartwionym spojrzeniem i czując się jak dogorywający wrak człowieka, dotarł do lobby wieżowca.
- Dobry wieczór, sir.
- Odpuśćmy sobie te uprzejmości. JARVIS… Przygotuj mi kąpiel.
- Tak jest, sir.
Kiedy Tony dotarł do parnej łazienki, wanna była napełniona po brzegi gorącą wodą. Ścisnął mocniej trzymaną butelkę szkockiej, w którą wyposażył się po drodze i uśmiechnął się zzuwając ze stóp obuwie. Z zadowoleniem odkrył, że przez całą swoją podróż do apartamentu nie natknął się na Lokiego. Naiwnie uznał, że czarownik właśnie praktykuje coś równie niewinnego jak sen, a następnie nie trudząc się zdejmowaniem ubrań wpakował się do wanny.
W momencie, gdy się ocknął, woda była już zimna, a whisky obmywała kafelki wylawszy się z przechylonej butelki. Flaszka po chwili wyślizgnęła się z palców Tony'ego, upadając z hukiem na podłogę.
W jego głowie wciąż szumiało od alkoholu, co rodziło w nim poczucie obowiązku wobec uczynienia czegoś skrajnie idiotycznego.
Dźwignął się na nogi, a mokry garnitur oblepił jego ciało jak druga skóra.
- JARIVS, muzyka – zarządził pstryknąwszy ponaglająco palcami.
- Jaki utwór sobie życzysz, sir?
- To chyba jasne - Back in black.
Dźwięki elektrycznej gitary rozbrzmiały głośno w niewielkim pomieszczeniu. Spływająca z ciężkich, przemokniętych ubrań Tony'ego woda utworzyła pokaźną kałużę na środku łazienki. Tymczasem Stark, kiwając się na boki, kopnął opróżnioną butelkę w kąt z wystarczającym impetem aby ta się roztrzaskała. Następnie z uczuciem zaskoczenia odnotował, że wpadł plecami na obiekt, który wcale nie powinien znajdować się na jego drodze. Zwrócił się twarzą do Lokiego, by zmierzyć posępnym spojrzeniem.
- Mam takie niejasne wspomnienie, w którym zarzekałeś się omijać szerokim łukiem takie miejsca, jak to. Wiesz coś o tym?
- Przeszkadza mi ten hałas, Stark – wyburczał Laufeyson, a jego słowa zagłuszone jednym z wersów ledwo dotarły do Tony'ego, którzy przybrał stosownie skupioną minę. Po chwili z uśmiechem wskazał na miejsce, skąd docierała muzyka i zawtórował Brianowi Johnsonowi: - Don't try to push your luck, just get out of my way.
Po tym dość dobitnym komunikacie wypchnął Lokiego przez drzwi z nawarstwiającym się poczuciem niesprawiedliwości. Dlaczego w ogóle musi znosić towarzystwo tego psychopaty, który bez skrupułów stawia nogę akurat tam, gdzie mu przyjdzie ochota?
Dlaczego on, Tony Stark, coś musi? Nigdy nic nie musiał. I teraz też tak będzie.
Wykonał gest, który skalibrowany został na przywołanie Marka 42. Przyzwana rękawica zbroi zatrzasnęła się na jego prawym przedramieniu, a chwile po tym reszta elementów okuła Tony'ego, tworząc pełnię rynsztunku Iron Mana.
- Ta impreza dopiero się zaczyna! – wykrzyknął opuszczając łazienkę. – JARVIS, gdzie jest mój gość?
- Za pańskimi plecami.
Tony zwrócił się w kierunku Laufeysona, bez ostrzeżenie posyłając ku niemu promień energii z repulsora.
Kiedy przestronny hol wypełnił donośny huk Loki z pobłażliwym uśmiechem już znajdował się na jego drugim końcu. Po ataku w spękanej ścianie pozostała dziura o równych krawędziach.
- To miało być zaskakujące, Stark? – zapytał z troską, pod którą pobrzmiewała zawoalowana kpina.
- JARVIS, namierz cel.
- Sir, obecne stężenie alkoholu w pańskiej krwi wynosi półtora promila, stanowczo odradzałbym…
- Nie przerabiałem cię na alkomat i wydawało mi się, że nie prosiłem cię o żadne rady.
- Tak, sir.
Repulsor zgodnie z poleceniem Tony'ego właśnie kumulował energię przed wystrzałem, kiedy maskę Iron Mana skuła gruba warstwa lodu.
- Proponuję ochłonąć.
Uniósł rękę, a promień pognał na oślep, niefortunnie trafiając w jedno z okien. Kiedy trzask rozsypującego się szkła ucichł, rozbrzmiał równie nieprzyjemny dla uszu, szyderczy śmiech Layfeusona. Panele na wizjerach Iron Mana rozjaśniały pełnią mocy, a lód w jednej chwili skruszył się, opadając u stóp Starka.
Wypuszczony przez Tony'ego pocisk pulsacyjny nie miał szans nabrać dużej mocy zważywszy na niewielką odległość, oddzielającą go od Lokiego, jednak tym razem dotarł celu.
As, wraz z pozostałościami po ścianie oraz ogłuszającym hałasem, wpadł do sąsiedniego pomieszczenia.
Poza liczną ilością gruzu we włosach i pyłem na ubraniach, nie wyglądał na szczególnie poszkodowanego. Nie mniej jednak był zdecydowanie bliższy irytacji podsycanej faktem, że w gruncie rzeczy nie może wyrządzić Iron Manowi krzywdy jako takiej.
Co nie oznaczało, że zamierzał ograniczać się wyłącznie do umykania przed ciosami pijanego Starka.
Tym razem wszystko dookoła Tony'ego oszkliło się od lodu, a w pobliżu jego głowy przemknął ostrzegawczy, zielony promień.
Iron Man prześlizgnął się po lodzie przechodząc do bezpośredniego ataku, jednak spotkał się z gorzkim rozczarowaniem; Loki przed nim był jedynie widmem. Prawdziwy Kłamca zaskoczył go zza pleców. Impet z jakim zdołał sprowadzić go do parteru na moment rozproszył Tony'ego, który najwyraźniej zapomniał, że porwał się na bójkę z kimś o nadludzkich zdolnościach.
- JARVIS, Stark już ma dosyć małpowania – zakomunikował Laufeyson znużonym tonem, opierając władczo nogę na zbroi.
- Dopiero się rozkręcam, rogaty – odparł z uporem odpalając silniki odrzutowe. Wystrzelił przed siebie, czyli prosto w ścianę, z zawrotną szybkością oraz taką siłą, że podłoga w całym pomieszczeniu aż zadrżała od zderzenia.
Jedynym sukcesem był fakt, że zaskoczony idiotyzmem tego posunięcia Loki stracił równowagę.
- Kwestionowałbym w twoim przypadku tytuł… geniusza – odezwał się w końcu Kłamca z drwiną w głosie. Tony okrasił te słowa milczeniem, co prawdopodobnie spowodowane było faktem, że chwilowo, znokautowawszy samego siebie, nie był w stanie niczego powiedzieć.
- Stark, chyba nie umarłeś? – zapytał niepewnie po dłużej chwili nieprzerwanej ciszy. Nie pokusił się jednak o zbliżenie do nieruchomego Iron Mana, wietrząc postęp w tym podejrzanym spokoju.
- Wszystkie funkcje życiowe pana Starka notowane są w normie – wtrącił łaskawie JARVIS. – Nie ma powodów do niepokoju.
- Zaręczam, akurat ta informacja była bardzo niepokojąca – oznajmił Loki i w końcu postanowił poczuć się urażonym, bo rozpłynął się w powietrzu.
Tony dopiero po kilku minutach odważył się wyszarpnąć głowę ze ściany, w którą się wbił.
Był wystarczająco wykończony i pijany żeby paść plackiem na pokrytej lodem podłodze i zasnąć.
- Sir, do Stark Tower zbliża się Nick Fury.
Głos JARVISa rozbrzmiewający w hełmie wyrwał go ze snu.
Tony z oczywistych przyczyn czuł się jak połamany, a potop, jaki pozostał po widowiskowym oblodzeniu tylko dopełnił goryczy złego jego samopoczucia.
Podniósł maskę Iron Mana i chwile z jakimś dziwnym niedowierzaniem wpatrywał się w sufit.
Wczorajszy wieczór spokojnie mógł dodać do listy najbardziej irracjonalnych ciągów zdarzeń, jakie sprowokował.
Potarł skronie i nie bez trudności przekonał samego siebie, że nie może przeleżeć reszty swojej marnej egzystencji.
- Niech czeka na mnie w penthousie.
Kiedy Tony zjawił się we wspomnianym miejscu, wyglądał już trochę bardziej jak człowiek, a mniej jak żywy trup, choć ciemne otoczki dookoła jego oczu zdradzały ciężką noc.
Miliarder wysilił się na uśmiech pełen ostentacyjnej nieszczerości i usiadł na sofie.
- Czym sobie zasłużyłem na tę wizytę?
- Zacznijmy od tego – odparł mu grobowym tonem dyrektor SHIELDu, rzucając na ławę gazetę.
- A więc jednak zrobili z tego dobre ujęcie – oznajmił pogodnie na widok fotografii przedstawiającej jego i Pepper. Postanowił nie zwracać uwagi na wytłuszczony nagłówek, który dobitnie podważał jego zdrowie psychiczne.
- Sądziłem, że wyraziłem się jasno mówiąc, że twoje wypady w zbroi Iron Mana nie są obecnie pożądane.
Tony parsknął z niedowierzaniem.
- Sądzisz, że możesz mi zabronić użytkowania moich własnych wynalazków, Fury? A może spodziewasz się, że będę 24 godziny na dobę ślęczał nad zleceniem od SHIELDu?
- Stark. Może twoje lekkomyślne podejście do życia wyklucza troskę o losy ZIEMI, dlatego pozwól, że ci przypomnę jakiej rangi jest to zadanie.
- Powinieneś wiedzieć, że nie jestem osobą, której można powierzać cudzy los.
- Obyś był równie odprężony wtedy, kiedy wszyscy będziemy musieli stawić czoła Thanosowi – wyburczał Fury, ewidentnie wyprowadzony z równowagi lekceważącą postawą swojego rozmówcy. Dyrektor zaczął krążyć po pomieszczeniu jak wściekły sęp, a Tony, trwając w swojej jawnej ignorancji, powędrował po espresso.
- Nie ingeruj w moją pracę, Fury. To nie pierwszy raz kiedy działam z nożem na gardle – moja przeszłość pokazuje, że dobrze odnajduje się w takich okolicznościach – oznajmił w końcu Tony chcąc złagodzić napięcie, które emanowało od mężczyzny.
Fury jedynie zacisnął usta.
- Stark, byłeś w nocy taki niegrzeczny… mam siniaki na udach – rozbrzmiał oburzony głos.
Wspomniany na moment stężał w bezruchu, kątem oka dostrzegając Lokiego wkraczającego do pomieszczenia. Włosy Asa były w niecodziennie roztrzepane, a niedopięta koszula nieprzyzwoicie podkreśliła dwojaki wydźwięk słów, jakimi postanowił ich powitać.
- Ups… Nie wiedziałem, że mamy gości – odezwał się z teatralnym zmieszaniem, jakby dopiero teraz zorientował się o obecności Nicka, po czym przystanął. – Dzień dobry, panie dyrektorze…
Uśmiech jakim Loki obdarował mężczyznę (który dla odmiany przystanął w miejscu z kamienną maską na twarzy, co upodobniło go do posągu) ociekał jadem.
Tony milczał tylko przez chwilę, którą zajęło mu przetrawienie wydźwięku słów Kłamcy.
- Nie uskarżaj się, Poroże. Niektórzy wiele by oddali za możliwość bycia odrobinę poturbowanymi przeze mnie. Fury, jest jeszcze coś, za co chciałbyś mnie zrugać? Nie? Tak sądziłem. W takim razie wybacz, ale przed nami jeszcze dużo pracy, do której nie możemy się zabrać z powodu twojej wizyty.
Fury, w stanie głębokiej konsternacji, ledwie powstrzymywał się przez grymasem wyrażającym otwartą pogardę, gdy spoglądał na Lokiego. Tymczasem ten swobodnie zaglądał do chłodziarki.
- Dziś przyśle tu kogoś kto sprawdzi wyniki waszej pracy – zapowiedział w końcu grobowym tonem i odprowadzany skupionym wzrokiem Iron Mana udał się ku wyjściu.
Kiedy dyrektor SHIELDu opuścił budynek, Laufeyson z błąkającym się na ustach uśmiechem samozadowolenia zatrzasnął drzwiczki lodówki.
Tony z kolei, nie chcąc dać mu satysfakcji w postaci okazanej irytacji, neutralnym tonem zarządził powrót do pracy i wyruszył w kierunku windy.
Loki dogonił go z puszką pepsi w dłoni.
- Po prostu nic nie mów – ostrzegł go Stark, celując przy tych słowach palcem w Asa. – Do warsztatu – dodał, a wtedy dźwig ruszył gładko w dół.
- Chciałem tylko zauważyć, że wychodzisz z wprawy, Stark. Albo podoba ci się myśl, że ktoś może wysnuwać na nasz temat jakieś wnioski pełne podtekstów.
Tony chwilę rozważał możliwość podstępnego doprowadzenia do sytuacji, w której mógłby przekonać się, czy asgardzcy bogowie w konfrontacji z bombą jądrową pozostają nieśmiertelni. Ostatecznie jednak - zważywszy na ilość niezbędnego zachodu, jakiego wymagało by takie rozwiązanie - postanowił powiedzieć:
- Oczywiście. Nie wiedziałeś, że lubię być kontrowersyjny?
- Nie. Zauważyłem jedynie, że lubisz za takiego uchodzić – skwitował obojętnie Loki i wyszedł z windy, która akurat zajechała do podziemi.
- Właściwie to nie jesteś mi dziś potrzebny. Bardziej mi się przysłużysz, jeśli udasz się na górę i rzucisz jakieś… chłoszczyść na ten bajzel, który zrobiłeś wczoraj w nocy.
-…Słucham?
- Chłoszczyść. Wiesz, takie zaklęcie, nie czytałeś Harry'ego Pottera?
- Oczekujesz, że będę sprzątał? Bycie kontrowersyjnym zaczyna ci wychodzić. Zapomnij, Stark. Życzę ci owocnej pracy.
Tony chciał jeszcze coś dodać, jako, że preferował mieć ostatnie słowo w każdej dyskusji, jednak Laufeyson zdążył już rozpłynąć się w powietrzu wśród zielonej poświaty.
- Świetnie – rzucił w przestrzeń.
Postanowił nie marnować czasu. Mając nie lada wprawę w zakresie pracowania nie na tym, nad czym powinien, zdecydował się wykorzystać nieobecność Kłamcy.
Nie pogardziłby technologią, która pomogłaby mu okiełznać magię Lokiego. Jakieś dziwne przeczucie mówiło mu, że taki as w rękawie, w przyszłości może przysłużyć się czemuś więcej, niż jego osobistej satysfakcji.
I choć, co prawda, nie dysponował odczytami magii jaką operował sam Thanos, to podejrzewał, że tego pokoju wynalazek mógłby okazać się pomocny w walce.
Pracując się nad tymi dwoma projektami kompletnie utracił poczucie czasu, co zdecydowanie przemawiało na jego korzyść – ciągłość pracy Tony'ego Starka z reguły była obiecującym zjawiskiem.
W czasie, który spędził w warsztacie zdołał wydać na świat pierwszy prototyp napromieniowanej czarami Lokiego tarczy. Wykutej specjalnie z myślą o Stevie. Czekały go jeszcze strzały dla Bartona i specjalne naboje dla Czarnej Wdowy. Dla Bannera… cóż, Hulk obecnie był bronią samą w sobie i nie zapowiadało się na to, aby zamierzał rozpocząć karierę w duecie z jakimś orężem (choć Tony uważał, że byłoby to widowiskowe).
Na końcu listy życzeń widniała nowa zbroja.
Stanowiła ona zdecydowanie największe wyzwanie, a sama myśl o jej powstaniu wywołała u Tony'ego radosne podniecenie.
- Sir, agent od Nicka Fury'ego przybędzie tu za dwie godziny.
Słowa te sprowadziły Tony'ego na ziemię wyrywając go ze swoistego transu. Nie stanowiło to powodu do radości dla wynalazcy.
- Dzięki, JARVIS. Zawsze potrafisz bezbłędnie mnie pocieszyć w kryzysowych chwilach.
- Do usług, sir.
- Ty chyba nie prosisz się o odinstalowanie?
- W żadnym przypadku, sir. Do Stark Tower właśnie przybyła panna Potts.
- Dzięki, że złe wieści zostawiłeś na koniec.
Tony poczuł się tak, jakby w jego żołądku nagle znalazła się ciężka bryła lodu. Bezsensownie zestresowany, zanim opuścił swoje urokliwe sacrum, zdjął z głowy gogle i wytarł osmolone dłonie.
Miał trochę za mało czasu aby stawić Pepper czoła i niczego nie zdążył ułożyć w myślach na rozmowę, która go właśnie czekała.
Był to nie pierwszy raz kiedy nawalił i tym razem wymówki miał na wyczerpaniu.
Zresztą jakaś jego część przyświecała pomysłowi nie wykręcania się.
Koniec końców Stark jednak był zbyt wielkim egoistą i wizja pokornego znoszenia gniewu Virginii, nawet tego uzasadnionego, nie przemówiła do niego dostatecznie.
Kiedy pojawił się w salonie, Pepper popijała kawę z uśmiechem wysłuchując towarzyszącego jej Lokiego.
Tony automatycznie zjeżył się na ów widok.
Nie podobała mu się ani swoboda kobiety, ani uwodzicielska nuta w głosie Kłamcy.
- Nie przeszkadzam? – odezwał się, poprzedzając swoje słowa cichym odchrząknięciem.
Loki leniwie przeniósł zobojętniały wzrok na jego twarz.
- Trochę przeszkadzasz.
Pepper zmieszała się przelotnie, a z jej twarzy zniknęło zadowolenie, które zastąpił uśmiech nie sięgający oczu. Maska, którą miała zarezerwowana w gorsze dni dla pracowników firmy.
Odkładając na bok filiżankę wstała od stołu i podeszła do Tony'ego.
- Musimy…
- Tak – przerwał jej, automatycznie zaczynając się czuć prawie jak pod wpływem jednego z ataków paniki.
Leufeyon, przeczuwając konieczność ewakuacji, uśmiechnął się enigmatycznie i pofatygował się powoli do wyjścia.
- Rozmowa z tobą, jak zwykle, była dla mnie samą przyjemnością, Pepper… - rzucił na odchodne słodkim głosem, co wznieciło w Tonym szereg morderczych zamiarów.
- Tak, będziemy za tobą bardzo tęsknić. Ale teraz idź sprawdź czy nie ma cię gdzieindziej – rzucił ponaglająco, na co Loki wykrzywił wargi w grymasie niezadowolenia i litościwie wyszedł.
- Tony… - zaczęła Pepper, gdy w końcu zostali sami. Najwyraźniej zmęczona układaniem rysów twarzy w wyraz zobojętnienia, spojrzała na niego z bólem, który ugodził Tony'ego jak nóż.
- Wiem, jaki jesteś. Nie wiem czego się spodziewałam, ale…
- Pepper… Pepper. - Ujął jej twarz w dłonie podejmując się próby przegadania słów, których nie miał ochoty słyszeć.
– To co zobaczyłaś… być może nie uwierzysz, ale był… jakiś zbieg okoliczności, ja…
- Byłeś pijany, Tony. I masz rację – nie wierzę ci – oznajmiła i cierpliwie zdjęła jego dłonie ze swojej twarzy.
- Daj spokój, nawet nie wiem kim była ta kobieta.
Po krótkiej pauzie, którą przepełniła pełna politowania mina Pepper, dodał:
- Może to nie był najlepszy dobór słów. Chciałem podkreślić fakt, że zapewne była to jakaś szalenie niezaspokojona nimfomanka chcąca mnie wykorzystać.
Virginia spoglądała na niego przez moment z niedowierzaniem. Tony westchnął z rezygnacją.
- Przepraszam, ja po prostu…
-…jestem skończonym egoistą – dokończyła chłodnym głosem za niego.
- Zbyt surowo mnie oceniasz, zważywszy na to, że pod moim nosem sobie flirtujesz z tym czubkiem z krainy zaczarowanych młotków i złotych jabłek.
- Słucham?!
Dobra, Tony. Nie taki efekt miały osiągnąć te wyrzuty – pogratulował sobie uszczypliwie w duchu, obserwując jak twarz Pepper powleka się czerwienią. To oczywiście postanowił przypisać na karb słuszności swojego osądu pozostając beztrosko niepomnym na fakt, że Virginia jest po prostu wściekła.
- O, widzisz? Rumienisz się – wytknął nienawidząc się za to, ze po raz kolejny odwraca kota ogonem.
Zaschło mu w gardle, gdy pomału uzmysławiał sobie do czego to wszystko zmierza. Z jego winy.
- Przyjechałam tylko po to, żeby dostarczyć ci Marka 42, ale teraz sądzę, że powinniśmy sobie zrobić przerwę, Tony.
Opanowanie, z którym to powiedziała sprawiło, że przez chwile nie był w stanie pozbierać myśli. Rozproszyły się chaotycznie po jego umyśle, jak rzucona na wiatr talia kart.
Naprawdę chciał, żeby ułożyło mu się z Pepper. Jakoś po ludzku, bez tego wszystkiego, co zwykle stawało się konsekwencjami życia w jakimkolwiek powiązaniu z jego osobą.
Zranienie jej było ostatnią rzeczą jakiej pragnął, a paradoksalnie było tym, co robił najczęściej.
Ponownie udowodnił samemu sobie, że nie nadaje się do zdrowych interakcji.
Niszy je jak buldożer.
Przy okazji niszcząc siebie oraz innych.
- Tak, masz rację – odparł, wpatrując się tępo w widok za oknem. Mówiąc to czuł, że zdobywa się na coś w równiej mierze egoistycznego, co altruistycznego.
Najlepszym, co mógł jej zaoferować, była rozłąka, bo ofiarując jej siebie będzie skrupulatnie doprowadzał ich do wspólnej porażki.
Virginia Potts przecież nie zasługiwała na taki los. W każdym razie on nie chciał jej go dostarczać.
- Do zobaczenia, panno Potts – odezwał się martwym głosem wpatrzony w niewyraźne odbicie własnej sylwetki w szkle kiedy kobieta już wyszła.
Stał chwile kompletnie rozbity, dopóki nie przypomniał sobie, że jest Tonym Starkiem – jednym z tych, którzy nigdy nie należeli do grona osób przyznających się do cierpienia w sposób jakkolwiek oczywisty – nawet przed samym sobą.
Postanowił nie wyolbrzymiać tego, co się właśnie stało, do rozmiarów tragedii. Przecież jeszcze nic nie było ostateczne. Zresztą nawet gdyby, nie dopuściłby do siebie tej myśli.
