Oto i kolejny chapter.
Dziękuje za te kilka komentarzy, które pojawiło się dotychczas - miło jest wiedzieć, że ktoś to czyta. :)


Loki zrównał się z Tonym krokiem, kiedy ten znajdował się w połowie drogi powrotnej do warsztatu.

- Siedziałeś tam przez tyle godzin, że jestem ciekaw, co z tego wyszło.

Słowa Kłamcy zostały skwitowane posępną ciszą ze strony Tony'ego, który postanowił się odezwać dopiero na miejscu.

- Tarcza jest skończona. Teoretycznie – potrzebuje ciebie żeby ją przetestować.

- W takim razie proponuję odsunąć się na bezpieczną odległość, Stark – powiedział Loki, wyławiając wzrokiem obiekt o którym dyskutowali.

Iskrzące się wiązki magii skumulowały się na czubkach palców Asa.
Ruchy Laufeysona były płynne, a twarz skupiona, choć kąciki jego ust wykrzywiał zawadiacki grymas idący w parze z postacią Kłamcy.
Skoncentrowany promień czystej magii tak żywo zielonej jak oczy Lokiego uderzył w ustawioną na platformie tarczę.
Na jego twarz zawitało przelotne zdumienie, które zaraz zamieniło się w uśmiech ponurej satysfakcji.
Działało.
W każdym razie pochłonęło magię Lokiego, co było zdecydowanym sukcesem.
Na tyle pocieszającym, że Tony w końcu się uśmiechnął i podszedł powoli do czarownika.

- Wygląda na to, że się powiodło.

- Tak, Stark. Istnieje nadzieja na to, że magia Thanosa ulegnie w podobny sposób.

- To jeszcze nie koniec… Przed nami jeszcze kupa roboty: strzały, naboje i… moja zbroja.

Bystre, skupione spojrzenie jakie wwierciło się w Tony'ego, swoją intensywnością przyprawiało o dreszcz.

- Wiedz, że to jest prawie najgorsza rzecz z jaką przyszło mi się borykać. Pomagać moim wrogom w tworzeniu broni mogącej mi zaszkodzić.

- Co zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce?

- Nie twój interes, Stark – niemal wymruczał Loki, obdarowując go lakonicznym uśmiechem przywodzącym Tony'emu na myśl nasyconego samozadowoleniem kota.
Podobnie jak pełen gracji krok, jakim zbliżył się do tarczy, którą jeszcze chwilę po ciosie otaczała łuna zieleni.

- Cóż, przynajmniej spróbowałem. Swoją drogą dlaczego miałoby ci zagrażać coś, co sam zaczarowałeś?

Stark okrążył tarczę i stojąc po jej drugiej stronie obserwował Asa gładzącego niemal czułym gestem chłodną, metalową powierzchnie dysku.

- To skomplikowane dla kogoś, kto nie pojmuje natury magii – odparł tonem ucinającym dyskusje.
Iron Man przez chwile milczał.

- Myślę, że dziś zasłużyliśmy… że zasłużyłem sobie na wolne – poprawił się w połowie zdania. Loki uniósł brwi i zapytał drwiącym głosem:
- I co zrobisz, Stark? Znów się upijesz?

- Nie. Zamówię pizze – odparł wzruszając ramionami.

Po tym, jak milczący agent Fury'ego (przy każdej okazji posyłający Lokiem wrogie spojrzenia) opuścił Stark Tower, Tony wygodnie rozsiadł się na kanapie z tabletem w dłoniach.
Loki przysiadł na poręczy zerkając nieufnie na urządzenie.
Starkowi sytuacja nagle wydała się tak oderwana od rzeczywistości, że mimowolnie wykrzywił usta w cierpkim uśmiechu.
Oto siedział z Lokim Laufeysonem, złoczyńcą z innej planety we własnym salonie.
Na domiar złego wspólnie pracowali nad bronią przeciwko potężnemu przeciwnikowi.
Mrużąc oczy kontemplował kolejną myśl, jaka zaświtała mu w umyśle.
SHIELD dopuściło się sojuszu z facetem, który ponosił odpowiedzialność za śmierć Culsona oraz wielu innych niewinnych ludzi. Nie wspominając o fakcie, że zasługą Lokiego było to, że połowa Manhattanu została rozniesiona w pył.
To dziwne, że dopiero teraz, po kilku tygodniach trwania takiego stanu rzeczy, pomyślał o tym w ten sposób.
Prawie zapomniał o prawdziwej naturze nieprzewidywalnego Asa. Jaką miał gwarancje, że któreś nocy po prostu nie postanowi… poderżnąć mu gardła dla rozrywki?
No cóż, niby jakąś miał i chyba właśnie to pozwalało mu spać spokojnie.
Tony zerknął kątem oka na Lokiego, który właśnie był w trakcie podziwiania własnych paznokci. Chwile wpatrywał się w niego zmrużonymi oczyma, jakby tym sposobem był w stanie przeskanować jego intencje, aż w końcu westchnął bezradnie pod nosem i wybrał na tablecie adres internetowy pizzerii.

- JARVIS, mam ochotę obejrzeć jakiś film – oznajmił kiedy już otrzymał komunikat zatwierdzający jego zamówienie na pizze pepperoni.

- Co sobie życzysz, sir?

- Może Batman. Gdyby Bruce Wayne nie był taki zasadniczy mógłbym się z nim połowicznie utożsamiać. W tej części w której jest oszałamiającym miliarderem ratującym miasto w krytycznych momentach.

- Którą wersję, sir?

- Eee... Nolanowską – zadecydował po chwili.

Z sufitu wysunął się imponujących wymiarów ekran ledowy, a szklana ściana, wychodząca na jarzące się blaskiem miasto, pociemniała.

- Skoro już tak wiele czasu jesteś na Ziemi, nadeszła najwyższa pora aby zaznajomić cię z kinematografią, Reniferku.

Loki zmrużył podejrzliwie oczy, a następnie zsunął się z podłokietnika kanapy na siedzisko.

- Wiem, co to są filmy – oznajmił sztywno w końcu zaprzestając narcystycznego wgapiania się we własną dłoń - na rzecz znudzonego spoglądania na ekran, na którym właśnie pojawiała się jedna z pierwszych scen.

Po parunastu minutach Tony pofatygował się by odebrać pizze (na którą Loki nawet nie spojrzał), a po godzinie z irytacją odkrył, że Laufeyson sobie po prostu… zasnął.
Wytrwał jednak do końca filmu, po którym udał się na balkon odetchnąć świeżym powietrzem. I pomyśleć. Zdecydowanie miał o czym.
O dziwo to nie Pepper zajęła miejsce w jego głowie.
Przystanął przy balustradzie, oparł na niej dłonie i objął spojrzeniem miasto, które nocą zawsze wydawało mu się znacznie bardziej ożywione niż za dnia.
Nie przepadał za Nowym Jorkiem.
Ostatnie doświadczenia jedynie to pogłębiły. Gdy uzmysłowił sobie, że ponownie powraca do tych zakazanych wspomnień, prędko postarał się odmienić bieg myśli.
Co nie było trudne – obserwowanie miasta z tej wysokości przypominało mu o patrolach. Teraz na usługach miasta znajduje się reszta Avengersów, a on tkwi tu niemal jak w klatce.
Fury odebrał mu to, co lubił, oferując w zamian Lokiego – kogoś za kim bardzo nie przepadał.
Przynajmniej teoretycznie, bo podświadomie Tony zdawał sobie sprawę z tego, że złożona osobowość Asa ma w sobie coś intrygującego (przynajmniej dla kogoś o takiej tendencji do patologicznych upodobań) i na swój pokrętny sposób przyzwyczaił się do jego towarzystwa.
Ten wniosek odsunął jednak w najciemniejsze czeluści swojego genialnego mózgu.
Przeniósł spojrzenie na granatowy nieboskłon, który pstrzyły pojedyncze, ledwie zauważalne nad miastem tak jasnym jak Nowy Jork, gwiazdy.
Ten widok natychmiast przypomniał mu o świeżo nabytej niechęci do podziwiania nocnego nieba.
Czując, że dalsze wpatrywanie może skończyć się dla niego kolejną uwłaszczającą skazą na psychice, zaczął się wycofywać.
Z narastającym uczuciem niepokoju wkroczył do ciepłego pomieszczenia, dopiero w środku uzmysławiając sobie, jaki chłód panował po drugiej stronie zabudowy całoszklanej.
Oddychał głęboko, a jego wzrok padł w pewnym momencie na Lokiego.
Kiedy wychodził, Kłamca spał, siedząc z przechyloną głową. Teraz Laufeyson leżał wyciągnięty na całej długości kanapy drzemiąc, co dało Tony'emu pierwszą w życiu i niepodważalnie jedyną w swoim rodzaju okazję do obserwowania go, gdy a) nie nadwyrężał swoich mięśni mimicznych sugerującym obłąkanie uśmiechem, b) nie łypał na wszystkich i wszystko dookoła władczym spojrzeniem zabójcy, c) nie wygłaszał komentarzy i uwag, które w sprzyjających okolicznościach mogłyby przysłużyć się wybuchowi trzeciej wojny światowej.
Ten anomalny widok pomógł Starkowi się uspokoić, co w duchu przechyliło jego osobistą szalę własnego zrównoważenia na niekorzyść.
Ostrożnie podszedł do kanapy i chcąc się upewnić, jak twardy jest sen Asa, pstryknął palcami przed jego twarzą.
Loki mógł udawać, że nadal trwa w kamiennym śnie, ale Tony ryzykowanie postanowił uznać, że w tym przypadku nie natknął się na żadną imitację.
Mając w pamięci scenę z poranka znalazł kartkę, na której coś pośpiesznie nakreślił, a chwile później ze świstkiem w zębach przykucnął w pobliżu śpiącego.
Zerknął badawczo na Laufeysona i z łobuzerskim uśmiechem zabrał się do roboty.
Z najwyższą ostrożnością rozpiął mu spodnie, a następnie z takim opanowaniem, jakby zależała od tego jego dalsza egzystencja (być może zresztą tak było), nieznacznie obsunął je z wąskich bioder Asa. Prawdopodobnie fakt, że Loki się nie ocknął w trakcie tego dziwnego procesu, był największym fartem w całym dotychczasowym życiu Tony'ego Starka.
W końcu wsunął róg karteczki za brzeg bielizny („nawet bokserki nosi czarne") i czując wewnętrzne ubawienie z gatunku tych, których nie miał przyjemności doznawać mniej więcej od wariackich czasów szkoły średniej, podniósł się spoglądając z góry na swoje dzieło. Prawdopodobnie Loki nie załapie tego fatalnego nawiązania do popkultury, ale Tony uznał, że i tak było warto.

„Było bosko.
Edward Cullen"

- JARVIS… - przemówił, gdy znalazł się już w swojej sypialni. -…Niech drzwi od mojego pokoju będą solidnie zamknięte. W którymś momencie może się okazać, że bardzo rozzłościłem pewnego czarnoksiężnika.
Po tym komunikacie oraz pośpiesznym prysznicu Tony odważył się pozwolić sobie na spoczynek.

- Dzień dobry, sir. Z przykrością zawiadamiam, że Loki Laufeyson zdołał ominąć moje zabezpieczenia.

Tony właściwie spodziewał się tego rodzaju pobudki.

Otworzył gwałtownie oczy, jednak nigdzie w zasięgu jego wzroku nie znajdował się wspomniany czarownik.
Zmarszczył brwi i leniwie dźwignął się do siadu.
Brak Lokiego w zasięgu spojrzenia był zdecydowanie bardziej niepokojący, niż jego dostrzegalna obecność.
Pełen niejasnych obaw udał się do łazienki, a przekraczając jej próg wzdłuż kręgosłupa wynalazcy przetoczył się dreszcz grozy.
Grozy, która na moment ścisnęła mu gardło, a chwile później wyrwała z niego zduszone „o mój boże!".

- Tak?

Tony chwile w osłupieniu kontemplował swoje odbicie lustrzane… Spoglądał prosto w zdruzgotane, niedowierzające oblicze Nicka Fury'ego (gdzieś podświadomie musiał przyznać, że to niecodzienny widok, którego nie zapomni do końca życia).

- Cofnij to! Nie mogę być Fury'm!

Chaotycznie obmacał własną głowę i twarz. Zagłębił palce w znajomych włosach, dotknął zarostu, którego obecność minimalnie go uspokoiła. To tylko wizualna iluzja.

- Niestety, Stark. To są nieodwracalne czary. Ale przynajmniej w końcu wyglądasz porządnie.
Loki uśmiechnął się z wężowatą satysfakcją i podążył w kierunku drzwi.

- Och, jestem zaskoczony. Naprawdę nie spodziewałem się, że Nick Fury może mieć jakiś adoratorów.

Nozdrza Tony'ego zadrżały przy wciąganym oddechu. Wściekłość powoli zalewała jego żyły jak trucizna.
Spięty i zdesperowany ruszył za Laufeysonem.

- Cholera, to przestaje być zabawne. Nie mogłeś ze mnie zrobić podróbki Nataszy?

Loki zerknął na niego zdegustowany.

- Żebyś mógł zrobić striptiz przed lustrem?

- I tak i nie. Prawdę mówiąc do tego akurat nie muszę wyglądać jak Natasza – wyjaśnił cierpliwie Stark.

As prychnął.

- Nie, to miała być kara. Zrobiłeś tarczę, jesteś gotów na wyprodukowanie naboi i całej reszty tych waszych zabawek. Co z eksterminatorem? – zapytał zmieniając temat.

- Hej! To nie jest teraz najważniejsze. Żądam powrotu do mojego standardowego wyglądu.

- Może jutro… - rzekł Loki z lakonicznym zastanowieniem.

Mimo imponujących ilości gróźb, z których z powodzeniem można by utworzyć obszerny poradnik, Tony nie doczekał się postępu w kierunku własnych korzyści.
Cały dzień pracował z krępującą świadomością, jaką wywoływał fakt, że wyglądał jak Fury.
Nie szczędząc sobie przy tym rekordowych w swej liczebności docinek i uszczypliwości w kierunku Laufeysona, przetrwał do wieczora.
Z rozmysłem omijał wzrokiem wszelkie powierzchnie mogące zobrazować mu odbicie zaciętej od upartej złości twarzy dyrektora SHIELDu.
Loki przeżył te wszystkie napady złych nastroi w zupełnie odwrotnym humorze – cały dzień uśmiechał się z rozbrajającą lekkością. W zielonych oczach czarownika tliła się iskra żywej, wesołej złośliwości za każdym razem, gdy spoglądał na bezradnego Tony'ego.
Był wtedy zupełnie jak zadowolony gad, który mógł do znudzenia wylegiwać się na nagrzanym promieniami słonecznymi głazie.
Stark dopiero późnym wieczorem, kiedy już dawno zgasły światła w warsztacie, doszedł do wniosku, że może wykorzystać w celach osobistej satysfakcji nowy stan rzeczy (chwilowy stan rzeczy – przypominał sobie często w duchu na pocieszenie).
Wkrótce jeden z osobistych dysków Tony'ego zapełniła groteskowa sesja fotograficzna obrazująca Nickiego Fury'ego w niemożliwe absurdalnych sytuacjach.
Pierwsze miejsce w rankingu Iron Mana zajęło to zdjęcie, na którym on-Nick siedział z szerokim, przerażającym uśmiechem i uniesionym kciukiem na barkach jednego ze zdalnie sterowanych Marków.
Później postanowił się upić i następnego poranka obudził się z potwornym bólem głowy.
Kiedy Loki, zgodnie z obietnicą (ta słowność niemal wzruszyła Tony'ego), zdejmował z niego czar, zapomniał o przykrej konsekwencji swojej nocnej swawoli.
Wzdłuż ciała Tony'ego przesunęła łuna przypominająca milionerowi promień skanera. Gdy urok doznawał złamania powietrze zadrgało dookoła niego jak w upalny dzień, a wizerunek Nicka Fury'ego odszedł do sfery przykrych wspomnień. Takich, których nie miał zamiaru rozpamiętywać – może za wyjątkiem tej fotografii, którą obiecał sobie kiedyś pokazać reszcie drużyny w zestawie z jakąś wyssaną z palca opowiastką.
Właśnie wraz z Lokim zamierzał wybrać się do warsztatu, kiedy otrzymał telefon od Steve'a („Steve, nie krzycz tak do słuchawki, naprawdę doskonale cię słyszę").
Kapitan miał ich zaszczycić swoją obecnością.

Zatem po kilku godzinach Tony został zaskoczony, albowiem przyszło mu gościć nie tylko Rogersa, ale i całą resztę kompani, na którą składali się Avengersi.
Może nigdy nie było akurat tym, który najlepiej odnajdywał się w obliczu pracy zespołowej, ani nawet tym, który był zadowolony z takiej konieczności - jednak widok znajomych twarzy podziałał na niego zaskakująco dobrze.
Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy to fakt, że zupełnie wszystko zdawało się być po staremu.
Bruce był trochę milczący, mimo, że mógłby mieć najwięcej do powiedzenia, a przy tym dyskretnie skrępowany koniecznością spędzania czasu w grupie. Natasza raczej nie zaskakiwała bujną mimiką twarzy i nieświadomie trwała w pobliżu Clinta, który z kolei wyglądał, jakby najchętniej przeniósł się na stanowisko strzeleckie, skąd mógłby podziwiać resztę z wysokości.
Steve, zdaniem Tony'ego, był tradycyjnie ubogi o dystans do jego żartów i ubrany bardzo adekwatnie do swojego wieku.
Wszystkich ich niczym niepisany sojusz połączyła aura milczącej awersji, kiedy Loki na przekór sugestiom Starka zjawił się w zapełnionym salonie.
Najwyraźniej bycie nielubianym jakoś pozytywnie działało na Asa – zwłaszcza w duecie z bezkarnością do jakiej się poczuwał.
Był irytująco rozpogodzony (na swój pokrętny sposób, który Tony nauczył się już odróżniać spośród szeregu niejasnych zachowań).
Oprócz tego jawnie pogrywał z cierpliwością z konieczności każdego z obecnych. Może poza Tonym, którego mógł zadręczać na co dzień i Bannerem – ewidentnie nie tęsknił za jego zieleńszą naturą.
W pewnym momencie spotkania Tony z przerażeniem zrozumiał, że w jakimś sensie jest zaniepokojony tą zgodną niechęcią do Lokiego. Było to potworne odkrycie, które wolałby pozostawić w sferze niewiedzy. Jego tolerancja wobec czarownika rosła, a na domiar złego przeistaczała się w jakąś chorą sympatie, która nie miała prawa istnieć.
Potrafił z łatwością przymknąć oko na porażającą skalę zła, jakie udało się wyrządzić Lokiemu i w tej części, w której był absolutnym egocentrykiem, tłumaczył sobie to na własnym przykładzie: nieczyste karty przeszłości niekoniecznie rokują złowrogą prognozą na przyszłość. Przecież Laufeyson im pomagał. Z przymusu ale jednak.

- Tony, Fury mnie co prawda o to nie prosił, ale może mógłbym wam jakoś pomóc? – zapytał w pewnym momencie (tym, w którym akurat udało mu się na chwile zostać tylko w towarzystwie Starka) Bruce.

Tony przez chwile w milczeniu rozważał tę propozycje.

- Właściwie czemu nie? Jasne. Wpadaj, gdy będziesz miał na to czas.

Banner uśmiechnął się uspokojony, jakby złożenie tej propozycji kosztowało go sporo nerwów.

- Nie jestem ostatnio zapracowanym człowiekiem.

- Nie bądź taki pewien, ta blondynka chyba nie umawia się sama ze sobą, Bruce.

Hawkeye wtrącił się bez ostrzeżenia (czyli tak, jak lubił atakować) w ich rozmowę. Banner uśmiechnął się z zażenowaniem. – To nic wielkiego.

Tony jako osobnik niezbyt uległy na uroki takich tematów nawet nie pofatygował się okraszać tego swoimi błyskotliwymi komentarzami i zajął się majstrowaniem przy telefonie.

- Mówicie o Vanessie? Sprawdziłam ją, masz nasze błogosławieństwo, doktorze – odezwała się agentka Romanoff pozwalając sobie na skąpy uśmiech. Steve spoglądał na wszystkich z pełnym skupienia dystansem.

- Sprawdziłaś? – powtórzył zaskoczony Bruce.

- Nie chcielibyśmy żebyś umawiał się z jakąś niewłaściwą kobietą – wyjawił Barton przysiadając na poręczy fotela zajmowanego przez wyraźnie skonsternowanego Bannera.

- Mam nadzieje, że nie troszczycie się do tego stopnia o każdego – rzucił Tony wyobrażając sobie Natasze przeprowadzającą szczegółowy wywiad z Pepper.

- Nie obawiaj się. W twoim przypadku ograniczyłabym się do dobitnego przedstawienia ewentualnej delikwentce tysiąca powodów, dla których nie powinna się skłaniać ku zaangażowaniu – oznajmiła Rosjanka z chłodem.

Oho.

Czy jest coś czego ta kobieta nie wie?
Na moment tej krótkiej wymiany zdań towarzystwo zdawało się zapomnieć nie tylko o obecności Laufeysona ale i o jego istnieniu, dlatego nie lada przykrością było dla nich przypomnienie sobie o tym, że Loki wciąż przebywa w pobliżu.
Siedział na odległym fotelu, a w kościstej dłoni trzymał lampkę z winem.

-To wszystko wydaje się być bardzo fascynujące - przemówił najeżonym w ironię głosem - ale czy nie powinniście na przykład ucieszyć oczu efektami pracy mojej i Starka? – zakończył.

Po tych słowach upił łyk wina, podniósł się zręcznie na nogi i opuścił pomieszczenie.

- Chciałbym go zobaczyć z czaszką przeszytą przez moją strzałę – oznajmił Barton i w razie wątpliwości uczynnie wskazał na własnej głowie, jaki kąt przebicia najbardziej by go ucieszył.

- Zwłaszcza, gdyby miał na sobie dres do biegania – wtrącił Tony, a Clin spojrzał na niego z ostrożnym niezrozumieniem.

- No sami powiedzcie – wyobrażacie sobie Lokiego w dresie do biegania? Dla niego byłaby to upokarzająca śmierć.

- Trzymaj swoje fantazje na wodzy, Tony – poradził w końcu Bruce.

Parę minut później, po tym, jak naburmuszony milioner zaprowadził Avengersów do warsztatu, Steve Rogers z zachwytem dotknął gładkiej, opalizujące powierzchni tarczy wykutej na jego użytek.

- Wygląda fantastycznie – pochwalił Starka.

Osobiście Tony uważał, że aparycja niepolakierowanego dysku prezentuje się co najmniej niekorzystnie. Nie mógł się jednak powstrzymać przed powiedzeniem:
- Szczególnie w zestawieniu z twoim strojem bojowym.

Kapitan spojrzał na niego z ponurą urazą, która szybko minęła, gdy tylko uniósł tarczę.

- Jest niewiarygodnie lekka.

- Oraz całkiem poręczna, gdybyś był zmuszony nią rzucać. Ale nie sprawdzaj tego tutaj – ostrzegł pośpiesznie widząc do czego przymierza się Steve.

- Dzięki, Tony.

- Jest odporna na magię, zapomniałeś o tym, Stark? A jest to najistotniejszy szczegół – powiedział zniesmaczony Loki, który niezauważalnie wślizgnął się do warsztatu stając za Avengersami zbitymi przed nowym obiektem westchnień Kapitana Ameryki.

- To sprawdzone? – zapytał z dozą niepewności ten ostatni.

Loki uśmiechnął się leniwie wbrew ożywionemu błyskowi w oczach, a Tony już wiedział, co się stanie.
Promień stężonej energii wystrzelił bez ostrzeżenia w kierunku twarzy Rogersa. Refleks wojennego weterana zadziałał bezbłędnie i zgodnie z obietnicą, gwałtownie wzniesiona tarcza pochłonęła całą magię posłaną przez Asa.
Natasza zadziałała równie instynktownie.
Z wprawą wykręciła obie ręce Lokiego, wymierzając celnego kopniaka w tył kolana.
Laufeyson nawet nie zdążył paść na kolana – rozpłynął się w powietrzu.

- Prawie wystarczająco szybka reakcja – wymruczał, znajdując się za plecami agentki Romanoff.

Clint w ostatniej chwili, tuż przed twarzą Lokiego, zatrzymał kolejny cios Nataszy, chwytając kostkę kobiety. W tamtym momencie Tony niespodziewanie doszedł do zaskakującego wniosku, że ruda żywi dwa razy więcej urazy za ubezwłasnowolnienie Bartona, niż sam poszkodowany.
Natasza, łypnąwszy intensywnie na Clinta, opuściła nogę i pośpieszyła do wyjścia, a Loki przez cały ten czas uśmiechał się z jadowitym zadowoleniem.
Bruce wyraźnie starał się zachować równomierny oddech.

- Lepiej idź z nią, Hawkeye – poradził niewzruszony Steve i nie musiał tego powtarzać ponownie. – Zadziałała na twoje czary – zwrócił się do czarownika zdystansowanym tonem. – Skąd pewność, że zadziała przeciw temu…

- Thanosowi. Nie ma takiej pewności.

Steve zasępił się na tę informacje, jednak nic więcej nie dodał. Odłożył tarczę.
Tony zerknął badawczo na Bruce'a.

- Wpadnij jutro – zakomunikował jednocześnie dając sygnał, że najlepiej byłoby gdyby już poszli. Zezłoszczony Banner nie był widokiem jaki miał zamiar dziś podziwiać, a sądząc po upartym milczeniu i niecodziennym niezadowoleniu bijącymi od oblicza doktora, nie było to niemożliwością.

-Postaram się – obiecał.

Kiedy Steve i Bruce poszli, Tony czuł się niewątpliwie rozczarowany i zmęczony przebiegiem spotkania. O co (oczywiście) obwiniał Lokiego.

- Udany występ ale jednak na przyszłość, staraj się jednak nie usiłować wyrządzić dziury w głowie mojego kumpla w moim domu.

- Nie przesadzaj, Stark. Co najwyżej poparzyłbym jego buźkę. Z nieodwracalnymi efektami.

- Pomyśleć, że niektórzy uważają moje poczucie humoru za chore. Powinni poznać ciebie.

Laufeyson uśmiechnął się, jakby usłyszał wyśmienity komplement. Na ten widok w Tonym zawrzało impulsywną chęcią wbicia szpili dokładnie tam, gdzie zabolałoby najbardziej. Jakkolwiek nierozsądny był to pomysł wypalił nim zastanowił się nad napływającymi słowami:
- Prawdę mówiąc, naprawdę nie rozumiem, jak ktoś u was mógł się przez tyle lat nabierać na to, że jesteś bratem Thora.

Tony miał wrażenie, że maska, którą nieustannie nosił Loki, na moment się skruszyła – blada twarz Asa wyrażała niedowierzanie, a w jego oczach obudziło się zagubienie. Uznał, że właściwie to drugie jest tam przez cały czas, ale zbyt niewyraźne, aby przebić się przez nieustający, chłodny gniew.
Jednak to była tylko chwila, tak ulotna, że równie dobrze mogło mu się to wszystko przewidzieć.
Jego potylica z impetem huknęła o ścianę. Oszołomiony bólem, przez dłuższą chwile nie mógł pojąć co się właśnie stało.
Loki z miażdżącą siłą dociskał go do twardej powierzchni, o którą właśnie omal nie rozbił mu głowy.

- Sądzisz, że wolno ci mówić wszystko, na co akurat masz ochotę, Stark? – wycedził z furią. – Bardzo się mylisz. I prędzej czy później pożałujesz swoich lekkomyślnie wypowiedzianych kwestii.

Promieniujący ból powoli ustępował pozwalając mu na skupienie wzroku. Wprost na wściekłych i szalonych oczach Lokiego. Pięknych i przerażających (o ten pierwszy wniosek obwinił uraz głowy).
Laufeyson z upiornym uśmiechem, którzy przeraził Tony'ego bardziej niż poczynania czarownika, przekręcił reaktor łukowy w jego piersi.

- Nie tylko z zewnątrz otacza cię żelastwo – nosisz je także w sobie. Od tej pory pamiętaj, że wiem o tym.
Tony'ego ocucił zastrzyk nagłej paniki.

Strącił rękę Lokiego z urządzenia, a jego serce łomotało tak gwałtownie, że dudniący odgłos rezonował mu w uszach.

- To śmieszne, że mi się odgrażasz.

- Śmieszne – powtórzył beznamiętnie As i oswobodził go równie nagle, co zaskoczył potrzaskiem pomiędzy sobą a ścianą. – Takie jest dla ciebie wszystko, prawda, Stark?

Pod Tonym prawie ugięły się kolana kiedy ponownie stanął o własnych siłach. Sytuacja wytrąciła go z równowagi znacznie bardziej niż chciałby przyznać.
Uznał za niewiarygodny fakt odczuwania wyrzutów sumienia wobec Lokiego - pomimo tego, że ten chwile wcześniej próbował rozbić ścianę jego własnym czerepem. Ból był jak uciążliwe tło zajścia.

- Nie, nie wszystko.

Niewypowiedziane przeprosiny zawisły w powietrzu, a Tony gryząc się z samym sobą postanowił je tam pozostawić, bo powiedział:
- JARVIS. Włącz muzykę, zamierzam popracować.

Ruszył przed siebie wymijając Lokiego, po którym po chwili nie było już śladu nie tylko w warsztacie ale i całym Stark Tower.