Swoje przedrozdziałowe biadolenie tym razem chciałbym rozpocząć od odpowiedzenia na komentarze.

Shailila: naturalnie jest mi ogromnie miło, że tak pochlebnie postanowiłaś ocenić moje tworzenie dialogów, mam nadzieje, że wraz z rozwojem fanfika uda mi się nie schodzić z obecnego poziomu. :D Co do twojego pytania - dopóki go nie zadałaś nawet nie wiedziałem o istnieniu takowej strony. Zdążyłem się z nią jednak wstępnie zapoznać i zgodnie z twoją sugestią zastanowię się czy nie wrzucić tego tu na ao3.

Katy: Mam bete, jednak jak się niefortunnie okazało po tym jak bezczelnie złożyłem u niej reklamacje... przy ostatnim rozdziałe (i prawdopdobnie również przy części tego, który teraz będę publikował) nie wszystkie wprowadzone przez nią poprawki się zapisały w związku z czym światło dzienne ujrzały wszystkie moje potknięcia. W każdym razie za jakiś czas, jak już ponownie weźmie się za edytowanie tamtego fragmentu wrzucę wersję poprawioną, a dopóki to nie nastąpi przepraszam wszystkich czytających za te z błędów, których nie zdołało wychwycić moje oko i upośledzone wyczucie momentu na postawienie przecinka. : )

Nawiązując do pozostałych komentarzy (za które dziękuje)... 20% rabat tylko dla tych, którzy padną na kolana. :D

No i wreszcie mniej gadania, więcej działania, bo rozpisałem się tu jak nigdy.
Miłego czytania.


Minęło półgodziny. Połowę tego czasu Tony spędził na krążeniu jak wściekły sęp po niewielkiej przestrzeni windy, a drugą, na rozkręcaniu dotykowego panelu. I gdyby miał być szczery po zdjęciu osłony wcale nie czuł się o krok do przodu – nie był specem od tego typu mechanizmów (choć nie wątpił, że za parę chwil to się zmieni).
Jasnym było, że prędzej czy później uda mu się pozytywnie rozstrzygnąć bój z dźwigiem, jednak zdecydowanie nie łudził się na błyskawiczne rozwiązanie problemu.

- Sir, udało mi się przełamać niezidentyfikowaną blokadę, która mnie od pana odcięła – głos JARVISa był dla Tony'ego prawdziwą poezją w tym momencie. Odetchnął z ulgą.

- Wspaniale, że jesteś! Naprawdę tęskniłem. W czym tkwi proble… - urwał, co zdecydowanie nie miało nic wspólnego z jego zamiarami. Głos uwiązł mu w gardle i naprawdę nie mógł wykrztusić ani jednego słowa. Jakby nagle został kompletnie pozbawiony strun głosowych.

Dał upust nagłej złości kolejnym kopnięciem wymierzonym prosto w niewinną, pancerną szybę i nawet nie mógł zakląć kiedy promieniujący ból w dużym palcu wyraził swój protest wobec tak bezsensownego wyrażania agresji.
Obiecał sobie, że Loki bardzo pożałuje uwięzienia go w tej cholernej windzie.
Jeszcze nie wiedział jak, ale z pewnością dopełni zemsty.

Kiedy Tony'emu własnymi siłami udało się uwolnić z potrzasku był już późny wieczór. W duchu obiecał sobie, że następnym razem po zirytowaniu Lokiego wybierze drogę na pieszo - jednak przede wszystkim zastanawiał się w jaki sposób mógłby sprawić, że Kłamca pożałuje swojego wybryku. Niestety wobec tej kwestii, w jego głowie niezmiennie panowała irytująca pustka nijak pasująca do tytułu geniusza, jakim się cieszył.
Kiedy wszedł do salonu nie miał pojęcia skąd Lokiemu udało się wytrzasnąć w tak skomputeryzowanym i pozbawionym książek miejscu jak Stark Tower Hamleta. Usta Kłamcy okrasił uśmiech nieszczerej życzliwości.

- Stark, gdzie zniknąłeś na tyle godzin? Biedna panna… Potts nie mogła na ciebie już dłużej czekać. Prawdę mówiąc była mocno zawiedziona – przemówił wsuwając między kartki skrawek papieru, który miał stanowić zakładkę. Odrzucił dzieło Shakespeare'a na ławę i dźwignął się na nogi. – Nie martw się. Przyszedłem tu i zająłem jej czas. Dobrze się razem bawiliśmy – podsumował z jadem ukrytym pod pozorną uprzejmością.

Tony całym sobą odczuł prymitywną potrzebę rzucenia się na Laufeysona z pięściami. Pozostał jednak przy zachowywaniu opanowanego wyrazu twarzy, co dla liczącego na jakiś wybuch złości Lokiego najwyraźniej stanowiło obelgę. Przez twarz Kłamcy przemknął cień niezadowolenia, gdy zbliżał się wolnym krokiem do Tony'ego.
Miliarder uśmiechnął się z wdzięcznością.

- Świetnie. To bardzo… dobrotliwe z twojej strony – oznajmił tonem pochlebcy odkrywając, że na powrót może mówić. Poklepał ramię Lokiego. – Jestem przekonany, że będę mógł ci się w jakiś sposób odwdzięczyć – dodał łypnąwszy na Asa, którego minął zmierzając do mini-barku.

Z butelką whisky i wybranym numerem do Pepper wyszedł z salonu zostawiając Lokiego sam na sam z niezadowoleniem wynikłym z nieudanej prowokacji i Hamletem.

- Pepper? Cudownie będzie usłyszeć twój głos, dlatego powiedz coś.

Odpowiedziała mu wymowna cisza po drugiej stronie słuchawki.

- Jesteś zła? Tym razem wyjątkowo nawaliłem z powodu okoliczności losowych, których nie wywołało moje postępowanie.

- Wiesz, że mam na głowie całą firmę, Tony. Nie mam czasu uganiać się za tobą w nieskończoność kiedy potrzebuje kilku podpisów. – Słuchanie umęczonego głosu Virginii zdecydowanie nie było tak cudowne, jak się spodziewał.

- Wiem. I to doceniam, naprawdę. Nie chciałem żeby tak wyszło. Nawet nie będę ci tego tłumaczył, bo to cholernie idiotyczne i…

- To jeden z twoich problemów.

Na twarzy Tony'ego pojawił się przelotny wyraz oburzenia, któremu nie pozwolił się rozwinąć.

- Tak. Masz absolutną rację. Hej, może wyskoczymy na jakąś kolację? – zaproponował z przesadnym entuzjazmem i zerowymi oczekiwaniami wobec swojego pomysłu.

- Skontaktuje się z tobą. A teraz wybacz, bo mam jeszcze naprawdę dużo pracy przed sobą… Miłego wieczoru, Tony.

Uśmiechnął się krzywo odkładając telefon na półkę.
Przysiadł na skraju łóżka i ściskając w dłoniach butelkę szkockiej zamknął oczy popadając w zadumę.
Powinien się teraz poczuć zrezygnowany. I odrobinę rozgoryczony ze względu na brak szansy zmniejszania dystansu, który powoli wytwarzał się pomiędzy nim a Pepper. Bezskutecznie próbował przywołać w sobie któreś z tych uczuć.
Z drugiej strony czyż nie zrujnował już wystarczająco wielu relacji aby mieć prawo do tej rezerwy, jaką odczuwał wobec sytuacji z Virginią?
Być może (albo przede wszystkim) Pepper zasługiwała na kogoś, kto doceniając całą jej cierpliwość, pozwoliłby odczuć swoją wdzięczność.
Tony wiedział, że byłby w stanie w ciągu kilku chwil i bez ogromnego wysiłku odmienić nowy stan rzeczy.
Przecież naprawdę potrafił być czarujący w relacjach męsko-damskich.
Problem tkwił jednak w fakcie, że wcale nie chciał – to była fasada, która nużyła prędzej czy później i zawsze mimowolnie powracał do rozczarowującego bycia sobą. Zresztą wcale nie chciał być kimkolwiek innym wobec Pepper – ani teraz, ani później. I zdecydowanie nie na chwile.
Może powinien chcieć się zmienić na lepsze właśnie dla niej.
I może nawet kiedyś spróbuje – kiedyś, gdy już wszystkie otaczające go szaleństwa takie, jak nowe zagrożenie ze strony Obcych i współpraca z asgardzkimi bogami nie będą go już dotyczyły.
Twoje życie jest nienormalne – uznał w duchu spoglądając na ściśniętą w dłoniach butelkę z alkoholem.
Krótka projekcja refleksji umniejszyła irytacje, która wrzała w nim kiedy wracał do sypialni, a gwałtowna potrzeba odosobnienia wyparowała z jego umysłu.

Wrócił do salonu i usiadł obok Lokiego na kanapie – tym razem Kłamca nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi.

- Hej, mógłbyś tu przyteleportować szklanki? – odezwał się z ożywieniem nie pozostawiając Asowi innego wyjścia, niż opieszałe oderwanie wzroku od książki. – Pomyślałem, że może teraz uda nam się wypić razem drinka – wyjaśnił unosząc butelkę z whisky. Loki wpatrywał się w nań z podejrzliwością najwyraźniej doszukując się w propozycji drugiego dna, które w jakiś sposób ułatwiłoby Tony'emu odegranie się za windę.

- Niech będzie – zgodził się w końcu i pstryknął palcami.

Dna dwóch kryształowych szklanek, które się pojawiły cicho stuknęły o powierzchnię ławy, a Stark chwile później napełnił naczynia bursztynowym trunkiem.
Loki z wypisanym na twarzy wyrazem powściągliwości zasięgnął po swój przydział.

- Tacy jak ty w ogóle chorują? – zainteresował się Tony.

- Tacy jak ja? - zapytał Loki z niechęcią w głosie. – Jeśli masz na myśli mieszkańców Asgardu, to tak – odpowiedział w końcu nie wyzbywając się drażniącej nuty stanowiącej pomieszanie politowania i łaskawości. Stark jednak zdołał się powstrzymać przed skomentowaniem tego.

- W takim razie zdrowie – rzucił Tony, stuknął szkłem o szkło i wychylił szkocką.

Palący w gardle trunek w znajomy sposób rozgrzał go od środka. Zerknął kątem oka na Laufeysona, który wysączył whisky powoli jak wodę.

- A upijacie się? – dociekał.

- Och, oczywiście, że tak – odparł As i z enigmatycznym uśmiechem odstawił pustą szklankę.

Kilkanaście kolejek później Tony wszedł w tryb beztroski. Moralne rozterki, które tliły się w nim słabo na myśl o tym, że kolejny raz w obliczu problemów ucieka się do czegoś równie zgubnego jak alkohol, odeszły w rejony niepamięci.
Obecnie wszystko było zwyczajnie wspaniałe (nawet Loki, który nie upił się ani trochę).

- Swoją pierwszą zbroję – zaczął w pewnym momencie siedząc swobodnie z butelką w garści i nogami przewieszonymi przez poręcz kanapy. – Zbudowałem w jaskini.

- Zbudowałeś ten żelazny strój w jaskini? – powtórzył z powątpieniem Kłamca.

- Dokładnie. Hej! – Tony poderwał się gwałtownie na równe nogi. Zachwiał się i odzyskał równowagę dopiero chwyciwszy Lokiego za ramię. – Zróbmy imprezę – rzekł prostując się. – Gdzie mój telefon? JARIVIS? Zaproś tu wszystkich, absolutnie wszystkich, których… - Zdecydowane szarpnięcie sprowadziło go z powrotem na kanapę.

- Sądzę, że to nie jest najlepszy pomysł, Stark. I myślę, że jutro będziesz uważał podobnie.

- Wiesz, jak jest? Ja mam impuls geniuszu, olśnienie, a inni zawsze starają się to zdusić w zarodku. Jednak ja i tak wprowadzam swoje fantastyczne koncepcje w życie i wszyscy są zachwyceni.

Na twarzy Tony'ego odmalowała się bezwzględna powaga, która najwyraźniej miała poświadczyć jako dowód na to, że święcie wierzy w swoje słowa.

- W tym przypadku nikt nie będzie zachwycony, zapewniam cię – oznajmił w końcu As. – Zwłaszcza ci twoi przyjaciele patrzący na mnie, jak na…

- Jak na kogoś kto chciał poprowadzić armię obcych przeciwko nam? – wtrącił z zaciekawieniem Tony, a Loki zacisnął usta i na moment umilkł.

- Popełniłem kilka błędów, ale Chitauri nie byli jednym z nich – przemówił w końcu dobierając ostrożnie słowa, najwyraźniej z trudem zebrawszy się na coś na podobieństwo szczerości. – Robiłem to, co było konieczne abym uszedł z życiem.

Tony uniósł brwi słysząc tę deklarację, a po chwili uśmiechnął się z drwiną.

- Tak się tłumaczysz przed sobą?

- Nie. Nie mam takiej potrzeby. Tak się tłumaczę przed tobą.

Powiedziawszy to Loki odebrał swojemu rozmówcy butelkę z alkoholem.

- Może mógłbyś to powiedzieć komukolwiek innemu i spotkać się ze zrozumieniem, ale tak się składa, że trafiłeś na niewłaściwą osobę.

Tony rozsiadł się swobodnie wciśnięty w prawy kąt kanapy i przerzucił jedną rękę przez wezgłowie mebla.

- Wielokrotnie pytałeś o mój reaktor łukowy – przypomniał i przyłożył dłoń do wspomnianego urządzenia. – Z tym się wiąże pewna banalna historia. Główny bohater, czyli ja, trafia w ręce nieprzyjaciół. Nieprzyjaciele pragną broni – mojej broni. Na pewno wygooglowałeś sobie czym wcześniej zajmowała się moja firma. W każdym razie przed pojmaniem jeden z egzemplarzy wyprodukowanych przez Stark Industries wybucha dostatecznie blisko mnie aby setki drobnych, metalowych odłamków utkwiło w moim ciele. Reaktor je powstrzymuje przed tym, co niechybnie mogłoby mnie spotkać, gdyby wgryzły się w jakże niezbędny dla funkcjonowania, centralny narząd układu krwionośnego. Zbudowałem reaktor pod nosem wroga. Tak samo jak zbudowałem pierwszą zbroję. I to było w jaskini, jak już wcześniej wspomniałem – podsumował Tony z uśmiechem wpatrując się w skoncentrowane, zmrużone oczy Lokiego.

- Rozumiem, co chciałeś mi uzmysłowić ale ja nie jestem szlachetny – uznał As. – Nie miałem ani jednego powodu, który mógłby mnie zmusić do zastanowienia się czy nie ma innego wyjścia. Midgard i każde zasiedlające go życie było mi zupełnie… - Loki z cichym brzdękiem odstawił pustą butelkę na stolik. -…obojętne.

Tony nieprzytomnie odnotował słowa Laufeysona bardziej skupiony na tym, że wspomniany z każdym wypowiedzianym słowem sumiennie zmniejsza dzielący ich dystans.
Alkohol szumiał mu w głowie mieszając każdą myśl, zanim zdołała się uformować w coś minimalnie rozsądnego.

- Kto wie, może teraz byłoby inaczej? – podsumował Kłamca zniżonym głosem.

Tony poczuł chłodne palce na swoim policzku. Wpatrywał się w rozjarzone oczy Lokiego zahipnotyzowany ich głęboką zielenią.
Loki właśnie przedarł się przez niewidoczną granicę, którą Tony sobie wytyczał na takie okazje.
Starał się do niej nie zbliżać, ale jeśli zrobiła to druga strona… W takim przypadku (i przy takim stanie upojenia) nie byłby zdolny dłużej opierać się paraliżującemu, naglącemu do działania napięciu.
Ostatnią rzeczą, której by się po sobie spodziewał było zainicjowanie pocałunku z innym facetem.
Z tym, że Tony nie widział ani krztyny niewłaściwości w tym, do czego doprowadził.
Podobała mu się agresywność w uniżeniu, do którego udało mu się skłonić Asa.
Dotychczas podświadomie osądzał Lokiego o typowo kobiecą kokieterię – teraz jednak odrzucił podobne urojenia; mało było powabu w pocałunkach pełnych ukąszeń balansujących na pograniczu pieszczoty i chęci zadania bólu.
W każdym razie Tony mgliście zdawał sobie sprawę, z tego że nazajutrz będzie miał rozkosznie obolałe usta.
Mimo nieustępliwie brutalnego tonu, jakim Kłamca okraszał swoje czułości, Tony czuł, że jest tym, który panuje nad sytuacją, a owe przekonanie skutecznie podżegało w nim zapał.
Dłonie miliardera wdarły się pod oporne względem takich manewrów ubranie Asa.
Skóra, po której błądziły opuszki Starka była gładka, pozbawiona skaz w postaci blizn. Mięśnie pod nią napięte i bardziej imponujące niż mógłby przypuścić, sugerując się smukłą sylwetką Kłamcy.
Paznokcie Lokiego w jednym momencie wpijały się zachłannie w ramiona Tony'ego, a w następnej ręce Laufeysona odepchnęły Starka dość gwałtownie, aby nowy stan rzeczy został przez wynalazcę powitany równie entuzjastycznie, jak zaskakujący cios obuchem w łeb.

- Wstawaj, Stark – rozkazał As zachrypniętym głosem, a nie doczekawszy się posłuchu, zepchnął brutalnie oszołomionego Tony'ego ze swoich bioder i łypnął z niechęcią w kierunku okna.

Blask przecinającej niebo błyskawicy rozjaśnił pogrążone w półmroku pomieszczenie i wyrażającą zaciętą frustracje na twarzy Lokiego.

- Będziesz miał gościa – poinformował, wstając zgrabnie z kanapy i jakimś cudem wyglądając równie dostojnie co zwykle mimo rozwichrzonych włosów i wymiętego przez Tony'ego ubrania.

Tony, w pierwszej kolejności skoncentrowany na buzującym żywo w żyłach pożądaniu, dopiero po chwili zdołał wyciągnąć sens ze słów Asa.
Te otrzeźwiły go na tyle aby uzmysłowił sobie, że gdyby nie został powstrzymany, bez cienia zawahania dobrałby się do faceta.
Kolejny błysk rozjaśnił noc, a ściany zadrżały, gdy na zewnątrz przetoczył się basowy, donośny grzmot.
Z jednej strony Tony był bardzo zadowolony z tego, że Thor wybrał sobie taki moment na swoje niezapowiedziane przybycie, z drugiej (tej, w której sugerował się nienasyconymi żądaniami własnego ciała) naprawdę miał ochotę móc rozszarpać Gromowładnego.
Finałowe wyładowanie ewidentnie trafiło w szczyt Stark Tower.
Tony oderwał wówczas spojrzenie od okna i przeniósł je na Lokiego – a raczej na miejsce, w którym ten znajdował się ostatnio; teraz po Asie nie było ani śladu.
Właściwie powitał tę ewakuacje Kłamcy z jakąś dziwną ulgą.
Wyjrzał na rozległy taras – widok podrygującej na wietrze czerwonej peleryny i jej masywnego posiadacza nie wywarł na Tonym większego wrażenia. Po wszystkim, z czym zetknął się na przestrzeni minionego roku, naprawdę niewiele było w stanie go poruszyć.
Thor stanął przed oszkloną ścianą oddzielającą taras od wnętrza budynku i dopóki nie wybił sobie w niej przejścia Mjölnirem, przypominał Starkowi psa wyczekującego pod frontowymi drzwiami domu.
Tony wytrzeszczył oczy z pomieszaniem niedowierzania i wściekłości spoglądając na opadające całymi kaskadami fragmenty pancernego szkła (po tym, jak Loki wybił nim szybę, postanowił wraz z remontem zaprowadzić pewne reformy w wieżowcu).
Do salonu wkradł się potężny podmuch lodowatego, grudniowego powietrza, a Gromowładny wkroczył do środka rozglądając się wkoło z chirurgicznym zainteresowaniem. Przeistoczyło się ono w szczere uradowanie, (czyli zupełną odwrotność tego, co właśnie odczuwał Tony) gdy napotkał spojrzeniem drżącego od zimna gospodarza.

- Witaj, Tony Starku! – odezwał się raźny i tubowy głos Thora.

Iron Man analitycznie przyjrzał się barczystym ramionom Odinsona, przypomniał sobie, że nie ma na sobie zbroi i ostatecznie uznał, że przecież może być gościnny.

- Thor – rzekł kiwając w geście uznania głową. – Zjawiasz się w samą porę, właśnie sobie świętowałem – wyjawił i ruszył w kierunku barku. – Wznieśmy toast za twoje przybycie! – dodał z entuzjazmem. – Jak podróż, nie było korków? – wypytywał.

- Nie podejrzewałem, że jesteś takim serdecznym gospodarzem, Tony Starku – zdziwił się Thor, który był ewidentnie zachwycony perspektywą toasty z okazji swojego przybycia, a przy tym zupełnie nieświadomy tego, że Tony już od kilku godzin wznosi różnorakie „toasty".

Tony przelewając z kryształowego naczynia whisky spoglądał taksująco na przybysza, który właśnie odstawiał młot na stół. Z prawdziwą ulgą odkrył, że jego niedawno narażona heteroklapka pozostaje w stanie niewzruszenia.

- Gdzie jest mój brat? – zainteresował się bóg piorunów, gdy Tony podawał mu szklankę z trunkiem.

Stark odpowiedział mu idiotyczną, bezradną miną mającą przekazać, że nie ma zielonego pojęcia.

- Tony Starku, jesteś nietrzeźwy – zauważył w końcu błyskotliwie Thor.

- Minimalnie – rzucił lekceważąco w odpowiedzi po czym zaczął wypijać duszkiem zawartość swojej szklanki nie odrywając przenikliwego spojrzenia od twarzy Thora.

„Musisz się bardzo upić, Tony. Najlepiej tak bardzo żebyś jutro nie pamiętał tego, co robiłeś dziś" – perorował w myślach, jednak szybko dostrzegł bezcelowość swojego dążenia.
Loki był praktycznie trzeźwy, będzie wszystko pamiętał bardzo klarownie, i…
I Loki był trzeźwy – zatrzymał się przy tym zdumiewającym odkryciu, od którego oderwało go kolejne pytanie Thora.

- Którą komnatę zajmuje Loki?

Tony zakrztusił się szkocką, ale przy okazji radośnie pożegnał dotychczasowe przemyślenia.

- Komnatę? – powtórzył jakby niepewien czy to, co usłyszał, nie jest efektem urojeń.

- Zwykle śpię tam, gdzie mam ochotę – przerwał trzeci głos. Opanowany i chłodny w tym przypadku mógł należeć tylko do Laufeysona, który właśnie wkraczał do pomieszczenia. W przeciwieństwie do Tony'ego prezentował się z typową dla siebie nienagannością; po rozwichrzonych włosach nie było śladu.

Thor ewidentnie się rozpromienił, zupełnie obojętny na aurę niechęci, jaka w jednej chwili zaczęła bić od Lokiego.

- Loki! Wszechojciec obawiał się najgorszego, gdy Heimdall stracił cię z oczu…

- Ale, jak widzę skutecznie przyspieszył pracę nad odbudową Bifrostu – odrzekł drwiącym tonem Kłamca. – Zatem osiągnąłem zamierzony cel – dodał ciszej. Tony szczerze powątpiewał w podobne motywacje, jednak Thor bez zawahania kupił taką wersję, bo powiedział:
- Wiem, nigdy niczego nie robisz bez powodów.

Stark odnotował, że Thor w obliczu swojego młodszego brata staje się naprawdę pełen naiwnej beztroski.
Postanowił wykorzystać okazje, umknąć do sypialni i spędzić resztę wieczoru samotnie.

- Dokąd się wybierasz, Stark? – usłyszał w połowie drogi i niechętnie przystanął.

- Nigdy nie przepadałem za rodzinnymi schadzkami. Możecie sobie zamówić jakąś pizzę na mój koszt, albo coś – odparł wzruszając ramionami i, odprowadzany zamyślonym spojrzeniem Lokiego, wyszedł dość koślawym krokiem.
Parę minut później padł ciężko na łóżko. Szczęśliwie dla siebie (głównie dzięki sporym zaniedbaniom w zakresie wypoczynku) ominął tę cześć zasypiania, która obfitowała w przemyślenia. Odpłynął tuż po tym, jak jego głowa zetknęła się z poduszką, a kiedy się ocknął, pierwszym co odnotował, był niemożliwy do wytrzymania ból głowy i paląca potrzeba pochłonięcia hektolitrów wody.

Noc uraczyła go szczegółową projekcją snów erotycznych, które zasiały w nim pewne zwątpienie wobec własnych preferencji seksualnych. Szczęśliwym trafem kac, odbierający wszelkie chęci do życia, częściowo odciągał jego uwagę od nieszczęsnej i naglącej potrzeby pozbycia się pewnej niedogodności.
Paręnaście minut później, opuszczając łazienkę, Tony dochodził do wniosku, że czuję się odrobinę podle z powodu Pepper. Z racjonalnego punktu widzenia, to co zrobił, gładko wpisywało się w zagadnienie zdrady (choć Tony nie był pewien, czy poczułby się dotknięty czymś więcej poza byciem wykluczonym z zabawy, gdyby dowiedział się, że Pepper za jego plecami miała jakiś większy lub mniejszy udział w interakcjach żeńsko-żeńskich. Dlatego też ten punkt traktował z przymrużeniem oka).
W ostatecznym rozrachunku czuł się mniej więcej tak, jakby ktoś odjął mu co najmniej połowę szarych komórek. Zachował się co najmniej gówniarsko. Mimo tego wspaniałego okresu w jego życiu, który stanowił chwiejny związek z Virginią, nadal nie nauczył się trzymania rąk przy sobie.
W każdym razie trochę bał się stawiania czoła rzeczywistości. Miał jednak prosty plan – udawać, że nic się nie stało.
Z tym postanowieniem udał się na poszukiwanie wody, jednak pierwszym na co się natknął był bóg piorunów we własnej osobie.
Wzrok Tony'ego automatycznie powędrował w kierunku szyby, którą ubiegłej nocy rozbił młot Thora - prezentowała się równie solidnie, co zawsze i nic nie zdradzało jej niedawnych przejść.

- Witaj! Loki wczoraj naprawił to okno – powiedział, że nie powinienem tamtędy wchodzić – wyjawił Thor widząc, gdzie umyka spojrzenie gospodarza.

- Aha. No jasne.

- Wyglądasz okropnie, Tony Starku. Coś ci dolega?

- Kac morderca nie ma serca. Hej, widziałeś tu gdzieś jakąś wodę? – wyburczał w odpowiedzi Tony i ponownie przeskanował wzrokiem pomieszczenie nie znajdując tego, czego teraz naprawdę potrzebował – Nieważne. Wczoraj nie mieliśmy czasu porozmawiać – zauważył kierując się ku wyjściu. Thor ruszył za nim. – JARVIS, powiadom Fury'ego o tym, że nasz gromowładny przyjaciel zjawił się na Ziemi.

Wspomniany rozejrzał się z dezorientacją wypisaną na twarzy, a kiedy głos AI odpowiedział „tak, sir", podskoczył.

- Co to za głos?

- JARVIS. Sztuczna inteligencja – powiedział niedbale Tony, niezbyt się garnąc do szerszych wyjaśnień. Na boga, to przecież wymagało myślenia, a on naprawdę nie był teraz w stanie się na to zdobyć.

Przeszedł do równoległego pomieszczenia i skierował się do aneksu kuchennego, żeby nalać sobie wody z kranu a po chwili, z wiarą w zbawienną moc elektrolitów, wcisnąć w nią połowę cytryny.
Kiedy zerknął na twarz Thora pogrążoną w niebezpiecznie głębokiej zadumie, wypił duszkiem zawartość szklanki, a następnie postanowił odrobinę rozjaśnić tajemniczy termin zanim przyprawi boga piorunów o migrenę.

- Sztuczna inteligencje to… zdolne do myślenia urządzenie – objaśnił najprościej, jak potrafił i doszedł do wniosku, że ostatnimi czasy otacza go odrobinę za dużo osób nienadążających za technologią XXI wieku.

Thor nie wyglądał na kogoś na kogo spłynęła łaska zrozumienia, więc Tony postanowił się poddać i resztę poranka spędził na wlewaniu w siebie płynów.

Dwie godziny później Stark Tower pełne było Avengersów.
Komitet powitalny niewątpliwie uradował Thora, jednak myślami był przez większość czasu nieobecny.
Tony zresztą podobnie – to jednak nie zwróciło niczyjej uwagi, jako że przez większość czasu w interakcjach był irytująco lekceważący.
Obecnie jednak jego myśli miały konkretny powód ku rozproszeniu.

- Uważam, że teraz, kiedy jesteśmy skompletowani, powinniśmy zdobyć się na jakieś publiczne wystąpienie. Wielu ludzi tego oczekiwało po tym, co się wydarzyło w Nowym Jorku – odezwała się w pewnym momencie Natasza. Tony wyrwał się z głębokiej zadumy przywołany tym oświadczeniem i spojrzał na nią z niesmakiem.

- Uważasz tak ty czy Fury?

Romanoff zacisnęła usta, a Barton pośpieszył jej z pomocą:
- To jest nasz obowiązek. Rozwaliliśmy sporą część Manhattanu. Ludzie chcieliby usłyszeć kilka słów od nas.

- Hej, jesteśmy ich wybawicielami. Nie my byliśmy rozwalającymi. Poza tym chciałbym wam przypomnieć, że gdyby sprawy potoczyły się odrobinę inaczej, to Manhattan byłby ziejącym pustką kraterem – obruszył się miliarder wstając z kanapy.

- Tony, spokojnie…

- Martw się o to, żeby tobie nie puściły nerwy, Banner – odgryzł się Tony dając się z łatwością uwieść najgorszej mieszance emocji, jakie stanowiło rozdrażnienie i ogólne poczucie żałości, doprawione fatalnym samopoczuciem oraz kacem.

Bruce umilkł i zapatrzył się we własne dłonie jakby został słusznie zrugany, a Tony poczuł się na ten widok jak ostatni dupek.

- Jak możesz się tak zachowywać! – oburzył się Steve – naczelny strażnik moralności Avengersów. Tony zmroził go spojrzeniem szykując się do odpowiedzi, a Thor najwyraźniej wrócił myślami z dalekiej podróży ku Jane Foster, bo wstał nagle i niczym niewprawny mediator rozłożył ręce.

- Spokojnie, towarzysze! – przemówił z mocą. – Nie skaczmy sobie do gardeł, powinniśmy się…

Tony nie usłyszał, co powinni, bo był już poza salonem w którym się gromadzili.
Nie miał zamiar dłużej narażać reszty ekipy na swoje bezpodstawne wybuchy, a czuł, że tego dnia były one nie do uniknięcia.

- No, no, Stark. Cóż za egocentryzm. Nie jesteś chyba stworzony do gier zespołowych – zauważył cierpki głos Lokiego, który zgodnie z tradycją pojawił się znikąd. Do tej pory Tony był naprawdę zadowolony, że nie musiał go oglądać.

Zatrzymał się gwałtownie i zwrócił twarzą w kierunku Asa, a zaraz po tym uniósł brwi w wyrazie niedowierzania.
Loki z jakiś przyczyn po raz pierwszy od momentu zjawienia się w Stark Tower zrezygnował z ciężkich, asgardzkich łachów, na rzecz najzwyklejszego, czarnego swetra i spodni w tym samym kolorze.
Bez elementów zieleni wyglądał niecodziennie i zdecydowanie mniej postawnie, ale nie to najbardziej zdziwiło Tony'ego.

- To moje – zauważył grobowym tonem zapominając o ciętej ripoście, którą miał na końcu języka.

- Pożyczyłem sobie – przytaknął Loki, niedbale odciągając sweter od ciała i zaraz puszczając.

- Nie przypominam sobie, żebym otwierał jakąś…

- Powiedziałem, że ja sobie pożyczyłem. Nie, że ty mi pożyczyłeś – przerwał mu Kłamca, a jego spojrzenie skierowało się na drzwi, którymi Tony chwile przedtem wyszedł.

- Nieważne – uznał w końcu i wyminął Lokiego. – Nie zezłość Bruce'a. Nie potrzebuje kolejnego remontu po tym, jak ponownie odbije twoją sylwetkę w podłodze – rzucił jeszcze przez ramię, a Laufeyson zacisnął zęby wyraźnie zirytowany tym przytykiem. Zaraz po tym Tony usłyszał odgłos zatrzaskujących się drzwi i wiedział, że Loki postanowił uraczyć swoim towarzystwem resztę Avengersów.
Stark szczerze (choć krótko) im współczuł - prawdopodobnie pozostawił ich na pastwę irytacji Lokiego. Ufał jednak, że Thor w obliczu krytycznej sytuacji utemperuje swojego brata.

Uciekanie od problemów nigdy nie było szlachetnym rozwiązaniem, ale w chwilach takich jak ta, odrobina żałości naprawdę była nieodłącznym elementem schematu działań Tony'ego.

- Połącz mnie z Rhodeyem – powiedział przyciskając do ucha telefon komórkowy. Wsiadał akurat do windy z nadzieją, że nie utkwi w niej po raz kolejny na bliżej nieokreśloną ilość czasu.

Po dwóch sygnałach w słuchawce rozbrzmiał głos pułkownika.

- O co chodzi, Tony?

- Oho, nadal masz mnie za skończonego palanta – zaczął miliarder po szybkiej interpretacji nuty rozdrażnienia w głosie przyjaciela. – Tak. Tak się składa, że masz rację, przyznaje się. Jestem dupkiem.

- Po prostu powiedz o co chodzi – powiedział zrezygnowanym głosem po krótkiej pauzie, a Tony oczami wyobraźni widział jak Rhodey przed wypowiedzeniem tych słów zaciska usta w cienką kreskę. Uśmiechnął się szeroko i wysiadł z windy w lobby.

- Po prostu chciałem spotkać się ze swoim przyjacielem. Nie bądź taki podejrzliwy. Gdzie jesteś?

- Nie mogę ci…

- Tak sądziłem. Hej, JARVIS – zlokalizuj mi obecne miejsce pobytu pułkownika Rhodeya.

- Tony! Rozłączam się – ostrzegł wspomniany, co spotkało się z brakiem zainteresowania.

- Chwila. Poczekaj chwilę – wymamrotał nieprzytomnie Tony przytrzymując telefon ramieniem by wpisać kod w drzwiach do garażu.

- Sir, mam współrzędne.

- Świetnie. Wprowadź w nawigację audi R8 i ustal trasę. James. Zaraz będę – zakomunikował i zanim ten zdążyłby zaprotestować, zakończył rozmowę.