Nie ukrywam, że jestem... średnio usatysfakcjonowany tym rozdziałem. Pisałem go podczas ferii, (które już niestety dobiegły końca) a co za tym idzie należyte skoncentrowanie się uparcie odmawiało mi towarzystwa. Mam jednak szczątkową nadzieje, że za moje niezadowolenie poniższym tekstem chociaż częściowo odpowiada dziwny nastrój, który się mnie trzyma od jakiegoś czasu.
Co nie zmienia faktu, że publikuje to z mieszanymi uczuciami.
I jeszcze odpowiadając pokrótce na pytanie dotyczące tego, jak długi będzie ten fanfic... Mam dość sporo pomysłów, które wymagają odpowiedniego rozłożenia w czasie, dlatego podejrzewam, że ostatecznie może okazać się całkiem długi.
Betowała, jak zawsze, Kirunia.
Jadąc przez Nowy Jork konsekwentnie ignorował przychodzące połączenia.
(Swoją drogą naprawdę nienawidził jeździć przez miasto – zdecydowanie wolał przemieszczać się w powietrzu. Litościwie nie chciał jednak irytować Fury'ego swoją obecnością na niebie. Zwłaszcza, że zbroja niepodważalnie była alternatywą dla jednozałogowych podróży.)
Przestał ignorować telefon dopiero, gdy z piskiem opon zatrzymał się przed budynkiem Wojskowego Dozoru Technicznego.
- Co za niecierpliwo… - urwał, gdy drzwi od strony pasażera się otworzyły, a Rhodey z zaciętą miną wpakował się gwałtownie na fotel.
- Tony, nie możesz mnie odciągać od obowiązków tylko dlatego, że masz taką zachciankę.
Tony z grobową miną pokiwał głową na te słowa, a następnie uruchomił silnik. Samochód ruszył, zmuszając Jamesa do zatrzaśnięcia drzwi.
- I tak masz to gdzieś, prawda? – westchnął tracąc na butności, którą zamierzał stawić czoła Starkowi.
- Nie. Chodzi o to, że w twoim życiu jest ostatnio za mało miejsca dla rozrywki. I w moim także. Musisz mi potowarzyszyć. Zwariuję. Te wszystkie niedopowiedzenia z Pepper, współpraca z facetem, który dostarczył mi koszmarów do końca życia – mówił Tony i jego umęczonym głosie było tylko odrobinę teatralności. Rhodey jednak pozostał na nią niepomnym, bo spojrzał na swojego przyjaciela z dozą współczucia.
- Powinieneś czasem wpadać do Stark Tower – dodał na koniec odrywając na moment wzrok od jezdni, aby uraczyć Jamesa wypracowanym spojrzeniem zbitego psa.
James nie wyglądał na zachwyconego propozycją i Tony wiedział, co jest tego przyczyną. Loki.
- Będę wpadał – obiecał jednak. – Dokąd jedziemy?
- Do klubu. Wybieraj.
- Może do Weather Up. Co z Pepper? Pogodziliście się?
- Jechałbym wtedy z tobą imprezować?
- Może wtedy, gdy chciałbyś mnie poprosić, abym robił za twoją przyzwoitkę – zasugerował żartobliwie Rhodey.
- Ani mi się waż – ostrzegł go Tony z szerokim uśmiechem, który zblakł na kolejne słowa Jamesa.
- Szkoda, że to spieprzyłeś, Tony. Pepper to naprawdę wspaniała kobieta. Może nie do końca na nią zasługiwałeś ale i tak…
- Doceniam twoją brutalną szczerość. Serio. Jesteśmy na miejscu – dodał zatrzymując się pod nowoczesnym budynkiem.
Był środek dnia ale Tony ani przez chwile nie wątpił, że w tym miejscu, stworzonym dla masowego zabijania czasu w sposób wyjątkowo prymitywny, otrzyma dokładnie to czego potrzebował.
A potrzebował alkoholu i kobiet. Takich, które nie zadają pytań i nie grzeszą pruderyjnością.
Musiał pozbyć się zakłopotania, w które wpędzało go wspomnienie incydentu z Lokim (incydentu – za żadne skarby świata nie ośmieliłby się pomyśleć o zajściu z użyciem bardziej obrazowego określenia).
Doceniał jednak lepsze strony obrotu spraw – ograniczy się w piciu. Dopóki Loki się nie wyniesie, na pewno nie tknie na terenie Stark Tower alkoholu.
Kiedy znaleźli się we wnętrzu klubu Tony wiedział, że dobrze trafili. Uśmiechając się z przekorą nałożył na nos przyciemniane okulary.
- Jest w czym wybierać – przyznał James, omiatając rozbieganym wzrokiem kolorowe podesty z roztańczonymi striptizerkami.
Jeśli Tony wierzył, że spędzi ten czas na pogaduszkach z Jamesem to automatycznie zmienił zdanie, gdy wyłowił w tłumie spojrzeniem filigranową blondynkę zdecydowanie wpisującą się w jego standardy. I prawdopodobnie dysponującą legendarnymi wymiarami 90, 60, 90.
- Wszystko na mój koszt! – poinformował przed odejściem i pozostawieniem Rhoda sam na sam z dwójką Azjatek.
Striptizerka, którą upatrzył sobie na początku Tony, miała na imię Mary (a przynajmniej tak brzmiał jej pseudonim artystyczny, bo on sam szczerze powątpiewał w istnienie striptizerek przedstawiających się prawdziwym imieniem).
Niebieskie oczy, uroczy, ale trącający ograniczeniem uśmiech i co najważniejsze zero cech wspólnych z Virginią Potts.
Mary jednak nie wydawała się tak pustą, na jaką chciała uchodzić. Ale Tony wychodził z założenia, że większość striptizerek cechuje się wyłącznie pozorną bezmyślnością – taką, jakiej mężczyźni oczekują od kobiet mających stanowić wyłącznie rozrywkę. Gdyby okazywały się zanadto myślącymi byłoby trochę przykro się z nimi rozstawać.
- Panie Stark? – odezwała się w którymś momencie, kiedy popijali martini w eleganckiej loży. – Może pojechalibyśmy do pana? Zawsze chciałam zobaczyć ten piękny budynek od wewnątrz – zapewniła zagryzając wargę w pozornym onieśmieleniu. Fałszywie wrażenie, które skutecznie zburzyła wciskając dłoń Tony'ego pomiędzy swoje jędrne uda.
- Cholerna profesjonalistka – przypadkiem skwitował na głos, ale Mary i tak udawała głuchą dopóki nie dodał: - Jasne. Weźmy jakieś twoje koleżanki.
Samotne wracanie z imprez zawsze było smutnym doświadczeniem, którego Tony sobie teraz nie życzył.
- Cudownie – odparła, drażniąc paznokciami jego nadgarstek. W następnej chwili wstała energicznie i przed odejściem przeczesała szponiastą dłonią krótkie włosy miliardera. Oddaliła się rozkołysanym krokiem, a Tony sącząc trunek wpatrywał się w jej biodra. Bezwiednie odpłynął przy tym myślami w niepożądanym kierunku palącej ciekawości. Zastanawiał się nad tym, co Loki myśli na temat incydentu. W każdym razie Kłamca nie oponował, a to zaważyło o tym, że Tony pozostał przy swoich złośliwych domniemaniach na temat Lokiego grającego w innej drużynie.
Z drugiej strony to wszystko razem wzięte uruchamiało najgorsze strony jego bezpruderyjnej wyobraźni i podżegało w nim poczucie cholernego nienasycenia. Wiedział, że będzie go to prześladowało jak drzazga w oku.
- Oto Alice – odezwała się Mary odciągając Starka od tych beznadziejnych refleksji. U jej boku stała wyższa, i zdecydowanie skromniej odziana striptizerka o czekoladowej cerze i zmysłowo migdałowych oczach. – I Ann.
Druga prezentowała poziom rozkładówki playboya. Kolejnym spostrzeżeniem Tony'ego było to, że w życiu nie uwierzyłby w autentyczność jej piersi.
„Może nie do końca na nią zasługiwałeś" przypomniał sobie słowa Rhodeya. Jak cholera – pomyślał z goryczą, na przekór której uśmiechał się do kobiet z wypracowaną szarmanterią.
W końcu przez ani jedną chwile nie wątpił – któryś zdesperowany paparazzi musiał go tu uwiecznić i jutro zostanie słusznie potępiony na łamach gazet i w oczach Pepper.
- Pozwólcie, że zadzwonię po swojego kierowcę.
Przyjechał po nich Happy („nie chciałbym rozjechać kilku osób podczas jazdy w stanie zaprawienia, ale jeśli po mnie nie przyjedziesz, to będę do tego zmuszony").
Pierwszym, co powiedział do Tony'ego było zdruzgotane, wypowiedziane gorączkowym szeptem „co to za dziwki, Tony?!".
- Ciii… To miłe panie, Happy. Nie nazywaj ich dziwkami, to nieeleganckie. Zwłaszcza, że mogły usłyszeć. Zostańmy przy oficjalnym określeniu – „ekskluzywne tancerki".
- Jesteś niepoważny.
- Dziękuje.
- To nie był komplement.
- Wciąż dziękuję – rzucił lekceważąco Tony i wsiadł do samochodu zatrzaskując za sobą głośno drzwi. Mary, Alice i Ann chichocząc, pakowały się na tylną kanapkę wozu.
- Nie mogę uwierzyć, że robisz takie świństwo Pepper…
Tony poczuł gulę w gardle. Sam nie mógł uwierzyć w to, że jest takim dupkiem. Nadal jednak dostrzegał jakieś mocne strony swojego postępowania; Pepper obdarzy go tak kompletnym uczuciem zdegustowania, że może zdoła się szybciej pozbierać – w końcu dotrze do niej, że niewiele traci.
- Zepsujesz jej święta – dodał gniewnie, odciągając Tony'ego od przemyśleń.
- Jakie święta?
Dopiero w połowie drogi powoli doszedł do wniosku, że być może Happy miał na myśli święta Bożego Narodzenia (przynajmniej jeśli sugerować się wszechobecnymi dekoracjami w postaci krzykliwych świętych mikołajów i choinek, którym gałązki uginały się pod ciężarem neonowych łańcuchów – z drugiej strony te ozdoby nie znikały z ulic co najmniej przez pół roku, więc nie potraktował swoich wniosków jako ostatecznej odpowiedzi).
Niebo nad Nowym Jorkiem już dawno ściemniało. Gdzieniegdzie na ulicach Tony dostrzegał zalegające, połowicznie roztopione zaspy brudnego, zgarniętego z chodników śniegu. Okropny krajobraz, w którym, mimo migających feeriami barw reklam, dominowały monochromatyczne barwy.
- Wpadniesz na górę? – zapytał, gdy dojeżdżali pod wieżowiec.
Happy pokręcił głową, a Tony mgliście przypomniał sobie o swoich towarzyszkach na wieczór (na czas podróży bezwiednie wyłączył się na dźwięki docierające z tyłów auta).
Żałował swojej spontanicznej decyzji. Odechciało mu się tych pięknych, kuszących kobiet. Skoro jednak nazajutrz, bez względu na to co teraz zrobi, zostanie potępiony, postanowił mieć czego żałować.
Kiedy się obudził przez chwilę czuł, jakby w jego życiu nic się nie zmieniło – jakby nie było reaktora łukowego w jego klatce piersiowej, a Iron Man nie istniał. Znowu był butnym, zepsutym playboyem.
Później pomyślał, że może poza tymi odłamkami w ciele i zbroją, w której się odgradza żeby uczynić kilka gestów ku odkupieniu, wcale się nie zmienił na lepsze.
Wyplątał się spomiędzy rąk i nóg, i wyszedł z łóżka. Obrzucił zwinięte, uśpione sylwetki zamyślonym spojrzeniem i wciągnął na siebie spodnie.
- JARVIS, pokieruj te panie do wyjścia jak już się obudzą – zakomunikował zwięźle i wyszedł z sypialni.
Wchodząc do salonu z zaskoczeniem okrył, że Thor jeszcze nie pognał zgodnie ze swoimi oczywistymi pragnieniami wprost ku Jane. Siedział na kanapie przeglądając jakieś pismo.
- Nikt wczoraj nie zginął?
Thor oderwał wzrok od gazety i uśmiechnął się mgliście na widok przybyłego gospodarza.
- Dzień dobry. Spokojnie, Tony Starku. Wszystkiego dopilnowałem.
- Nie pofrunąłeś jeszcze do tej swojej…
- Jane – uzupełnił cierpliwie Thor, a zaraz po tym spojrzał tęsknym wzrokiem w kierunku okna jakby spodziewał się ujrzeć tam wspomnianą kobietę.
Tony na ten widok uniósł brwi z politowaniem myśląc o tym, że naprawdę się cieszy, że nigdy nie padł ofiarą takiego zadurzenia. Naprawdę nie chciałby zacząć zachowywać się tak ckliwie.
- Tak, Jane. Dlaczego? Myślałem, że chcesz się do niej wybrać.
- Bardzo. Ale nie mogłem tu przecież zostawić Lokiego bez towarzystwa.
Tony rozejrzał się teatralnie dookoła.
- Widzę, że zachłannie korzysta z twojej wspaniałomyślności – skwitował. – W każdym razie na pewno czułby się ogromnie poszkodowany gdybyś odebrał mu możliwość knucia w samotni.
- Loki teraz nie może…
- Och, daj spokój. Nie może wcielać swoich pomysł w wżycie ale to nie znaczy, że żadnych nie ma. Jeszcze nam wszystkich przypomni, że jest niebezpieczny. Nie łudź się, że nie.
Thor sposępniał choć wyglądał jakby miał zamiar się o to spierać.
- Mój brat nie zawsze był taki jak teraz.
Tony zbył tę informację wzruszeniem ramionami za wszelką cenę chcąc sobą pokazać jak bardzo go to nie interesuje (co nie do końca było prawdą, bo ciekawiło go, jak wyglądało życie Laufeysona zanim stał się złym psychopatą. Czy był wtedy tylko psychopatą?)
- Towarzyszył mi oraz trzem wojom w bitwach. Wmyślał znakomite strategie i swoimi czarami zawsze rozbawiał mnie do łez. Był trochę wyobcowany ale…
- Słuchaj – przerwał mu Tony. – Ludzie się zmieniają. Na przykład ja.
- Byłeś kiedyś godziwy, Tony Starku? – wtrącił z niedowierzaniem bóg piorunów.
- Nie! Teraz jestem – zgorszył się Stark.
- Wczoraj nie zachowałeś się dobrze. Powinieneś przeprosić Bruce'a Bannera – pouczył go Odinson. – Sprawiłeś mu niesłuszną przykrość.
Tony wycelował w Thora palce w oskarżycielskim geście.
- Nie pouczaj mnie. I przeproszę Bruce'a. Kiedyś.
Wkrótce Tony odkrył, że doprowadził się do nieludzkiego kaca, którego nie był w stanie przezwyciężyć w żaden znany sobie sposób (a było ich naprawdę wiele).
Tego dnia akustyka pracy w warsztacie grała mu na nerwach równie skutecznie, co muzyka peruwiańska. Niczego nie pragnął tak mocno, jak przeczekania w zaciemnionym pokoju szeregu nie pozwalających na normalne funkcjonowanie skutków ubocznych wczorajszej sielanki. To jednak nie była alternatywa, na którą mógł sobie pozwolić; już był o jeden dzień do tyłu w pracy. Rozchmurzył się tylko na kilka chwil wtedy, gdy w drodze po kawę, przyłapał Thora na wkładaniu głowy do pralki.
Był akurat przy końcowym etapie umieszczania Ulluru w napierśniku nowej zbroi, kiedy usłyszał dźwięk rozsuwających się drzwi.
Wiedząc, że jedyną osobą, którą mogło przywiać do miejsca jego pracy na pewno nie jest (pogardliwie powściągliwy wobec ziemskich nowinek technologicznych) Thor, nawet nie spojrzał w kierunku wejścia.
Do tej pory (nie licząc tej krótkiej wymiany zdań tuż po tym, jak zupełnie bezpodstawnie uraczył resztę drużyny stekiem pretensjonalnych uszczypliwości) udawało mu się nie spędzać czasu w towarzystwie Lokiego.
Zupełnie przypadkowo, rzecz jasna.
- Ktoś się chyba dzisiaj trochę źle czuje – zauważył As, zbliżając się nieśpiesznie w kierunku miejsca pracy Starka.
Nuta zajadliwości w jego głosie pozwoliła Tony'emu przypuścić, że może jakieś tajemnicze moce sponsorują jego fatalne samopoczucie - ale zaraz stwierdził, że to trochę paranoiczne podejrzenie.
- No to może idź się położyć zamiast zagadywać zapracowanych ludzi – odparł zdawkowo i domknął klapę na zabudowie nowego reaktora.
- Mówiłem o tobie, Stark – wyjaśnił życzliwie i oparł kościstą dłoń na stoliku. – Przyprowadziłeś wczoraj jakieś śmiertelniczki w nocy
Tony uniósł brwi.
- Wiem, też to zauważyłem – skomentował sarkastycznie. – Zabierz rąsie z moich narzędzi, Rogaczu – dodał, machnąwszy ze zniecierpliwieniem na Lokiego. Przesunął napierśnik i zabrał się za spawanie elementów okucia przedramienia.
Laufeyson zamiast zastosować się do prośby oparł drugą rękę i… trzecią? Tony podniósł spojrzenie z blatu na jego twarz.
- Rany, ile twoje wewnętrzne ja ma lat? Trzynaście? – zapytał z przekąsem, spoglądając ponuro na magiczne iluzje powielające Kłamcę, który z kpiącym uśmiechem wyższości opierał rękę na blacie mebla. – Idź sobie, chce pracować, nie jesteś mi potrzebny. Zrób coś pożytecznego i wyjaśnij swojemu bratu, do czego służy pralka.
Na twarzy Lokiego pojawił się przelotny wyraz dezorientacji. Po chwile łaskawie sprawił, że kopie zniknęły, a sam obszedł stół i zatrzymał się dopiero naprzeciw swojego rozmówcy.
- Czyli potrzebujesz aż trzech dziewczyn na pocieszenie? – kontynuował konwersacyjnym tonem.
- Czyli nie potrafisz przetrwać dnia bez doprowadzenia kogoś do szału? – przedrzeźnił go Tony, odkładając klucz francuski na bok. Nie było mowy, aby zdołał się skupić w tych warunkach. Zwykle podczas pracy z powodzeniem odcinał się myślami od otoczenia, a jedynymi odpowiedziami jakich udzielał w takich momentach były bezmyślne, odruchowe przytaknięcia. Przy obecnym towarzyszu wolał jednak nie pozwalać sobie na tak daleko posuniętą beztroskę.
Odchylił się na oparcie skórzanego krzesła i skrzyżował ręce na torsie.
- Przyznaję, że to dość trudne. Zwłaszcza, gdy mam w zasięgu taki ciekawy przypadek skrajnie rozdrażnionego człowieka.
Tony w drodze wyjątku jedynie obdarował go ponurym spojrzeniem na co Loki uśmiechnął się od niechcenia.
- Jak na kogoś, kto dorywczo zajmuje się ratowaniem innych, niezbyt przyjemnie odnosisz się do otaczających cię ludzi.
- O, chcesz mi zaoferować umoralniającą pogawędkę? – zainteresował się Tony i uśmiechając się wyzywająco uniósł brwi. – Wiedz, że wysłucham tego z prawdziwą przyjemnością, kontynuuj.
Loki skwitował deklarację wzgardliwym prychnięciem. Nie racząc swojego rozmówcy wzrokiem wycelował palec w leżący na skraju zagraconego stolika notes; na ułamek sekundy dłoń Asa osnuła zielona poświata, a chwile po tym przedmiot (na przekór podstawowym prawom fizyki) uniósł się na kilka cali i zaczął wirować. Kłamca wpatrywał się w ów widok zblazowanym wzrokiem - musiała minąć chwila, nim ponownie zabrał głos.
- Nie zamierzam z tobą toczyć „pogawędek".
- Czyli zamierzasz tu tylko stać i inspirować mnie do dalszej pracy swoim Wingardium Leviosa? – dociekał Tony. – Przyznaję, to imponujące. Nie potrzebujesz do tego magicznej różdżki.
Ostrzegawczo zmrużone oczy Lokiego w porę zaalarmowały Tony'ego; uchylił się, a notes świsnął tuż nad jego głową, ocierając się o włosy.
- Wiesz, że nie wszystko można rozwiązywać przemocą? – upewnił się, prostując.
Loki uśmiechnął się perfidnie i oparł łokcie na stole wbijając spojrzenie w Tony'ego.
- Bardzo naiwne założenie.
- Idyllistyczne myślenie to moje zamiłowanie. JARVIS, sprawdź moc nowego reaktora.
- Uruchamiam moduł – odparł A.I.
Niewielka, okrągła kapsuła, w którą Tony wmontował Ullur rozbłysła porażającą bielą - jakby przechowywana w niej kula była zminiaturyzowanym, uśpionym słońcem.
- O cholera – bąknął Tony, zasłaniając dłonią oślepione oczy; przez kilka strasznych sekund miał wrażenie, że został permanentnie pozbawiony wzroku. Loki natomiast nieporuszony przymrużył leniwie powieki nie odrywając wzroku od prototypowego urządzenia.
- Podaję odczyty, sir. Moc siedmiokrotnie przekracza najlepsze wyniki reaktora łukowego. Z takim zasilaniem mógłby Pan kilkukrotnie odbyć podróż na księżyc bez konieczności uzupełniania napędu zbroi. Niestety surowiec wytwarza również promieniowania radioaktywne, potrzebuje innego rodzaju zabudowy aby być nieszkodliwym dla pańskiego zdrowia.
- Wyłącz – odparł natychmiast Tony, a kiedy warsztat ponownie otulił przyjazny półmrok rzucił Laufeysonowi pełne podejrzliwości spojrzenie.
- Co to znaczy? – zapytał niedbale Loki.
- W najlepszym przypadku bezpłodność.
Kłamca wzruszył ramionami.
- Nikt nie poczułby się pokrzywdzony, jeśli odmówiłbyś światu przekazywania swoich genów dalej – stwierdził niewinnie, posyłając Tony'emu pełen politowania uśmiech.
- I co jeszcze? „Na Ziemi od tysięcy lat w ukryciu żyją mnogie gatunki jednorożców"? – zapytał, przedrzeźniając poważny głos Lokiego, po czym zwrócił się do JARVISa: - Obleczemy zabudowę ołowiem. I tworzywem fotochromowym. Nawet mi nie wypada razić innych taką ilością blasku.
- Coś jeszcze, sir?
- Tak. Chce to mieć na wczoraj.
- Przyjąłem, sir.
- Właśnie mi się przypomniało dlaczego tutaj przyszedłem.
Minęło kilka sekund, po których Tony w końcu zapytał ze zniecierpliwieniem:
- Powiedziałeś to w ramach osobistego triumfu nad postępującą demencją czy zamierzasz rozwinąć swoją wypowiedź do jakiś wyjaśnień?
-Jarvisie, co to jest demencja? – zapytał nieufnie Loki, przyglądając się krytycznie miliarderowi.
- Demencja – umysłowe otępienie spowodowane uszkodzeniem mózgu. Spotykane są różne rodzaje demencji, czy mam je wymienić? – wyrecytował A.I.
- Nie trzeba – wycedził As. – Nadużywasz szczęścia i cierpliwości, Stark. Któregoś dnia mogą się one wyczerpać – ostrzegł Loki i coś w jego głosie sprawiło, że Tony postanowił wziąć sobie do serca tę zawoalowaną groźbę bardziej, niż chciałby przyznać.
- Próbuję cię tylko oswoić z ziemskim dystansem do siebie – usprawiedliwił się Iron Man niepozornym tonem, ale szybko zniszczył efekt wykrzywiając usta w butnym uśmiechu, który rozmył się po komunikacie jaki nastąpił zaraz po jego słowach.
- Sir, na kanale informacyjnym pojawiły się niepokojące doniesienia o tajemniczym wybuchu na obrzeżach Times Square – powiadomił JARVIS. Po półtoramiesięcznej, nieprzerwanej passie spokoju, brzmiało to obco i niepokojąco.
- Dlaczego wszystkie złe rzeczy dzieją się w Nowym Jorku? – rzucił retorycznie w przestrzeń i, postanawiając zignorować wszelkie nakazy Fury'ego, dodał: - Przygotuj zbroję. Ustal plan lotu.
- Tak jest, sir.
- Nieźle. Nareszcie okazja aby rozprostować kości poza tym okropnym budynkiem – skwitował Loki.
- Przykro mi, Roszpunko, ale ty zostajesz w swojej wieży. Cokolwiek tam się dzieje nikogo nie uspokoi widok niedoszłego uzurpatora.
- Zapomniałeś chyba o tym, że mogę zmienić wygląd.
- A ty zapomniałeś o tym, że masz bardzo oficjalny zakaz opuszczania Stark Tower.
- Nikt się nie dowie – zapewnił uroczystym tonem Loki, który wzbudził w Tonym cały szereg wątpliwości.
- Brzmisz zbyt sympatycznie aby mieć dobre intencje – uciął wchodząc na platformę lądowiska. Gdy się na niej znalazł zbroja zaczęła opatulać w znajomy sposób ciało. Elementy z mechanicznym zgrzytem przemieszczały się na właściwe miejsce, a ciche kliknięcia obwieszczały domknięcie złączników hydraulicznych.
W końcu maska Iron Mana zwieńczyła proces opancerzania zamykając hełm, a przed oczami Tony'ego objawił się zalew informacji. – Wyczerpałeś u mnie limit na milczenie swoją tygodniową wycieczką.
- Po prostu się tu zaczynam nudzić – warknął Loki.
- Przysięgam, że gdybyś skwitował te słowa wściekłym przytupnięciem... to bym uległ – odparował Tony ze złośliwą satysfakcją. – Pograj sobie w szachy z Thorem.
Nie dając Lokiem szansy na odcięcie się, wystartował z hukiem i wkrótce Stark Tower zmalał w dole stając się tylko jednym z niewielkich punktów w wielkomiejskim krajobrazie Nowego Jorku.
Zaalarmowany uczuciem swobody umysł Tony'ego zaczął gorliwie podsuwać refleksje, przez co Stark niechybnie doszedł do wniosku, że najchętniej przewisiałby w tym spokojnym punkcie na niebie cały dzień.
Nie wyruszył jednak celem romantycznego podziwiania infrastruktury metropolii z lotu ptaka dlatego pozwolił JARVISowi na ustabilizowanie lotu i obranie trasy ku miejscu wypadku.
Czuł satysfakcje prując przez ten krótki odcinek przed siebie. Wściekłość Fury'ego, którą zapewne wzbudzi jego swawola, może choć częściowo wynagrodzi mu fakt, że SHIELD ostatnimi czasy zbyt otwarcie ingeruje w jego życie.
Wylądował pośród spanikowanego tłumu, który na przybycie Iron Mana zbił się wokół niczym ławica ryb, zasypując go gradem pytań oraz triumfalnych okrzyków.
Ignorując to, od czego zdążył się odzwyczaić przez ostatnie dwa miesiąc urlopu, zlokalizował wzrokiem dogasające płomienie po przeciwnej stronie skrzyżowania.
Policja już otoczyła miejsce, odgradzając je od podnieconego mrowia gapiów.
Tony'ego poraził czerwony błysk światła migającego nad ambulansem; sanitariusze otaczali jedną z ofiar wybuchu. Odwrócił wzrok, gdy dostrzegł w połowie zwęgloną twarz młodej, nieprzytomnej kobiety.
- Proszę się odsunąć – odezwał się donośnie, a jego głos przetworzony przez głośnik zamontowany w zbroję od razu znalazł posłuch. Otaczające go osoby rozpierzchły się, by Tony mógł ruszyć przed siebie.
Jeden z policjantów wyszedł mu naprzeciw, a wówczas uznał za właściwie unieść maskę.
Stanął twarzą w twarz z młodym stróżem prawa.
- Co wiadomo? To jakiś atak terrorystyczny? – zapytał przechodząc na wstępie do sedna.
Mężczyzna stojący przed nim zaczął bezradnie omiatać zabezpieczony teren wzrokiem.
- Na razie nie udało się tego ustalić, nie znaleźliśmy żadnych śladów po ładunku.
- JARVIS, zbierz odczyty – mruknął po opuszczeniu maski.
W momencie, gdy dostrzegł nakryte czarną folią zwłoki, poczuł dominujące wszystko pozostałe obrzydzenie do samego siebie; zmierzając tutaj czuł entuzjazm co najmniej taki, jakby miał zastać stos gwiazdkowych prezentów.
Wszelkie myśli odegnał jednak jeżący włoski na karku agonalny krzyk pochodzący od dotkliwie poparzonej kobiety, która okazała się odzyskać przytomność.
- Odejdźcie! Odejdźcie wszyscy! Odejdźcie! – powtarzała w zapętleniu wzbudzającym ogólne przerażenie i potrząsała rudą czupryną, która musiała być naprawdę imponująca dopóki nie została częściowo strawiona przez ogień pozostawiając na jej głowie łyse placki poparzonej skóry. Rozepchnęła sanitariuszy z siłą, o której posiadanie Tony nie posądzałby osoby o tak rozległych obrażeniach i skryła twarz w dłoniach zanosząc się głośnym, histerycznym szlochem, który wprawiał w drżenie całe jej ciało.
Otworzył szerzej oczy widząc, jak skóra na głowie kobiety zaczyna się regenerować – na myśl nasunęły mu się przyspieszone ujęcia z filmów dokumentalnych, które przedstawiały rozwijających się pąków kwiatów.
Raptownie cała rozpacz zdawała się wyparować z rudowłosej poszkodowanej. Jej wzrok stał się nagle apatyczny po tym, jak zatrzymał się na oddalonym o kilka metrów Iron Manie - w tym samym momencie poczuł dreszcz zaniepokojenia. W zielonych oczach zatliła się magmowa iskra. Szmer zaskoczonych głosów nie docierał do Tony'ego zapatrzonego w ładną twarz, które jeszcze przed momentem była doszczętnie oszpecona przez wybuch.
- Proszę pani? – wtrącił ratownik, któremu udało się wyrwać spod czaru osłupienia. Chwycił ramię kobiety ale zaraz z cichym okrzykiem zaskoczenia cofnął dłoń.
- JARVIS? Co możesz powiedzieć na ten temat? – wykrztusił w końcu.
- Temperatura ciała tej kobiety stale rośnie. W tym momencie wynosi 84 stopnie Celsjusza, sir.
- To niemożliwe – skwitował akurat w momencie, kiedy na jego oczach pod skórą nieznajomej przesunął się czerwony cień, jakby wzdłuż jej mięśni pełzły uwięzione pod skórą płomienie. – Cholera, przecież przed chwilą jej twarz przypominała dobrze wysmażony stek, a teraz… Teraz tu biegnie – powiedział do siebie trwając w stosunkowo dużym szoku, jak na kogoś, kto był naocznym świadkiem wielu dziwactw nie z tej Ziemi, takich jak najazd obcych, czy zdolny do teleportacji czarownik, który urwał się prosto z nordyckiej mitologii.
W momencie, w którym pełen złych przeczuć właśnie miał się oderwać od ziemi, drobne ciało wpadło na niego z impetem.
Tony gdzieś w tle usłyszał odgłos przeładowywanej broni, ale nie interesowało go to w tym momencie ani trochę, bo dłoń napastniczki właśnie przedzierała się przez jego zbroję topiąc ją, jakby była z masła.
Jednak to nie stale rosnąca temperatura, która momentalnie przypomniała mu wędrówkę przez pustynne tereny Afganistanu przeraziła go w tym momencie najbardziej, a fakt, że kobieta właśnie swoim dotykiem uszkodziła zewnętrzny reaktor, pozbawiając go całego zasilania. Światła interfejsu zamigotały przed jego twarzą i zgasły pogrążając go w ciemności. „Nie, to naprawdę nie jest dobra chwila na napad lęku" – pomyślał desperacko starając się zapanować nad coraz szybszym biciem serca i uczuciem uścisku w gardle.
Usiłował odepchnąć napastniczkę, ale jedynym co z tego wynikło było nadtopienie rękawic w zbroi, gdy położył dłonie na jej ramionach. Cholera, byłby tak bardzo usmażony bez opancerzowania.
- Hej, dziewczyno igrająca z ogniem, możemy się jakoś dogadać – odezwał się, siląc na żartobliwy ton i ryzykownie uniósł maskę. Powietrze dookoła niego było duszne, jakby wyssano z niego całą wilgoć, a oczy kobiety pozostały nieruchome i sprawiające wrażenie niewidzących. Nawet nie drgnęła na jego słowa.
-Proszę się natychmiast cofnąć! Będziemy zmuszeni otworzyć ogień!
Brak posłuchu zaowocował świstającymi w powietrzu pociskami, które wzniecając iskry odbijały się od zbroi albo wtapiały miękko w niepomne na obrażenia ciało przed Tonym.
Po chwili skóra kobiety zaczęła miarowo mienić się makową czerwienią, która zdawała się pulsować gdzieś w głębi, jakby chowała w sobie tajemniczą kulę dziwnej, gorącej energii.
Wtedy coś się zmieniło. Tony nigdy nie wierzył w takie bzdurne hasła, jak „oczy są zwierciadłem duszy", ale teraz, kiedy coś, czego z pewnością nie byłby w stanie ująć w słowach ponownie zawitało w spojrzeniu kobiety poczuł, że może powinien dać szansę tej sentencji. Spojrzała mu w twarz ze strachem, który sprawił, że serce Tony'ego na moment zamarło.
- Nie! – wrzasnęła nagle z tą samą paniką, która towarzyszyła jej gdy się ocknęła i wyrwała rękę, która w przeciwieństwie do reszty ciała była kompletnie szkarłatna, jak rozżarzony węgiel. Zatoczyła się do tyłu dysząc ciężko. – Ni…
Jakby dobrze wiedząc co się stanie zamknął oczy, a każdą z jego myśli zdusił strach wobec nieuniknionego. Kolejny zduszony okrzyk utonął w rozdzierającym huku eksplozji.
