Pokornie przepraszam, że trwało to tak długo.
Dziękuje za wszystkie komentarze pod poprzednim rozdziałem i...
Tekst był już napisany tydzień temu, ale ujmijmy to w ten sposób... Moja żona-beta-kot się nie śpieszyła (mam nadzieje, że udało mi się usunąć wszystkie wtrącenia jej autorstwa, gdyż przyznaje się, że bardzo pobieżnie przewertowałem ten tekst, jak do mnie wrócił, chcąc go jak najszybciej opublikować). A teraz bez gadania - rozdział siódmy.
Jasność wybuchu poraziła Tony'ego feerią krwistoczerwonych barw.
Myśl o tym, że zaraz stanie się tylko nic nie wartą kupą mięsa pogrzebaną w metalowej puszce, rozbrzmiewała w jego umyśle zbyt długo. Rozwarł oczy. Wszystko działo się niewiarygodnie szybko, a mimo tego widział każdy spośród szczegółów mających mu się na długo wryć w pamięć: skórę nabierającą oślepiającego blasku, żar który wypełnił szeroko otwarte, przerażone tęczówki kobiety. Eksplozję, która ją rozerwała przywołując na myśl erupcje wulkanu. Płomienie, rozpierzchające się w gwałtownej fali uderzeniowej, nie mogącej go sięgnąć. Coś je zatrzymało, a Tony to widział i nie umiał tego nazwać. Ogień, nim opadł, lizał bańkę przezroczystej bariery, która go ochroniła. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale widok ten wypalił się pod jego powiekami.
Nie słyszał absolutnie niczego poza przeciągłym piskiem w uszach.
Wkrótce dostrzegł przed sobą kilka zmasakrowanych wybuchem ciał.
Zemdliło go od zapachu spalonej skóry i włosów, który wypełnił jego nozdrza wraz z gorącym powietrzem.
Kiedy odważył się sięgnąć wzrokiem dalej odnotował kolejno rozbiegających się ludzi, policjantów wzywających posiłki i… Lokiego.
Kłamca stał spokojnie w cieniu wyszczerbionego budynku i opuszczał wzniesioną dłoń nie odrywając chłodnego spojrzenia od Starka. Na jego ustach majaczył triumfalny uśmiech, a Tony zrozumiał, że magia Asa właśnie go uratowała przed rozerwaniem na strzępy.
Wraz z tym dotarła do niego kolejna myśl – szczodrość Laufeysona nie dosięgła policjantów i kilku najbliżej stojących, niewinnych obserwatorów niecodziennego zajścia.
Poczuł lodowaty uścisk w żołądku. Oddychając ciężko i nierówno stał doszczętnie sparaliżowany mieszaniną sprzecznych uczuć: ogromnej, przepełnionej wdzięcznością ulgi i druzgoczącego poczucia winy.
W pewnym momencie słuch Tony'ego zaczął częściowo powracać; krzyki i narastające dźwięki syren docierały do niego tak przytłumione, jak gdyby zanurzył głowę pod wodę. Oszołomiony tym, co zdążyło się wydarzyć w przeciągu ostatnich kilku, może kilkunastu sekund, zaczął się rozglądać wkoło.
Szok opuszczał go z bolesną powolnością, a kiedy całkiem ustąpił, czas zdał się gwałtownie przyspieszyć.
Miejsce ponownie otoczyły tłumy poszukiwaczy silnych wrażeń - a Tony przez chwilę z niegasnącą pogardą zastanawiał się, jaką radość gapie wyciągają z obserwowania wydarzeń, o których stanowiło cudze nieszczęście: skoro ilekroć takowe miały miejsce, uparcie gromadzili się w pobliżu.
Spojrzenia ludzi, na wpół zafascynowane, na wpół przerażone, błądziły dookoła. Zatrzymywały się na nim, po czym zerkały ukradkiem na zwłoki, jakby w obawie, że martwy zaraz przyłapie je na podglądaniu i skarci za gruboskórność.
Tony prędko przestał śledzić te widoki, a kiedy tak się stało odkrył, że Loki zdążył zniknąć z zasięgu wzroku. Jego spojrzenie ześlizgnęło się na zbroję zastając smutny widok, o którym stanowił nadpalony i wyłączony reaktor. Nieco poniżej swojego prawego ramienia odkrył uszczerbek po kontakcie z gorącą skórą kobiety-bomby – czerwony lakier spłynął wraz ze srebrno-miedzianym stopem metali i zastygł, przypominając lśniący lukier.
- Wygląda na to, że będę musiał wracać na piechotę – wymamrotał, wyrywając z odrętwienia ciało.
W tym momencie jednak powrót do Stark Tower zdawał się majaczyć daleko na liście planów dnia. Tony zdawał sobie sprawę, że najpierw czeka go załatwienie formalności i skuteczne przekonanie sanitariuszy o tym, że nie, nic mu nie jest i nie potrzebuje ich opieki zdrowotnej (przy czym nie był tego do końca pewien – w uszach wciąż słyszał nieznośne szumienie, a wszelakie dźwięki docierały do niego zniekształcone i niezbyt wyraźne).
Najgorsza była jednak perspektywa dyskusji z Furym. Nie dlatego, że stawianie czoła rozzłoszczonemu dyrektorowi S.H.I.E.L.D.u wzbudzało w Starku jakąś większą trwogę. Po prostu oczywistym było, jak długo może zająć rozprawienie się z mężczyzną, a głowa miliardera obecnie pulsowała od pytań i zróżnicowanych myśli, a taki stan nigdy nie wpływał korzystnie na interakcje Tony'ego.
Postanowił spróbować szczęścia wykręcając się chwilową (nawet jeśli nie absolutną) głuchotą.
Pochłonięty tymi myślami zorientował się, że ktoś do niego mówi dopiero wtedy, kiedy jakaś dłoń zamachała mu przed oczami.
- Anie Ark! Tam czy ic anu e est! – dotarły do niego urwane słowa oficera stojącego naprzeciw.
Pokręcił z roztargnieniem głową i niechętnie pozwolił się zaprowadzić na bok.
Widok Rhodeya nie zdziwił Tony'ego, a to, że James coś mówi wywnioskował wyłącznie po ruchu jego warg.
- Stary, nie wiem co możesz do mnie mówić ale prawdopodobnie cieszę się, że cię nie słyszę – odparł donośniej niż miał w zwyczaju i wyszczerzył się w uśmiechu pełnym ulgi. Czy tego chciał czy nie, musiał przyznać, że widok Rhoda go uspokoił – jednocześnie jednak uświadomił sobie jak ogromny stres pożerał go przez ostatnie chwile.
„Masz przechlapane" – przeczytał na ekranie telefonu, który nieugięty pułkownik podsunął mu pod sam nos.
Wywrócił oczami i wraz Rhodeyem ruszył w kierunku opancerzonego wozu wojskowego, do którego wsiedli.
Z każdą mijającą minutą zaczynał słyszeć co raz wyraźniej, o czym nie pisnął ani słowa – miał ubaw z tego, że James wypowiada się w jego kierunku w spowolnionym tempie i o kilka tonów donośniej, niżeli zwykł. Zresztą było to o tyle korzystne, że zanim faktycznie był przyparty do muru koniecznością udzielenia odpowiedzi na niewygodne pytanie miał na to więcej czasu, który wynosił trzy cierpliwe próby powtórzenia pytania na głos zanim zrezygnowany James sięgał po telefon.
- Swoją drogą, Tony… - zaczął, kiedy zatrzymali się pod budynkiem sił zbrojnych i zostali sami w samochodzie. – Widziałem nagranie… To było pole siłowe? Jakiś twój nowy wynalazek? – Ton Rhodeya mimowolnie zniżył się do podnieconego szeptu.
- Coś ty, bogowie nade mną czuwają – zironizował raptownie w odpowiedzi zainteresowany. Nagle James wyprostował się gwałtownie, a jego twarzy odmalowało się oburzenie. Milczał chwilę skonsternowany, a w następnej chwili najwyraźniej uzmysłowił sobie, co mu nie pasuje w szybkiej odpowiedzi.
- Cholera. Cały czas mnie normalnie słyszałeś? – zapytał z niedowierzaniem.
- Co mówisz?! – odkrzyknął Tony, teatralnie przysuwając stuloną dłoń do ucha. Rhodey skwitował to pełnym politowania spojrzeniem.
- Skoro już doszliśmy do tego, że lubisz, kiedy ludzie mówią do ciebie jakbyś był umysłowo upośledzony, to może odpowiesz poważnie na moje pytanie? – zasugerował cierpliwym tonem James. Okrasił własne słowa krótkim, zwycięskim uśmiechem. Dla Tony'ego grymas ten wręcz krzyczał przekazem z rodzaju „zripostować Starka – odhaczone".
- Skoro już doszliśmy do tego, że twoja dedukcja JEST upośledzona – zaczął prześmiewczym tonem - to pragnę cię rozczarować i powiedzieć, że właściwie już ci udzieliłem odpowiedzi na to nękające zagadnienie.
- To nie jest… A. Chcesz powiedzieć: Loki? – upewnił się z niedowierzaniem Rhod, robiąc osobliwy zwrot z kierunku karcącego komentarza ku wyraźnemu zdumieniu.
Po chwili pułkownik wyglądał zupełnie tak, jakby po przetrawieniu tej wiadomości dokonał natychmiastowej zmiany swojej opinii o asgardzkim czarowniku.
W dalszej wymianie zdań Tony utwierdził się o słuszności tego spostrzeżenia i wcale mu się to nie podobało. Fakt, że ludzie (o czym przekonał go już wcześniej przykład Pepper) tak łatwo zapominają o całej masie złych rzeczy, których autorem był Laufeyson, napawały go niepokojem. Zwłaszcza, że na popadaniu w tą naiwną skłonność zdarzało mu się przyłapywać nawet samego siebie. To skłoniło go do solennego postanowienia zdystansowania się wobec Kłamcy. Obiecał więc sobie (mimo niewątpliwego długu wdzięczności, jaki miał od tej pory u Lokiego) coś czego zwykle się wystrzegał – ostrożność.
W końcu te dobre uczynki nie równoważą tych złych, czy jakoś tak – pomyślał gorzko.
Zdołał się wymigać ze spotkania z Furym i postanowił dopisać to osiągnięcie do listy swoich wielkich czynów. Po tym, jak rozmówił się z Rhodeyem został odstawiony do Stark Tower - gdzie czekała go godzinna sesja wydostawania się z uszkodzonej zbroi. Cały proces trwał nieznośnie długo bo a) robił to manualnie b) niektóre fragmenty wymagały inwazyjnej ingerencji narzędzi przez to, że metal roztopiony po kontakcie Tony'ego z (prawdopodobnie) najgorętszą kobietą świata zalał złączenia.
Uwolniwszy się, opadł ciężko na krzesło w warsztacie. Siedział bezczynnie kilkanaście minut zanim w końcu poczucie obowiązku kazało mu się podnieść i ruszyć na górę.
Do tej pory, od momentu gdy przyprowadził Lokiego pod drzwi, które wskazał niedbałym ruchem, nie zjawił się choćby w pobliżu lokum swojego gościa. Spodziewał się więc zacienionej nory urządzonej na podobieństwo mrocznej krypty, a zamiast tego zastał jasny pokój, który ani jednym elementem swojego wystroju nie zdradzał, kto w nim mieszka.
Byłby gotów przypuścić, że po prostu wstąpił w te zupełnie nieużytkowane rejony swoich włości, gdyby nie fakt, że napotkał wzrokiem leżącego na łóżku Kłamcę. Opierając się na stercie poduszek Loki kartkował książkę. Tony nie był wstanie dojrzeć tytułu ale był pewien, że tom jest zdecydowanie grubszy od Makbeta, z którym ostatnio go zastał.
- W Midgardzie nie jesteście nauczeni pukania do drzwi?
- Cóż… jeśli przyłapałbym cię na czymś nieprzyzwoitym to nie mi byłoby głupio – uznał Tony wymijając się z odpowiedzią, a następnie nie czekając na zachętę (bo wiedział, że żadnej się nie doczeka) wszedł do środka.
- Ani mnie – odparł Loki przymykając książkę. Spojrzał kątem oka na Starka i z widoczną niechęcią podniósł się do siadu. Tony ruchem głowy wskazał na tom w jego rękach.
- Jestem pewien, że nigdzie tutaj nie mam biblioteki – skąd je bierzesz?
Loki odpowiedział niemal życzliwym uśmiechem.
- Przychodzisz tu po to? Potrafiłbym pokryć lodem cały ten budynek i umiem przybrać dowolną postać w dowolnej chwili. Posiadam całą masę innych zdolności, o których nigdy się nie dowiesz, a ciebie zastanawia akurat to skąd mam … książkę?
- Chodzi mi o to, czy musiałeś opuszczać Stark Tower żeby ją zdobyć, bo wiesz - teoretycznie nie powinieneś tego robić – sprecyzował dobitnie.
Zmiana była natychmiastowa. Loki wyprostował się, a wziąwszy pod uwagę, że cała uprzejmość zniknęła bezpowrotnie z jego oblicza Tony przypuścił, że być może dotychczasowa postawa Kłamcy (którą w naiwnym porywie ośmieliłby się nazwać przyjazną) wcale nie była tylko fasadą. Krócej mówiąc wyglądało na to, że popełnił dość rażące faux pass, które bez wątpienia obraziło jego gościa.
- Dobrze zrozumiałem co chcesz mi przekazać, Stark? – zapytał szorstko. - Czujesz się może urażony faktem, że cię nie posłuchałem w konsekwencji czego cię… uratowałem? Nie martw się, to się więcej nie powtórzy – już nie kiwnę dla ciebie palcem. Książki przyniosła mi podczas swojej poprzedniej wizyty twoja… cóż, teraz chyba jedynie asystentka, prawda? – Ostry, lodowaty uśmiech zawitał na ustach Lokiego, a oczy Asa zwęziły się, celując w Tony'ego jadowite spojrzenie. To wszystko zniknęło jednak równie raptownie jak się pojawiło, powleczone maską apatii. – A teraz wyjdź – powiedział na koniec. Lub raczej rozkazał, jeśli zwrócić uwagę na stężenie władczości, jakie zawarła komenda.
Tony zrobił coś, co zdecydowanie nie leżało w jego naturze – posłuchał. Automatycznie i bezmyślnie spełnił polecenie i dopiero po drugiej stronie drzwi jego twarz przybrała skonsternowany wyraz.
Cholera, przyszedł tu w zupełnie innym celu niż wyjścia na niewdzięcznika – w bardziej lub mniej oczywisty sposób zamierzał podziękować.
Poza tym, od kiedy bez cienia refleksji robi dokładnie to, co każą mu inni?
Otrząsnął się ze zdumienia i zwrócił się do drzwi. Tym razem zapukał (z niecodziennym i niepokojącym poczuciem grzeczności, które towarzyszyło temu wymuszonemu gestowi). Kiedy odpowiedziała mu wymowna i spodziewana cisza, stracił zainteresowanie konwenansami.
- Replay! Tak naprawdę wyszedłem tylko po to, żeby wracając zrobić ci przeciąg w pokoju! Zadziałało? – rzucił, wchodząc do pomieszczenia. Odrobinę skrępowany nieprzyjaznym spojrzeniem, w którym buzowało oburzenie, postanowił dodać: - Po wyjściu przypomniało mi się, że chyba mylnie odebrałeś mój komunikat.
Po tych słowach Tony uniósł jedną dłoń w geście uciszenia Lokiego – przynajmniej teoretycznie, bo ten wcale nie wyglądał, jakby zamierzał cokolwiek odpowiedzieć.
- Przyznaję – to faktycznie mogło zabrzmieć… przy dalece posuniętej wybujałości wyobraźni, tendencji do nadinterpretacji - tak swoją drogą, bez urazy, ale to strasznie kobieca cecha - i przewrażliwieniu na własnym… - urwał raptownie zdając sobie sprawę z tego, że monolog zmierza w złym kierunku, a uśmiech Lokiego prezentuje się cokolwiek szyderczo i alarmująco. – Pomijając jednak masę szczegółów… Sądzę, że już wyjaśniłem o co mi chodzi.
Tymi słowami zaskarbił sobie przywilej obserwowania, jak odmalowana na twarzy Lokiego irytacja przeistacza się w niedowierzanie pomieszane z dezorientacją.
- Wyjaśniłeś? Twój chaotyczny słowotok nie niósł żadnego przekazu...jak większość rzeczy, które mówisz – uściślił po krótkiej pauzie z życzliwym uśmiechem, w którym czaiła się perfidia.
- Próbuję w tobie pobudzić kreatywne myślenie; czytanie między wierszami i takie tam – wyjawił Tony, bynajmniej niezrażony.
- Krytykując moją domniemaną… „dalece posuniętą wybujałość wyobraźni"? – podchwycił Loki unieszczęśliwiając Tony'ego swoim bezczelnym łapaniem za słówka.
- Tak, między innymi. To jeden z elementów wyzwalania w tobie umiejętności twórczego odróżniania… Dobra, zawsze mówiono mi, że jak na ścisłowca podchodzę z podejrzanie dużym uwielbieniem do wygłaszania kwiecistych przemów. Chyba zaczynam rozumieć dlaczego i to wcale nie tak, że wtrącam to, bo właśnie zapomniałem jak chciałem dokończyć poprzednią myśl. W każdym razie bycie oczywistym jest nudne, prawda? Coś o tym wiesz, więc przestań tak… krzywo patrzeć.
- Nie mogę, odkąd jestem w Midgardzie powodujesz u mnie coś w rodzaju chronicznego bólu głowy: innymi słowy zdarza ci się za dużo mówić – wyjaśnił litościwie.
- O, teraz to przesadziłeś! – niemal wykrzyknął Tony z teatralnym oburzeniem i równie wyreżyserowaną urazą w głosie.
Obszedł łóżko i przysiadł na jego krańcu – dopiero po chwili uznał to za odrobinę niefortunne rozwiązanie ale nie dał po sobie poznać minimalnego zmieszania, które pojawiło się wraz z niewyraźnym wspomnieniem fali gorąca towarzyszącej łakomemu napieraniu na drugie ciało. W gwoli ścisłości ciało to teraz znajdowało się bardzo blisko niego.
- Jak dużo widziałeś przed wybuchem? – odezwał się, chcąc odciągnąć swoje myśli od niepożądanych rejonów, w które wołały go dreszcze biegnące wzdłuż kręgosłupa. I uczucie zażenowania na dokładkę, zważywszy na fakt, że podjął rozpamiętywanie w towarzystwie Lokiego. Co i tak nie mogło go powstrzymać przed rzucaniem ukradkowych spojrzeń Kłamcy.
Laufeyson uśmiechnął się zdawkowo i sprawiając wrażenie głęboko zrelaksowanego, oparł się o stos poduszek ułożonych u wezgłowia łóżka.
- Byłem tam jeszcze przed tobą: latasz bardzo szybko ale to nie może się równać z teleportacją – powiedział dumnie.
- Ta kobieta… No wiesz, ta która wybuchła, jak cholerne fajerwerki… Chodzi mi o to, czy to co zrobiła, to była magia? – wykrztusił w końcu plącząc się w słowach Tony - bo choć od jakiegoś czasu obcował dzień w dzień z czarownikiem, który w żaden sposób nie krył się ze swoimi imponującymi zdolnościami, wciąż poruszając takie tematy czuł się mniej więcej równie idiotycznie, jak gdyby dopytywał się przypadkowego przechodnia o drogę do Narnii.
- Magia? Nie, nie sądzę. W każdym razie to nie było na miarę rzeczy, z którymi zdarzyło mi się kiedykolwiek zetknąć i niczego nie wyczułem. – Loki na moment umilkł, a Tony w tym czasie intensywnie zastanawiał się, co mogło oznaczać tajemnicze „niczego nie wyczułem". – Może… Urok rzucony z zewnątrz – kontynuował z wyraźnym powątpiewaniem - odniosłem wrażenie, że ta Śmiertelniczka nie kontrolowała tego, co się z nią dzieje. Ktoś mógł nią sterować – znam się na tym, możesz zapytać… agenta Bartona.
Loki podsumował ostatnie słowa badawczym spojrzeniem skierowanym na Tony'ego; ten jedynie zacisnął szczęki i zdobył się na zbycie ostatniej uwagi zmianą tematu:
- Co to znaczy, że „niczego nie czułeś"? Magia jakoś… no nie wiem, pachnie? – zapytał z przekąsem, a Loki prychnął.
- Tu nie chodzi o zapach. Każdy rodzaj energii emituje wibracje – coś czego zwykły Śmiertelnik nie jest w stanie wyczuć. Właściwie to nawet nie każdy czarownik jest zdolny to wychwycić. Gdyby cię to interesowało - twoje urządzenie też jest dla mnie wyczuwalne. – Kłamca wskazał na miejsce, w którym znajdował się reaktor łukowy, a Tony nie mógł się powstrzymać przed uniesieniem brwi. Zaintrygowany postanowił jeszcze kiedyś do tego powrócić.
- No dobra, to teraz następna sprawa – myślisz, że to zdarzenie miało jakiś związek z Thanosem?
Loki powoli pokręcił głową.
- Ogień i gorąc… to nie w ich stylu. Musisz mieć jakiś innych wrogów, którym niezbyt zależy na twoim życiu – odrzekł powoli i z rozmysłem, spoglądając znacząco na zamyślonego miliardera.
Dotychczas Tony sądził, że może być to z jego strony lekką paranoją – przypuszczać, że cały incydent od samego początku miał na celu wyciągnięcie go z bezpiecznych murów Stark Tower. Jednak teraz, gdy nie był jedynym uznającym tę opcję za sensowną był zdecydowanie bardziej skłonnym poważniej podejść do tej alternatywy. Co wcale go nie uszczęśliwiało – miał dość problemów na karku i nie potrzebował dodatkowych.
- W każdym razie dziękuje za uratowanie mojego zgrabnego tyłka z opałów – wtrącił gładko, zaskakując neutralnym tonem oraz treścią, nie tylko swojego rozmówcę, ale i (częściowo) siebie. Słowa wymknęły mu się odrobinę mimowolnie po wpływem poufałej atmosfery.
- Jesteś zaszokowany faktem, że umiem powiedzieć „dziękuję"?
- Nie… zdumiewa mnie raczej twoje wysokie mniemanie o sobie – odparł Loki najwyraźniej powracając do siebie, o czym świadczył jego złośliwy uśmiech. – Bo masz przeciętny tyłek – dodał wystarczająco lekceważąco, aby Tony poczuł się karygodnie znieważony.
- No proszę! Już wiem dlaczego w rodzinnych stronach przyległ do ciebie przydomek „Kłamcy" – uznał konwersacyjnie i uśmiechając się pod nosem dźwignął się na nogi. –Tak na marginesie: miło, że zwróciłeś uwagę – zakończył mrugnąwszy do Lokiego i równolegle z wypowiedzeniem ostatnich słów uzmysłowił sobie, że to dobra chwila na wyjście. Jego flirty nigdy nie kończyły się niewinnie, a Tony nadal wolał pozostać asertywnym wobec tych dziwnych pokus, które ostatnio barwnie urozmaicały jego sny erotycznymi elementami.
Tak, jego honor nie dopuści do żadnych powtórzeń „incydentu". Może sobie fantazjować, to jest zupełnie nieszkodliwe, no i to przecież nie był pierwszy raz, kiedy ofiarą jego wyobraźni padał ktoś, kogo (teoretycznie) nie powinien rozpatrywać po seksualnymi aspektami.
Jakiś wewnętrzny, złośliwy głosik (o którego posiadanie Tony nigdy do tej pory by siebie nie posądził) podszeptywał mu jednak, że takie postanowienia mają przede wszystkim charakter myślenia życzeniowego. Nie dopuściłby tego w postaci jasnej i dobitnej myśli, ale gdzieś podświadomie czuł, że przed wszystkim co mógłby i chciałby zrobić, powstrzymuje go nawrót dziwnej, gówniarskiej tendencji do podekscytowanego wyczekiwania na dogodne okoliczności.
- Właśnie – rzucił nagle, z ręką na klamce i obejrzał się przez ramię.
Spojrzenie, z którym skrzyżował wzrok przez chwilę było dokładnie tak wygłodniałe, jakby As z powodzeniem przewertował zawartość najskrytszych zakamarków głowy Tony'ego. Był to zdecydowanie ten rodzaj spojrzenia, który Stark, dla własnego bezpieczeństwa, nie powinien oglądać. Dlatego w trosce o nie skutecznie przekonał samego siebie, że to tylko kwestia nadinterpretacji ze strony jego wyobraźni.
Otrząsnowszy się, uświadomił sobie, że idiotycznie się zapatrzył – miał nadzieje, że Kłamca nie słyszał słynnej tezy: „jeśli ktoś utrzymuje z tobą kontakt wzrokowy dłużej niż cztery sekundy to albo chce cię zabić, albo chce pójść z tobą do łóżka". Bo w tym przypadku zdecydowanie nie chodziło tylko o to pierwsze.
- Rano pojawiłeś się w warsztacie i chciałeś mi coś przekazać, o co chodziło?
Loki zwlekał chwilę z odpowiedzią.
- Faktycznie – przyznał w końcu leniwie, przenosząc wzrok na własne paznokcie. – Miałem ci powiedzieć, że Thor się rano wyniósł. Obiecał… że niedługo wpadnie – dokończył niechętnym tonem, zerkając ukradkiem na swojego rozmówcę.
„Mam nadzieje, że tym razem poprzedzi swoją niespodziewaną wizytę telefonem" – miał na końcu języka Stark, ale w ostatniej chwili powstrzymał się przed wygłaszaniem tych nadziei na głos.- Mam nadzieje, że tym razem obędzie się bez ofiar w postaci okien – powiedział zamiast tego. – To naprawdę podejrzane, ten wasz brak poszanowania dla wyrobów ze szkła.
- Mam poszanowanie dla wyrobów ze szkła. Ale nie jest aż tak duże aby zdominować mój brak poszanowania dla bezmyślnie wchodzących mi w drogę Śmiertelników.
Tony skwitował te słowa, wypowiedziane z najwyższą nonszalancją, kompletnie nie-nonszalanckim parsknięciem. Nacisnął klamkę, jednak jeszcze chwile powstrzymał się z opuszczeniem pokoju.
- Jeszcze… jedna rzecz – zapewnił, zerkając z ukosa na Lokiego.
Ostatecznie była to sprawa wwiercająca mu dziurę w umyśle. Przełknął głośno ślinę przed wyprażeniem swoim myśli na głos. – Nie mogłeś czy nie chciałeś sprawić aby bariera objęła większy obszar?
Rozbawienie, które Tony od kilku minut nieprzerwanie dostrzegał u swojego rozmówcy powoli ustąpiło miejsca chłodnej powadze.
- Naprawdę chcesz znać odpowiedź na to pytanie? - zapytał As, a Tony'ego oblekło powolne uczucie chłodu i niepewność. Może faktycznie wolałby nie wiedzieć. – Nie zapominaj z kim masz do czynienia, Stark – dokończył zdawkowo.
Zaciskając usta Tony kiwnął głową – nie potrzebował dobitniejszej odpowiedzi.
Zmrożony zarówno przekazem jaki niosły słowa Lokiego, jak i irracjonalnym napływem poczucia winy, wyszedł.
To był naprawdę ciężki dzień przepełniony mnóstwem sprzecznych emocji. Pozostając szczerym ze samym sobą Tony musiał przyznać, że wcale łatwo nie znosił stopniowo nawarstwiającego się stresu. Stresu obejmującego znacznie więcej niż jedną sferę jego życia. Kilka lat temu radziłby sobie z tym znacznie lepiej. Chyba.
O ile w obliczu innych potrafił zgrabnie pozować na niczym nieprzejętego, o tyle późną nocą, gdy przewracał się w łóżku z boku na bok, osaczały go swoją goryczą systematycznie nagromadzające się obawy. Pobudzały znacznie skuteczniej od espresso.
Smuga światła wdzierającego się do pomieszczenia przez niezaciemnione okno zyskała sobie widownie w postaci brązowych oczu miliardera, które obserwowały jej powolną wędrówkę wzdłuż ściany.
Godziny mijały powoli. Zmęczenie otępiało jego umysł i wywoływało nieznośnie wrażenie piachu pod powiekami, które w przeciągu ostatnich minut coraz częściej mimowolnie opadały.
Kiedy wreszcie zdołał zasnąć trwało to tylko chwilę. Ale i tak o chwilę za długo, gdyby miał to ocenić, bo znów znalazł się sam pośród przytłaczającej ogromem pustki obcej galaktyki. Daleko od domu, daleko od Ziemi, dźwigając ciężar znacznie większy niż kiedykolwiek spodziewał się ponieść. Nie spodziewał się powrotu, a nieodwracalność heroicznej decyzji dławiła w gardle czystą paniką, utrudniając oddychanie. Wpatrywał się szeroko otwartymi oczami przed siebie, a widok, który ogarniał, odbijał trwałe piętno w jego umyśle - mając stanowić jeden z tych obrazów, które człowiek po zamknięciu oczu bez trudu przywołuje w pełnej krasie.
Reaktor łukowy był jedynym jasnym punktem w zasięgu wzroku na tle ziejącej czerni świata, do którego przeniósł go portal. Daleko, daleko na horyzoncie widział ogromny statek Chitauri, z której napływali najeźdźcy.
Później wszystko rozjaśnił cichy blask eksplozji – zbyt dalekiej aby go pochłonąć.
To jednak nie rozpaliło w nim nawet najmniejszej iskry nadziei, bo przeciążony system zbroi w pewnym momencie zgasł jak zdmuchnięty płomień świeczki odcinając go bezpowrotnie od otuchy, którą przynosił mu znajomy głos JARVISA.
Wtedy zaczął spadać, a ciemność zamknęła się nad nim jak kurtyna opadająca bezszelestnie po skończonym spektaklu.
Ocknął się czując się zupełnie tak, jakby kilka oddechów wcześniej znów przeszedł przez to piekło.
Kiedyś w jego snach dominowały wspomnienia o torturach i okrucieństwie, jakie spotkały go w Afganistanie – teraz uważał to za zabawne.
Wolałby tamte koszmary. Im nigdy nie towarzyszyło to uczucie nieodwracalności, ciążące w klatce piersiowej i pozostające przy nim jak cień na długie godziny po przebudzeniu.
Słysząc rezonujący odgłos przyspieszonych uderzeń własnego serca powoli starał się przestać oddychać tak, jakby właśnie przebiegł wyczerpujący maraton.
Czuł w ustach suchość. I widział dla siebie tylko jedno rozwiązanie w tym momencie.
Podniósł się niezgrabnie z łóżka i już po chwili znajdował się w salonie ściskając w dłoni szyjkę butelki ze szkocką.
Alkohol palił w gardle i rozgrzewał go prawie równie skutecznie, jak ciepłe słowa.
