Cóż.
Właśnie udało mi się przebrnąć przez końcówkę tego tekstu, tak więc z (niemal) czystym sumieniem oddaję go w ręce autora.
Apokalipsa już zawitała do Stark Tower, tak więc powoli ziszczają się moje zapowiedzi.
Kiri (beta)
Nie widzę sensu w dodawaniu czegokolwiek od siebie. Może poza standardowym: miłego czytania i nieco mniej tradycjonalnym: mam nadzieje, że garstka osób, które ośmielę się nazwać czytelnikami tego ficka nie poskąpi mi swych opinii, bo jak wielu twórców rzecze "komentarze karmią wenę". Coś w tym chyba jest.
Ilekroć padało hasło „mógłbyś pomóc przy…" Tony, nie pozwalając na dokończenie sentencji, jak mantrę powtarzał „mam pracę" i znikał niczym kamfora, uciekając do swojego warsztatu.
Spodziewał się, że nie będzie jedynym przedstawicielem drużyny przeciwników świąt, jednak okazało się, że Loki, po którym oczekiwał niezadowolenia, był podejrzanie obojętny w obliczu całego tematu.
Sprawa jednak nie była tak beznadziejna, aby Tony popadł w nieodwracalną markotność – na najbliższe dni miał szansę dysponowania dwójką naukowców, Brucem (którego wciąż planował przeprosić i wciąż to odwlekał widząc, że Banner nie okazuje żadnych zewnętrznych objawów urazy) i Jane, która pojawiła się razem z Thorem.
Zresztą Tony nie był aż takim cynikiem, aby być w stanie żałować towarzystwa Avengersów – to była naprawdę dobra odmiana po minionych kilku tygodniach, kiedy za jedyne towarzystwo miał głównie Kłamcę.
Wszystko to razem wzięte sprawiało, że Tony mimowolnie stopniowo ulegał świątecznej atmosferze.
Do momentu, w którym na ekranie telefonu nie odczytał formalnie brzmiących życzeń wysłanych przez Pepper.
Widząc oschłe „Wesołych Świąt, panie Stark" w pierwszym odruchu miał zamiar oddzwonić do Virginii. Zaniechał jednak tego pomysłu, gdy dotarło do niego, jak bardzo nie na miejscu byłoby zmuszanie jej do rozmowy ze sobą.
Od rozpadu ich związku zachował się gorzej, niżeli spodziewałby się po sobie kiedykolwiek i Pepper miała pełne prawo do wyjałowienia ich relacji z jakiejkolwiek serdeczności.
Spodziewał się jeszcze długi czas odczuwać gorycz z tym związaną.
Na dłuższą metę starał się jednak o tym nie dumać - okoliczności zresztą nie pozwalały mu na zaprzątanie sobie głowy zapętlonym tematem własnej beznadziei.
Natasza okazała się niewiarygodnie zaangażowana w kwestii doprowadzenia wszystkiego do perfekcji i w jeden wieczór przemieniła salon Tony'ego w coś, czego miliarder nigdy nie chciał widzieć na oczy.
Większość pomieszczenia wypełniły stonowane światełka, choinki, bombki i cała masa innych świątecznych akcentów, które wywoływały w Tonym imponujące pokłady kreatywności niezbędnej ku wygłaszaniu uszczypliwych komentarzy na temat niezbędności ozdób.
W przeddzień świąt z mocą kowadła spadła na niego brutalna świadomość dotycząca faktu, że jak do tej pory nawet nie pomyślał o… cholernych prezentach.
Zresztą nigdy nie zaprzątał sobie nimi głowy – Pepper mając dostęp do jego kont była upoważniona do samodzielnego nabywania sobie podarków (w jego imieniu). Nie bez powodu – Tony zawsze fatalnie trafiał, gdy jakimś sposobem zdobywał się na dobieranie innym prezentów.
Teraz sytuacja wydawała się jeszcze gorsza, bo nie czuł się jak ktoś, kto bardzo dobrze zna resztę drużyny Avengersów.
Poza tym jeszcze był Loki, co wzbudzało w Tonym kolejne dylematy, z którymi wolałby nie musieć się spierać. Nie za bardzo wiedział, czy powinien go w tym wszystkim w ogóle uwzględniać, a co gorsza żadna opcja nie wydawała mu się dobrym rozwiązaniem.
- Natasza – odezwał się konspiracyjnie tego samego dnia, w którym zdał sobie sprawę z tego, że ma nóż na gardle. Agentka Romanow była akurat w trakcie zawieszania dużej, czerwonej bombki na zielonej gałązce choinki.
- O co chodzi, Stark? – zapytała, nawet się nie obejrzawszy.
- Musisz mi pomóc, potrzebuje kobiecego doradztwa – wyznał, czym w końcu ściągnął na siebie uwagę bystrych, zielonych oczu Rosjanki.
Usta Nataszy drgnęły w uśmiechu. Tony nie po raz pierwszy na przestrzeni ostatnich trzech dni uzmysłowił sobie, jak niewiele wie na temat tej kobiety. Albo w zasadzie jak bardzo mylne musiał mieć zdanie na jej temat. Wydawała mu się ona inna od pozostałych kobiet, które znał – teraz jednak powoli powątpiewać w dotychczasową tezę, jakoby Czarna Wdowa była tylko zabawką w rękach Fury'ego, zaprogramowaną na zabijanie wrogów.
- Wydaje mi się, że dobrze trafiłeś, panie Stark – oznajmiła przywołując do niego cień wspomnień z tego okresu czasu, gdy znał ją jako Natalie Rushman.
Natasza przeczesała palcami gęstą burzę rudych włosów i zawiesiła na Tonym pytający wzrok. – Więc o co chodzi?
- Wyjaśnię ci po drodze. Będę czekał za piętnaście minut w garażu.
xxx
Tony uwielbiał okulary z przyciemnianymi szkłami. W połączeniu z najzwyklejszymi ubraniami potrafiły one przydać mu anonimowości, gdy z jakiś przyczyn był zmuszony pojawić się w publicznych miejscach.
Tego dnia tym miejscem okazało się pobliskie centrum handlowe.
Sklepy pękały w szwach, co właściwie było mu na rękę – im większe tłumy, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś go rozpozna.
Natasza wbrew jego podejrzeniom okazała się całkiem entuzjastycznie nastawiona wobec perspektywy zakupów (czym w oczach Tony'ego awansowała na kolejny szczebel drabiny wiodącej do tytułu „Normalnej Kobiety").
- Zacznijmy od Thora – zaproponowała, gdy tylko opuszczając parking przeszli do przedsionka galerii.
- Dlaczego od Thora? – zapytał z przekąsem.
Natasza uśmiechnęła się tajemniczo. – Bo starsi mają pierwszeństwo – rzuciła, ruszając przed siebie, a Tony natychmiast pomaszerował za nią, nie chcąc jej zgubić w zatłoczonym centrum.
- Nie mam pojęcia co można kupić… Thorowi – przyznał ze zgrozą w głosie. – Może młotek do mięsa? Moglibyśmy w nim obudzić kulinarne instynkty. Albo spinki do włosów; ciągle spadają mu na twarz. Poważnie zastanowiłbym się także nad jakimś przenośnym, poręcznym piorunochronem.
- Mam nadzieje, że ktoś pomyślał o tym, aby kupić tobie kaganiec na te święta – burknęła Wdowa gromiąc Tony'ego wystarczająco ostrym spojrzeniem, aby powstrzymał się z nadmienianiem pozostałych propozycji na prezent dla boga piorunów.
- Rozumiem, że zaraz oświecisz mnie jakimś genialnym pomysłem?
- Prawdę mówiąc myślę, że naprowadziłeś mnie na pewien trop… - przyznała i nagle szarpnęła Tony'ego za ramię zmuszając go do zatrzymania się. Ruchem głowy wskazała na wystawę za szklaną gablotą, a następnie uniosła pytająco brwi skierowawszy wzrok na Starka. – Co sądzisz?
- Komplet patelni…?
- Kulinarne instynkty? – przypomniała Natasza, na co Tony uniósł brwi z uznaniem.
- Dobra. Każdy powinien posiadać porządną patelnie w swoim domu i nawet asgardzki rodowód nie jest wymówką – zadecydował kiwając głową i wciągnął Czarną Wdowę do sklepu ze sprzętem AGD.
Dwie godziny później siedzieli w samochodzie, wlekąc się przez zakorkowane ulice Nowego Jorku, a na tylnym siedzeniu piętrzyły się papierowe torby ze świątecznymi zakupami.
- Jestem zdumiony, że udało mi się przejść przez to piekło prawie bezboleśnie. Spodziewałem się, że zostanę zdemaskowany przez jakąś ukrywającą się pośród tłumu groupie – oznajmił w którymś momencie Tony. Zauważył w lusterku, że Natasza unosi jedną brew.
- Ubrałeś się jak bezdomny. Nie dziwie się, że nikt cię nie poznał – skomentowała w końcu i sięgnęła ku niemu aby zdjąć z jego głowy absurdalną czapkę z pomponem.
Tony uśmiechnął się do siebie zwracając wzrok na drogę. Nie spodziewał się, że może równie beztrosko spędzić czas właśnie z Nataszą, która zawsze wydawała mu się wyobcowana oraz wzgardliwie ustosunkowana wobec rozrywki.
Przekonał się, że Wdowa jest enigmą, wobec czego oczekiwał, że jeszcze nieraz zostanie zaskoczony przez agentkę.
Odcinek dzielący ich od Stark Tower przez korki rozciągał się niemal w nieskończoność, ale Tony'emu to nie przeszkadzało.
Pierwszy raz od jakiegoś czasu miał okazje odetchnąć poza wieżowcem w celu innym niż oddawanie się pustym przyjemnościom.
Potrzebował tego. Kilku chwil spędzonych w towarzystwie, do którego nie przywykł. Kilku chwil na wysłuchiwaniu tandetnych, świątecznych piosenek (w końcu mimowolnie zaczął nucić je pod nosem wraz z radiem).
Gdy wysiadali, Natasza mruczała coś cicho po rosyjsku, sprawiając wrażenie pogrążonej w myślach.
- Czemu się tak na to wszystko uparłaś?
Romanow umilkła raptownie zwracając na Tony'ego przenikliwe spojrzenie.
- Liczę na to, że dasz sobie radę – odparła zdawkowo, po czym ruszyła przed siebie pozostawiając Starka wraz z zakupami w tyle.
xxx
- Nienawidzę świąt – wymamrotał Barton, gdy Tony powróciwszy z warsztatu opadł na kanapie tuż obok niego.
- Wiem, że Natasza w swoich przebłyskach człowieczeństwa bywa niepozornie urocza, ale gdybyś był w obliczu tej wyreżyserowanej niewinności bardziej asertywny być może żaden z nas nie musiałby cierpieć.
Clint obdarzył go zrezygnowanym spojrzeniem, które nasunęło Tony'emu na myśl smutnego bullmastiffa.
- Poza tym nie narzekaj - to nie dwój dom padł ofiarą spisku Agentki Romanow.
- Miałem mieć misję – burknął nadąsany Barton, najwyraźniej nieprzyjęty tym, co Tony ma do powiedzenia i rzucił w choinkę długopisem, który obracał w palcach. – Przekabaciła Fury'ego żeby wyznaczył do niej Johnsona z poziomu siódmego – skwitował pogardliwie i odchylił się na wezgłowie kanapy krzyżując za karkiem ręce.
Tony zmierzył go spojrzeniem niezadowolony z faktu, że jego rozmówca najwyraźniej nie odczuwa potrzeby wymieniania się powiązanymi ze sobą wątkami w rozmowie. W związku z tym postanowił również odhaczyć taką potrzebę ze swojego harmonogramu.
- A ja w wieku siedmiu lat posiadałem takie fajne, zielone tamagotchi, jednak pewnego dnia wpadło mi do kibla – obwieścił. Sokole Oko spojrzał na niego z politowaniem i ostentacyjnie odsunął się bliżej poręczy i dalej od Tony'ego, jakby komunikat miliardera sugerował jakiś zaraźliwy rodzaj niepoczytalności psychicznej.
- Wiesz co, stary? Zaczynam podejrzewać, że to wszystko ma jakiś głębszy sens. Tasza chyba po prostu chce się przekonać o naszej mentalnej wytrzymałości. Kto wie – może zlecił jej to nawet sam Fury – wycedził podejrzliwie Clint, wbijając zawistne spojrzenie w czubek ubranego drzewka, które wydzielało przyjemną woń świeżych igieł.
- Wow… Clint… - zaczął Tony ostrożnym tonem i wstał. – Mógłbyś stanąć na czele miłośników teorii spiskowych. – Baw się dobrze. I nie zapomnij rozważyć pomysłu założenia bloga – internauci uwielbiają takich podejrzliwych gości.
- Nie bądź taki zarozumiały, bo mogę mieć sporo racji. Naprawdę mało który człowiek jest w stanie spędzić w twoim towarzystwie więcej czasu niż dobę bez trwałych psychicznych zmian. Ponoć między innymi to można przeczytać w ostrzeżeniach na twój temat w aktach SHIELDu.
- Dobra, dość tego. Jesteś niewychowany, a moja wrażliwa natura cierpi na twojej gruboskórności. Odmeldowuję się – zakomunikował Tony parodiując salut, po czym odwrócił się na pięcie ruszając ku wyjściu.
- Poczekaj, Stark – zatrzymał go odmieniony o twardą, oficjalną nutę głos Bartona, a Tony obejrzał się z pozorną niechęcią przez ramię. Clint rozejrzał się dookoła mrużąc oczy, po czym podniósł się z kanapy i zbliżył się do Starka wolnym krokiem. – Lepiej mnie uważnie posłuchaj, – zaczął tonem zwiastującym okropieństwa. Tonem, który w połączeniu z przenikliwym spojrzeniem brzmiał dla Tony'ego dokładnie tak, jakby Agent lada moment miał wyjawić jakiś straszliwy sekret - bo mam do ciebie prośbę – kontynuował, a Tony z uczuciem nieopisanej ulgi stwierdził, że nagłe, irracjonalne przerażenie, tak charakterystyczne dla każdego człowieka obawiającego się, że jego tajemnice ujrzą światło dzienne, znika równie prędko, jak się pojawiło. – Chciałbym kilka specjalnych strzał. SHIELD ma świetne zaplecze, naprawdę, ale mimo wszystko nadal od ciebie odstają.
- Jasne, wpadnij kiedyś do mnie i coś razem wymyślimy – zgodził się z miejsca poklepując ramię łucznika. – Szczerze mówiąc planuję dla ciebie coś specjalnego – zapowiedział tajemniczo. – Dowiesz się jutro – dodał widząc błysk zaciekawienia w oczach Bartona, po czym, nie chcąc się narażać na kolejne paranoje, czmychnął z pomieszczenia.
xxx
- Sir – odezwał się późną nocą JARIVS wybudzając go ze snu, w który zdołał zapaść zaledwie kilka minut wcześniej. – Uznałem, że powinien pan wiedzieć o awarii, która miała miejsce w kuchni – wyjaśnił po chwili, gdy Tony wlepił już nieprzytomne spojrzenie w sufit.
- W ogóle mnie to nie interesuje – burknął po chwili, którą zajęło mu spowolnione kontemplowanie komunikatu, a następnie zamaszyście naciągnął na siebie kołdrę układając się na boku z postanowieniem ignorowania całego wszechświata aż do świtu.
- Sir - przemówił ponownie głos JARVISa po kilku minutach ciszy. – Bruce Banner został ranny – zakomunikował poważnie. Wówczas Tony poczuł się w obowiązku złamania danego samemu sobie przed paroma chwilami przyrzeczenia i wstał.
Kierowany wskazówkami A.I. opuścił swoją sypialnię z sianem na głowie i wyrazem niezadowolenia wypisany na twarzy.
- W końcu, Stark. Czekaliśmy na ciebie – przemówiła Natasza w momencie, gdy tylko przekroczył próg kuchni. Bruce akurat zalepiał kciuka plasterkiem.
- JARVIS? Chyba musimy odbyć poważną rozmowę dotyczącą tego, co masz uznawać za obrażenia fizyczne – zaczął, wchodząc do pomieszczenia. – Bruce jest ranny, bo skaleczył się w palec, a co się kryje pod hasłem „awaria"? Komuś stłukła się szklanka?
- Nie gniewaj się, chcieliśmy żebyś nam pomógł przy gotowaniu i postanowiliśmy wyręczyć się JARVISem – powiedziała Romanow. Bruce z miną wyrażającą głęboką skruchę odkładał apteczkę. – I nikt nie wymyślił awarii; twoja mikrofalówka przestała działać.
Tony opadł na hocker wypuszczając głośno powietrze z płuc. Jednak gdy tylko Natasza podstawiła mu pod nos deskę i nóż, podniósł się ponownie na nogi.
- Bardzo chętnie bym wam pomógł – zaczął przejętym tonem, przesłaniając dłonią reaktor łukowy - ale przypomniało mi się, że zostawiłem włączone żelazko – dokończył z przekąsem spoglądając z pogardą na stertę garów, z którymi nie zamierzał mieć nic do czynienia ani teraz, ani w przyszłości. – Pójdę zająć się edukacją naszego weterana wojennego: pora, aby w końcu przełamał lody z telewizją – zapowiedział, nim udał się w drogę powrotną z kuchni.
- Mówiłem ci, że nic z tego nie będzie – usłyszał jeszcze za plecami zniżony, zrezygnowany głos Bannera.
- Stark tego pożałuje – oznajmiła zawistnie Romanow wcale nie starając się brzmieć dyskretnie, a Tony oddalając się w kierunku salonu wprost czuł wwiercające się spojrzenie na swoich plecach.
- JARVIS. Dzisiejszej nocy poważnie naruszyłeś fundamenty mojego zaufania wobec ciebie… - zaczął, gdy znalazł się już w strefie bezpiecznej od złaknionych kuchennych wrażeń w jego towarzystwie agentek i zmanipulowanych nimi naukowców. – Ale jak zachęcisz Steve'a do przyjścia tutaj to ci wybaczę. Bardzo potrzebuje teraz kompanii kogoś, kto nie znosi mojego towarzystwa.
- Wybacz, sir. Obiecuję nigdy więcej nie konspirować na twą niekorzyść. Steve Rogers zjawi się tu za parę chwil – obiecał A.I., a Tony z zadowoleniem rozsiadł się na kanapie i włączył telewizor.
Gdy Kapitan wkroczył do salonu, Tony oderwał wzrok od ekranu, na którym akurat nieudolnie zdubbingowana aktorka reklamowała niemiecki proszek do prania. Z poważną miną poklepał wolne miejsce obok siebie. Steve zbliżył się z niepewnością wypisaną na twarzy.
- Słyszałem, że chodzi o coś ważnego… - odezwał się tonem niedorzecznie bliskim nieśmiałości, zerkając przelotnie na migającą neonowymi barwami reklamę laptopów. – Na szczęście jeszcze nie spałem – dodał, jakby spodziewał się, że Tony'emu mogłoby być przykro z powodu zerwania go z łóżka. Nie byłoby – według poczucia sprawiedliwości Starka w jego obecnym obowiązku leżało zgotowanie komuś podobnego do własnego losu.
- Tak. Siadaj. Siadaj i słuchaj uważnie.
Kapitan usłuchał, a na jego obliczu powoli pojawiały się pierwsze oznaki podejrzliwości.
- Tak…?
- Sprawa wygląda tak – zaczął Tony sięgając po pilot od telewizora. – Nie będę od ciebie wymagał, że z miejsca oswoisz się z wydawaniem komend głosowych do urządzeń elektronicznych, ale nie możesz stać w miejscu, Kapitanie. – Z tymi słowami wręczył osłupiałemu Steve'owi trzymane urządzenie. – Pilot – oznajmił z czcią.
- Wiem co to – wyznał w końcu Steve, a Tony obdarzył go pełnym wątpliwości spojrzeniem.
- Fantastycznie, ale diabeł tkwi w szczegółach. Jesteś tu po to żeby odkryć jak się tym posługiwać.
- Dlaczego?
- Do diabła! Bo mamy dwudziesty pierwszy wiek, dlatego! – zniecierpliwił się Stark. – A teraz udowodnij mi, że jesteś pojętnym uczniem. Dowiedź, że drzemie w tobie odrobina duszy nerda, a w nagrodę w przyszłości nauczę cię obsługiwać komputer.
Steve nie wyglądał na zachęconego ani propozycją, ani obietnicami, które się z nią wiązały, jednak prawdopodobnie dobre wychowanie nakazywało mu pozostać w salonie z Tonym.
- No dobrze – zgodził się w końcu wpatrzony w rząd cyferek i dziwnie oznakowanych przycisków.
- Zaczniemy od podstaw… Ten czerwony guzik służy do włączenia i wyłączenia telewizora.
Steve przetestował prawdziwość tej tezy, wówczas ekran pociemniał, a w salonie zapadła cisza.
- Brawo – rozbrzmiał podekscytowany głos Tony'ego. – Teraz włącz go z powrotem.
Steve Rogers ponownie stanął na wysokości zadania, bo telewizor powrócił do życia wraz z powtórką America's Got Talent, emitowaną przez NBC.
- Teraz przejdźmy do czegoś bardziej skomplikowanego, jak zwiększanie głośności i zmienianie programów.
Po tych słowach Tony uraczył Kapitana rozwlekłym instruktażem, pod koniec, którego zarządził przełączenia kanału na dwusetną stację.
Kapitan po krótkim namyśle dowiódł swej biegłości w obliczu nieznanego i przełączył program niefortunnie natrafiając prosto na stacje z emisjami dla dorosłych, którą opatrywała słynna, czerwona kropka w kącie ekranu (coś, co w odległej przeszłości przyciągało całą uwagę Tony'ego jako widza). W międzyczasie wyrażająca głębokie stadium szoku twarz Steve'a przybrała podobnie karmazynowy odcień.
- Ach, no tak… mroczna strona mediów, która czyha w ukryciu wypatrując takich niewinnych umysłów, jak twój – odezwał się Tony czerpiący całe pokłady podłego ubawu z zaistniałej sytuacji – był pewien, że nie odczuwałby takiego stadium satysfakcji, gdyby to zaaranżował.
- Stark! – rozbrzmiał za ich plecami niedowierzający okrzyk Nataszy, która przyciągnięta kakofonią oczywistych odgłosów wydobywających się z odbiornika zjawiła się w salonie dzierżąc drewnianą łyżkę. Nawet z tak niewinnym narzędziem prezentowała się niczym anioł zemsty, przez co Tony nie mógł powstrzymać mimowolnych dreszczy grozy.
- Nie zaplanowałem tego! – rzucił na swoją obronę przechylony przez oparcie kanapy, podczas gdy Czarna Wdowa powoli się ku nim zbliżała. - No dalej, Steve, przełącz program tak jak cię tego… Nie, w ten sposób się zwiększa głośność – instruował cierpliwie Kapitana, który w całym swym zmieszaniu, w końcu wypuścił pilota z rąk.
- Jak możesz pokazywać takie wstrętne rzeczy biednemu Steve'owi… - rzuciła Natasza wciskając się między ich dwójkę. Kapitan gwałtownie przesunął się ku poręczy, a uwadze Tony'ego nie umknął błysk żywego rozbawienia obecny w oczach Agentki.
Z mglistym uśmiechem w końcu się zlitował i nakazał JARVISowi wyłączenie telewizora.
- Steve? Steve, wróć do nas – przemówił Tony po kilku sekundach przedłużającej się ciszy, kątem oka kontemplował mimikę twarzy Rogersa, która alarmująco przypominała tę, którą widywało się u osób cierpiących na dotkliwy ból żołądka. – Dokończ zdanie: za moich czasów…
- Nie przejmuj się, Kapitanie. Wierzę w karmę i jestem przekonana, że dopadnie ona Starka.
- Już dopadła, Agentko Romanow. Zmasowany atak karmy objawiający się jako przeludnienie w moim majestatycznym Stark Tower.
Hasło „majestatyczny Stark Tower" najwyraźniej wyrwało Steve'a z letargu i częściowo odegnało jego psychiczną zapaść.
- Przykro mi, Stark, ale ten budynek jest okropny – powiadomił nieżyczliwie.
- Przykro mi, Rogers, ale nie masz gustu – odciął się Tony, a następnie wzdychając cierpiętniczo, wstał. – Liczę na to, że następnym razem bardziej sobie przemyślicie pomysł budzenia mnie w środku nocy – zakomunikował na odchodne.
Gdy wychodził z pomieszczenia omal nie zderzył się z zaspaną Jane Foster.
- Co tu się dzieje? – wymamrotała sennie wyglądając zza ramienia Starka. – Obudziły mnie jakieś krzyki.
- Jęki – sprostował wspaniałomyślnie Tony, przepuszczając Jane. – Dobranoc – dodał opuszczając towarzystwo.
Nie udał się jednak do sypialni przewidując, że już przegapił swoją idealną porę na zaśnięcie, których noce zawsze ofiarowały mu bardzo niewiele.
Poszedł prosto do warsztatu i już po paru minutach dane mu było cieszyć się powietrzem głęboko nasyconym zapachem olejów silnikowych oraz charakterystyczną, odrobinę metaliczną wonią licznych instalacji elektrycznych.
Nie miał żadnego konkretnego celu w przychodzeniu w to miejsce – obecnie jego prace zatrzymały się na tym poziomie, na którym dla jakiegokolwiek postępu niezbędnym elementem była pomoc Lokiego.
Tony jednak nigdy nie potrzebował motywacji ku zagłębieniu się w swojej nietypowej oazie spokoju. Sama obecność skomplikowanych wynalazków, których był twórcą przynosiła mu niewymowną radość, jakiej nie osiągał w żadnym innym miejscu. No – może poza swoją zbroją, ale przemierzanie w niej nieba było przyjemnością zupełnie innej rangi.
Był w trakcie zaznajamiania się ze ścianą informacji dotyczących zajścia sprzed kilku dni. Wyświetlane przez hologram opisy rozjaśniały w półmroku skupioną twarz Tony'ego, znacząc ją błękitnawą barwą podobną do tej, którą emanował reaktor łukowy.
W pewnej chwili coś nienaturalnie donośnie huknęło tuż za jego plecami, a wówczas Stark doświadczył uczucia przeraźliwie intensywnych palpitacji serca, które pozwoliły mu przypuścić (na szczęście omylnie), że właśnie doznaje zawału.
Odwrócił się tak gwałtownie, że coś strzyknęło mu w karku, ale teraz o wiele istotniejszym wydawało mu się, czym prędsze ciśnięcie kluczem francuskim, który w pewnej chwili znalazł się w jego garści w intruza.
- Na boga, Clint! – wykrzyknął rzuciwszy narzędziem prosto w łucznika, gdy już zlokalizował wzrokiem źródło hałasu - właśnie zmuszone przerwać otrzepywanie sobie ramion z kurzu aby uniknąć ciosu.
- Cholera, nie chciałem cię wystraszyć – burknął pretensjonalnie oglądając się za metalowym kluczem, który doznał dźwięcznej kolizji z posadzką.
- Pieprzone spadanie z sufitu za plecami zadumanych ludzi w środku nocy jest straszne bez względu na okoliczności! – zapewnił wzburzony Stark, który wciąż przyciskał sobie dłoń na wysokości galopującego serca. – Jak ty się tu w ogóle dostałeś? – zapytał opanowawszy pierwszy szok.
- Ach, nie uwierzysz! – odparł jego rozmówca odmienionym o entuzjastyczną nutę głosem. – Musiałem się gdzieś schować przed Nataszą – nie umiem jej odmawiać, więc to było konieczne – wtedy natknąłem się na Lokiego. I mnie olśniło, pomyślałem, że to tu mogę przeczekać najgorsze.
- Nie rozumiem analogi zachodzącej pomiędzy spotkaniem Lokiego, a twoją obecnością tutaj – wyznał sceptycznie Tony, a Clint rozczarowany jego tępotą wywrócił oczami.
- Zagroziłem mu, że jeśli w ramach rekompensaty za moje straty moralne, do których się przyczynił, mnie tutaj nie wprowadzi, to zrobię mu to – zaczął wyjaśniać napinając wyimaginowany łuk, z którego wymierzył w Tony'ego. Stark uniósł brew.
- No tak, musiał być przerażony – uznał sarkastycznie postanawiając przy najbliżej okazji dokładnie się upewnić, z jakich pobudek Loki wyobraża sobie, że ma prawo wpuszczania do jego warsztatu kogokolwiek.
Naturalnie Laufeyson nie miał tych samych uprawnień, co Tony, jednak Stark już dawno zdołał się przekonać, że magiczne sztuczki Asa są wystarczająco skuteczne, aby oszukać skomplikowane systemy zabezpieczeń i JARVISa. Co było dość… przerażające, gdyby miliarder miał oceniać. Bądź co bądź, był jeszcze bardzo powściągliwy wobec wizji zaufania Lokiemu na skalę tak szeroką aby nie zamartwiać się faktem, że ten potrafi się wślizgnąć w dowolnym momencie do jego sacrum.
- Skoro już tu jesteś, możemy to wykorzystać. Chciałeś nowe strzały, zgadza się? – nie czekając na odpowiedź zarządził - No to do roboty.
