Witajcie!
Czasem odnoszę wrażenie, że autor ma więcej radochy z czytania moich komentarzy do tekstu, niż z samego pisania...
No ale, ponieważ zawsze skrupulatnie odnajduje i kasuje moje dopiski, prawdopodobnie nigdy nie zapoznacie się z moimi sarkastycznymi (i głupimi xD) uwagami.
Jednak teraz przedstawiam całkiem interesujący rozdział więc... Enjoy!

To było od Kiri, a teraz dodam parę słów od siebie.
Wiem, że to najdłuższa przerwa w aktualizowaniu chapterów, ale maj taki zapracowany, nieuszanowanko, etc... Mam nadzieje, że wraz z nadejściem wakacji i wolnego będę miał w sobie więcej zapału.

Od kolejnego rozdziału zamierzam wprowadzić historię na nieco poważniejsze tory, a tymczasem łapcie ów ociekający absurdami twór. ...mam nadzieje, że udało mi się usunąć WSZYSTKIE dopiski K., bo nie kłamała mówiąc, że bywają głupie. : D

PS Wrzuciłem ficka również na AO3


Tony, jak zawsze w obliczu sprecyzowanego celu, stracił poczucie czasu.
Clint też, bo całkiem nieźle się bawił testując co raz to wymyślniejsze strzały. Zaraz po tym wytyczał Starkowi kolejne wyzwania pokroju wbudowania mechanizmu, który sprawi, że strzała po dotarciu do celu wyda z siebie triumfalną, staroświecką melodyjkę, a następnie efektownie eksploduje.
Tym sposobem Barton stał się posiadaczem kolekcji broni zupełnie absurdalnej i bezużytecznej, czym był niebywale podekscytowany. Prawdopodobnie polubił dzięki temu Tony'ego bardziej, niż ktokolwiek kiedykolwiek ośmieliłby się przypuścić.
Stark jednak, jakkolwiek był tym wszystkim ubawiony, nie lubił tracić czasu na wyrabianie produktów nieprzydatnych, dlatego też bazując na wynikach dzisiejszej pracy wydał na świat kilka sztuk bardziej imponującego oręża (które zamierzał potraktować ulepszeniami w niedalekiej przyszłości). Korzystał przy tym ze swojej podzielnej uwagi objawiającej się wyłącznie na obszarze warsztatu, bądź na polu bitwy – w pozostałych dziedzinach życia pozostawała głęboko uśpiona, co bardzo pomagało, gdy Tony musiał kogoś ignorować.

- Sprawdź to – zaproponował miliarder kilka godzin po tym, jak łucznik zaskoczył go swoją obecnością w warsztacie i z uśmiechem szatana podał mu następną lśniącą, smukłą strzałę. Każda z nich wyglądała identycznie – dopiero w momencie wypuszczenia z cięciwy ujawniały się ich indywidualne właściwości.

Ta również wyglądała zupełnie klasycznie. Były to jednak mylne pozory, bo w jej promieniu zmieściło się wbudowane przez Tony'ego oprogramowanie (napisał je w kilkanaście minut – nie zmieniało to jednak faktu, że było genialne), sensory ruchu, a nawet system naprowadzania reagujący na głos. Co można było podsumować stwierdzeniem, że Tony naprawdę kochał nanotechnologię i ochoczo czerpał z jej dobrodziejstw nawet, gdy budował coś głównie dla zabawy i zabicia czasu.

- Sądzę, że spudłujesz – skomentował, gdy Clint z pewnym siebie uśmiechem sięgał po kolejną strzałę nakładając ją precyzyjnie na łuk.

- Jesteś obłąkany, Stark. Nigdy nie pudłuję. - Naciągnął cięciwę i puścił, a grot gładko przeciął powietrze mknąc do celu, jakim była interaktywna tarcza czyhająca w drugim końcu przestrzennego pomieszczenia. Tony zbudował ją dawno temu na użytek testowania ulepszeń w repulsorach – absorbowała energię jednocześnie obliczając jej natężenie w momencie zderzenia, co było zdecydowanie przydatną funkcją. I właściwie jedyną, której potrzebował, bo system namierzania w zbrojach nigdy nie pudłował.

Tor lotu w żaden sposób nie sugerował, jakoby proroctwa Tony'ego miały się spełnić, do momentu, w którym strzała nagle gwałtownie zboczyła z trasy i rozbiła się o jeden filarów.

- To jest oszukiwanie! – oburzył się Clint.

- Chyba ją trochę… zmyło z trasy – uznał niewinnie Stark i poślinił palec wskazujący udając, że bada kierunek wiatru. Po chwili opuścił rękę i wzruszył ramionami. – Uznałem, że taki odmawiający posłuszeństwa sprzęt nieźle kształtuje charakter. Poza tym pomyśl tylko, jak bardzo udałoby ci się zmylić wroga takim niedorzecznym pudłem.

xxx

Tony niemal zawodowo zarywał noce, dlatego nieprzespanie jednej nie wpłynęło na niego w sposób, który mógłby mu jakość szczególnie utrudniać funkcjonowanie; ciemne otoczki okalające brązowe oczy i bledsza cera stanowiły bowiem problem wyłącznie dla otoczenia, a póki na takowe składali się Avengersi, nie zamierzał się tym przejmować.

Po tym jak spędził pozostałą część nocy w warsztacie w towarzystwie Clinta (który z każdą kolejną mijającą minutą zaczynał mu się objawiać jako człowiek znacznie mniej poważny niż sugerowało to pierwsze wrażenie) nie miał się czym zająć. Barton odszedł do pokoju gościnnego aby nadrobić nieprzespane godziny, a Tony pierwszy raz, odkąd Avegnersi zjawili się w Stark Tower, został kompletnie sam. W którymś momencie jego refleksje niefortunnie zawędrowały w kierunku Lokiego. Uzmysłowił sobie, że od kiedy budynek stał się zaludnionym miejscem widział czarownika może raz – bardzo przelotnie – co było dziwnie drażniącym odkryciem. Postanowił to odczucie przypisać na karb przyzwyczajenia, bowiem przez ostatnie kilka tygodni dzień w dzień uprzykrzali sobie wzajemnie życie, przekuwając to niemal w rutynę. Należało przyznać, że komuś o równie impertynenckiej naturze co Tony, prędko przypadło to do gustu wpisując się w obowiązkowy element harmonogramu dnia.
A Tony, mimo wielu niestałości swojego charakteru, lubił mieć w życiu kilka niezmiennych punktów. Aby się o tym przekonać wystarczyło udaremnić mu dostęp do porannego espresso (jednocześnie skazując się na następujący po tym zmasowany atak uszczypliwości miliardera przez czas bliżej nieokreślony – Virginia Potts czegoś się na ten temat nauczyła).
Uznawszy jednak, że akurat ta zachcianka należy do zupełnie niepoważnych nawet jak na jego standardy, wstrzymał się przed natychmiastowym działaniem w kierunku zmiany aktualnego stan rzeczy. Który zresztą trwał tak śmiesznie krótko, że Tony naprawdę powątpiewał w swoją roztropność, co z jakiś niewyjaśnionych przyczyn nie zdarzało mu się do tego czasu.

W związku z tym postanowił przesiedzieć resztę południa w warsztacie usiłując przy tym nie snuć zbyt wielu przemyśleń, aż w końcu JARVIS ostrożnie upomniał go o tym, że Agentka Romanow zaczyna się niecierpliwić z powodu jego przedłużającej się nieobecności.
Porzucił nieporządek składający się ze sterty chaotycznie rozpisanych na brudno planów, które później zamierzał wprowadzić na dysk w nieco bardziej zorganizowanej wersji i udał się do windy.
Po drodze do salonu wyposażył się w koniak, z którym zamierzał zawitać przy stole zarządzając kompletny zakaz sztampowych, podniosłych przemówień, z którymi kojarzyły mu się wszelakie uroczystości.

xxx

- Dlaczego nie zaprosiliśmy Fury'ego? – zapytał któryś z pijanych głosów kilka obfitujących w procenty godzin później.

- Dobre pytanie! – wykrzyknął Clint, który wyglądał na najbardziej nietrzeźwego w całym towarzystwie. Najwyraźniej nie dysponował równie mocną głową co Natasza, która wypiła najwięcej (nie licząc Thora, ale zaprawione w staromodnym biesiadowaniu bóstwa nie mogły się liczyć w takich rankingach).

Bruce taktownie nie odmówił pierwszego toastu, jednak po nim wyraźnie skołowany usunął się na ubocze zachowując trzeźwość, a Steve przeważnie obserwował wszystkich z odrobinę nieszczęśliwą miną - najwyraźniej czując się poszkodowanym przez własny metabolizm.

- Bo Stark go nie lubi – wtrącił poważnie ten ostatni. – Ze wzajemnością, zresztą – uzupełnił rzetelnie, na co Tony zareagował niedowierzającym spojrzeniem.

- Coś ci powiem, Steve. Mylisz się. Uwielbiam Fury'ego. Serio, dzwońcie po niego – zakomunikował, wstając chwiejnie z kanapy. – JARVIS, słyszałeś? Połącz się z Furym i przekaż mu moje pozdrowienia.

- Przykro mi, sir. Dwa miesiące temu zabroniłeś mi wypełniania podejrzanie nietypowych poleceń kiedy jesteś pijany – odpowiedział grzecznie A.I.

- To nie jest nietypo…

- Co wtedy zrobił? – zainteresował się nagle Clint, który wyrwał się z chwilowego odrętwienia na rzecz wyczekującego wpatrywania się w sufit. Romanow szturchnęła go łokciem w żebra.

- Barton, przestań to robić. On nie jest niewidzialnym bytem, z którym należy utrzymywać kontakt wzrokowy – upomniała go.

- To nie jest nietypowa prośba – ponowił próbę Tony, ale nikt już nie był zainteresowany tym, co ma do powiedzenia.

- Pan Stark tamtego dnia zażyczył sobie zamówienia…

- STOP. Zabraniam ci tego mówić kiedykolwiek i komukolwiek – wtrącił gwałtownie Tony, a wówczas na twarz Hawkeye'a wypłynął bardzo niespełniony wyraz. – O, idę do nich – zakomunikował jeszcze radośnie wskazując na tę oddaloną część salonu, którą upatrzył sobie Thor wraz z Jane, po czym wyruszył w kierunku swojego nowego celu.

- Siemasz, Gladiatorze.

- Witaj, przyjacielu! Niezwykle ujmuje mnie wasza metoda obchodów grudniowego obrzędu!
Jane zakrztusiła się winem, które akurat sączyła, co wzbudziło w Tonym niemałe zdumienie – on sam już przywykł do pseudo-poetyckiego charakteru wysławiania się Odinsona.

- Coś mnie zastanawia, pani doktor – zaczął Tony, beztrosko przysiadłszy się do swoich ofiar. Jane spojrzała na niego z zainteresowaniem.

- Tak, panie Stark?

- Tony – poprawił ją automatycznie. Nawet nad tym nie panując przywołał na usta olśniewający uśmiech, który był dobrze znany tym wszystkim kobietom, które kiedykolwiek uległy urokowi właściciela Stark Tower. Nie, żeby zamierzał uwodzić Foster. Bądź co bądź, zachował w sobie szczątkowy instynkt samozachowawczy, a ten nie zalecał mu podpadania szlachetnym bóstwom, które są w stanie powykręcać go niczym precel.
…ów instynkt jednak nigdy nie dotyczył niebezpieczeństw ze strony kobiet, które w kryzysowych sytuacjach potrafił okiełznać - dlatego z niemożliwie poważnym wyrazem twarzy postanowił zapytać:

- Czy Thor, jako rzekomo wszechmogący, wyróżnia się czymś więcej, niż skuteczne machanie młotem?
Ton, którym zadawał swoje niejasne pytanie, był idealnym naśladowcą dziennikarskiej, dociekliwej intonacji.

- To chyba oczywiste, że tak. Jest niezwykle honorowym czło…

Tony uniósł władczo dłoń uciszając Jane.

- Chodzi mi o to czy jest jakiś boski, gdy już dotrzecie do sypialni.

Tempo z jakim twarz Thora powlekła się czerwienią było odrobinę przerażające i wprost proporcjonalne do nagłej konsternacji Foster, która spoglądała na Starka z oburzeniem.

- Co jest? Za mało wypiliście? – zapytał, a następnie wychylił się za oparcie kanapy omiatając wzrokiem podłogę. – Dziwne. Znalazłem jakieś miejsce na swoim terytorium, w którym nie ma alkoholu – zasępił się, po czym się wyprostował przerzucając nonszalancko jedną rękę przez wezgłowie. – No to…

- W zaufaniu wyznam ci, przyjacielu, że postanowiłem uszanować midgardzkie tradycje i skonsumować związek z Lady Jane wówczas, gdy stanie się on już formalny – oznajmił nagle Thor przyciągając do siebie z czułością dłoń lubej (która dla odmiany wyglądała na dogłębnie rozżaloną – przynajmniej w odczuciu Tony'ego, dla którego podobne postanowienie nie mogłoby wywołać żadnej innej reakcji – Thor jednak tego nie dostrzegł, zbyt zajęty posyłaniem Starkowi promiennego uśmiechu).

- Ta… no cóż… - zaciął się, gdy uzyskał równie niespodziewaną odpowiedź. – Wiesz, chyba jednak wrócimy do tej rozmowy, gdy będę trzeźwy – oznajmił po chwili poklepując Odinsona po ramieniu. Ten chwycił go za nadgarstek i spojrzał z nagłą powagą skoncentrowaną w intensywnie niebieskich oczach na twarz miliardera.

- Anthony Starku. Dziękuje ci za te kuchenne naczynia, którymi postanowiłeś mnie obdarować. Jestem pewien, że dzięki nim postanowię rozwijać się w sztuce przygotowywania potraw – powiedział oficjalnym głosem.

xxx

- To było… niewiarygodne – uznał, gdy już oddalał się w kierunku minibarku. Kątem oka zauważył, że pijany Clint narzuca na swoją głowę białą perukę stanowiącą nieodłączny element przebrania Legolasa (Stark wraz z Wdową zgodnie upatrzyli ów zestaw jako idealny podarunek dla łucznika).

- Teraz możesz ubiegać się o stanowisko tego bohatera, który w pojedynkę stawia czoła całej armii mrocznych łotrów i…

- Stój gdzie stoisz, Stark! – wykrzyknęła nagle Natasza przerywając złotą myśl miliardera, gdy powracając z pełną butelką whisky w garści wymijał Steve'a. Zaskoczony zatrzymał się w miejscu, posyłając agentce pytające spojrzenie.
Natasza uśmiechnęła się niepokojąco i wycelowała palec wskazujący w jakiś punkt nad głową Tony'ego. Jego półprzytomny wzrok powędrował leniwie w górę i napotkał ozdobioną czerwonymi kokardkami jemiołę. Zaraz po tym z idiotyczną miną zerknął na jeszcze niczego nieświadomego Steve'a.

- Mówiłam ci, że pożałujesz – przypomniała; i albo to Tony był już tak pijany, że zaczynał mieć urojenia, albo w głosie Romanow autentycznie pobrzmiewał rosyjski akcent.

- Zapomn…

- Do diabła, mnie w to nie mieszajcie! – zreflektował się nagle Rogers, który gwałtownie odskoczył do Tony'ego. Ów impulsywna reakcja… cóż, wzbudziła w Starku całe tony uśpionej przekory, co w połączeniu z buzującymi we krwi procentami, nie stanowiło zdrowej mieszanki.

- Kapitanie, wracaj! – zaoponował, bo nad pokrzyżowaniem planów Nataszy zwyciężyła chęć poczynienia kolejnego, postępowego kroku ku zdemoralizowaniu prawami XXI wieku Kapitana Ameryki. – Nie możemy… tak… łamać zwyczajów – perorował, gdy zaciągał pobladłego Rogersa pod jemiołę. – Nie martw się, już to robiłem. Jesteś w bezpiecznych rękach.

Steve na tę deklarację otworzył szerzej oczy wyglądając na przerażonego. Natasza nie dostrzegając w niej niczego niestosownego, uśmiechała się już zupełnie podstępnie, jakby dokładnie taki rozwój sytuacji zaplanowała.

- Clint. Siadaj i patrz – powiedziała, odrywając Bartona od zagadywania Bruce'a w sprawie swojego nowego image'u.

Tony natomiast w duchu tradycji, z trudem wynikającym z oporu Rogersa, przyciągnął swoją ofiarę do siebie za kark. Zupełnie nieinwazyjnie pocałował Steve'a w usta – przy okazji z uczuciem wzrastającego poczucia heteroseksualizmu odnotował, że wcale nie miałby ochoty na więcej cielesnych interakcji z Kapitanem Ameryką.

- Proszę, powiedz mi, że to był twój pierwszy pocałunek! – rzucił z udanym przejęciem, gdy się już odsunął i przycisnął dłoń na wysokości reaktora łukowego w teatralnym geście.

- Nie – burknął, na swoje nieszczęście zupełnie trzeźwy, Steve, który wyglądał na autentycznie przejętego, a na dodatek silnie straumatyzowanego i niemożliwie zażenowanego.
Tony słysząc zaprzeczenie przybrał rozczarowany wyraz twarzy i przeniósł wzrok na kanapę. Tym samym odkrył, że docelową misją Nataszy wcale nie był on. Prawdziwie poszkodowanym przez intrygę Romanow okazywał się Clint, który najwyraźniej nigdy w życiu nie zamierzał oglądać Tony'ego Starka, który całuje ikonę amerykańskich superbohaterów – na to przynajmniej wskazywał jego wyraz twarzy i ukradkowe spojrzenie, jakie Czarna Wdowa posłała w kierunku łucznika.

- Fatalnie trafiłeś, stary – skwitował współczująco. Jego wzrok powoli przesunął się na telefon w dłoniach Nataszy. – O, nagraliście filmik? – dorzucił entuzjastycznie i, odsuwając od siebie uczucia empatii, wpakował się pomiędzy dwójkę agentów żądając odtworzenia tej podniosłej chwili.

xxx

Kiedy Stark się przebudził, była już późna noc. Albo bardzo cholernie wczesny ranek – ciężko było to jednoznacznie orzec bez zegarka w zasięgu wzroku. Znajdował się w tym idealnym stanie, w którym człowiek nie jest już absurdalnie pijany, ale nie jest też jeszcze trzeźwym (tak przynajmniej, zupełnie niesubiektywnie, określiłby to Tony – każda racjonalnie myśląca osoba prawdopodobnie uznałaby, że wciąż jest nawalony jak meserszmit).
Przez kilka minut bezskutecznie przekręcał się z boku na bok w marnych próbach ponownego zapadnięcia w sen. Kiedy w końcu wyczerpały się w nim pokłady wiary w to, że zdoła o własnych siłach przespać resztę nocy, położył się na plecach wlepiając spojrzenie w osnuty mrokiem sufit.

- JARVIS? – odezwał się niesamowicie zachrypniętym głosem.

- Tak, sir? – Głos A.I. w niezmąconej ciszy nocy zabrzmiał nienaturalnie głośno. Tony przymknął oczy i przez chwile z głupio błogim uśmiechem rozkoszował się wrażeniem wytłumienia, które w Nowym Jorku prawdopodobnie było osiągalne wyłącznie w niesamowicie wysoko położonych miejscach – takich, jak górne kondygnacje Stark Tower.

- Nikt się nie kręci po najbliższej kuchni? – upewnił się, po chwili oblizując wcześniej spierzchnięte wargi.

- Nie, sir.

Usłyszawszy dokładnie to, co chciał usłyszeć, Tony podparł się na jednej ręce i opuścił wygrzane miejsce w łóżku pozostawiając po sobie skłębioną kołdrę i wymiętą poduszkę. Zgarniając z nocnej półki smartfona zerknął przelotnie na ekran, a następnie oświetlił sobie mdłym światłem drogę i podążył do kuchni.

Był w trakcie machinalnego przetrząsania całej kolekcji nasennych prochów, które niejednokrotnie okazywały się niezbędnym uzupełnieniem diety w jego przypadku... Gdy nagle doszedł do wniosku, że wcale nie ma ochoty wybierać się spać. Jest masę innych, ciekawszych rzeczy do robienia o piątej rano – doszedłszy do tego wniosku zatrzasnął drzwiczki szafki, a następnie powędrował tą samą trasą, którą pokonywał kilka dni temu, niedługo po zamieszaniu w okolicach Times Square'u.

Kiedy znalazł się już naprzeciw drzwi do pokoju Lokiego, nie kwapiąc się o grzeczności (głównie dlatego, że grzeczność była ostatnim punktem na liście rzeczy, z którymi Tony chciał być kojarzonym) nacisnął na klamkę. Zważywszy na fakt, że z jakiś niewyjaśnionych przyczyn był całkowicie przekonany o tym, że drzwi ustąpią był dość zdumiony, gdy tak się nie stało. Zdumiony i zirytowany.

- Sezamie otwórz się – burknął. – JARVIS. - Odpowiedziała mu głucha cisza. – JARVIS – powtórzył pytającym głosem czując, jak dotychczasowe odczucia ustępują pod naporem niepokoju. Stanowiło to coś w rodzaju nieuchronnej mechaniki jego umysłu, który nawykł do tego, że zawodność A.I zwiastuje wszelakie okropieństwa.

Zabrał powoli rękę z klamki, a gdy tylko to uczynił drzwi uchyliły się z nienaturalną powolnością wpuszczając do ciemnego wnętrza pokoju wiązkę światła z zewnątrz. Loki opierał się barkiem o ścianę przy wejściu i otaksowywał Tony'ego znużonym spojrzeniem, a jego oczy zdawały się nienaturalnie jarzyć zielenią w gęstym półmroku.
- Tak, sir? – odezwał się z opóźnieniem głos JARVISa.

Tony'ego opuściło chwilowe spięcie związane z A.I. tylko po to, aby chwile później osaczyło go kolejne. Tak się składało, że nie miał zielonego pojęcia, jak mógłby usprawiedliwić swoją obecność tutaj, a jego genialny mózg nagle stał się na tyle mało kreatywnym, aby dumanie nad jakimkolwiek sensownym argumentem przeistoczyło się w pogłębiającą uczucie żałości katastrofę.

- Czego tutaj szukasz? – Chłodny głos Asa odciągnął go od myśli spowolnionych przez wciąż skutecznie krążący we krwi alkohol.

- Czemu tak niegrzecznie? – odpowiedział pytaniem na pytanie i postąpił krok do przodu. – Mogę…

- Nie – wciął się Loki i wypchnął go za próg samemu również opuszczając pomieszczenie. Drzwi za jego plecami zatrzasnęły się, a zamek kliknął. Tony spojrzał na niego z ożywionym oburzeniem.

- Nie?

- Nie – oznajmił ponownie, z przesadną cierpliwością, Laufeyson. Następnie bez uprzedzenia ruszył korytarzem przed siebie, a Tony bez większego namysłu podążył za nim.

- Więc dlaczego nie śpisz?

- A ty? – Loki odbił piłeczkę kąśliwym tonem zdradzającym, że nie ma najmniejszej ochoty udzielać odpowiedzi na pytanie.

- Bo nie mogę zasnąć. A ty? – Tony zrównał się krokiem z Asem w samą porę, aby ujrzeć przelotny grymas irytacji na jego twarzy, co skwitował dzikim uśmiechem triumfu.

- Właśnie szedłem spać.

- Ups – rzucił Tony zupełnie tak, jak gdyby wcale nie planował zbudzić Asa w razie takiej konieczności, po czym przystanął gwałtownie. Podążał za Lokim na tyle bezwiednie, aby dopiero za sprawą mroźnego podmuchu wiatru zorientować się, jaki był cel wędrówki.

- Lądowisko? Oszalałeś?

Loki uniósł brwi obdarowując Tony'ego pobłażliwym spojrzeniem. Stark z kolei, jakby była to najskuteczniejsza zachęta świata, pozwolił swojemu niedorzecznemu i nietrzeźwemu umysłowi przekuć pomysł wyjścia w samym t-shircie, w środku późno grudniowej, lodowatej nocy z kompletnego debilizmu w absolutnie genialny plan.

- Sądziłem, że będzie gorzej – uznał lekceważąco będąc błogo znieczulonym przez alkohol na większość niedogodności. I drastycznie narażony na znoszenie dnia kolejnego wszelakich następstw swojego wyczynu.

Loki uśmiechał się protekcjonalnie.

- Więc… dlaczego tutaj?

- Sądziłem, że nie będziesz takim idiotą, aby wyjść w tym stroju na powietrze – oznajmił spokojnie odgarniając z twarzy ciemne kosmyki, którymi targał porywisty, przeszywający wiatr. Przyglądał się Tony'emu prawie z rozbawieniem.

- Cóż… jestem pijany, powinieneś mieć to na uwadze. Poza tym pragnę zauważyć, że ty też tu wyszedłeś.

Laufeyson uśmiechnął się do niego krzywo.

- Mnie nie skrzywdzi niska temperatura – zapewnił tonem, w którym pobrzmiewała dziwna, nie znana dotąd Tony'emu nuta.

- No tak – zaczął począwszy bezwiednie pocierać dłońmi ramiona, - Pan Nieśmiertelny. Ciekawe czy można cię bezpiecznie napromieniować odpadami radioaktywnymi…

Loki już nic nie odpowiedział, zamiast tego przenosząc wzrok na horyzont.

Tony, choć nigdy nie mógł uznać siebie za miłośnika Nowego Jorku z którym wiązał kilka nieprzyjemnych wspomnień, musiał na przekór własnemu cynizmowi przyznać, że to naprawdę przyjemny widok (a przy okazji skutecznie sprawdzający się w roli odciągacza uwagi od mrozu).

Większość budowli niknęła daleko w dole, u stóp gigantycznego, górującego nad resztą manhattańskich drapaczy chmur wieżowca. Łuna rozmytych miejskich świateł pulsowała w dole niczym anomalna zorza pełznąca w gęstym, zimowym powietrzu.

- Co byś robił z tym wszystkim gdybyś wygrał? – Tony zapytał wyłącznie pod wpływem nagłej refleksji jednocześnie zbliżając się wolnym, wyważonym krokiem w kierunku krawędzi.
W połowie drogi przystanął jednak tchnięty nagłym ukłuciem rozsądku i obejrzał się na Lokiego. Stężenie morderczości w jego spojrzeniu sugerowało, że As w gruncie rzeczy był w nastroju powtórzyć zamach Starka.

- Wygląda na to, że nigdy się tego nie dowiesz, prawda? – odparł w końcu z chłodnym opanowaniem, a jego rysy twarzy stopniowo zaczęły łagodnieć formując się w maskę neutralności.

- Nie z autopsji, to fakt. Ale możesz mi opowiedzieć – uznał zbliżając się do swojego rozmówcy. Loki nie wyglądał na szczególnie zadowolonego ze skracającego się dystansu. – Niech zgadnę: zacząłbyś od jakiejś pomysłowej egzekucji Avengersów.

Kąciki ust Lokiego drgnęły w szczerym uśmiechu rozbawienia, co znalazło odzwierciedlenie w jego spojrzeniu. Mimo tematu żartu Tony poczuł z tego powodu przypływ irracjonalnej dumy.

- Nie, Stark. Nie zabiłbym was wszystkich. Ostatecznie niektórzy z was mogliby się okazać przydatni. Prawdę mówiąc dopóki nie przekonałem się, że twój reaktor jest odporny na czar z całą wiedzą i umiejętnościami, którymi dysponujesz wydawałeś się najużyteczniejszy spośród wszystkich. Później z żalem byłem zmuszony zadecydować, że nie będę potrzebował kogoś, nad kim nie da się zapanować nie włożywszy w to wysiłku – oznajmił z teatralnym westchnięciem. – Co w gruncie rzeczy było z mojej strony pochopne – kontynuował z błyskiem ponurej satysfakcji w oczach. - Z wszystkimi informacjami od Bartona ujarzmienie twojego temperamentu byłoby dziecinnie proste. Wystarczyłoby schwytać twoją drogą Pepper i nie byłoby rzeczy, której byś dla mnie nie zrobił.

Loki uśmiechał się dziko pod nosem ewidentnie sycąc się zarówno gęstą atmosferą, jaka zapanowała po jego monologu, jak i ulotną konsternacją Tony'ego.

- Jeszcze nigdy nikomu nie wyszło na zdrowie usiłowanie wykorzystania mnie dla swoich celów – uznał wreszcie z krzywym uśmiechem wzruszając lekceważąco ramionami. Wizje, które przedstawił mu Loki były zagrożeniem, które już dawno straciło na aktualności. To wszystko mogło brzmieć fatalnie – i faktycznie w głowie Tony'ego funkcjonowało jako najgorszy scenariusz, jako ten rodzaj potrzasku, z którego być może wcale nie zdołałby się uwolnić – ale wygrali. Nie musiał się tym martwić. Musiał tylko pamiętać o tym, że bez względu na obecne okoliczności Loki jest tylko chwilowo ujarzmionym wrogiem.

To jednak stawało się trudniejsze z każdym kolejnym dniem, w którym nie widział w czarowniku nieprzyjaciela.