Cześć ufolutki, zgadnijcie komu Autor powierzył hasło i kto właśnie obmyśla Najmroczniejszy Plan Zniszczenia Życia Autorowi?
Taak, droga beta. To co ujrzycie poniżej to zapowiadana niespodzianka, czyli taka naprawdę miniaturowa miniaturka i przy okazji POV Loczka. Pisane przeze mnie dla autora, męża i jamochłona, który dzisiaj, czyli dziewiątego września, zrobił się straszliwie stary ;_;
Zdrowia, szczęścia, dużo weny (żebym miała co betować a oni co czytać), dużo marvelowego universum i w ogóle dużo dziurawych skarpetek w hamburgery * *
PS: i tak wszyscy wiemy że lubisz śpiewać pod prysznicem o kiszonych ogórkach xD
Każdy świat ma takie miejsce, do którego najłatwiej się przenieść. W Midgardzie jest to środek Nowego Jorku, ale ci durni amerykańscy Midgardczycy wymyślili sobie, że są wyjątkowi - z Central Parkiem na czele. Bo przecież na całej Ziemi nie ma innego skrawka zieleni, gdzie możnaby wylądować. Irytujące.
Loki stał, przypatrując się z rozbawieniem bałaganowi jaki zagościł w Stark Tower po alarmie i rozmyślał nad istotą wszechrzeczy. Prawdopodobnie jako jedyny traktował wyprawę niczym wycieczkę krajoznawczą poza fundamenty określające bezsprzeczną własność Iron Mana, a przy okazji zyskiwał możliwość wychylenia swojego kształtnego nosa do zewnętrznego świata.
Laufeyson od dłuższego czasu pozostawał w swoistym areszcie wieżowcowym (nie licząc krótkiej wyprawy jakiej się dopuścił pod nieobecność balującego Starka), więc perspektywa ponownego zobaczenia miejsca, w którym jego kochany braciszek wraz zresztą Avengersów publicznie urazili jego dumę, naprawdę kusiła.
A może raczej za nagłą chęcią opuszczenia czterech ścian stało przeczucie, że tym razem warto, nawet jeśli wiązało się to z koniecznością przebywania w towarzystwie zapyziałych postaci, bliżej znanych jako 'przyjaciele' Tony'ego.
Chociaż i tak miał zamiar siać zamęt – w końcu nie powiedział magicznego 'obiecuję', więc jego słowa uleciały równie szybko co pierwszy kielich wina.
- Cieszę się, że idziesz wojować z nami, bracie. Niczym za dawnych czasów – usłyszał Thora, co skwitował oschłym 'Widzimy się na miejscu.' i tyle go było widać.
Ostatnio coraz częściej czuł irytację na sam widok Odinsona, gdyż mimo wielu prób nadal traktował go jak słodkiego chłopczyka z którym bawił się w chowanego w pałacowych kolumnadach.
Loki za to już dawno przewyższył zarówno Gromowładnego jak i samego Odyna, o Midgardczykach nawet nie wspominając. Nie mógł pojąć, z jakiego to powodu Asgard tak bardzo przejmuje się tym wyrośniętym kopcem mrówek, ale postanowił być wyrozumiały dla swojej przyszywanej rodziny. W końcu ostatnimi czasy musiał bardziej skupić się na obmyślaniu planów i pomocy Starkowi w jego marnych eksperymentach dążących do ujarzmienia magii.
Gdyż nawet jeśli doniesienia o niezwykłości wyników głęboko zadomowiły się w umyśle Kłamcy, nadal nie potrafił on zaakceptować tego faktu.
Dotarł na miejsce tuż przed Thorem, co wywołało u niego niemal szczeniacką irytację wraz z szalonym podejrzeniem, jakoby to Gromowładny nagle postanowił zostać stalkerem. Zaraz jednak odpędził rozpraszające go pomysły, z niejakim podziwem przyglądając się istotom przysłanym tu z głębin kosmosu.
Uśmiechnął się kąśliwie, obserwując jak to dzielni agenci SHIELD'u bezskutecznie próbują powstrzymać ten burdel. Veserothy należały do gatunku inteligentnego inaczej, czerpiąc niepomierną radość z siania zamętu i uskuteczniania szeroko pojętej rzezi wobec wszystkiego, co stanęło im na drodze. Te trolopodobne stworzenia zabijały samym odorem, którym obecnie obficie pokrywały Central Park, sprawiając, że wszystkie znaczenia słowa obrzydliwość traciły w szaleńczym tempie na znaczeniu.
Loki jeszcze długo i chętnie oglądałby to zajmujące przedstawienie, gdyby nie pojawienie się czerwonej latającej puszki wysoko na niebie oraz zielonego zgreda na wysokości czwartego piętra na najbliższym budynku. Był to nieomylny znak, że mimo wrodzonej niechęci do rozlewania krwi niewinnych powinien jednak choćby spróbować pomóc Avengersom z Przewspaniałym Jestem-Prawdziwym-Patriotą Stevem na czele.
Po wnikliwym oszacowaniu stanu brudu pod paznokciami (a było to tylko działanie na zwłokę, gdyż Kłamca był zbyt idealną istotą by dopuścić swoje ręce do stanu choćby zbliżonego do tego, jaki zazwyczaj prezentowały dłonie Starka czy Hulka) chwycił broń tymczasowo pożyczoną od brata. Dziwnym trafem niepokojąco kojarzyła mu się z legendą internetów, ale cóż było czynić.
Sztylety wolał zachować na gorszy czas, gdyż na razie mdłe, rybie oczy najeźdźców bardziej interesowały się rudą cnotką-niewydymką niż jego niezaprzeczalnie wspaniałą postacią.
- Irytujące. Do czego to doszło, bym został zmuszony do obrony Midgardu - parsknął dla własnej satysfakcji by z frustracją powalić Veserotha niedbałym machnięciem dłoni. Dopiero ta jak i parę innych równie widowiskowych akcji sprawiło, że obce istoty zwróciły uwagę na panoszącego się tu i tam czarownika.
(Tu proszę wyobrazić sobie przewspaniałość Lokiego w pełni popisów z niesamowicie skutecznym młotkiem w ręku.)
Dostrzegając okazję do pokazania swej władzy, Laufeyson stanął na środku polany i zagrzmiał rozkładając szeroko ręce.
- Na kolana i oddajcie mi pokłon!
Zaraz potem ledwo uniknął zawarcia bliskiej znajomości z potężnym konarem drzewa, który na powrót zakorzenił się głęboko w ziemi – i idealnie w miejscu, które jeszcze nie tak dawno grzały podeszwy butów Kłamcy.
- Reszta twojego płaszcza ładnie komponuje się ze śniegiem, Loki - usłyszał zniekształcony głos obok siebie, zanim zauważył, że z jego cudownego, jadeitowego okrycia pozostał zaledwie śmieszny skrawek, wesoło łopoczący na wietrze.
- Nie powinieneś właśnie ratować Bartona? Jeden z naszych przyjaciół ma zamiar posmakować jego kurzego móżdżku. - syknął, odwracając się dumnie na pięcie i udając, że nie usłyszał docinka skierowanego w jego stronę. Zaledwie chwilę później tknięty przeczuciem uchronił Iron Mana przed posmakowaniem iglicy w swoich wnętrznościach.
A Stark przecież może mieć w każdej chwili nagły i niespodziewany nawrót zapalenia gardła, gdyby Laufeyson nagle postanowił odpłacić mu się pięknym za nadobne.
xxx
Po zniszczeniu ponad połowy drzewostanu, dogłębnym zaoraniu trawiastej nawierzchni oraz unicestwieniu paru mniej lub bardziej istotnych budynków plaga Veserothów została poskromiona.
Straty w ludziach były niewielkie, jeśli pomijało się osoby nienależące do Avengersów i nie będące asgardzkimi bogami.
Hulk właśnie walczył z glutowatą wydzieliną z głębin trzewi jednego z zabitych potworów, wydając odgłosy jakby co najmniej toczył walkę z całą Spartą, za to na twarzy Kapitana malował się niewzruszony niczym spokój, mimo, że pozostawiał za sobą ścieżkę cuchnącego śluzu. Hawkeye niestety ocalił swoją ptasią główkę dzięki drobnej pomocy Nataszy – i właśnie dlatego mogli już powrócić do Stark Tower, nękani nie większym niż zazwyczaj smrodem miasta. Swoją drogą, smogu było tyle, że wystarczyłoby go tylko dobrze pogryźć...
xxx
- To wasza midgardzka broń?
Tony niemal zakrztusił się pitą właśnie w samotności whiskey, gdy Kłamca zjawił się tuż przed nim, a Lokiemu wyjątkowo nie chciało się dociekać, czy był to efekt zaskoczenia czy rozbawienia.
- Skąd to masz? - usłyszał, by po chwili milczenia udzielić mu odpowiedzi.
- Pożyczyłem z kolekcji broni midgardzkiej, jaką Thor posiada w swoim pokoju - odpowiedział zupełnie niewzruszenie, nie chcąc by Stark dostrzegł, jak bardzo jest zainteresowany tym czymś. Jednak został zmuszony do wspięcia się na same szczyty własnej cierpliwości, gdyż Legendarna Latająca Puszka wybuchnęła nieopanowanym śmiechem.
- T...To Nokia 3310 przywiązana rzemieniem do trzonka po siekierze... - odparł w końcu miliarder, by po raz kolejny zniknąć w krainie rozbawienia, gdy ujrzał szok malujący się na twarzy Kłamcy.
- Ale szajs! - warknął Loki z pełnią mocy (wynikającej z teoretycznego oszukania go przez Thora) uderzając pseudo-bronią w warsztat Starka. Nokia pozostawiła głębokie wgniecenie na blacie.
- No nie! - Tony popatrzył na ślad z przerażeniem – To jest amelinium! ja tego nawet nie zamaluję...
