17 kwietnia, sobota

Blade światło słońca wybudza mnie ze snu. Szybko więc wstaję z łóżka i wciąż zaspana ruszam w stronę schodów, a potem do łazienki. Po porannym prysznicu, muszę przygotować śniadanie dla Ayano. Ona nie lubi kiedy to robię, ale to jej wina, że budzi się trochę później niż ja. Przygotowuję zupę miso oraz ryż. Ichirou właśnie ociera się o moją nogę w nadziei, że go nakarmię. Spełniam jego prośbę. To zwierzę, to mój kot. Jest rudy z białymi skarpetkami i czarną łatką na uchu. Od zawsze lubiłam koty. Ayano stwierdziła kiedyś, że mam na ich punkcie obsesję, ale to tylko jej przypuszczenie. W swoim wyposażeniu mam tylko bluzę z kocimi uszami, nic poza tym. Spoglądam na zegarek gdzie dochodzi 8:12, szybko więc zakładam moją bluzę i wychodzę. Dzisiaj rozpoczyna się weekend, a ja muszę z samego rana iść do pracy. Po wczorajszym incydencie, obawiam się reakcji szefowej.

"Ciekawe czy nadal jest zła" – rozmyślam.

W cukierni panuje błogi spokój. Z piekarni dochodzi słodki zapach ciast i innych słodyczy. Spoglądam na zegarek, jest 8:47. Wchodzę na zaplecze, gdzie ściągam z siebie bluzę i zakładam swój fartuszek. Włosy spinam w luźny, niechlujny kok i zakładam na nie siatkę.

— Nie lubię jej nosić — wzdycham cicho, po czym udaję się do piekarni, gdzie szefowa rozmawia z jedną z moich współpracownic. Zabieram się za wynoszenie pierwszych słodyczy na blaty. W pewnym momencie prawie wpadam na szefową.

— Och, Makoto! Słuchaj, bardzo cię przepraszam za wczoraj, być może zareagowałam zbyt ostro. Jesteś tutaj jedną z najlepszych pracownic, ale wiedz, że więcej nie będę tolerować takiego zachowania względem klientów.

— Tak, tak. Ja też bardzo panią przepraszam — kłaniam się lekko, a w ramach skruchy obiecuję szefowej, że dziś dam z siebie wszystko.

— Mam nadzieję. Proszę wracaj, do pracy.

— Tak, jest! — uśmiecham się.

Teraz wystarczy nie popełnić żadnej gafy. Akashi chyba nie będzie tak podły, aby przyjść tu kolejny dzień z rzędu, prawda?

/

Obudziło mnie zamknięcie drzwi. To Asami wychodzi do pracy. No, to czas wstawać.

Wygramalam się z łóżka i powoli idę do kuchni. Jak zawsze czeka na mnie śniadanie zrobione przez moją przyjaciółkę. Muszę powiedzieć jej, że nie musi tego robić... Mimo to i tak było pyszne. Szybko szykuję się do wyjścia, biorę torbę i wychodzę.

— Ayano...! — słyszę za sobą, przekręcając klucz w zamku. Odwróciwszy się zauważam Taigę, machającego do mnie zza furtki. Podbiegam więc do niego i całuję na powitanie.

— No, to idziemy do supermarketu — mówię, łapiąc go za rękę. Supermarket i jeszcze kilka małych sklepików znajduje się bardzo blisko naszego domu, dlatego droga tam nie trwała długo. Podaję Tygryskowi koszyk, wyciągam listę i szybkim krokiem idę między półkami. Hehe... na szczęście mam chłopaka sportowca, bo wątpię, że ktoś by za mną nadążył.

— O nie...! Zapomniałam! Tai-chan, czekaj tu! — oznajmiam, kiedy stoimy już przy kasie. Następnie znowu wchodzę między regały.

Gdy już wróciłam przy Kagamim stał Kuroko.

— Uff... Zmęczyłam się... Hej Tetsu.

— Witaj, Ayano-san — uśmiecha się.

— Na pewno już wszystko? — pyta Taiga, odgarniając mi grzywkę z oczu.

— Hmm... Raczej tak.

— Dwójka jest już coraz większy, nie? — stwierdzam, głaszcząc pieska niesionego przez Kuroko, gdy skończyliśmy zakupy.

— Owszem, sporo się zmienił odkąd znalazłem go rok temu — Tetsu pomiział go za uchem. Widocznie mu się to podoba, bo zaczął lizać go po policzku.

— ...ehh... kochana, mówię ci, gdzieś żem widziała tego młodzieńca — słyszę rozmowę jakiś starszych pań, kiedy skręciliśmy w naszą ulicę.

— Jak Boga kocham... Może jest modelem?

Model...? Dostrzegłam postać, o której mówiły te babunie. Był to nie kto inny jak Kise. Ehh... Ten to potrafi zwrócić na siebie uwagę nawet stojąc...

— Kurokocchi! Ayanocchi! Kagamicchi! — krzyczy, kiedy nas zauważył.

— Bardzo dziękuję, że przyszedłeś. Naprawdę mnie ratujesz.

— Nie ma sprawy! W końcu to urodziny Asamicchi, c'nie?

Wpuszczam wszystkich do domu. Tygryska poprosiłam, by pomógł mi w kuchni, natomiast Kise i Tetsu przez ten czas ozdobią jakoś salon.

Jesteśmy już prawie przy końcu przygotowań, kiedy nagle słyszę dzwonek do drzwi. Prędko podchodzę do nich i otwieram. Przyszli Daiki i Murasakibara.

— Haha, Ayano, jak śmiesznie wyglądasz! — mówi Daiki, a ja oglądam się w lustrze powieszonym na przedpokoju. W moje długie, blond włosy wplątały się kawałki ciasta, a na nosie ubrudziłam się od czekoladowego kremu. Podszedł do mnie i wytarł plamkę.

— No-chin, przyniosłem tort — podaje mi pudełko.

— Dzięki Murasakibara. No już... wchodźcie, wchodźcie — pośpieszam. Nagle znowu rozbrzmiewa dzwonek. Otwieram drzwi, a w nich stoi Akashi z bukietem róż.

— Witaj, Ayano.

— Cześć — uśmiecham się. — Ale ładny bukiet. Poczekaj przyniosę wazon.

— No to czekamy tylko na naszą jubilatkę — mówię, podając Akashiemu wazon.

/

— Wróciłam! — krzyczę, wchodząc do domu, po czym opieram się o ścianę. — Ayano, jesteś tu...?

Chyba jej nie ma...

Wchodzę do salonu, a ku moim oczom ukazuje się widok pięknych dekoracji.

— Niespodzianka! — za moimi plecami wyskakuje ucieszony Ryouta.

— Ehh, Kise. To było lamerskie, wiesz? — kręci głową granatowowłosy. — Yo, Asami.

— Dzień dobry. Co wy tu wszyscy robicie?

— Są twoje urodziny, Mi-chin. Przyszliśmy złożyć ci życzenia, dać prezenty, zjeść tort — mówi Atsu, spoglądając na stół z dużą ilością potraw. W tym słodyczy.

— Heh, pewnie, że możesz — uprzedzam jego pytanie, a ten ucieszony zabiera się za jedzenie cukierków. Łatwo przewidzieć o czym myśli i co chce powiedzieć.

Minęła chwila zanim wszyscy złożyli mi życzenia i wręczyli prezenty. Jestem ciekawa, czy Ayano wspominała chłopakom o mojej rzekomej obsesji na punkcie kotów, ale to nie jest ważne. Ciekawszą rzeczą jest to, że Akashi też tu jest, a miałam nadzieję, że nie zepsuje mi tego dnia. Jestem przygnębiona.

— Asami, moglibyśmy porozmawiać?

— Hm? — spoglądam jednym okiem na właściciela głosu.

— Chciałbym cię przeprosić, za wczorajszą sytuację. Rozumiem, że mogła to być przesada. Wybacz.

— Przyjmuję przeprosiny — siadam prosto na krześle, ignorując spojrzenie chłopaka.

/

Impreza trwała już kilka godzin. Wszyscy siedzieliśmy i rozmawialiśmy na różne tematy.

— Ayanocchi, Asamicchi, czy to wy jesteście na tym zdjęciu? — pyta Kise, wskazując na fotografię wiszącą na ścianie.

— Tak, chodziłyśmy wtedy do podstawówki — odpowiada Asami. — Jeśli chcecie, możemy wam pokazać więcej zdjęć.

Wyjmuję z szafki gruby album i kładę na stole. Chłopcy z przejęciem się w niego wparują. Powoli go otwieram i na pierwszej stronie ukazują się zdjęcia moje i Asami jak bawiłyśmy się w piaskownicy.

— Waa... Ale malutkie! — stwierdza Daiki.

— Hehe... Znamy się praktycznie od urodzenia i byłyśmy razem odkąd sięgam pamięcią. Nawet kiedy wyjechaliśmy do Ameryki — pokazuję zdjęcie, gdzie jestem ja z podobną do mnie starszą kobietą i dość wysokim brunetem. — To jest moja mama i ojczym. Kiedy moja matka rozwiodła się z moim biologicznym ojcem, w Ameryce poznała właśnie go. Po kilku latach wzięli ślub — przewracam oczami.

— Po jakimś czasie nasze rodziny się pokłóciły. Pan Bright okazał się być zwyczajnym pasożytem i wchodził w różne, nieciekawe kłótnie z moimi rodzicami — zastępuje mnie przyjaciółka.

— Nie mam pojęcia co ona w nim widziała... — mówię, dalej wertując kartki. Następne fotografie są już z gimnazjum. Na jednej z nich stoję między Taigą i Asami trzymając piłkę do koszykówki.

— Ja byłam w dziewczęcej drużynie koszykarskiej, a Asami była w niej menedżerką.

Późniejsze zdjęcia były już z Japonii.

— Tak przy okazji, Asami-san... Gdzie są teraz twoi rodzice? — pyta Tetsu. Wszyscy skupili swój wzrok na moją przyjaciółkę.

— Jeśli chodzi o nich to... Nie żyją — odpowiedziała spokojnie.

— Przepraszam, że spytałem — Tetsu spuścił wzrok.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Odłożyłam album, a Akashi powiedział, że jest już późno i wszyscy powinni się już rozejść. Tak więc zrobili.