One Second

Ta misja od początku była ryzykowna.

Anakin oczywiście popisywał się na odprawie, zarzucał Ashokę i Rexa masą szczegółów.Mówił, mówił i mówił. Ashoka i kapitan wymienili porozumiewawcze uśmiechy. Nie jeden raz.

Anakin nadal mówił i mówił.

Musicie odzyskać kryształy Kyber, ukradli je przemytnicy. Nie możemy stracić kryształów, nie mogą wpaść w ręce separatystów, takich typów jak Dooku, czy służby mówią, że przemytnicy mają bazę na małym księżycu, gdzieś na Zewnętrznych Rubieżach.

Poleciałbym sam, ale mamy z Obi-Wanem ważną misję, powierzoną nam przez Senat. Kanclerz na mnie liczy.- tłumaczył Anakin.

No tak, Kanclerz. Ashokę czasem irytowało bezgraniczne uwielbienie jakim Anakin darzył Kanclerza. Ale nie odezwała się słowem. W końcu misja, poświęcenie, przygoda. Jej codzienność, odkąd dołączyła do Jedi, odkąd szkolono ją na młodzika, a potem została padawanem. Normalka.

To, że Anakin podjął się ważniejszej misji, zleconej mu przez Kanclerza, czy Senat też było typowe. Dla padawanki i kapitana armii klonów zostało ściganie przemytników. Dla Anakina i Obiego wielka polityka.

Wymienili z Rexem milczące uśmiechy, we wspólnym porozumieniu. Tak dobrze znała kapitana. Rozumiała każdy jego gest, każde spojrzenie, każdy uśmiech.

Ashoka uświadomiła sobie, że czuje ulgę, wiedząc, że leci razem z Rexem. Kapitan zawsze był przy niej, był blisko. Zawsze mogła na niego liczyć.

Zawsze, odkąd się poznali, choć wydawało się, że to było wieki temu.

Mimo sugestii Anakina Ashoka i Rex nie chcieli brać ze sobą na misję oddziału klonów. Obejdzie się, poradzą sobie. Republika toczy wojnę z separatystami, każda para rąk się przyda. Zwłaszcza uzbrojonych. Muszą tylko przekonać przemytników, żeby oddali m kryształy. Albo jeśli się nie uda wytłumaczyć im to siłą.

- Gotowi?

- Tak, generale.

Dostali do dyspozycji mały statek, z wysłużonym astrodroidem, ściągnięty z jakiegoś szrotu. Potrafi wejść w nadświetlną. To im wystarczy.

Podobno tą szajką przemytników kierują Pykowie. Uważajcie na siebie. Gdyby pojawiły się jakieś problemy...- Anakin zawiesił głos. - Wieżę, że sobie poradzicie.

Jasne, mistrzu. - Ashoka posłała rycerzowi Jedi pewny siebie uśmiech. Kucnęła przy astromechu i objęła go ramieniem. - To co, mały, ruszamy? Gotowy na przygodę Szrocik?

- Nie wierzę, już znasz jego imię. – zaśmiał się Rex.

Astromech odpowiedział serią enigmatycznych dźwięków. Ashoka wszystko zrozumiała.

Mówił, że mają się ciepło ubrać. Sprawdził, warunki na księżycu są ciężkie. Mroźno, zawieje i zamiecie śnieżne.

Ostatnie przygotowania, Ashoka zabrała swoje miecze, Rex parę blasterów. Oboje stali przy wejściu na pokład. Dookoła wieczny rozgardiasz, jak to na lotnisku. Jedi i klony wracali z misji, wylatywali na misję, a obsługa portu na Coruscant starała się nie utonąć w tym chaosie. Ashoka porozumiewawczo szturchnęła kapitana w ramię.

Weź ze sobą coś ciepłego, podobno jest tam mróz jak na Orto-Plutonii, albo Hoth.

Dzięki, już spakowałem. - uśmiechnął się kapitan.

Widzieli jak na zewnątrz, na lądowisku machają do nich Anakin, Wolffie i Cody z grupą klonów. Zrobiło się cieplej na sercu. Rex usiadł za sterami. Statek przemówił litanią elektronicznych kliknięć, komunikatów i rozbłyskiem świateł nas konsolecie. Nagle obraz rozmazał się w zalew blasku, typowy dla wejścia w nadświetlną. Kabinę wypełnił oślepiający błysk światła.

Jak tysiące razy wcześniej znowu lecieli na misję. Znowu razem.

Objęła ich pustka kosmosu, stateczek oddalał się od lądowiska, zagłębiając się coraz dalej i dalej w bezkresną przestrzeń, ku Zewnętrznym Rubieżom.

Co wiemy o tym księżycu? - zapytała Ashoka.

Ne ma tam nic szczególnego. Jest kopalnia Ipsium, i jakieś małe miasteczko. No i teraz kryształy Kyber.

Jak chcesz to cię zmienię. - zaproponowała Ashoka. Rex usiadł za sterami, jeszcze na Corrusant. Czas, żeby trochę odpoczął.

Nie trzeba, ustawię podejście na autopilocie. Niedługo lądujemy. Chcesz zdać raport generałowi Skywalkerowi?

Na razie nie ma sensu. - Ashoka wzruszyła ramionami. - Prześlę mu transmisję jak już się czegoś dowiemy.

Grawitacja księżyca bezlitośnie przyciągała ich do siebie. Podchodzili do lądowania. Rex znowu przejął stery.

Żadna wieża kontrolna nas nie wywołuje...Tu faktycznie jest odludzie.

Raczej zadupie.- zaśmiała się Ashoka. - Pewnie dlatego przemytnicy się tu zaszyli.

Statek wylądował. Astromech pisnął z uznaniem.

- Dzięki, Szrocik. - zaśmiała się Ashoka.

Oczom Ashoki i Rexa ukazał się skuty lodem krajobraz, wiatr podnosił kolejne tumany śniegu i ciskał nimi w powietrze. Za zasłoną śnieżnych płatków zobaczyli niskie zabudowania, w oknach niektórych budynków migotało światło, inne tępo patrzyły w przestrzeń pustymi oczami, pozbawionymi światła. Kilka statków zgromadziło się w pobliżu budynków, niczym gromada zwierząt, chcących ogrzać się we wspólnym cieple.

Ashoka narzuciła na siebie ciepły płaszcz i skryła twarz pod kapturem, Rex był w zimowym uniformie kapitana armii klonów Republiki. Śnieg chrzęścił pod ich stopami, oddech zamarzał i osadzał się na rzęsach.

Rex otworzył drzwi do kantyny, weszli do środka, ciepłe powietrze natychmiast zaszczypało ich w policzki. W ciasnej kantynie zgromadził się tłum istot, część tkwiła przy barze, część chciała się ogrzać w cieple paleniska. Rex zagadnął mijającego go, masywnie zbudowanego Trandoshiana Światło ognia odbijało się w jego łuskowatej skórze.

Słuchaj, kto tu dowodzi?

Nikt nie dowodzi, równie dobrze, możesz dowodzić ty. – Trandoshian zakończył wywód ochrypłym śmiechem.

Rozglądali się po pomieszczeniu, przy barze zgromadziła się grupka wyglądająca na piratów, choć równie dobrze mogli być pracownikami kopalni Ipsium. Rozcierali zmarznięte dłonie, szpony albo macki. W pomieszczeniu unosił się odór przetrawionego alkoholu, brudu i beznadziei. Rex objął Ashokę ramieniem, zbliżył usta do jej ucha.

- Zamówimy coś, może uda się wyciągnąć od barmana jakieś informacje.

Skinęła głową.

W barze mieli tylko koreliaański rum, jakieś tanie piwo i wódkę. Wzięli po piwie. Ashoka podniosła brudną szklankę do ust. Zawahała się, zanim dotknęła jej wargani. Nagle powietrze rozdarł hałas. Trzasnęły drzwi.

Hej, patrzcie! Zobaczcie co mam!

Tłumek rozstąpił się przed niskim, zwalistym Iktochi w nadszarpniętym zębem czasu mundurze mechanika. Ściskał w dłoniach coś, co migotliwie mieniło się światłem, odbitym od paleniska. Opalizowało srebrem, zielenią i błękitem. Kryształy Kyber.

Ashoka i Rex wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Teraz albo nigdy. No dobra. Teraz.

Tłumek dookoła Iktochi nagle zgęstniał. Kapitan i komandor bezceremonialnie przedarli się do środka zgromadzenia.

Skąd je masz?- Ashoka rzuciła nieznajomemu pytanie w twarz.

Zjeżdżaj! - warknął. - Są moje, nic ci do tego!

Nie słyszałeś? Skąd je masz?- powtórzył Rex.

Tłum gęstniał, atmosfera gęstniała. Nagle, nie wiadomo skąd między Iktochi, Rexa i Ashokę wmieszał się robot-kelner, wymachujący zbyt długimi ramionami, na których miał ustawione tace z napojami.

Spokojnie, nie ma powodu do agresji...-W kantynie zabrzmiał jego metaliczny głos.

Za późno. W salce zawrzało.

Ashoka zobaczyła, że Rex zatrzymuje spojrzenie na jej twarzy. Wiedziała, o co chodzi. Nie było czasu na wątpliwości, nie było czasu na myślenie. Za moment ten gość zniknie im sprzed oczu z kryształami i zostaną z niczym Trzeba improwizować. Jak tysiące razy wcześniej.

Kryształy nie są twoje. - Ashoka wyciągnęła jeden z mieczy. Należą do Republiki i do Zakonu Jedi. Oddaj je.

Chyba zwariowałaś!

Wywiązała się przepychanka. Goście kantyny nie mieli szans z kapitanem armii klonów i młodziutką padaawanką. Dały się słyszeć wystrzały z blasterów i dźwięk miecza świetlnego odbijającego pociski i tnącego powietrze. Iktochi z ostrzem miecza świetlnego na gardle okazał się zdumiewająco rozsądny.

Zabierzcie je sobie, nic mi do tego! Są wasze! Spadajcie!- prawie wepchnął kryształy w dłonie Ashoki i zniknął za drzwiami.

Spokojnie, nie róbmy nic głupiego – trzeszczał metalowy głos kelnera.

Skąd wzięliście te kryształy?!- Rex złapał za kurtkę jednego z uczestników awantury.

Ze statku! Z wraku ! Rozbił się przy grani!

To pudło leży tam już drugi obrót…- tłumaczył jeden z bywalców kantyny, zachęcony do rozmowy argumentami blasterów i miecza świetlnego.

Gdzie?

Trzy klicki na wschód. Stare pudło Republiki, nie możecie go przeoczyć.

Słuchajcie…- Rex z blasterami w obu dłoniach trzymał zebranych na muszce.- Ktoś jeszcze ma kryształy?

Przeszukamy ich. – rzuciła Ashoka. Wszyscy ustępowali jej z drogi, widząc miecze świetlne w dłoniach padawanki.

Nawet o tym nie myśl. - siedzący dotąd pod ścianą Rodezjan wziął kapitana na celownik. Spokorniał, słysząc jak Rex odbezpiecza broń.

Nic nie znaleźli. Kryształy miał tylko Iktochi. Zabrali mu je. Nawet nie stawiał specjalnego oporu. Na czarnym rynku musiały być warte fortunę.

-Trzy klicki na wschód? – dopytywała Ashoka.

- Tak… - mruknął któryś z bywalców kantyny.

- Ale zajrzyjcie do nas jeszcze! Zawsze jesteście tu mile widziani. – robot-kelner wylewał metaliczny strumień słów.

Drzwi zamknęły się za Ashoką i Rexem. Wiatr znowu ciął im twarze, śnieg kuł igiełkami w skórę.

Minęła sekunda, zanim coś zauważyli.

Nasz statek… Ci dranie ukradli nam statek!

Statek zniknął. W powietrzu szalał tylko śnieg, lód i mróz. Ciął skórę milionem igieł i zamrażał oddechy.

Padawanka i kapitan rzucili się do gardeł zgromadzonym w kantynie.

Gdzie jest nasz statek?

Co zrobiliście z naszym statkiem?

Spokojnie... my nic nie wiemy... Ktoś musiał go porwać! Na pewno jacyś piraci! Ściągają tu najróżniesze męty…

Do cholery, oddajcie nam statek!

Oddajcie statek gnoje! Już!

Czy to możliwe, że ktoś ukradł im statek, kiedy wymuszali zeznania na gościach kantyny?

Nieważne. - wzruszyła ramionami Asoka. Zabierzemy inny. Trzy klicki na wschód, tak?- rzuciła pytanie w powietrze.

Zebrani pokiwali głowami.

Wybrali inny statek z tego stada rupieci. Nie obchodziły ich pretensje bywalców dłubał przy konsolecie.

Miejmy nadzieję, że odpali. – westchnął, przecierając czoło.

Jeśli nie, zabierzemy inny. – uśmiechnęła się Ashoka.

Statek ruszył. Jakimś cudem wysłużony złom poderwał się do lotu. Rzucało nim i trzęsło, ale lecieli przed siebie.

Ostrożnie… Nie możemy tego przeoczyć. Trzy klicki na wschód

Wiem, wiem. – mruknął Rex.

Tylko Szrocika szkoda. Musimy go znaleźć. Ale najpierw kryształy.

Ich oczom ukazał się statek Repubiliki. Nieruchomy, poobijany, zagrzebany w śniegu. Wylądowali. Potem zeszli na pokład.

Naprawdę wierzysz, że stąd wzięli kryształy Kyber?

Oświetlali sobie drogę latarkami. Na statku panowała ciemność i cisza. Rex próbował uruchmić terminal, ale jednostka milczała.

Mogli wpaść w burzę śnieżną i się rozbić.. – Ashoka rozglądała się po pokładzie. - Nie ma śladów walki. Nie ma też ciał, może załogaa uciekła.

Wierzysz, że coś tu znajdziemy? Może nabrali nas, żeby gwizdnąć nam kolejny statek…- Ashoka przeglądała zakamarki kokpitu.

To w końcu ich statek, który zarekwirowaliśmy. Ale kto zrozumie takich typów. wzruszył ramionami Rex.

Są. Światło latarki odbiło się od kryształów. Ktoś upchnął je w szafce w na mostku kapitańskim. Młodziutka padawanka pospiesznie zagarnęła migotliwe cuda.

Udało się, mamy je!

Statek jakby drgnął, chcąc zapaść się jeszcze głębiej w objęcia śniegu. Na podłodze, pod stopami Ashoki pojawiła się rysa, stopniowo jaśniała coraz większa wyrwa. Pulsująca jaskrawym, pomarańczowym światłem, jakby otworzyła się pod nią ziemia. Podłoga statku uginała się i zapadała.

- Ashoka!

Poczuła uścisk kapitana na naadgarstku. Kryształy wymknęły się Ashoce z rąk. W ostatniej chwili, mocą Jedi zarzytrzymała je, żeby nie znikęły w szczelinie pod pokładem. Rex uświadomił sobie, że padawanka może nie nie mieć ma na tyle mocy, żeby jednocześnie chronić kryszztały i uciec z rozpadającego się statku.

Rozległ się przeszywający trzask. Poszycie w każdej chwili mogło nie wytrzymać.

- Puść mnie!- krzyknęła Ashoka. Nadgarstek miała cały czas uwięziony w uścisku Rexa.

- Nie ma mowy, komandorze. Nigdy cię nie puszczę.

Spadli oboje. Razem stoczyli się w pustkę.

Wylądowali na dnie kopalni przynajmniej wyglądał ten fragment podziemnego świata, poprzecinany chodnikami i sufitem tliło się zapalone nikłe światło. Tam gdzie docierał blask odsłaniał zakamarki kopalni.. Spadli na dno wyrobiska razem z kryształami Kyber. Tuż przed upadkiem Rex objął Ashokę. Znowu on przyjął impet uderzenia. Jakimś cudem padawanka była w stanie zminimalizować siłę upadku. Spojrzeli po sobie.

- Nic ci nie jest? - zapytała Ashoka. Uniosła się na kolana.

- W porządku. Tylko zbroja trochę się wgięła. - zaśmiał się kapitan.- Uratowałaś nas. Jak zawsze.

- Rex, daj spokój.

- Mamy je... - wzrok Ashoki powędrował od migoczących kryształów, w których zamknięto drobiny światła do twarzy kapitana.

- Generał Skywalker byl by wściekły, gdybyśmy stracili kryształy. Dobrze, że się udało.

- Nie przejmuj się generałem. - uśmechnęła się.

W chodnikach i sztolniach kopalni zapanowała cisza.

Musimy stąd spadać. - wtrąciła padawanka .

Ciekawe, czy znowu ukradli nam statek. - Śmiech obojga rozległ się przytłumionym echem w czeluściach kopani.

Nagle, w upale i półmroku kopalni zobaczyli wpatrzone w nich oczy. Szereg oczu. Dłonie, sięgające do blasterów, czy innej broni i złowieszcze uśmiechy. Nie byli tu sami. Górnicy. Albo przemytnicy. Może też chcieli położyć łapy na kryształach. Ashoka spojrzała na Rexa, zobaczyła w jego wzroku tę samą spokojną pewność siebie co zwykle. Nie mieli wyboru. Meandry kopalni lawirowały w stronę wyjścia, w kierunku nieubłaganego śniegu i mrozu na powierzchni.

Czego tu szukacie? -nienajomi wzięl Rexa i Ashokę na celowniki.

Słuchaj, to nie jest zbyt rozsądne. - Rex też wyjął blastery. Ale żadne z nich, nie mogło oddać choćby strzału. W kopalni Ipsium natychmiast wszyscy wylecieliby w powietrze.

Przez chwilę trwała pełna napięcia cisza. Ashoka wyciągneła dłonie w stronę neznajomych. Nie mogła użyć miecza świetlnego. Została jej tylko moc Jedi.

Rex rozejrzał się. Mogli sie ewakuować tą samą trasą, którą tu dotarli, przez szczelinę w pokładzie statku. Albo dotrzeć do wyjśćia labiryntem korytarzy. Tak czy inaczej na drodze stał im sznur nieznajomych

Odsuńcie się! - krzyknęła Ashoka. Tamci rozsypali się jak domek z kart pod uderzeniem mocy Jedi. Runęli na ziemię niczym bezradne pacynki, klocki przewrócone dziecięcą dłonią.

Z drogi! -powtórzyla Ashoka. Rex złapał ją za rękę i wspólnie uciekali z plątaniny korytarzy kopalni. Razem. Przed siebie. Byle dalej.

Wypadli z gmatwaniny zaułków. Pod ziemią świszczały ich przyspieszone oddechy.

Czysto. -odezwał się Rex. Oznaczenia wskazywały drogę do wyjścia, między, skałami, gruzem i zwałami Ipsium..

Chodźmy. Straciliśmy dość czasu.- ponagliła Ashoka. - Ale przynajmniej Anakin, nie będzie marudził, że nie znaleźliśmy kryształów.

Znowu oboje się zaśmiali.

Byli już blisko wyjścia, owionął ich chłód, bijący od zimnej, zaśnieżonej powierzchni księżyca

Żaden z, wyglądających na przemytników, albo rabusiów, których spotykali wcześniej nie stał im już na drodze.

Nagle usłyszeli świst i hałas. Korytarzem zmierzał droid, ten sam, który roznosił alkohole w kantynie. Tym razem trzymał w metalowych dłoniach zestaw broni. Dwa miecze, maczugę i włócznię .Zatrzymał się przed Ashoką i Rexem.

Czekajcie!- w uszy zaświdrował ich jego metaliczny głos. - Zaczekajcie!

Czego chcesz? - Ashoka odsłoniła swoje miecze świetlne. Nie mogła ich użyć. Ale mogła postrasszyć.

Słuchajcie... oddajcie kryształy. - metaliczne oczy droida utkwiły w mieniących się barwami kryształach Kyber.- Na pewno się dogadamy.

Na pewno nie. - Ashoka skrzyżowała ramiona, w obu dłoniach dzierżyła miecze.- Ostatni raz mówię, odsuń się.

Trudno. Sami tego chcieliście.

Droid wydał z siebie przenikliwy pisk. Nagle korytarze dookała Ashoki i Rexa znowu zaroiły się od gromady podejrzanych typów. Też uzbrojonych w broń białą, żeby nie rozpętać w kopalni Ipsium mini apokalipsy. Rex i Ashoka uchylli się przed cięciami, pchnięciami i ciosami. Blokwaali uderzenia, czym się dało. Leżącym w pobliżu kawałkiem zbroi, fragmentem tarczy, czy szczątkami wózka używanego w kopalni do przewou Ipsium. Kilka razy Aashoka uderzyła mocą Jedi i zwaliła przeciwników z nóg. Pokonani cofali się, aż przed padawanką i kapitanem został ten, najgroźniejszy. Robot-kelner. Nie docenili go. Biegle władał bronią. W walce czynił użytek ze wszystkich swoich czterech ramion. W jednej mechanicznej dłoni dzierżył mandaloriański miecz, w drugiej maczugę, w trzeciej wlócznię, w czwartej znowu miecz. Ashoce przypomniały się pojedynki z wielorękim generałem Grievousem. Równie szybkim, równie niebezzpiecznym. Równie zabójczym.

Ashoka i Rex uchylali się przed kanonada ciosów.

Odwalcie się! - burknął robot. - Pykowie już czekają na kryształy

Czyli to była prawda. Pykowie maczali w tym palce. Padawanka i kapitan nadal uchylali się przed kanonadą uderzeń.

Kryształy nie należą do was!- krzyknęła Ashoka.

Należą do tego, kto wiecej zapłaci!

Rex i Ashoka porozumieli się spojrzeniami. Bezgłośny dialog na polu bitwy. Jak tysiące razy wcześniej. Rex zasłonił padwankę, a ona siłą mocy Jedi wyrwała droidowi z jego metalicznych ramion miecz i włócznię. Blaszak stracił równowagę i runął do przodu. Rex dokończył dzieła wymierzając mu ciosy mieczem. Droid stracił dwie z czterech metalowycch rąk.

Hej! Na co czekacie? Ruszcie się! - Droid zawołał na swoich towarzyszy broni, rozrzuconych przez Rexa i Ashokę po korytarzach kopalni. Najemnicy zrobili jedyne co umieli. Zasypali kapitana i padawankę strzałami z blasterów.

Idioci! - krzyknęła Ashoka. Nie miała wyboru. Złapała za miecze świetlny i serią ciosów odbiła pociski, zasłanijąc siebie i Rexa. Potem rozpętało się piekło. Nastąpiła seria wybuchów, jeden po drugim. Kopalnia Ipsium zwaliła się im na głowy. A potem wszystko przysypał gruz i śnieg. Na moment zapadła cisszaa.

Jesteś cała? - Rex odgarnął śnieg z twarzy. Kopalnia Ipsium chciała ich pogrzebać. Na razie pogrzebała tylko najemników, z którymi walczyli.

Tak, nic mi nie jest. - Ashoka usiadła. Na policzku miała kilka zadrapań. Nadal tkwili pod ziemią, przygnieceni złogami kopalni i pewnie tonam śniegu.

Musimy się stąd wydostać. - Ashoka zacisnęła dłonie na swoich mieczach świetlnych. Rex też nie stracił blasterów. Żyli. Tylko tyle, bo nadal tkwili zagrzebani ileś klików pod ziemią.

Są kryształy!. - zawołał Rex. Niesamowite, ale migotliwe cząstki mocy leżały tuż obok. Nie zgniotły ich wybuchy, ani nie unicestwił gruz. Jakimś cudem przetrwaały. Przeciwnicy mieli mniej szzczęścia. Spośród plątaniny gruzów wystawały szczątki robota-kelnera i jego podwładnych. Na chwilę sytuacja się uspokoiła. Ale tylko na chwilę.

Uważaj!- Ashoka osłoniła Rexa przed deszczem odłamków. Na ich głowy znowu osunął się strop kopalni wraz ze zwałami śniegu.

Kolejna fala uderzenia przyszła z zaskoczenia, ale jej Ashoka już nie była w stanie powstrzymać. Mogła tylko zminimalizować obrażenia. Runęli w dół, dwie bezbronne drobinki ciała pod pod stertą śniegu, głazów i Ipsium.

Cisza. Cisza, przerywana tylko szarpanymi oddechami i stukotem osuwającego się gruzu.

-Rex, Rex jesteś cały?

Ashoka sięgnęła do podręcznej latarki, zamocowanej przy pasku. Bolało ją całe ciało, każdy centymetr skóry pulsował bólem. Blask latarki na sekundę rozświetlił ciemność.

Wolałaby tego nie widzieć.

-Rex, Rex ocknij się! Rex, mów do mnie, Rex!

Znowu to zrobił. Znowu. Osłonił Ashokę własnym ciałem przed uderzeniem. Kombinezon kapitana był pogięty porozrywany, hełm rozbity na twarzy czerwieniły się otarcia i ślady krwi.

- Rex! Proszę cię, Rex!

Ashoka nachyliła się nad kapitanem. Sprawdziła mu puls. Serce biło, oddychał. Sięgnęła po leczący żel, przypięty przy pasku, kolejny z niezwykłych wynalazków Republiki. Pancerz na piersi miał porozrywany, mogło dojść do obrażeń wewnętrznych... Nie, nie chciała nawet o tym myśleć, nie mogła myśleć. Wtarła w obrażenia kapitana leczący żel, nachyliła się nad nim.

Rex, ocknij się! Musisz żyć, musisz...

Spryskała mu twarz roztworem różnych ziół i lekarstw, przywracających przytomność.

Proszę cię, Rex...- jej czoło opierało się o jego policzek, usta Ashoki nieprzerwanie łapały oddech.

Tak...-uśmiechał się.- komandorze?

Otworzył oczy. Uśmiechał się. Ashoka miała ochotę naajpierw go spoliczkować, a potem pocałować, za ten strach, którego jej napędził, który ścisnął jej żołądek w supeł, a jej nogi zmienił w watę.

Rex!

Poturbowany, ranny, ale żył. Żył. Był przy niej. Jak zawsze.

Ashoka objęła dłońmi twarz kapitana, nachyliła się nad nim.

Rany... Żyjesz. Jak się stąd wydostaniemy znajdę robota medycznego.

W porządu, komandorze...

Wpatrywała się w jego oczy. Tak tkwili, pod plątaniną gruzu i skał, wsłuchani we własne oddechy.

Stało się to, co musiało się stać, być może musiaało się stać od chwili gdy się poznali. Nie wiadomo, które zrobiło pierwszy krok. Ale oboje poddali się nawałowi emocji. Radości, że nadal żyją. Wdzięcznści, że oboje wyszli z tego cało. Mijał czas, kurz osypywał się w resztkach kopalni Ipsium, śnieg spadał na powierzchnię niewielkiego księżyca na Zewnętrznych Rubieżach, obsypując planetoidę niczym pączek lukrem. A oni, kapitan i komandor armii Republiki całowali się, jakby to miała być ostatnia rzeczz, jaką w życiu zrobią.

Trudno powiedzeć, ktore zrobiło pierwszy krok. Ale całowali sie, nie mogli przestać, jakby ostatni pocałunek miał im na zawsze zabrać oddech. Jakby nie liczyło się już nic poza tą chwilą. Jakby świat miał się skończyć, kiedy przestaną. Więc nie mogli przestać. Jedyne, co mogli zrobić, to wymieniać pocałunki. Wbrew logice, obowiązkowi, kodeksowi Jedi i zasadom armii Klonów. Nic innego się nie liczyło. Nie w tej chwili. Nie tutaj. Nie teraz.

Rex oderwał usta od ust Ashoki. Złapał ją za nadgarstek. Zatopił spojrzenie w jej oczah.

Jesteś... żyjesz. Myślałem, że już po mnie...już po nas...

Wiem.

Nie mogli przestać, więc oboje wrócili do pocałunków, jakby to było jedyne, co im zostało. Rex objął dłońmi twarz Ashoki, ona zatopiła palce w jego włosach.

Uśmiechnęli się do siebie. Bo wbrew logice, oboje żyli, choć utkwili w nicości, między zwałami gruzu, Ipsium i tonami śniegu.

Zmalazł ich Szorcik. Okazało się, że jest nie tylko astromechem. Miał też inne talenty. Poradził sobie z porywaczami. Jakimś cudem spod zwałów gruzu wydobyli kryształy Kyber.

Odlecieli z niegościnnego, skutego śniegiem i lodem księżyca. Wrócili do tego, co znali najlepiej, walki w imię Republiki i Rycerzy Jedi. Choć od momentu pocałunku zmieniło się wszystko, zarazem nie zmieniło się nic. Nadal byli razem, dla siebie, zawsze razem. Gotowi oddać życie jedno, za drugie. Kapitan i komandor Republiki. Zawsze razem.

Ale to już temat, na inną historię.

Koniec

str. 10