Fenris

rozdział drugi

Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.

Rozdział zawiera lekkie spojlery do pierwszego aktu gry i nawiązuje – momentami bardzo wyraźnie - do linii dialogowej z Fenrisem podczas pierwszej rozmowy w jego rezydencji.

Ogień trzaskał cicho w kominku, rzucając długie cienie na zrujnowaną posadzkę. Odbijał się w gładkim, wyślizganym drewnie porzuconej lutni, ocieplając ciemną barwę jej słojów, błyszcząc złoto na śliskiej powierzchni. Jedna struna była pęknięta.

Obszerne, nisko sklepione pomieszczenie rozświetlały tylko szepczące płomienie; Górne Miasto powoli zasypiało, a życie przenosiło się z wolna do niższych, mroczniejszych dzielnic. Przez przymknięte okiennice nie sączył się już ani jeden promień światła. Resztka okrągłych płytek, jaka pozostała na posadzce, była sczerniała i nadpalona; efekt zaklęcia Burzy rzuconego w pomieszczeniu.

- To jakiś tevinterski zwyczaj, żeby nosić zbroję nawet we własnym domu?

- Przeraża cię to? – Fenris wyćwiczonym gestem wyciągnął korek z butelki, zmiażdżył go w szponiastych palcach i nalał wina do dwóch wąskich kieliszków.

- Czy przeraża? Nie. – Aedale rozparła się wygodnie w szerokim fotelu z czarnej, wytartej skóry. – Dziwi trochę, owszem. Można by się zastanowić, co za facet potrzebuje pełnej zbroi do pokonania korka od wina… i co nosi, jak musi otworzyć szampan?

- Jedwab.

Parsknęła pod nosem.

Fotel był wysiedziany przez kogoś ewidentnie większego niż ona – nie zawsze to Fenris to mieszkał – ale przez wzgląd na gospodarza powstrzymała się od komentarza. Elf zaskakująco dobrze wyglądał; głębokie cienie na jego zapadniętej twarzy bladły w świetle kominka, ogień rzucał ciepły blask na jego ciemną skórę.

Postawił jeden kieliszek przed nią na niskiej, drewnianej ławie, sam ujął drugi i usiadł w fotelu naprzeciw Aedale.

- Za chomiki? - Uniósł kielich w geście toastu. Aedale poważnie pokiwała głową.

- Za chomiki.

Fenris powąchał szkarłatny płyn w kieliszku i skrzywił się. – Wybacz, Hawke… Właśnie przypomniałem sobie, jak bardzo nienawidzę tego wina. – Zanim zdążyła zareagować, poruszył się nagle – Stwórco, jest szybki – kielich zalśnił krwawo jego dłoni –

Trzask.

Odruch był silniejszy od niej; w ułamku sekundy spięła się, zacisnęła pięści, w których zaczęły pełgać błękitne płomienie. Podniosła głowę gwałtownie.

Kruche szkło leżało na nadpalonej posadzce, zalane winem jak krwią; stalowa, szponiasta rękawica zacisnęła się mocno na nóżce kielicha, tak mocno, że ostre przejrzyste ziarna wystrzeliły aż na kolana Aedale. Fenris rozprostował palce, pociemniałe od rozlanego wina, i cisnął butelką o ścianę.

Dwa kolejne trzaski, uderzenia i upadku strzaskanego szkła na ziemię, zlały się w jedno w towarzystwie miękkiego pluśnięcia wina.

Ściana poczerwieniała. Podłoga poczerwieniała.

Aedale wcisnęła się głębiej w fotel.

Fenris spojrzał na nią i wzdrygnął się nieznacznie. Cofnął się o krok, a sztywność, która przez kilka sekund – sekund rozbijania wina – była zniknęła z jego ruchów, wróciła natychmiast. Aedale obserwowała go szeroko rozwartymi oczyma.

- Wybacz, Hawke.

- N-nie ma sprawy – wymamrotała pod nosem. Fenris usiadł z powrotem i zacisnął szczęki.

Aedale nie odrywała od niego wzroku. Ciężki, ciasno splątany knot w jej żołądku nie miał sensu. Przecież wiedziała dokładnie, do czego jest zdolny. Przecież widziała, jak wyrywał ludziom serca, rozpłatywał ich na wylot.

Ale walka Fenrisa była czymś zupełnie innym – w walce wydawał się skupiony, beznamiętny, jakby tylko to ciało angażowało się w pojedynek, powtarzając tylko znane, wytrenowane rutyny. To… ten nagły błysk nienawiści, tak blisko powierzchni – nie miało nic wspólnego z walką.

Fenris nienawidził.

Podchodzisz blisko na własną odpowiedzialność.

- Hawke – odezwał się elf ponuro.

Zamrugała.

- Nie obrażaj mojego honoru. Nie skrzywdziłbym własnego gościa.

- Przecież nie-

Fenris skinął głową w kierunku jej dłoni. Błękitna błyskawica tańczyła na jej palcach, spowijając jej sylwetkę iskrzącym ochronnym kokonem. Aedale odetchnęła i siłą woli wycofała magię z dłoni, zwijając jej gorące błękitne wstęgi z powrotem do serca.

- To… nic. To taka magiczna gęsia skórka.

- Pij swoje wino – rzucił Fenris szorstko i posępnie wlepił wzrok w ścianę, gdzie ściekające czerwone strugi tworzyły makabryczny, dekadencki obraz.

Zapadła ciężka cisza.

- A teraz możemy zacząć rozmawiać – powiedziała Aedale po chwili konwersacyjnym tonem. – Możesz powiedzieć mi to, co w tym momencie obracasz w głowie, wyjaśnić, dlaczego walnąłeś tą butelką w ścianę, co takiego myślisz, że ja myślę, i pozwolić mi to poprawić.

Fenris rzucił jej ponure spojrzenie.

- Albo możemy siedzieć ciszy i coraz bardziej się na siebie denerwować. Tak też mi pasuje. Jak prawdziwi dorośli. – Aedale przytknęła wino do ust. Było ciężkie, wytrawne i mocne, z wyraźnym, niemal drapieżnym zapachem. Wyobraziła sobie, jak to jest polewać je przez kolejne wieczory, rok za rokiem, w kielichy zdeprawowanych tevinterskich magów.

Być może też szczerze nienawidziłabym tego zapachu.

- Ile masz lat, Hawke?

- Dwadzieścia. – Wzniosła kielich kolejnym gestem toastu. – A ty?

- Nie mam pojęcia.

Opuściła kielich na stół. Faktycznie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że amnezja może mieć tego typu praktyczne konsekwencje. Fenris nie miał niczego, nawet daty urodzin.

Tevinterskie wino na jej wargach posmakowało gorzko.

- Czemu pytasz?

- Nie jesteś… dorosła, Hawke. Nie w moich kategoriach.

Parsknęła. – Sam nie wiesz, ile masz lat, nie możesz nagle udawać starszego. Nie tak to działa.

- Na wygnaniu człowiek szybko się starzeje.

- Serio? – Spojrzała mu prosto w twarz, po raz pierwszy od początku wieczoru. – Opowiedz mi o tym.

Fenris zmilczał.

Cisza rozciągnęła się pomiędzy nimi, nabrzmiała i nieprzyjemna jak bolesny pęcherz.

- Myślisz, że się ciebie boję – powiedziała Aedale cicho. – Masz rację. Chyba. Ale ty boisz się mnie tak samo. Chyba rozumiem, czemu rzuciłeś tą butelką.

- Nie boję się ciebie, Hawke – rzucił elf opryskliwie. Aedale usiadła na brzegu fotela wyciągnęła rękę poprzez stolik.

- Na tyle, żeby nie bać się mnie dotknąć?

Cofnął się gwałtownie. Co ja do cholery robię, pomyślała Aedale, Stwórco, litości, niech przynajmniej wyglądam tak, jakbym wiedziała. Nie było jeszcze za późno, mogła się z powrotem umościć w wielkim, czarnym, tevinterskim fotelu, rzucić głupi komentarz, pozwolić mu się wycofać w bezpieczne mury swojego suchego humoru.

Ale to dopiero tutaj, w trzasku roztrzaskanej butelki, był prawdziwy Fenris. Podchodzisz blisko na własną odpowiedzialność…

- Przepraszam – wyszeptała, pochylona w jego kierunku. – Nie ruszę się. Spójrz. Nie mam broni, nie mam magii. Nie próbuję cię skrzywdzić. Ale i tak się boisz dotknąć mojej ręki. Ja też się boję, Fenris. Ty nienawidzisz magów, a ja uciekam przed tymi, którzy nienawidzą magii, przez całe życie. Rozumiesz?

Zacisnął pięści. – O co ci chodzi, Hawke? Próbujesz mnie upokorzyć? Nie jestem dzikim zwierzęciem, które się na ciebie rzuci, jeśli go nie oswoisz.

- Nie, nie jesteś. Ale masz paranoję. I ja też. – Aedale cofnęła się na fotel. – To próbuję powiedzieć. Staram się… ci ufać. Rozmawiać z tobą. W porządku? Nie wyrzucisz mnie z balangi za to, że zrobiłam trochę iskier w zaskoczeniu?

Fenris pochylił głowę i rozmasował sobie skronie. Kiedy się w końcu odezwał, jego głos wydawał się dochodzić z daleka. – Nie, Hawke.

- Carver zachowuje się dokładnie tak samo jak ty – powiedziała cicho Aedale. – Zawsze. Za każdym moim zaklęciem patrzy na mnie, jakbym była… jakbym zabierała mu coś z życia. A teraz jest w Zakonie i będzie łowić apostatów. Dopiero teraz wydaje się szczęśliwy, kiedy ma w końcu możliwość, żeby obedrzeć mnie z mojej magii. Chyba nareszcie znalazł swoją szansę…

Zapadła cisza, przerywana tylko trzaskaniem ognia w kominku. Nie czuła potrzeby wypełnienia jej niczym więcej, wpatrując się we własne wino i praktycznie go nie widząc.

Listy Carvera z Zakonu były krótkie, zwięzłe i oschłe. Po tym, jak nie zabrała go ze sobą na Głębokie Ścieżki, złamał się ostatni fragment imponującej męskiej dumy, jaką ukrywał gdzieś pod przyciężkawym poczuciem humoru i ponurym spojrzeniem. Nie widziała go od chwili, w której obwieścił swoje powołanie i opuścił dom.

Czuła się trochę tak, jakby z trójki rodzeństwa uciekającej z płonącego Lothering została już tylko ona. Matka najwyraźniej podzielała ten punkt widzenia, zamykając się od środka w swoim niewykończonym pokoju – a Aedale krajało się serce, kiedy słyszała cichy płacz dochodzący zza ściany.

Czy tak czuł się Fenris? Tak, jakby – niezależnie od tego, jak gruby był pancerz obojętności na zewnątrz - cały świat był przeciwko niemu, jakby samym swoim istnieniem przerażał i niszczył wszystkich wokół?

- Twój brat nie zrobi ci krzywdy, Hawke – powiedział Fenris cicho. – Ja też nie. Mamy wobec ciebie ten sam dług krwi.

- Wiem. Chciałabym tylko, żeby to nie była jedyna rzecz, która sprawia, że nie chcesz mnie zabić.

Fenris wciągnął powietrze gwałtownie. Aedale opuściła głowę. Nie chcę, nie chcę, nie chcę widzieć jego twarzy.

- Hawke – powiedział powoli, bardzo cicho. – Naprawdę tak myślisz?

- A mam jakiekolwiek powody, żeby myśleć coś innego? Fenris, znamy się prawie rok, walczyliśmy razem z Duchem Kamienia i hordą pomiotów, przegrywam z tobą w karty, ale i tak za każdym razem, kiedy mowa o magach i magii, brzmisz tak, jakby twój dług krwi był jedyną rzeczą pomiędzy twoją rękawicą a moim sercem.

- Nie… nie nienawidzę cię, Hawke – powiedział elf cicho.

- Ja też cię nie nienawidzę. – Aedale wykrzywiła usta w suchym uśmiechu. – Ale sobie nie ufamy, Fenris, prawda? Ja… chciałabym. Chciałabym, żebyśmy sobie ufali. Mniej jak wspólnicy, a bardziej jak… jak…

Coś chłodnego dotknęło jej ręki.

Uniosła wzrok. Fenris położył swoją stalową rękawicę obok jej dłoni. Aedale wstrzymała oddech.

- Nie nienawidzę cię – powtórzył cicho elf.

Wyciągnęła rękę i dotknęła fragmentu zbroi chroniącego nadgarstek. Pod osłoną zielonkawego kołnierza stali kryły się pasy mocujące szponiastą rękawicę.

Pierwszy pas rozpięła z wahaniem, jedną ręką; by sięgnąć głębiej, musiała odwrócić jego dłoń wnętrzem do góry. Pozwolił jej na to i po raz pierwszy zobaczyła białe linie na palcach, lśniące delikatnie, jakby nieśmiało. Trzecie zapięcie było na wewnętrznej stronie nadgarstka, gdzie linie mieszały się z błękitnymi żyłami, przezierającymi przez skórę boleśnie wyraźnie.

Zsunęła stalową rękawicę z jego szczupłej dłoni. Miał długie, ciemne palce o owalnych paznokciach. Metal osunął się na stół i zabrzęczał cicho. Dłoń wydawała się drobna i delikatna, ale na jej wierzchu, pod cienką osłoną skóry, kłębiła się sieć sinoniebieskich żył i tętnic, na kostkach odznaczały się zgrubienia i odciski, a od odsłoniętego nadgarstka aż po opuszki palców ciągnęły się białe linie lyrium. Jej blade, delikatne dłonie maga wyglądały żałośnie słabo przy tej tatuowanej plątaninie żył i ścięgien.

Fenris obserwował ją z pociemniałymi oczyma.

Czy to ogień w kominku, czy od jego rąk bije takie ciepło?

- Czy to… boli? – wyszeptała, nieśmiało przesuwając palec po białym splocie lyrium na jego nadgarstku. – Nie musisz-

- Nie, nie boli.

Co ja, na Andrastę, robię?, zastanowiła się Aedale. Lyrium w jego skórze śpiewało pod jej palcami, potężniejsze i mroczniejsze od jej mikstur, zatopione w żywej, pulsującej krwi... Fenris przymknął oczy; cofnęła dłoń natychmiast i odsunęła się.

- Przepraszam!

- Nic mi nie zrobiłaś, Hawke. – Elf zgarnął rękawicę ze stołu i cofnął się na swój fotel. – Jestem wojownikiem, nie porcelanową laleczką. – Pomimo zwodniczo spokojnego tonu jego oczy były niespokojne, rozbiegane, pytające. Aedale zaszumiało w głowie.

- Dziękuję. Dziękuję, wiem, ile to musiało znaczyć…

- Nic o mnie nie wiesz, Hawke – odparł Fenris sucho, ale jego kącik ust uniósł się o milimetr. Chichot Aedale był tylko odrobinę nerwowy.

- To jest nas dwoje. Moje wino następnym razem?

- Zgoda.

- Tylko że nie wolno ci nim rzucać, złamiesz serce Bodahnowi.

- Zapamiętam.

- I… Fenris?

- Co? – Elf spojrzał na nią sponad pasków rękawicy, którą wkładał z powrotem na rękę. Aedale przełknęła ślinę.

- Czym ja dla ciebie jestem? Magiem? Wspólnikiem? Przyjaciółką?

- A jak myślisz, Hawke?

- Po tym, co właśnie się stało? Nie mam pojęcia – odparła Aedale prosto.

Fenris zastanowił się chwilę.

- Szansą – odparł krótko.

Linie lyrium na jego skórze błyszczały lekko.

A/N:

Aktualizowany 27.03.2016r.