Fenris
rozdział czwarty
Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.
-…-
- … którzy są podejrzani o nielegalne uprawianie magii poza Kręgiem. To lista potencjalnych apostatów.
-…-
- To nie jest śmieszne – powiedziała Aedale sucho. – Doceniam twoje umiejętności składania słów, ale akurat w tym nie ma nic czarującego.
- Hawke, tyłek w troki i ogarnij się. Musiałaś akurat ten wieczór spędzić na chlaniu?
Nie tylko na chlaniu, pomyślała z dziwnym dreszczem, kiedy przez jej pulsującą bólem głowę przegalopowały szybkie obrazy: kominek, kielich rozpryskujący się na miliony kawałków, krwawy ślad na ścianie, obnażone, ciemne dłonie…
Zamrugała z wysiłkiem.
- Nie wiem, co i komu powiedziałeś, ale…
- Jeśli nie przestaniesz mnie lekceważyć… - Głos Varrika opadł do szeptu. – Wywrzeszczę ci to prosto w ucho. Tak, żeby dotarło do tej zakutej, skacowanej główki.
Wzdrygnęła się na samą myśl.
- Dobra, jeszcze raz od początku – zarządziła rzeczowo. – Skąd wiesz o tej liście i dlaczego ja nigdy o niej nie słyszałam?
- Mam swoje wtyki w Zakonie – odparł krótko. – Niewielu o tym wie, głównie ci, którzy mieli do czynienia ze skazanymi apostatami. Niezbyt miły los, zwłaszcza jeśli w rodzinie takiego odszczepieńca urodzi się kolejny mag… Kilka nazwisk jest co roku skreślane, większość jest unieszkodliwiana.
Unieszkodliwiana. Co oznaczało śmierć w walce lub coś, co dla większości magów było gorsze od śmierci – zniszczenie snów, uczuć, emocji, marzeń, unicestwienie części natury człowieka, całkowite i nieodwracalne oderwanie od zdroju magii…
Znane także jako rytuał Wyciszenia.
- Czy to już wyrok? – spytała beznamiętnie. Varrik potrząsnął głową.
- Na Kamień, nie. Gdyby templariusze mieli pewność, że praktykujesz poza Kręgiem, jedyne, co mogłabyś zrobić, to zleźć na Głębokie Ścieżki i poszukać paru znudzonych pomiotów.
- Ostatnim razem zadziałało. – Ukryła uśmiech. To przecież poszukiwania Zakonu zmusiły ją do podziemnej wyprawy. Celem było szybkie wzbogacenie się i danie dyla do Fereldenu. Od tego czasu plany nieco się zmieniły… Pół roku to jednak wiele czasu.
- Ostatnim razem, Hawke, szukali na ślepo jak szczeniaczki cyca. Ale już nie jesteś anonimowa, remontujesz posiadłość w Górnym Mieście, zaczęłaś włazić wszystkim w oczy… I bum, masz na głowie śledztwo zakonne.
- Najprościej byłoby wywiedzieć się, jakiego mają na mnie haka, i zniszczyć dowody – zasugerowała Aedale.
- Nie. To nie wystarczy, zawsze będziesz podejrzana, a im bardziej podepczesz Zakonowi palce, tym usilniej będą szukali dowodów. Musisz w jasny, bezpośredni i nie pozostawiający miejsca na żadne wątpliwości sposób udowodnić, że myśl o tobie jako apostatce jest zwyczajnie śmieszna.
- Jak konkretnie?
Varrik spojrzał na nią z ciężką ironią.
- Hawke, gdyby naiwność uskrzydlała, tłukłabyś główką o sufit. Myślisz, że już obmyśliłem cały plan z detalami i wyżywieniem?
- Według twoich przyszłych opowieści biegnę już szlakiem ze świeżymi kanapkami w sakwach – odgryzła się bez trudu. – Zrobionymi, oczywiście, przez mego niezastąpionego przyjaciela, stratega i kucharza.
- Nie znoszę gotować – stwierdził Varrik beztrosko. – Sama sobie rób kanapki. Nie zrobię całej roboty za ciebie, Hawke, ale mam coś, co mogłoby cię zainteresować.
- No? – Spojrzała na niego wyczekująco. Krasnolud odłożył szary papier i przewrócił kilka stron od końca notesu.
- Są pewne poszlaki co do tego, kto mógł cię wydać.
- Wydać? – powtórzyła z nagłą pustką w umyśle.
Nie Carver, nie Carver, nie Carver, on obiecał, tylko nie Carver…
- Nie, nie twój święty brat-zakonnik – mruknął Varrik, zauważywszy jej wyraz twarzy. – Ten akurat siedzi cicho, chociaż bez trudu mógłby cię pogrążyć. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze tacy, dla których rodzeństwo ma jeszcze jakieś znaczenie…
Przełknęła bez komentarza sporą dawkę osobistej goryczy, jaka towarzyszyła jego słowom, i zapytała:
- Skąd w ogóle pomysł, że ktoś na mnie doniósł? W mieście są ślady po zaklęciach, zwłaszcza tam, gdzie zapuszczamy się polować na bandytów i przemytników. To chyba logiczne, że potrafią dodać dwa do dwóch i skojarzyć, że apostata był tu w tym samym momencie co ja. Właściwie, jakby o tym pomyśleć uważniej… głupia byłam.
- W straży też są magowie, legalnie i oficjalnie przygotowani do walki. Idź, spytaj naszej drogiej pani kapitan. Nie wspominając już o paru apostatach w Dolnym Mieście. Sama znasz Andersa i Merrill, jak myślisz, ilu ich jest w ogóle?
- Sporo? – zasugerowała. – Ale templariusze ich szukają.
- Nie imiennie, a też nikt z nich nie jest tak znany i znaczący jak ty. Zakon nie działa w taki sposób, Hawke; kiedy może, stara się zostawić w spokoju wszystkie tłustsze tyłki Kirkwall. Nie ryzykowaliby Listą Popiołów, jeśli nie mieliby konkretnego świadectwa…
- Dadzą spokój, jeśli zmusimy tego człowieka do odwołania zeznań?
- Najwyraźniej moje słowa zapadają ci w pamięć tylko w delirium – skomentował z prychnięciem. – Mówiłem, zostawisz rozgrzebaną sprawę i następnym razem, kiedy narazisz się komtur, ktoś sobie przypomni i będzie rył… Musisz to ukrócić. Raz, ostro i stanowczo.
- Zlikwidowanie świadka przysłuży się mojej niewinności? – Uśmiechnęła się groźnie, demonicznie. I niech Stwórca strzeże każdego donosiciela, który ośmieli się wejść w drodze czarodziejce na kacu.
- Sama zdecydujesz. Dam ci na niego namiary.
- Zgoda. Aha, Varrik?
- Co, Hawke?
- Dzięki za wczoraj.
- Nie ma sprawy.
-…-
- Avelino?
Aedale weszła do koszar w twierdzy wicehrabiego, rozglądając się za przyjaciółką. Było już późne popołudnie, słońce chyliło się ku zachodowi – zanim spisała od Varrika konieczne informacje, wpadła do rezydencji, pogoniła robotników, wysłuchała reprymendy matki znużonej jej ciągłą nieobecnością, przebrała się w czyste szaty… minęło pół dnia. W dodatku ból głowy wcale nie zamierzał zniknąć, odzywając się co jakiś czas tępym pulsowaniem.
Koszary były rozkosznie ciche i chłodne. Większość strażników wyszła już na patrole; przez chwilę Aedale pomyślała, że Avelina również pracuje, ale jeden rzut oka na grafik upewnił ją, że dokładnie godzinę temu skończył się ostatni z jej dzisiejszych wypadów. Zajrzała do sypialń, a potem do gabinetu kapitan. Były puste, nie licząc elfiej służącej wycierającej podłogę wokół zagraconego biurka.
Gdzie mogła być uzależniona od pracy, szorstka i praworządna pani kapitan, której prywatne życie ograniczało się do, na zmianę, matkowania Aedale i miażdżenia czaszek jej wrogów?
- Avelino!
Rozejrzała się wokół. Kiedy upewniła się, że nie przechodzi akurat żaden ze szlachciców, a nieliczni pozostali strażnicy zebrali się w garkuchni, wymamrotała pod nosem drobny urok na poprawę słuchu. Jej uszy zalśniły na złoto, ale pośpiesznie zakryła je ciemnymi włosami.
Jej ojciec nauczył ją tego zaklęcia dawno temu, wspominając z rozrzewnieniem szczęsne chwile spędzone na podsłuchiwaniu rodzieństwa. „Ale uważaj, królewno, żeby nie dowiedzieć się przypadkiem czegoś, czego wiedzieć nie chcesz" – dodawał i natychmiast przypominał, że rozmowy rodzicielskie są jedną z tych właśnie rzeczy. „A poza tym i tak znam przeciwzaklęcie."
Rozejrzała się wokół. Gwar dobiegający z garkuchni przybrał na sile, rozróżniała głosy poszczególnych strażników proszących o dokładkę i narzekających na lurowatą zupę. Opowieści z patrolów. Sprośne żarty. Porównywanie stopnia pogięcia pancerzy. Całkowity brak Aveliny.
Elfia służąca w gabinecie po drugiej stronie korytarza zaczęła nucić wysokim, melodyjnym głosem. Aedale z ciekawości przeszła parę kroków w stronę pomieszczenia; dźwięk natychmiast się urwał. Znów się oddaliła – i usłyszała, jak elfka podejmuje melodię.
- … to zależy. Mógłbyś udać się do wicehrabiego i wyjaśnić sytuację, ale z racji twojej rasy nie sądzę, żeby to dało jakiś skutek.
- Łaźnia? – mruknęła Aedale. Przeszła do koszar w głąb budynku, idąc za oddalonym głosem Aveliny, która najwyraźniej tłumaczyła komuś prawo o nieruchomościach. – A więc schadzka, pani kapitan… A dziesięć sposobów na zalegalizowanie prawa własności do posiadłości to pewnie strażniczy rodzaj flirtu?
Stanęła przed drzwiami do mniejszej łaźni, która, jak wiedziała z opowieści Aveliny i plotek Varrika, stanowiła zwykle miejsce konsumowania zróżnicowania płciowego w straży. Co prawda krasnolud ujął to mniej delikatnie…
Zdjęła zaklęcie i zapukała. Monolog strażniczki urwał się jak ucięty nożem. Aedale miała nadzieję, że nie zdążyli się posunąć w zalotach zbyt daleko – potrzebowała teraz Aveliny skupionej, rzeczowej i - w miarę możliwości - nie wściekłej do granic możliwości za przeszkadzanie w intymnej sytuacji.
Swoją drogą, kto to taki? Nie odezwał się jeszcze, więc Aedale nie mogła rozpoznać po głosie; zapewne jakiś strażnik. Ale, o ile jej było wiadomo, Avelina od czasu śmierci swojego męża nie spotykała się z nikim. Tym bardziej dziwnym było, że nie wyznała prawdy o swojej nowej sympatii jedynej przyjaciółce.
Zapukała po raz kolejny.
- Avelino, to ja, Hawke! Potrzebuję cię.
Drzwi uchyliły się, a w szparze pojawiła się twarz strażniczki – piegowata i szczęśliwie niezarumieniona. Kiwnęła głową, ale zamiast, jak oczekiwała Aedale, wyjść do niej na korytarz, wciągnęła magiczkę do środka i zamknęła drzwi.
Hawke rozejrzała się po ciemnym pomieszczeniu; mała łaźnia miała tylko jedno wąskie, wysokie okienko i to od wschodu. Pod oknem stał amant Aveliny, okryty szarym, długim płaszczem, z kapturem zarzuconym na głowę.
Coś nie grało… Byli zdecydowanie zbyt przyzwoicie ubrani. Postać pod oknem zwróciła się w jej stronę i zrzuciła kaptur.
- Fenris?
Aedale, zdezorientowana, popatrzyła najpierw na elfa, a potem na Avelinę – i zabolała ją głowa.
- Czy ktoś mógłby wyjaśnić mi, co się tu dzieje? – rzuciła w przestrzeń.
Strażniczka przewróciła oczyma.
- Paranoja – odparła zwięźle. – Nieczęsto służę za pośrednika nieruchomości, a już na pewno nigdy nie robię tego w łaźni. Ale Fenris nalegał na dyskrecję.
- Wolę nie być widziany w twierdzy wicehrabiego – stwierdził sucho elf, zrzucając płaszcz na drewnianą balię. Szara, zgrzebna tkanina zsunęła się z jego szczupłej sylwetki, ujawniając zwykłą zbroję i niewielką tubę z dokumentami. – Chcę tej posiadłości. Legalnie lub nielegalnie.
- Odważne słowa jak na sekretną schadzkę z kapitan straży – skomentowała Aedale. Fenris bezgłośnie parsknął po swojemu. Chce tej posiadłości… bo powiedziałam mu, żeby został. Poczuła dziwne ciepło, rozlewające się na całe ciało, podobne do magii przepływającej przez tętnice, ale subtelniejsze, łagodniejsze. Naglący ból w piersi, z którego istnienia nie zdawała sobie sprawy, ale który męczył ją od wczorajszego wieczoru – stalowe, szponiaste, zimne, ostre rękawice – rozpłynął się i zniknął.
- Możesz to uważać za nietypową wizytę u doradcy – stwierdziła Avelina, posyłając jej miażdżące spojrzenie za słowo „schadzka". - Fenrisie, póki twój pan żyje…
- Właściciel – wycedził elf.
- Póki twój właściciel żyje, posiadłość jest legalnie jego. Każdy sposób odzyskania jej legalnie musiałby skończyć się twoimi negocjacjami z wicehrabią lub seneszalem. Dopiero kiedy umrze, a po dom nie zgłosi się żaden spadkobierca, możesz go dostać prawem zasiedzenia. Żaden z dokumentów, które przyniosłeś, nie jest w stanie tego zmienić.
- Wygląda na to, że wszystkie znaki na niebie i ziemi chcą mnie skłonić do jak najszybszego zabicia Danariusa – stwierdził Fenris z odcieniem ironii. – A jeśli zechcę zostać tu nielegalnie?
Avelina westchnęła ciężko.
- Wtedy pewna kapitan straży będzie cię przeklinać dniem i nocą, ale postara się tak układać trasy patroli, żeby strażnicy nie kręcili się wokół twojej posiadłości.
- Rozumiem – odparł elf krótko, a jego oczy na moment spoczęły na Aedale, nim pochylił głowę przed strażniczką. – Dziękuję.
- Cały problem po mojej stronie – odparła zmęczonym głosem Avelina. Fenris pochylił się i podniósł płaszcz, okrywając się szczelnie, a potem zrobił krok w kierunku drzwi. Aedale zatrzymała go gestem.
- Zostań. Myślę, że będę potrzebowała waszej pomocy.
- Co się stało, Hawke? Znowu chodzi o przemytników lyrium? – spytała strażniczka, bystro wpatrując się w twarz Aedale. Czarodziejka zawahała się.
- I tak, i nie. Chodzi o to…
A/N:
Rozdział miał być dużo dłuższy i wyjaśniać więcej, ale ostatecznie postanowiłam skrócić go do minimum, żeby móc zająć się późniejszymi fragmentami. Każda część jak do tej pory oscyluje w okolicach czterech-pięciu stron w Wordzie (Times New Roman 12, bez odstępów między akapitami) i tak zapewne zostanie.
Zapraszam do czytania i proszę o komentarze. Dodaje się je bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna.
