Fenris
rozdział piąty
Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.
-…-
- Co się stało, Hawke? Znowu chodzi o przemytników lyrium? – spytała strażniczka, bystro wpatrując się w twarz Aedale. Czarodziejka zawahała się.
- I tak, i nie. Chodzi o to…
-…-
Kapitan templariuszy zdjęła but i rzuciła nim o ścianę.
Gdyby dzień wcześniej ktoś ośmieliłby się jej powiedzieć, że najlepsi ludzie Zakonu – karni, kreatywni, wyszkoleni, wierni, piastujący najwyższe stanowiska – okażą się zwykłymi przekupnymi szujami, a przed oblicze sprawiedliwości przyprowadzi ich dorobkiewicz, plunęłaby w twarz ohydnemu oszczercy. A dziś…
Nie była idiotką – tacy nie wywalczali sobie najwyższych godności krwią i potem. Zdawała sobie sprawę, że najgorsze zagrożenie dla Zakonu stanowi sam Zakon. Nawet bunt magów nie był w stanie równać się niebezpieczeństwu, jakim byli templariusze sami dla siebie; ich siła opierała się na nieskazitelnej czystości myśli i słów. Dlatego rycerze musieli być kontrolowani. Nie można było pozwolić na skazę w śnieżnobiałych szeregach sług Stwórcy, tych, których sama Andrasta wyznaczyła na zbrojne ramię świętej wiary. Mogli zostać pokonani, mogli zostać wybici – ludzkie mięśnie są zawodne, a Stwórca wyznacza swoim dzieciom różne losy. Ale publiczna kompromitacja byłaby wyrokiem śmierci na cały Zakon.
Dlatego podawano im lyrium. Słodki, iskrzący pył metalu, w który skrystalizowała się czysta magia, wzmacniał umiejętności rycerzy i wyczulał ich zmysły. I uzależniał. A ponieważ wszystkie umowy handlowe na wydobycie lyrium były w rękach kościoła, konkluzja była prosta: ten, który chciał żyć, mógł żyć tylko zgodnie z regułą Zakonu.
Oczywiście wiedziała, że istnieje grupa przemytników lyrium, którzy od dawna po cichu łamali monopol, wydobywając cenny surowiec na własną rękę i po olbrzymich kosztach, by potem sprzedać go na czarnym rynku. Póki proceder był całkowicie niezwiązany z Zakonem, traktowała go jako uciążliwą rybkę czepiającą się boku rekina. Owszem, sprawiał nieco trudności, ale był także pożyteczny; dzięki jego stałemu monitorowaniu można było bez trudu namierzać kolejnych magów-apostatów, którzy zaopatrywali się w mikstury. Kapitan była święcie przekonana, że wszystko jest pod kontrolą.
Do momentu, w którym pojawiła się Aedale Hawke.
Ta fereldeńska uchodźczyni, która wyrąbała sobie drogę do Górnego Miasta stalą i słowem, coraz częściej była na ustach możnych. Kapitan słyszała to nazwisko kilka razy, zawsze w kontekście heroicznych czynów, jakie jej przypisywano; oczyszczenie Kościanego Szybu ze smoków, uratowanie syna wicehrabiego, udane negocjacje z qunari… Kiedy więc podczas audiencji u komtur po raz pierwszy ujrzała wschodzącą gwiazdę Kirkwall, była nieco rozczarowana jej skromną, niemal dziewczęcą prezencją.
Hawke natychmiast zrujnowała te pozory, brawurowo przedstawiając niezbite dowody na zepsucie w Zakonie, które sięgnęło przerażających rozmiarów. Oto ci, których ceniła najwyżej, zaufani templariusze odpowiedzialni za dostawy lyrium do Zakonu i Kręgu, zostali przeżarci duchem niezgody i nieposłuszeństwa. Uchodźczyni sprezentowała dokumenty na to, że od ponad roku – roku! – w krasnoludzkich kopalniach mających umowę z Kirkwall wydobywano o połowę więcej lyrium niż to, co trafiało do magazynów. Ogrom spisku był zatrważający: uczestniczyli w nim templariusze na wszystkich szczeblach, krasnoludy nadziemne, sztygarzy strzegący żył lyrium i spore brygady wynajętych przemytników. Pod płaszczykiem stałej, wliczonej w ryzyko niewielkiej dywersji na czarny rynek przemykały olbrzymie ilości magicznego surowca. Było to o tyle wygodne, że templariusze odpowiedzialni za monitorowanie przemytu byli jednocześnie tymi, którzy go napędzali – co wyjaśniało, dlaczego na zakonnych papierach wszystko zgadzało się perfekcyjnie.
I na co to wszystko? Nie dla chęci zysku, nie z osobistych pobudek, nie ze względu na jakieś rozległe skazy charakteru. Nie. Templariusze chcieli być wolni.
Uwolnić rynek wydobycia lyrium, bura suka jego mać! Kapitan trzasnęła drugim butem, tym razem swoje ascetyczne, twarde łóżko. Dać możliwość wyboru uzależnionym rycerzom! Udostępnić im proszek poza Zakonem! I proszę, jak ładnie na tym wyszli! W Dolnym Mieście namnożyło się apostatów, stłuczone filakteria w skarbcach oznajmiały, że magowie uciekają spod opieki Kręgu, skoro dzięki nadmiarowi lyrium na czarnym rynku Kirkwall metal staniał i stał się dostępny dla każdego z odpowiednimi kontaktami. Konsekwencje wydawały się niemal nie do ogarnięcia rozumem. Mogło to spowodować wielki krach na rynkach wydobywczych całego Thedas; mogło przyczynić się do olbrzymiego skoku liczby apostatów, co oznaczało zachwianie równowagi Kręgu, nie, wszystkich Kręgów; a gdyby proceder potrwał jeszcze dłużej, całkowicie zniszczyłby zakonne zapasy lyrium, co oznaczało dla templariuszy utratę zmysłów albo złamanie monopolu. W najlepszym wypadku Zakon w Kirkwall zmieniłby się w twierdzę pełną bełkoczących szaleńców. W najgorszym pełną zdrajców.
Boska w Val Royaux nie mogła się o tym dowiedzieć. Inaczej oddział zakonny w Kirkwall był skończony.
Kapitan potrząsnęła głową, zrzucając kaptur i płaszcz, które wylądowały na gołej kamiennej podłodze. Rozpięła naramienniki, a potem przesunęła dłonią po spojeniach napierśnika, który z cichym chrzęstem rozdzielił się na dwa łatwe do zdjęcia elementy. Komtur podjęła już najważniejsze kroki. Do lochów pod twierdzą – Andraście niech będą dzięki za tę spuściznę łowców niewolników, która już wielokrotnie się przydawała – trafili wszyscy templariusze piastujący jakieś stanowiska przy kontrolowaniu handlu lyrium. Posłaniec niósł ostry w wymowie list do krasnoludzkiej gildii kupców, żądający natychmiastowego wydania handlarzy związanych ze spiskiem. Komtur też osobiście, po raz pierwszy od kilku lat, udała się do ekranowanego skarbca z zakonnymi zapasami lyrium i upewniła się ostatecznie, że nie przeceniała zagrożenia.
Były żałośnie szczupłe. A co, jeżeli planem templariuszy-zdrajców nie było zamordowanie lub przeciągnięcie na swoją stronę wszystkich współbraci? W miarę kurczenia się zapasów lyrium podawano by coraz mniejszą dawkę, aż w końcu zastąpiono by go zwyczajnym sproszkowanym kwarcem… To… byłoby… Kapitan zacisnęła zęby. Całkowita porażka. Uzależniony templariusz odstawiony od źródła lyrium był skazany na utratę zmysłów. Ale stopniowe, powolne zmniejszanie dawki… prowadziło do uwolnienia.
Trzeba było coś zrobić. Co prawda jeśli główny sprawca zaburzenia, czyli zdradziecka część Zakonu, zostanie natychmiast unieszkodliwiona, to po odcięciu głowy cały ten zbrodniczy organizm upadnie, a rynek się unormuje. Nie zmieniało to jednak faktu, że zapasy lyrium były niewystarczające dla Kręgu w Kirkwall, a komtur wzdragała się przed zmniejszeniem dawki przypadającej na jednego templariusza.
Aedale Hawke częściowo rozwiązała ten problem, przekazując Zakonowi przechwycony ładunek lyrium, który miał trafić na czarny rynek. Gdyby nie to, jego brak stałby się o wiele bardziej palący. Mimo to…
Hawke! Rozluźniony napierśnik spadł z brzękiem na podłogę, kiedy kapitan wyprostowała się na swoją pełną wysokość. Nie było możliwe, żeby ta kobieta nie było w to zamieszana. Ona była kluczem. Kapitan znała jej historię, wiedziała, że wraz z drużyną krasnoludów udała się na Głębokie Ścieżki i spędziła tam wiele czasu… z pewnością docierając aż do podziemnych kopalni, gdzie mogła negocjować ze sztygarami!
Zaś w momencie, w którym ilość lyrium w magazynach stała się krytyczna, postanowiła poddać się Zakonowi – w sposób, który dla kogoś mniej bystrego od kapitan mógł wydawać się całkowicie bez skazy. Wschodząca spadkobierczyni Amellów bohatersko uratowała templariuszy, Zakon i rynek. Obnażając w ten sposób jego wewnętrzną słabość. Gorszego ciosu być nie mogło.
Miała brata w Zakonie, młody Carver Hawke służył w jej oddziale, przechodził szkolenie i przyjął swoją pierwszą dawkę lyrium nie tak dawno temu – nie było dla nikogo tajemnicą, że wbrew woli matki i siostry. Może ujawnienie zepsucia w samym sercu Zakonu miało powstrzymać go przed przysięgą?
Nie. Musiało chodzić o coś jeszcze. Musiało…
Transporty były niepełne. Lyrium nie trafiło w całości do magazynków zakonu, komtur rozmawiała z nią o tym – zaraz po tym, jak przestała kląć jak szewc, przypominając wszystkim, że najwyższy zwierzchnik Zakonu w Kirkwall pochodzi z biedoty. Hawke, Hawke, Hawke… Amellowie… jej matka uciekła z domu rodzinnego, aby wyjść za apostatę. Skażona magią krew. Celowe upokorzenie i rozbicie Zakonu. Zniknięcie lyrium. Dodatkowy bonus w postaci brata.
Hawke jest magiem.
Potężnym, genialnym i nieludzko sprytnym apostatą, który w iście szatański sposób osłabił Zakon, osiągając z tego wszelkie korzyści, łącznie z reputacją stróża wiary.
Kapitan zadrżały ręce. Musi o tym powiedzieć Radzie… nie. Musi o tym powiedzieć komtur.
Podniosła but.
-…-
- …a przynajmniej tak to wygląda według Varrika – zakończyła Aedale, przysiadłszy na balii. Fenris zmrużył oczy z lekką drwiną.
- Zwłaszcza ten ostatni fragment?
- No, może i dodałam trochę od siebie – przyznała czarodziejka bez najmniejszej skruchy, a Avelina wzniosła oczy do nieba. – Ważne jest, że Zakon na mnie poluje i to zupełnie nie z tego powodu, co trzeba.
- Ponieważ gdyby polował z odpowiedniego powodu, dobrowolnie oddałabyś się w ich ręce – stwierdził Fenris poważnie. Aedale wyszczerzyła się.
- Nie wykluczam takiej możliwości. Ale to ja ustalam, który powód jest odpowiedni.
- A który jest?
- Hmmm… - Aedale udała, że się zastanawia. – Gdyby wyśledzili, że mam w piwniczce pod posiadłością roczny zapas paprykowej czekolady, w uznaniu dla ich intelektu osobiście poszłabym do komtur i wyznała wszystkie swoje grzechy.
- Paprykowa czekolada? – Fenris uniósł kącik ust. – Kolejna rzecz, o której o sobie nie wiemy? Całkiem smaczna.
- Coś takiego w ogóle istnieje? – zapytała z niedowierzaniem Aedale. Oczy elfa zabłysły.
- Jest całkiem popularna w Tevinter. Magistrowie jedzą ją w zastępie lyrium, żeby wzmocnić swoją moc, a niewolnicy, żeby się utuczyć na ofiarę.
- Serio?
- Nie.
- ZAŻARTOWAŁEŚ! – krzyknęła triumfalnie Aedale, wskazując na elfa palcem. – Naprawdę zażartowałeś, Fenris! Muszę o tym powiedzieć Varrikowi! Zapiszemy to! Ogłosimy ten dzień świętem narodowym!
Elf parsknął po swojemu i odwrócił głowę. Aedale była pewna, że zrobił to, żeby ukryć uśmiech. Pogratulowała sobie w myślach, nie mogąc nie powstrzymać od obserwowania linii ścięgien jego szyi, kiedy chował twarz w zagłębieniu ramienia. Białe włosy opadały na odsłonięty kark, jaskrawo odcinając się od ciemnej, szorstkiej jak popiół skóry.
Avelina odchrząknęła znacząco.
- Hawke…
- Tak. Więc. – Wróciła do rzeczywistości. – Według źródeł Varrika ta kapitan jest najbardziej prawdopodobnym donosicielem. Nazywa się Caegra i jest ekstremalnie lojalna wobec komtur, żyje w twierdzy od czasu zdobycia przez nią tego stanowiska. Inni kapitanowie wymieniają się ciągle, ona jest najstarsza stażem. Udowodnienie mi apostazji ma być według niej skandalem, który usprawiedliwi spisek templariuszy. Bo ich opętałam, bo plugawiec, w jakiego się zmieniłam, działał genialnie i bez ujawniania się, żerując na ich najgłębszych instynktach…
- Czy templariusze traktują tak każdego, który wydobędzie ich z kłopotów? – spytał sucho Fenris. Aedale wzruszyła ramionami.
- Nie mam z nimi raczej bliskich kontaktów, ale Carver zachowywał się podobnie, kiedy wytykałam mu dziury w koszuli.
- Chcą po prostu usunąć świadka schizmy w Zakonie – uznała Avelina. – To bardzo polityczna zagrywka. Templariusz może być słaby, ale ma być wierny. W straży działa ta sama zasada.
- Ale w straży nie uzależniacie ludzi od magicznego dopalacza, każdy może odejść, kiedy tylko zechce. Gdybym wiedziała o tym spisku, może faktycznie bym im pomogła.
- Udowodnienie apostazji będzie równoznaczne z udziałem w tej intrydze, prawda? – Avelina zaczęła chodzić po łaźni, jej okute stalą buty stukały po podłodze. – I to za intrygę chcą cię… unieszkodliwić?
- Tak. Varrik powiedział, żebym im udowodniła, że sama myśl o mnie jako apostacie jest śmieszna.
- Jedynym sposobem ostatecznego stwierdzenia, czy ktoś ma zdolności magiczne, czy nie – odezwał się Fenris – jest wpuszczenie maga do umysłu, żeby zbadał łączność z Pustką. Co w twoim przypadku równałoby się schwytaniu.
- Czyli nie mogę im udowodnić, że nie jestem magiem?
- Nie. Bo jesteś.
- Wiem, że jestem. – Aedale przewróciła oczyma. – Oni mają myśleć, że nie jestem.
- Nie o to tu chodzi, Hawke – przerwała im Avelina. – Jeśli udowodnisz, że to oskarżenie jest wyssane z palca, fakt twoich zdolności czy ich braku nie będzie miał znaczenia.
Twarz Aedale rozjaśniła się w nagłym zrozumieniu.
- Czyli… ośmieszyć kapitan Caegrę w oczach komtur?
- Dokładnie. A teraz… - Avelina zatrzymała się przy drzwiach i przez kilka sekund uważnie nasłuchiwała. – Nie ma nikogo. Wynoście się stąd, zanim ja zostanę ośmieszona przez schadzki z elfim uciekinierem i szlachcianką.
- Naraz.
- Zamknij się, Hawke.
A/N:
Akcja się rozwiiijaaaaa. Na potrzeby fanfika założyłam, że wszyscy kapitanowie templariuszy (czyli w Kirkwall na przykład Cullen) w danej placówce Zakonu razem z komturem tworzą Radę Zakonną, która decyduje o najważniejszych kwestiach.
Zapraszam do czytania i proszę o komentarze. Dodaje się je bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna.
