Fenris
rozdział szósty
Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.
-…-…-…-…-
- Wynoście się stąd, zanim ja zostanę ośmieszona przez schadzki z elfim uciekinierem i szlachcianką.
-…-…-…-…-
Koszary były puste i ciche.
Zza rogu wychynęła czarna grzywka i zmrużone, błękitne oczy. Zerknęły w prawo. Potem w lewo. Potem przed siebie.
- Czysto! Idziemy! – zakomenderowała Aedale. Przemknęli się przez korytarz na palcach, po czym schowali za kolumną. Ramiona czarodziejki podejrzanie zadrgały, ale Fenris najwyraźniej nie zwrócił na to uwagi, po czubek nosa zakryty szarym płaszczem. Aedale przyłożyła dłoń do czoła i wychynęła konspiracyjnie najpierw z jednej, potem z drugiej strony kolumny.
- Wróg na horyzoncie! Musimy zachować ostrożność!
Wróg, czyli trzech znudzonych szlachciców czekających na audiencję u wicehrabiego, kopał w ścianę. Strażnik strojący przy drzwiach obserwował grupkę błękitnokrwistych ze zmrużonymi oczyma.
Najmłodszy i z jakiegoś powodu najbardziej łysiejący z towarzystwa znowu ulżył sobie kopniakiem w bogatą, rzeźbioną boazerię.
- Ser, proszę natychmiast przestać kopać ścianę!
Szlachcic nadął się niczym indor, a szata na jego brzuchu napięła się niepokojąco. Aedale pociągnęła rękaw Fenrisa i przegalopowali za kolejną kolumnę.
- Kim jesteś, żeby tak się do mnie odzywać? – spytał młodzieniaszek butnie, kładąc dłonie po obu stronach pokaźnego brzuszyska.
- Strażnikiem, który zaraz wyprowadzi cię z twierdzy, jeśli jeszcze raz kopniesz tę cholerną ścianę.
- Ach, doprawdy? Czy ty wiesz, kim jest mój ojciec?
Położyła palec na wargach. Powoli, starając się zachować całkowitą dyskrecję, przesuwali się wzdłuż kolumnady i przeskakiwali za kolejną podporę w momencie, w którym słyszeli kolejne odsłony konfliktu tragicznego między szlachetnie urodzonymi a pięścią prawa.
- … I żebyś mi się tu więcej nie pokazywał!
Zatrzymali się przed ostatnią kolumną. Nie było możliwości, żeby przemknąć się wyjściem bez zwracania uwagi strzegących wrót strażników.
Aedale wymieniła spojrzenia z kapturem i wyciągnęła kostur. Cisnęła w drzwi Uderzeniem Umysłu. Strażnicy po obu stronach zakołysali się, przez kilka sekund zupełnie nieświadomi; wystarczyło, aby wyskoczyli z twierdzy niczym ścigane króliki.
Wypadli na dzielnicę Górnego Miasta niemal bez tchu; Fenris zrzucił kaptur i obejrzał się niespokojnie za siebie.
- To było bezmyślne, Hawke.
Magiczka spojrzała na jego ponurą, zaniepokojoną minę i zakrztusiła się śmiechem.
Elf pozwolił jej się wychichotać do woli z najlżejszym cieniem uśmiechu. Założył ręce na piersiach, zapominając, jak to dziwacznie wygląda w płaszczu, a kiedy Aedale wreszcie ucichła, zmierzył ją spojrzeniem.
- Mam powody, żeby się ukrywać – powiedział poważnie, co wywołało kolejny atak śmiechu. Przewrócił oczyma. – Hawke!
- C-co, panie szpieg? – wykrztusiła Aedale, zakrywając sobie usta.
- Myślisz, że rzucanie zaklęć na strażników w momencie, w którym Zakon prowadzi śledztwo w sprawie twojej apostazji, jest mądre? Śmiało, idź do Katowni i wyczaruj Burzę na komtur. Z pewnością będzie zachwycona.
Aedale spoważniała.
- Cóż, może nie było to szczególnie dojrzałe… - przyznała niechętnie – ale Uderzenie Umysłu nie zostawia śladów, a obiekty są nieświadome. Na tym to polega.
Fenris uniósł brew.
- Niemniej było to użycie magii w pełnej strażników twierdzy wicehrabiego.
- Tak, tak! – Aedale parsknęła, zirytowana kierunkiem, w jaki zmierzała ta rozmowa. – Zrozumiałam. Żadnych zaklęć u wicehrabiego.
- Czasami zachowujesz się… nieodpowiedzialnie – powiedział Fenris po chwili, unikając jej wzroku i kładąc wyraźny nacisk na ostatnie słowo.
- Co masz na myśli? – Aedale znieruchomiała.
Oczywiście, wiele brakowało jej do wyważonej i bezwzględnej Aveliny, która nie uznawała rozrywek prócz okazjonalnego wypadu na piwo – co najczęściej kończyło się licznymi aresztowaniami pod zarzutem Pijaństwa, Kieszonkowstwa lub Nieodpowiedniego Zachowywania Się. Aedale, chociaż wielokrotnie karcona przez swoją praworządną przyjaciółkę, wierzyła w humor jako tarczę przed ciemnymi sztuczkami życia, jako okazjonalne odskocznie od świata pełnego machlojek, sieci politycznych, przestępczych i rodowych układów, w którym nieustannie ścierały się siły prawości i nieprawości, kwitł przemyt, handel żywym towarem, ciągle toczyły się wojny.
Otworzyła usta, aby wygłosić miażdżącą mowę obronną, ale nagle nabrała podejrzenia, że Fenris nie o tym myślał.
Varrik, jeśli odważyłeś się…
- Jeśli planowałaś upić się do nieprzytomności, mogłem wyciągnąć coś innego niż wino. Zdaje się, że niektórzy goście Danariusa gustowali w orzammarskim bimbrze.
Już nie żyjesz, krasnoludzie. Jesteś chodzącym trupem. GINIESZ!
- Czy byłoby to wielkim nietaktem, gdybym spytał, dlaczego to zrobiłaś?
- Tak. – Aedale zacisnęła zęby.
- Zaryzykuję. – Najwyraźniej przyszła jego kolej na rozrywkę cudzym kosztem. Wydawał się całkiem nieźle bawić, obserwując pociemniałe z irytacji oczy czarodziejki.
Niedoczekanie!
- Z wielu powodów – odparła spokojnie. – Jak na przykład odejście mojego brata, który od pół roku nie chce wybaczyć mi odsunięcia od wyprawy. – Cień ulgi w jego oczach? – Śmierć mojej siostry. Zmęczenie matki. Oraz fakt, że od dłuższego czasu nie mogę się napić, żeby nie spowodować lawiny plotek, skandalików i dociekań.
Czyżby Fenris miał poczucie winy, że to ich wczorajszy wieczór popchnął ją do podobnie desperackich kroków? Cóż… miał rację. Ale mimo wszystko to, co powiedziała, było prawdą. I nie musiał wiedzieć o tym nic nieznaczącym, drobnym powodzie – sama nie wiedziała, dlaczego widok jego ponownie nałożonych rękawic tak ją zabolał.
Nie była przecież słabą, egzaltowaną panienką, która poszukiwała emocji w najbardziej niewinnych gestach. Psiamać, była weteranką Czerwonej Stali, której przywódcę własnoręcznie zabiła miesiąc po wystąpieniu z ich szeregów – w samoobronie, ale zawsze. Przeszła ciężką katorgę jako uchodźczyni, budując sobie opinię twardej, niezłomnej kobiety, która zaczęła od zera, a skończyła jako ziemianka w Górnym Mieście. I nigdy nie zdarzyło jej się podobne załamanie, nigdy, nawet po śmierci Bethany – aż do teraz.
Czyżby życie szlacheckie sprawiało, że się rozklejała?
- Przykro mi – powiedział Fenris niemal miękko. – Nie wiedziałem, że jest to dla ciebie takim ciężarem.
- Bo nie jest – stwierdziła sucho. – Na ogół…
- …żyjesz normalnie, starając się poradzić przede wszystkim problemom teraźniejszości, które wyrastają przed tobą – wpadł jej w słowo elf. – Nie myślisz o tym, bo wydaje ci się to bez znaczenia, a wtedy, kiedy zaczyna boleć, jesteś wystarczająco silna, żeby dać sobie radę sama.
Popatrzyła na niego bez słowa, a potem skinęła głową.
- Varrik już zdążył ułożyć opowieść o moich pijackich rozterkach? Na Stwórcę, jest coraz szybszy.
- Nie Varrik. – Potrząsnął głową. – Izabela.
Izabela! Ach tak. Była w nieporównywalnie bliższych kontaktach z Fenrisem niż ktokolwiek inny z drużyny – w swojej bezpośredniości lekceważyła sobie całkowicie aurę zimnego dystansu, jaką zazwyczaj generował. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu wydawało się, że mu to odpowiada.
Ale… Lepiej lub gorzej pamiętała wszystko, co mówiła do Varrika, natomiast we wspomnieniach z picia z Izabelą było wiele białych plam. Na pewno rozmawiały o facetach... można było przypisać jej wiele cech, ale na pewno nie tępoty. Aedale poczuła zimny dreszcz. A co, jeśli domyśliła się treści długich westchnień znad kufla i postanowiła podzielić się tą wiedzą z ich obiektem?
- Przyszła do mojej posiadłości późno w nocy, pijana w sztok – kontynuował Fenris z błyskiem w oku. – Poskarżyła się, że krasnolud zabrał jej kompana do picia i zaoferowała mi przejęcie tego stanowiska. Nie byłem zainteresowany, więc zajęła moje łóżko i do rana układała sprośne ballady o miłości tego krasnoluda do czarodziejki.
- Co… nie! – Aedale zaczerwieniła się intensywnie. – Ja i Varrik nigdy… Na tyłek Andrasty! Izabela!
- Domyśliłem się. Między wierszami wyczytałem, co się naprawdę stało. – Spojrzał na nią z najdelikatniejszym odcieniem uśmiechu. – Cieszę się, że cię zgarnął, Izabela nie jest dobrym kompanem do picia na umór. Zawsze jest odrobinę zbyt trzeźwa.
- Tak, bo to nie pierwszy raz, kiedy pijana ląduje w twoim łóżku – odgryzła się z nutą drwiny.
Uniósł brew.
- Nie spałem z nią, jeśli to masz na myśli. Nie tęsknię za wstydliwymi chorobami.
Aedale parsknęła cicho, rozważając wczorajszą noc.
- Wygląda na to, że dwóch z naszej drużyny zupełnie niezależnie od siebie postanowiło odegrać wobec mnie wolę ojca. Wspaniale!
- Nie odgrywam roli ojca – odrzekł sucho Fenris. – Informuję cię tylko, że jeśli postanowisz upić się po raz kolejny, możesz to zrobić w lepszym towarzystwie i z pewnością o wiele lepszym trunkiem.
Nie mogła powstrzymać złośliwego uśmiechu.
- U Andersa, na przykład?
- Nie nazwałbym go lepszym towarzystwem – mruknął Fenris, ale nie podjął prowokacji. Aedale pogratulowała sobie w duchu. Właśnie otrzymała praktycznie dosłowne zaproszenie do jego posiadłości za każdym razem, kiedy będzie ją coś gnębić. Elf musiał zdawać sobie z tego sprawę, kiedy je formułował. Pod szorstką powłoką słów unosił się miękki, przyjazny przekaz: przyjdź do mnie, kiedy będziesz potrzebować pomocy.
Zastanowiła się, czy ma to jakiś związek z jego wczorajszym wybuchem – strzaskaną butelką, szczątkami kielicha, szkarłatnym winem rozlanym na podłodze…
Szary płaszcz sprawiał, że jego skóra wydawała się jaśniejsza, siwe włosy rozsypały się na kapturze w nieładzie. Światło dnia wydobyło z jego twarzy każde załamanie, każdą krzywiznę, pogłębiło cienie na zapadniętych policzkach, jednocześnie rozświetlając oczy.
Ocknęła się.
- Varrik dał mi listę osób, którym nadepnęła na odcisk kapitan Caegra. Ich świadectwa pomogą nam skonstruować sytuację, w której dojdzie do kompromitacji. Pomyślałam, że najlepiej by było, gdybyśmy udowodnili jej współudział w spisku, wtedy oskarżenie rzucone na mnie wyglądałoby na przemyślną próbę zrzucenia odpowiedzialności.
Kiwnął głową.
- Kim są ci ludzie?
- Większość to półświatek. I komtur, i kapitan są sierotami z Dolnego Miasta, które wstąpiły na służbę do Zakonu. Chciałabym, żebyś pomógł mi ich odwiedzić, to nie są miłe nazwiska…
- … tylko takie, które się wypowiada z mieczem w ręku. Rozumiem. – Fenris sięgnął na plecy po długą, ciężką klingę, musnął dłonią rękojeść. – A inni?
Promiennie błękitne oczy Aedale zabłysły, a na twarz wypełzł groźny uśmieszek.
- Templariusze zamieszani w spisek. Muszę się z nimi skontaktować.
- Według twojej opowieści są w lochach Katowni.
- Właśnie.
A/N:
Ponieważ w mechanice zaklęć Dragon Age bardzo brakuje mi znanych z D&D czarów umysłu i szkoły Zauroczeń, pozwoliłam sobie zmodyfikować działanie obszarowego Uderzenia Umysłu (przerywającego akcje wrogów, przy dobrych rzutach powalającego ich na ziemię) o elementy krótkotrwałego Zamętu (brak kontroli nad postacią, niemożność korzystania z umiejętności i czarów). Z tym, że ten Zamęt jest obszarowy i trwa najwyżej minutę.
Zapraszam do czytania i proszę o komentarze. Dodaje się je bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna.
