Fenris
rozdział siódmy
Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.
-…-…-…-…-
- Templariusze zamieszani w spisek. Muszę się z nimi skontaktować.
- Według twojej opowieści są w lochach Katowni.
- Właśnie.
-…-…-…-…-
- A… a… a…
- Anders – usłużnie podsunął podpowiedź mag.
- Aaapsik! – kichnęła Aedale dramatycznie. Wyprostowała się i obrzuciła go piorunującym spojrzeniem. - Naprawdę powinieneś tu posprzątać.
Ciemna, zakurzona klinika nie zmieniła się przez ostatnie pół roku ani odrobinę, prócz faktu, że szorstkie drewniane stoły zrobiły się nieznacznie chudsze. Anders może i miał talent do uzdrawiania, ale z pewnością nie obchodziło go, czy razem z krwią i wymiocinami magia usuwa z blatu warstewkę drewna. Sam spał na podobnej pryczy. Aedale, wspierana przez Varrika („Na tyłek bryłkowca, Blondasku! Złożyłeś śluby podłych warunków materialnych czy po prostu masz jakieś ukryte skłonności?"), usiłowała przekonać go do przeniesienia się w bardziej komfortowe miejsce, ale najwyraźniej Anders prędzej kopnąłby kotka, niż zostawił swoich pacjentów z samego dna biedoty. Jedyne, co mogli zrobić, to wyraźne uświadomienie wszelkim gangom i bandytom, że osobnik napadający na ten szpital będzie miał krótką i bolesną przyszłość.
Fenris rozejrzał się po przestronnym, mrocznym pomieszczeniu ze znudzeniem. Aedale wiedziała, że nie znosił Andersa, chociaż powody tej niechęci pozostały dla niej nieodgadnione; było w tym coś więcej niż po prostu chłodne uprzedzenie do maga-apostaty, jakie demonstrował wobec Merrill i niej samej – przynajmniej na początku. Działali na siebie jak dwie żrące trucizny od Tomwise'a wciśnięte do jednej fiolki i tylko świadomość wspólnych celów chroniła to wszystko przed spektakularnym wybuchem.
Zastanawiała się, na jak długo.
- Hawke, pomógłbym ci, nawet gdyby nie chodziło o ciebie. Ta kapitan templariuszy jest solą w oku wszystkich magów-rebeliantów, wszędzie węszy magię krwi i demony…
- Nazywamy to instynktem samozachowawczym – mruknął Fenris zza pleców Aedale. Zwalczyła ochotę na poczęstowanie go kuksańcem. Po pierwsze, Anders najwyraźniej nie usłyszał. Po drugie, i tak obiłaby sobie łokieć o napierśnik.
Mag przewiesił sobie kostur przez plecy i przesunął dłonią po naramienniku, strosząc pióra.
- Dobrze sterczą? – Zauważył jej spojrzenie. – Przecież nie wyjdę z domu z oklapłą zbroją.
Aedale z poważną miną wyciągnęła rękę i, wsuwając palce w miękkie pióra, nastroszyła drugie pierzaste ramię.
- Przyznaj się, ile gęsi oskubałeś na tę szatę?
- Och. – Wyglądał niemal na obrażonego. – To były orły, Hawke! Feniksy! Olbrzymie jastrzębie! Nic tak prozaicznego i prostego do obdarcia z piórek jak gąski.
- Zdecydowanie za dużo czasu spędzasz z Varrikiem.
- Ten to potrafi konfabulować, nie sądzisz? Na przykład wtedy, kiedy spytałem, jak to możliwe, że bandy Mrokowiska od dłuższego czasu omijają moją klinikę… - Anders spojrzał na nią spod oka. Aedale przybrała pokerową twarz.
- Może przekwalifikowali się na doki? Albo zaciągnęli do straży?
- Hawke, przyznałabyś się. Mógłbym ci oddać te pieniądze.
- Nie mam najbledszego cienia pojęcia, o czym mówisz – oświadczyła Aedale z kamienną twarzą.
Prześlizgując się przez plątaninę schodów i platform Mrokowiska, napotkała przez ułamek sekundy wzrok Fenrisa. Elf patrzył na nią ze zmrużonymi oczyma, a potem odwrócił się w stronę Andersa – z wypisaną na twarzy taką niechęcią i niesmakiem, że aż się wzdrygnęła.
- Nasz pierwszy cel to najemnicy, z którymi współpracowali uwięzieni templariusze – ogłosiła. – Musimy dotrzeć do nich jak najszybciej, zanim zrobi to Zakon.
Obaj towarzysze pokiwali głowami.
- Są tu, pod Mrokowiskiem, ale nie wiem dokładnie, gdzie… Będziemy musieli trochę poszukać.
- Stwórco, znowu podziemia? – jęknął Anders boleśnie. – Nie znoszę jaskiń. Pióra mi się sklejają od tej wilgoci w powietrzu…
- Mogę podmuchać – zaoferowała się uczynnie Aedale, wyciągając własny kostur. – Jedna mała Trąba Powietrzna…
Cisnął w jej włosy iskrą elektryczną.
- Ani się waż!
- Ty… ty… - zabulgotała Aedale wściekle. Ciemne, grzecznie przyklepane włosy z pieczołowicie wyznaczonym przedziałkiem uniosły się wokół głowy w kształcie malowniczej, puchatej chmury. – Moje włosy!
Anders rzucił na nią okiem i zwiał za róg. W ostatniej chwili – błękitny magiczny impuls poleciał wściekle, roztrzaskując drewniane poręcze. Aedale złapała się za głowę, próbując opanować nastroszony chaos.
- Andeeeeers!
- Haaaaawke! – Mag schował się za skrzynkę, unikając świetlistej błyskawicy, która z hukiem uderzyła w ścianę. – Bardzo ci do twarzy w tej fryzurze. – Przeskoczył ponad schodami. – Naprawdę!
Aedale zazgrzytała zębami i rzuciła się w pościg, powiewając napuszoną chmurą włosów. Jak śmiał! Jej fryzura! Mag drałował przez kładki i pomosty nad jej głową, dusząc się ze śmiechu. Ha! Niedoczekanie! Skupiła się; deska, na której stał Anders, zadrżała.
- Hawke, nie… - zaczął w tym samym momencie, w którym uświadomiła sobie, że stoi dokładnie pod nim.
Huknęło, trzasnęło i następną rzeczą, jaką zauważyła, był dwustufuntowy mag przygniatający ją do przegniłych desek Mrokowiska. Bolało.
A jej włosy nadal były chmurą.
- Ha-a-awke – wykrztusił Anders i wybuchnął dzikim śmiechem.
- Zaraz cię zabiję – wyrzęziła Aedale, próbując wyswobodzić ręce spod jego ciężaru. – Cholera, moje żebra! Lecz to!
- Ooooczywiście… Ekhm… - Przesunął dłońmi po twarzy, usiłując się uspokoić, ale obłąkańczy uśmieszek nie zniknął z jego ust. Wyciągnął dłonie nad jej mostkiem; palce zalśniły błękitnym blaskiem i ból ulotnił się z klatki piersiowej, pozostawiając jedynie uczucie niewyraźnego swędzenia.
Anders spojrzał na nią i przetoczył się na plecy, rechocząc dziko. Poderwała się z desek i przypadła do niego, okładając go pięściami w bojowym szale.
- Nigdy! Więcej! Nie! Tykaj! Moich! Włosów!
- A ty moich piór – wykrztusił mag, usiłując jednocześnie chichotać jak oszalały i bronić się przed atakami. W końcu Aedale opadła z sił, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła się śmiać, śmiać, śmiać, aż rozbolał ją brzuch.
Fenris stał cicho w cieniu, wpatrując się w nich bez mrugnięcia okiem.
Patrzył na rozpromienioną, zaczerwienioną od śmiechu twarz Aedale, ginącą w gąszczu czarnych, puchatych włosów. Obserwował, jak Anders podnosi dłonie i wsuwa je w miękką chmurę, bezskutecznie usiłując zdjąć urok. Słuchał, jak magiczka obrzuca go gradem przekleństw, przerwanych w końcu czystym, dziecięcym śmiechem – który zwłaszcza tu, w Mrokowisku, brzmiał tak dziwnie i obco. Patrzył, jak swobodnie opierają się o siebie, jak Anders w końcu naciąga na jej głowę kaptur zaklinacza; jak koniuszki jego palców muskają jej policzki, jak oboje śmieją się znowu, kiedy kaptur zsuwa się z włosów i zaczepia o kostur. Coś rosło w jego spojrzeniu, chłodło, potężniało, krystalizowało się, aż w końcu zwrócił na Andersa oczy pełne czystej, lodowatej nienawiści.
Podnieśli się wreszcie – usta Fenrisa drgnęły, kiedy zobaczył, jak naturalnie Anders podał rękę Aedale, pomagając jej wstać, z jaką beztroską ją przyjęła – i podeszli do niego. Aedale uśmiechnęła się nieco obłąkańczo spod czarnej, puchatej chmury włosów. Fenris odwzajemnił spojrzenie z obcą, zimną, obojętną twarzą, aż uśmiech zamarzł jej na ustach niczym motyl ścięty nagłym mrozem.
Odchrząknęła.
- No… więc. Chodźmy do tych jaskiń.
-…-…-…-…-
- Nic nie wiem – warknął przemytnik. – I nieważne, ile czasu będziecie mnie przyciskać do tej cholernej ściany, nie dowiem się niczego więcej!
Aedale gwizdnęła.
- Elokwencja! Widać, że współpracowałeś z templariuszami…
Nie byli zbyt okrutni. Większość najemników kuliła się na ziemi w różnych stadiach nieprzytomności i obezwładnienia, rozciągnięci bezwładnie na zimnych skałach jaskiń pod miastem. Smolne pochodnie wciśnięte w uchwyty bardziej kopciły, niż dawały światło; Anders kontrolował pulsującą białym, mlecznym blaskiem sferę, która w nierzeczywisty sposób rozjaśniała ciemny korytarz.
- Powiedz mi, jaka była wasza rola w tym spisku – powiedziała spokojnie Aedale. – I kim byli ludzie, którzy was opłacili.
Ogorzała, pocięta bliznami twarz przemytnika wykrzywiła się nieprzyjemnie.
- Leasis. – Wypluł z siebie to imię, jakby było to ciężkie przekleństwo rzucone na głowę Aedale. – Nikt, kogo byś nie znała, Hawke… - Fenris wzmocnił nieco uścisk na jego gardle; najemnik zabulgotał głucho.
- Leasis – powtórzyła Aedale z namysłem. – Ta elfka, którą zabiliśmy podczas ostatniej akcji? To ona była mózgiem całej operacji?
Popatrzyła pytająco na jeńca; po paru sekundach ciszy żachnęła się, zirytowana.
- Fenris, pozwól mu mówić.
Żelazne szpony drgnęły i rozluźniły się nieznacznie. Więzień zachłysnął się głośno, odetchnął głęboko.
- Tak – wykrztusił. – Dajcie mi spokój. Nic nie wiem, na Otchłań!
- Leasis – mruknęła Aedale do siebie. – Chybiony strzał. Nie żyje, nie przyda się do niczego. A skoro o tym mowa…
Sztylet utkwił w karku przemytnika niemal niezauważenie. Szybka, litościwa, bezbolesna śmierć. Fenris puścił bezwładne ciało; osunęło się na ziemię z głuchym odgłosem.
- Bez sensu. – Aedale odwróciła się i zaczęła iść w stronę wyjścia z jaskiń, machnięciem ręki przywołując przed siebie pulsar Andersa. Jej towarzysze podążyli za nią. – Wszystkie tropy prowadzą do tej elfki, ale akurat ona jest już trupem. Szkoda, mogła być przydatna.
- Przed czy po tym, jak próbowała poderżnąć ci gardło? – mruknął Fenris nisko. Anders spiorunował go wzrokiem. Elf nie pozostał dłużny i posłał mu spojrzenie ciężkie od pogardy.
Aedale nie zwróciła uwagi na tę niewerbalną walkę, miarowymi krokami odmierzając kolejne tory myśli.
Leasis… Haerian Alethari, Juneor Simlithan, Ulmari Catadrione… Wymieniła w myśli imiona z listy Varrika, wypróbowując ich brzmienie. Elfickie. Zdecydowanie elfickie. Czyżby hak na kapitan miał coś wspólnego z…
- Fenris? – Odwróciła się do niego, a elf spojrzał na nią bez wyrazu. – Czy w obcowisku działa mafia?
Kącik jego ust uniósł się w cieniu sugestii uśmiechu. To fascynujące, pomyślała, że w tak drobnym geście potrafi zawrzeć tak mało emocji, a tak wiele cynizmu.
- Wszędzie działa mafia, Hawke. Dlaczego obcowisko miałoby być wyjątkiem, bo rośnie tam wielkie drzewo?
Machnęła niecierpliwie ręką.
- Po prostu mnie tam zaprowadź.
- Mam wrażenie, że ominąłem ważny fragment – odezwał się Anders, kiedy dotarli do drewnianej klapy znaczącej wyjście z jaskiń do Mrokowiska. – Dlaczego akurat elfie getto?
- Dostałam od Varrika elfie nazwiska. Ta Leasis. Wśród tych przemytników też było kilku elfów. – Aedale przeczesała palcami sterczącą czuprynę, która zaczynała powoli opadać i tracić objętość. Kątem oka zauważyła uśmieszek Andersa. – To się jakoś łączy. Jeszcze nie wymyśliłam, jak, ale będzie przydatne w tej intrydze, którą mam zamiar wysmażyć.
Silnym pchnięciem otworzyła klapę i wspięła się po drabince na plątaninę desek, kładek i schodów tworzących Mrokowisko.
- Do obcowiska więc? – spytał Fenris z okolicy jej stóp. Potrząsnęła głową.
- Wyjdziemy wieczorem. Varrik mówił, że łatwiej ich wtedy spotkać na miejscu… A poza tym muszę umyć włosy.
Kiedy Anders zostawił ich przy klinice, przyrzekłszy czekać na wieczorny wypad, powlekli się do Górnego Miasta w spokojnym milczeniu. Aedale skorzystała ze sposobności, żeby zapatrzeć się w jego twarz – i ze zdumieniem odkryła niewielką zmarszczkę między brwiami, której jeszcze nigdy nie widziała.
W końcu ich oczy się spotkały. Przez jedną krótką chwilę powietrze stało się gęste i słodko-gorzkie jak porzeczkowy syrop – a potem odwrócił głowę z twarzą bez wyrazu.
A/N:
Akcja się klaruje. Na wszystkich poziomach. Od teraz rozdziały będą dodawane nieregularnie, zależnie od weny i zainteresowania – liczonego przede wszystkim w komentarzach.
Zapraszam do czytania i proszę o komentarze. Dodaje się je bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna.
