Fenris

rozdział ósmy

Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.

-…-…-…-…-

- Do obcowiska więc? – spytał Fenris z okolicy jej stóp. Potrząsnęła głową.

- Wyjdziemy wieczorem.

-…-…-…-…-

Ciche wieczorne cienie krążyły po ulicach, przykute do stóp zmierzających do domów szlachciców. Czasem bruk przeciął ciemny kształt, długa plama będąca cieniem ptaka, motyla; owady i gołębie były jedynymi znakami, że poza ciężkimi murami miasta wiosna powoli przekształcała się w lato. Słońce już zaszło, rozzłocone światłem zachodu kamienice powoli szarzały, odblaski w szybach zgasły, sprawiając wrażenie, że domy pozamykały oczy. Dzień w Kirkwall odchodził w miękkiej poświacie gasnących kolorów, ustępując miejsca czerni i srebru nocy. Tu, w Górnym Mieście, wydawało się, że cały świat zasypia, dystyngowanie owinięty w koce z rodowymi herbami.

Widziała zachód nad Kirkwall tysiące razy od pierwszego dnia, kiedy, niemal dwa lata temu, zeskoczyła ze statku i wzniosła do Stwórcy krótki hymn pochwalny za kawałek stałego lądu. Za każdym razem niebo wydawało się inne, choć bywały podobieństwa; przyzwyczajała się ostatnio do zupełnie nowego widoku, jakim było oglądanie zachodzącego słońca z perspektywy Górnego Miasta, ze świadomością, że to tu od dziś należy.

Fenris czekał na nią w holu swojej ponurej rezydencji, już gotów. Bez słowa wyszli na pustoszejące ulice; resztki purpurowego światła, jakie rozświetlały miasto, odbiły się od jego wypolerowanej zbroi.

- Hawke? – Wypowiedział jej nazwisko bez emocji, jedynie delikatnie akcentując pytanie.

Spojrzała na niego z zastanowieniem, jak gdyby wbrew woli rejestrując dziwny odcień, jakiego nabierały jego oczy w czerwonawym półmroku zachodu. Znaki lyrium były bledsze niż kiedykolwiek, jak gdyby wyciszył się i uspokoił tak głęboko, że żadna emocja nie rozświetlała białych linii.

- Uważasz, że to rozsądne?

Zamrugała zdziwiona.

- Co, ratowanie sobie tyłka przed templariuszami?

- Nie ująłbym tego w taki sposób. – Patrzył przed siebie, jak gdyby celowo unikając jej wzroku, jego ramiona poruszały się w stabilnym, równomiernym rytmie marszu. Dotarli do schodów głównego placu i zeszli w dół, na pustoszejący targ.

- Nie wiem, czy chcę wiedzieć, co masz na myśli – odparła Aedale sucho po długiej chwili milczenia. Ona także odwróciła wzrok, wpatrując się w bruk.

- Jesteś magiem, Hawke. Nigdy nie myślałaś, że twoje miejsce jest w Kręgu?

Drgnęła. Właśnie tego nie chciałam usłyszeć.

- Nie dam się zamknąć – powiedziała bezbarwnym głosem. – Mój ojciec i siostra byli apostatami jak ja. Całe życie poświęciliśmy ukrywaniu się przed templariuszami.

- I patrz, gdzie cię to zawiodło.

Popatrzyła na niego ostro.

- Do rezydencji w Górnym Mieście i powszechnego poważania?

Zatrzymał się i powoli uniósł głowę, napotykając jej twarde spojrzenie. Stanęli twarzą w twarz; Aedale poczuła, jak jej ciało nieświadomie spina się i szykuje do walki.

- Nie – odparł zimno. – Całe życie uciekasz przed swoją naturą i nigdy nie będziesz bezpieczna. Będą cię tropić, a w końcu znajdą.

- Mówisz o mnie czy o sobie? – rzuciła drwiąco, bez namysłu. Zadam ci ból. Taki, jaki właśnie zadajesz mnie. Ty…

Fenris zamarł. Linie lyrium błysnęły błękitnie i Aedale natychmiast pożałowała swoich okrutnych słów; stal szczęknęła, kiedy zacisnął dłonie w pięści.

- Myślę, że o nas obojgu – powiedział głosem wypranym z wszelkich uczuć.

Przeklęła w myślach swój niewyparzony język.

- Fenris, ja…

- Masz rację – przerwał jej. – Z tą różnicą, że ja mogę pokonać swoich prześladowców. A ty mogłabyś zabić wszystkich templariuszy na Thedas, ale i tak najgorsze czyha na ciebie wewnątrz.

Demony. Zacisnęła usta. Oczywiście, że znał ten największy strach wszystkich magów, powód, dla którego sny były niespokojne i pełne krwi, i walki o własny umysł; strach i konfrontacja, ciągłe starcie, próby woli… Wiedział, gdzie uderzyć.

- Jestem wystarczająco silna, żeby sobie z nimi poradzić – wycedziła.

Tym razem nadeszła jego kolej, żeby odwrócić wzrok.

- Teraz tak, ale jak długo jeszcze, Hawke?

- Całe życie – odparła po prostu.

Zamilkł, wpatrując się w nią wzrokiem, w którym nareszcie zaczynały przebłyskiwać emocje: irytacja, niechęć, strach?, coś głębszego, czego nie potrafiła odczytać; co znikło też zaraz. Przymknęła oczy. On wierzył, że magia jest skazą na równi z lyrium, które płonęło pod jego skórą, przerażającą trucizną, przekleństwem… Jak miała z nim współpracować, skoro odrzucał, uznawał za obrzydliwą samą istotę jej jestestwa?

I czy o to chodziło? Czy jej nie ufał? Czy, patrząc na nią, zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie opierać się demonom, zanim te przejmą jej ciało?

- Wolałbyś, żebym poddała się templariuszom?

Zawahał się. Zmarszczka, którą zauważyła za dnia, pojawiła się znowu między jego brwiami; zastanawiała się, o czym myśli. Był jej winien dług krwi i wolności, nie zdradziłby jej Zakonowi. Ale…

- Moja wola – powiedział starannie, neutralnym tonem – nie ma tu żadnego znaczenia.

Poczuła niewytłumaczalny, irracjonalny ból w piersiach, jakby jego słowa były spadającymi kamieniami miażdżącymi jej wnętrzności. A więc chciał, żeby wstąpiła do Kręgu? Dać się zamknąć w wyspie na wieży, podporządkować templariuszom, pozwolić, aby przejęli kontrolę nad każdym aspektem jej życia, wyrzec się rodziny i pochodzenia…

Nie.

Spojrzał na nią i przez ułamek sekundy, zanim powróciła do swojego zwykłego, obojętnego wyrazu, jego twarz wyrażała poczucie winy.

- A co, jeśli staniesz się plugawcem?

- Wtedy mnie zabijesz. – Łatwiej było to powiedzieć, kiedy wiedziała już, co dokładnie o niej myśli. – Jak najszybciej, zanim zdążę narobić szkód. – Dziwnie było stać z nim na ciemniejącym placu i uzgadniać szczegóły własnej śmierci.

Jego usta wykrzywiły się w cynicznym, przerażającym grymasie, który nie miał nic wspólnego z prawdziwym uśmiechem.

- Sądzisz, że będzie to takie łatwe?

Aedale poczuła się nagle bardzo, bardzo zmęczona. Tak zmęczona, że chciała po prostu wrócić do rezydencji i jak przykładna szlachcianka zakopać się w kocach, zasnąć i nie śnić. Na myśl, że będzie musiała dziś jeszcze przekonać do swoich racji starszyznę elfiego podziemia, rodowe łoże z kolumienkami wykazywało porażającą wręcz siłę przyciągania.

- Dasz radę, wierzę w ciebie – mruknęła. – Obiecuję, że postaram się nie zachlapać ci zbroi posoką.

- Hawke – warknął nisko Fenris. W jego głosie zadźwięczała irytacja. – Jestem w stanie przeżyć to życie bez zabijania ciebie.

Uśmiechnęła się nieco gorzko.

- No tak, gdybym poddała się templariuszom, oni by cię wyręczyli.

Obserwowała, jak jego twarz pochmurnieje, jak oczy nabierają znowu tej niepokojącej, ognistej intensywności. O czym myśli? Nagle parsknął bezgłośnie; odgarnął włosy z czoła.

- Nie zakładam od razu, że zostaniesz opętana.

Uniosła brew.

- Ale?

- Ale jedynym wyszkolonym magiem, z którym masz do czynienia, jest plugawiec – stwierdził głosem pełnym obrzydzenia. – Nie będziesz miała znikąd pomocy. Magowie Kręgu są uczeni, jak to kontrolować, a ty nie masz nikogo.

- Mam Ander…

- Głupi, słaby uciekinier, który był na tyle naiwny, żeby dobrowolnie dać się opętać przez ducha Pustki – warknął Fenris, gwałtownie przerywając jej słowa. – Krąg jest o wiele lepszą alternatywą niż taki los.

Aedale parsknęła głośno.

- Anders jest wolnym magiem. Robi wiele dobrego, a Justynian go wspomaga w dążeniach do sprawiedliwości. Ich połączenie nie jest naturalne, ale…

Nie dokończyła zdania, chwytając jego lodowate, pełne nienawiści spojrzenie.

- Wolałbym zginąć niż dać się opętać – wycedził niskim, zimnym głosem. – Ty też powinnaś.

Zamrugała.

I zrozumiała.

Boi się. Boi się, że stanę się kimś takim jak Anders. Boi się, że pozwolę duchowi wniknąć w moje ciało, że powtórzę ten błąd; że stracę kontrolę, a obok nie będzie nikogo, kto mógłby mi pomóc i wesprzeć w pokonywaniu demonów wewnątrz umysłu; boi się, że będzie zmuszony mnie zabić, boi się magii, widzi ją jako skażenie zatruwające świat i nienawidzi myśli, że we mnie, tej, która uratowała mu życie, też zasiano to skażenie…

Fenris nie odwrócił wzroku. Wewnątrz jego oczu coś zmiękło, roztopiło się; lodowatą determinację zastąpił płomień, ten sam, jaki pamiętała z ich wspólnego wieczoru. Światło zachodu zanikło niezauważone, otoczył ich półmrok, gęstniejący z każdą chwilą. Widziała, jak jego źrenice rozszerzają się po elficku, połykając niemal popielatą zieleń tęczówek; wielkie, czarne, płonące oczy.

- Magia nie jest przekleństwem – powiedziała miękko po długiej, długiej ciszy. Uniósł kącik ust w ironicznym uśmieszku.

- A mroczne pomioty wyszły z Głębokich Ścieżek, bo Stwórca zapomniał zamontować im słońca pod ziemią.

Żachnęła się.

- Na każdego jednego pomiota jestem w stanie pokazać ci trzy dobre dzieła magii. To umiejętność, zdolność tak samo jak używanie miecza, można ją wykorzystać dobrze albo źle.

- Mój miecz nie przyzywa demonów – powiedział Fenris twardo. – Nie zwróci się przeciwko mnie i nie rozniesie wszystkiego wokół w momencie nieuwagi. Każde jedno nieszczęście w twoim życiu spowodowane jest przez to przekleństwo, jakie nad tobą ciąży. Bezustannie będziesz walczyć przeciwko demonom, będziesz uciekać i kryć się przed templariuszami. Ta sama magia stworzyła i spaczyła pomioty, które zniszczyły twój dom. Nigdy nie będziesz normalnym, wolnym człowiekiem, skażenie będzie w tobie do końca.

- To irracjonalne. Równie dobrze mógłbyś powiedzieć, że to wszystko się stało, bo świeci słońce. – Aedale zamrugała. W duchu była przerażona ogromem jego nienawiści, zimnym, twardym tonem, jakim wyrzucał z siebie słowa brzmiące jak wyrok. – Nie możesz uciec od słońca.

- Słońca nie – zgodził się Fenris. – Ale magia nie sięga wszędzie. Może być opanowana.

Czy naprawdę była dla niego czymś aż tak obrzydliwym, nienaturalnym? Jego uprzedzenia sięgały głębiej, niż myślała. To nie było zwyczajne przerażenie i niechęć do oddania władzy w ręce magów, nie był to strach przed magią krwi i plugawcami, nie był nawet, tak często demonstrowany, brak wiary w to, że większość obdarzonych mocą mogłoby ją opanować bez kontroli templariuszy. To była czysta, niczym nieskrępowana nienawiść do samej istoty magii – do jej źródeł.

Prorokini Andrasta nakazała magii służyć człowiekowi, nie nad nim panować – dlatego powstały Kręgi. Ale nawet Prorokini uznała ją za manifest istnienia Stwórcy, siłę, jaką dał Swoim dzieciom…

- Nie każda magia jest zła – powiedziała zdecydowanie. Poruszyła dłonią, czerpiąc z iskrzącej mocy przelewającej się przez tętnice; nad jej palcami pojawiła się drobna, lśniąca kulka światła. Rosła, pęczniała, pulsowała coraz jaśniejszym blaskiem na komendę jej poruszających się delikatnie palców. W końcu uniosła się obok nich, miękko rozświetlając ulicę.

Fenris potrząsnął głową; białe włosy opadły mu na oczy, odgarnął je.

- Wbrew temu, co mogłabyś pomyśleć, nie jestem ograniczonym durniem – powiedział sucho. – Wiem, że bywa pożyteczna. Nie zabiłem tego maleficari tylko dlatego, że leczy ludzi. Ale zaufanie magii w taki sposób, jaki ty to robisz, jest świadectwem głupoty. Ta moc cię zdradzi.

Sięgnęła po pulsar i ścisnęła go w dłoni, która rozbłysła od wewnątrz czerwonawym blaskiem krwi.

- Nie.

Fenris spojrzał na nią, wyraźnie ledwo powstrzymując się od nieprzyjemnej odpowiedzi. Przesunął wzrok na świecącą szkarłatem dłoń i zamarł na ułamek sekundy.

Instynktownie wyciągnęła rękę ku niemu, podając pulsar. Odskoczył gwałtownie.

- Lepiej… chodźmy już, Hawke – mruknął i zszedł po schodach prowadzących do Dolnego Miasta.

Coś ważnego wyślizgnęło jej się spomiędzy palców.

Aedale opuściła dłoń z niezrozumiałym poczuciem zawodu.

A/N:

Wena pozwoliła, a więc wklejam kolejny rozdział już następnego dnia. Bardzo proszę o komentarze, jest to dla mnie znakiem, że ktokolwiek czyta ten tekst i jest zainteresowany aktualizacjami (to bardzo stymulujące, hmpf).

Tamara: Anders na początku jest całkiem pozytywnym gościem, szczęśliwym i beztroskim. Uwielbiam jego bantery z Varrikiem! Dopiero drugi akt go popsuł. =D a ponieważ jesteśmy jeszcze w pierwszym…

Komentarze dodaje się bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna.