Fenris
rozdział dziewiąty
Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.
Język elficki użyty w tym rozdziale jest oryginalnym elven z uniwersum Dragon Age. Wszystkich zainteresowanych odsyłam na stronę angielskiej wikii DA, a dla tych, którzy chcieliby rozumieć, co czytają, umieszczam przypisy na dole strony.
-…-…-…-…-
- Lepiej… chodźmy już, Hawke.
-…-…-…-…-
Dolne Miasto wydawało się złożone z takich miejsc: wysokie, skalne mury wyrzeźbione z litej skały przez ofiarę tysięcy tevinterskich niewolników, brudne, zakurzone ściany, drzwi z butwiejącego drewna, a po każdym deszczu - błoto połykające buty do kostek, wypuszczające stopę niechętnie, z nieprzyjemnym płaskim mlaśnięciem. Paradoksalnie noc mogła tylko poprawić wizerunek tej części miasta; litościwy mrok okrywał nędzę i brzydotę czarną zasłoną, która ciemniała i gęstniała w miarę przesuwania się w głębsze dzielnice. Natura zrzucała kotarę na chory wykwit cywilizacji, zmieniając go w niewyraźny kontur olbrzymich skalnych bloków, i tylko zduszone krzyki, szepty i złowróżbne trzaski przypominały o toczącym się tu nocnym życiu. Trójka towarzyszy przesuwała się ostrożnie wzdłuż ulic. Fenris wysunął się na przód, ciężka klinga w jego dłoniach kołysała się lekko, oczy błyszczały w ciemności niczym wilcze ślepia. Dwoje apostatów podążało za nim. Aedale złożyła dłonie na płasko, czując mrowienie magii w koniuszkach palców; w mroku Dolnego Miasta, nasłuchując odgłosów szumiącego rynsztokami zła, wydawało się, że czas się cofnął i nadal trwa jej pierwszy rok w Kirkwall, nadal jest najmitką Czerwonej Stali. Tak łatwo było zapomnieć, że istnieje Górne Miasto i czerwone herby Amellów na drzwiach rezydencji. W ciemności świat kurczył się do najbliższej ciemnej uliczki, cichego stęknięcia i mdłego, wszechogarniającego zapachu krwi.
Obcowisko leżało w głębi, za kilkoma rzędami schodów wyciosanych topornie z litej skały. Jego centrum stanowił szeroki plac, otoczony niskimi, skleconymi byle jak domami, które opierały się o litą skałę niczym bezwładny bluszcz. Na środku placu rosło wielkie, stare drzewo, rozciągające swoje sękate gałęzie wysoko ponad strzechy domów; jedyne, co odróżniało elfie getto od jakiejkolwiek innej brudnej dzielnicy Dolnego Miasta. Gałęzie wydawały się boleśnie wykrzywione, jak gdyby drzewo cierpiało w okowach skały równie mocno, jak cierpiały elfy pod rządami ludzi. Pomimo że noc była duszna i bezwietrzna, w górze powietrze poruszało się lekko, powodując cichy, nieustanny szelest tysięcy liści.
- Fenris? – zapytała Aedale szeptem na granicy słuchu. Nie odwrócił się, ale kiwnął głową bez słowa. Z racji swojego elfiego pochodzenia widział w ciemności lepiej niż oni; do niego należało zwykle sprawdzenie, czy droga jest czysta, zanim wyjdą na otwarty teren.
Przeszli przez plac i zatrzymali się przy niskich, ciemnych drzwiach.
- Tutaj – wymruczał Fenris nisko i pchnął drewniane deski. Uchyliły się do wewnątrz, ukazując puste pomieszczenie. W zatęchłym powietrzu unosił się słodkawy, mdły zapach krwi, pomieszany z ostrym odorem potu.
Anders wyciągnął dłoń; z koniuszków palców wytrysnęło pięć pojedynczych strug miękkiego, nieoślepiającego światła. Chata była pusta – nie licząc pajęczyn i paru szczurów, które z chrobotem i piskiem uciekły do nory.
Złożył palce, formując świetlne smugi w znajomy pulsar. Kula uniosła się nad ich głowy.
- Chybiony strzał – powiedział szeptem. – Pusto. Hawke, jesteś pewna…?
- Jest – przerwał mu Fenris nisko, klękając w miejscu, w którym zniknęły szczury. – Tutaj. – Odrzucił skłębione szmaty, które okrywały krawędzie klapy w podłodze. Wbił szpony w szczelinę między skałą a ucharakteryzowanym na kamień, twardym drewnem; wieko drgnęło i powoli uchyliło się, przesuwając się na zawiasach zaskakująco gładko.
Ostrożnie pochylił się, zaglądając do wnętrza.
- Znowu jaskinie – mruknął Anders, brzmiąc na nieszczęśliwego.
- Nie Mrokowisko? – spytała Aedale z zastanowieniem. Tunel był nieregularny, wąski i długi, prowadzący prosto w dół. Kilka kolejnych promieni pozwoliło ustalić, że wewnątrz rozpoczyna się solidna drewniana drabina.
- Nie. – Mag pokręcił głową. – Widzisz? To jest tunel ucieczki dawnych tevinterskich niewolników, całe Dolne Miasto jest nimi naćkane jak sernik rodzynkami. Musieli go ciosać latami. Założę się, że prowadzi prosto do jaskiń.
- Co dobrego można powiedzieć o mieście, które stoi na pracy niewolniczej? – wymruczał Fenris do siebie. Aedale rzuciła mu zaniepokojone spojrzenie. Przez sekundę wpatrywali się w siebie – a potem cofnęła się o krok. Nie teraz. Skup się, Hawke. Skup się.
- Idziemy! – zakomenderowała twardo. – Haerian Alethari musi być gdzieś tam, gdzie prowadzi ten tunel. Fenris, ty pierwszy.
Zeszli długim pionowym szybem, aż w końcu drabina skończyła się i zeskoczyli na lepkie błoto sztolni. Pulsar rozproszył się na trzy mniejsze kule światła, które, posłane ręką Andersa, powędrowały nad głowę każdego z nich. Tunel był wyraźnie węższy od innych; zaledwie po kilkunastu metrach wypadał do szerokiej jaskini, która musiała powstać dużo wcześniej. Z wysokiego klifu na dół prowadziła drewniana konstrukcja przypominająca prowizoryczne schody; Aedale trąciła je kosturem, upewniając się, że nie są przegniłe, zanim ostrożnie zeszli na niższy poziom.
Kolejny korytarz wiódł dalej w dół. Fenris zajrzał do środka – po czym gestem nakazał zgasić pulsary. Zapadła absolutna, milcząca i pełna napięcia ciemność.
- Elvhen! Ma elvhen dar?(1)
Nie mogła powstrzymać gwałtownego ruchu. Anders zacisnął palce na jej ramieniu; czuła, jak płynie z nich pokrzepiająca, ożywcza magiczna energia. Mały, uzdrowicielski prezent przed możliwą walką. Skinęła głową w ciemności. Skryci przed wzrokiem postaci w korytarzu, nasłuchiwali w napięciu.
- Tak – odparł Fenris w stronę mroku, miękkim, łagodnym tonem. – Elf-uciekinier z przeklętego Imperium, wyzbyty dziedzictwa.
Usłyszeli zbliżające się lekkie kroki, a potem kolejne słowa:
- Elvhen? Melana'numin halam, melana sahlin, melana 'nehn ensal ir sa lethalin! (2) A…
Jęk, cichy niczym westchnienie, rozpłynął się w gęstej ciemności i znikł. Zabrzmiało miękkie plaśnięcie – takie właśnie, jakie mogło wywołać elfie ciało upadające twarzą w błoto sztolni.
- To było zbyt proste – mruknął drwiącym tonem Fenris.
Aedale wymacała na oślep brzeg otworu, chwyciła się go i przeszła do wnętrza korytarza. Ciche kroki za nią oznajmiły, że to samo zrobił Anders.
- Możecie już zapalić te kule.
Delikatne światło odbiło się od skalnych ścian, obrysowując kontury korytarza. Fenris wycierał klingę o plecy zabitego elfa.
- Powinniśmy iść dalej i przygotować się do walki. Na pewno jest ich tutaj więcej…
- Czekaj – przerwał mu Anders, podchodząc bliżej. – Czemu go zabiłeś?
W blasku pulsara twarz Fenrisa wyrażała bezdenną pogardę. Skończył czyścić klingę, wstał i odwrócił się do nich plecami.
- Hawke, wytłumacz temu idiocie. Wydajesz się mieć do niego więcej cierpliwości niż ja…
- Z chęcią – odparła Aedale zwodniczo miękkim głosem – ale najpierw musisz mi powiedzieć, co konkretnie mam mu wytłumaczyć, do cholery. Czemu zabiłeś tego elfa?
Fenris spojrzał na nią – a potem bez słowa pochylił się znowu, bezceremonialnie chwycił ciało za włosy i uniósł je z błota.
- Spójrz na jego twarz.
Aedale podeszła bliżej. Starła z martwej twarzy krew i cuchnący muł. Ich oczom ukazały się czerwone, grube linie tatuaży pokrywających czoło, brodę i policzki.
- Co w tym takiego niezwykłego? – Anders pochylił się, wpatrując się we wzory zmrużonymi oczyma. – Mnóstwo miejskich elfów nosi tatuaże.
- To są dalijskie wzory. Vallaslin. – Miękkie elfie słowo zabrzmiało dziwnie obco w ustach Fenrisa. – Ale to nie jest Dalijczyk, oni używają…
- … świętego tuszu, pamiętam – przerwała Aedale niecierpliwie. – Który nie jest czerwony. I co w związku z tym?
Długi, stalowy szpon dotknął prawego policzka martwego elfa.
- Nen, zemsta. A tu – Fenris przesunął palec w lewo – revas, wolność. To jest elfi rebeliant, Hawke.
- Stwórco… - Anders przetarł oczy. – To wrodzone? Wpadanie w sam środek największych możliwych kłopotów?
- Nie, nie, czekaj. – Aedale wyprostowała się; to samo zrobił Fenris, a ciało zabitego elfa po raz kolejny upadło twarzą w błoto. – Może uda się to wykorzystać. Elfia rebelia… to… - Zamyśliła się.
Gdyby udało się w jakiś sposób powiązać oba te fakty: rozłam w oddziale zakonnym i bunt elfów, połączyć to z postacią kapitan Caegry… tak, aby rzeczywiście uwierzono, że to ona odpowiedzialna jest za całe to zamieszanie…
- Masz naprawdę podły umysł, Hawke – powiedział Fenris po chwili, z najlżejszym uśmiechem. Wykrzywiła usta.
- Nawet nie wiesz, o czym myślę. Czy to komplement?
- Masz to wypisane na twarzy – odparł , z premedytacją ignorując pytanie. Anders podszedł bliżej do leżącego ciała; wpatrzył się w nie z zastanowieniem, a potem odwrócił elfa na plecy.
- Podła zbroja. Naprawdę podła zbroja. Wątpię, żeby tacy stanowili niebezpieczeńst… Hawke!
Rzuciła się na ziemię bez namysłu. Strzała gwizdnęła nad jej głową i uderzyła o skałę z nieprzyjemnym, metalicznym zgrzytem.
Zacisnęła obie dłonie w pięści. Czerwony ogień wybuchł na końcu korytarza, rozległy się krzyki płonących elfów. Fenris był już przy nich, jednym cięciem roztrzaskał długi łuk; błękitny płomień uderzył w kolejne szczupłe ciało, powalając je na ziemię. Anders cisnął jeszcze jeden ognisty pocisk i pociągnął za rękę Aedale, pomagając jej wstać.
- Sheeeem! (3)
- Kurwa!
- Ar tu na'din! (4)
Aedale znowu upadła na ziemię, pociągając ze sobą Andersa. Długie strzały poszybowały z drugiej strony. Zostali wzięci w dwa ognie.
- Anders, Burza!
Kula światła znikła, kiedy mag skupił się i uniósł ręce, przywołując błyskawice. Aedale została w syczącej elektrycznością ciemności. Złożyła palce; sięgnięcie mocą w gorące, płomienne piekło było niemal zbyt łatwe, zacisnęła powieki, ciepło, w głębi jej ciała obudziły się rozżarzone węże, ogarniając serce parzącymi splotami, magia zawsze była tym: bólem i napięciem, i sięganiem, głębiej, głębiej; płomienny wąż rozpełzł się żyłami, tocząc oszałamiające gorąco do dłoni, niosąc z obu stron czystą magię. Kiedy dotarł do koniuszków palców, wyczuła to: upajające poczucie wszechmocy.
Potężne kolumny ognia uderzyły w elfy za jej plecami, parząc i ogłuszając. Łucznik, nie zważając na płonący napierśnik, zaciągnął cięciwę, strzała zabrzęczała, Aedale widziała idealnie wyraźnie, jak przecina powietrze i pędzi w jej kierunku – ale nie mogła przerwać zaklęcia w tak krytycznym momencie, nie, kiedy jej umysł był jedyną kotwicą, punktem równowagi dla czystej mocy przelewającej się w rzeczywiste wymiary…
Ból. Nie. Nie mogła się rozproszyć. Żyły płonęły ogniem, ramię – przeklęta Otchłań – bolało, czuła, jak grot rozszarpuje miękkie ciało, skręcić się w paroksyzmie bólu – nie – ognista burza szalała, powaliła łucznika na ziemię, przycisnęła go w błoto, płonął. Kątem oka zauważyła, jak druga strona korytarza jaśnieje od błyskawic. W oczach Andersa błysnął czysty błękit Pustki i nagle poczuła oszałamiającą moc bijącą od jego ciała; pierwotna siła, podtrzymująca zaklęcie Burzy, podczas gdy on odwrócił się i cisnął magicznym impulsem w dwóch elfich skrytobójców wybiegających przez drzwi. Jeden zachwiał się, upadł; pocisk trafił w głowę, wypalając oczy. Drugi odskoczył z jękiem. Cisnął sztyletem w Andersa, ten cofnął się gwałtownie; ostrze musnęło skroń. Aedale zamknęła oczy i uderzenie ognia powaliło elfa na ziemię. Anders dobił go błyskawicą.
Zakończyła zaklęcie – czuła, że jeszcze sekunda i jej serce upraży się w piersiach w uścisku ognistych splotów. Płomienne węże odpełzły z dłoni, cofając się głęboko wewnątrz ciała; odetchnęła głęboko i chwyciła za drzewce strzały tkwiącej w jej ramieniu. Wyrwała ją z cichym okrzykiem bólu. Rzuciła zakrwawione witkę na ziemię i, ignorując pulsujący ból, podbiegła do drugiego krańca korytarza – gdzie Fenris zwijał się w zabójczych piruetach, otoczony przez trójkę elfich wojowników. Ciął, raniąc w pierś; elf wydał z siebie niski, wściekły krzyk bólu i frustracji i natarł na niego jak szaleniec.
Lód. Zimny szron ziębiący skórę. Wydawał się błogosławieństwem; wyciągnęła dłoń i cisnęła w rannego wojownika skondensowaną, zabójczą aurą mrozu.
Zlodowaciał, znieruchomiał. Fenris natychmiast wykorzystał sytuację, jednym zdecydowanym sztychem przebijając serce. Uchylił się od ciosu krótkim ostrzem; sparował; odskoczył, cofnął się w stronę Aedale. Ta natychmiast rozpoznała sygnał. Lodowate zimno rozpełzło się po jej ciele, wytrysnęło z dłoni szerokim wachlarzem. Dwójka pozostałych ranionych elfów zamarła wpół skoku.
Przyskoczył, dobił jednego; Anders w tym samym momencie skończył z ostatnimi wrogami z drugiej strony korytarza i posłał w stronę kolejnego magiczny pocisk. Magia i miecz dosięgły zlodowaciałego ciała jednocześnie; elf roztrzaskał się niczym krucha gliniana figurka. Trysnęła krew.
Aedale zapaliła pulsar i rozejrzała się po korytarzu. W błocie leżały już tylko ciała.
- Anders… - Przycisnęła zabłoconą dłoń do szerokiej, krwawiącej rany w ramieniu. – Mógłbyś…?
Mag zbliżył się do niej kilkoma dużymi krokami. Poczuła, jak delikatna uzdrowicielska magia, tak niepodobna do gwałtownego ognia bądź lodu, oplata jej obojczyk, ramię i łokieć uspokajającym kokonem. Rana przestała krwawić, skóra naciągnęła się z powrotem tak, że brzegi rozszarpane przez grot znów się dotknęły. Czerwona linia zabłysła bielą – i skóra znów była gładka, nietknięta.
Anders starł krew z jej przedramienia.
- Żyjesz, Hawke?
- Żyję – odparła krótko. Fenris podszedł do nich; nieco szybszy oddech był jedynym znakiem, że właśnie zabił kilkoro elfów. Krew z miecz zdążył już otrzeć o miękką, skórzaną zbroję łucznika, na klindze został tylko rozmazany, brązowy ślad.
- Każdy z nich ma czerwone vallaslin na twarzy – stwierdził beznamiętnie. – Symbole zemsty, krwi i wolności. Wmieszałaś się w elfią rebelię, Hawke.
- Wszystko z tobą w porządku?
Kiwnął głową.
Elfi buntownicy nie mieli przy sobie nic prócz marnej zbroi i jeszcze marniejszej broni, w większości nadpalonej. Jedynie łucznik, który ją zranił, miał na sobie prześlicznie grawerowany, drewniany amulet; pogładziła go palcem, ale okazał się bezwartościowy magicznie. Zostawiła talizman na zwłokach, niewyraźnie czując, że to właśnie powinna zrobić.
Bez słowa przeszli do końca korytarza z pulsarem płynącym nad ich głowami.
Anders rzucił Aurę Regeneracji; ciepłe fale pokrzepiającej energii otuliły ją, oczyściły ciało z niszczycielskiej siły żywiołów. Fenris wyprostował ramiona z pewną ulgą.
Kolejny długi szyb był pusty i prowadził w głąb.
- Pułapka – wyszeptała Aedale, kiedy skręcili w lewo i znaleźli się w niskiej skalnej jaskini. Pchnęła drewniane drzwi, odskoczyła. Szare wnyki wybuchły ogniem i odłamkami żelaza.
Przeszli do następnego wąskiego przesmyku – i nagle coś usłyszeli. Głosy, dochodzące z kamiennej sali pod nimi. Zdenerwowane, elfie głosy.
- Ar'din nuvenin na'din, hahren Haerian, ir… (5)
- Zamknij się, w swoim zacietrzewieniu nie jesteś lepszy od shemów! Można by pomyśleć, że…
- Hahren…
- Dlaczego po prostu nie uciekniecie do Dalijczyków? Shemlen was zamordują, głupie dzieci!
Głos, który do tej pory mówił śpiewnym elfickim, nagle przeszedł na wspólną.
- Tak, jeśli zdradzisz! Dlatego nie pozwolimy…
- Idioci, nie rozumiecie…
- Przepraszam, hahren, ale…
Wymienili krótkie spojrzenia i wbiegli w środek wybuchającej bitwy.
-…-…-…-…-
(1) Elf! Jesteś elfem?
(2) Elfie? Czas łez się skończył, czas nadszedł, czas będzie znów radością z dawnych wieków!
(3) Człowiek (pogardliwie, slang elfów miejskich)
(4) Zabiję cię!
(5) Nie chcę cię zabić, starszy Haerianie, ale…
A/N:
No, i mamy czystą akcję! To opowiadanie nareszcie zaczęło zasługiwać na tag 'adventure'. Rozdział jest, według MS Worda, najdłuższy z dotychczasowych.
Cassiopeia: tak, ogólnie lubię cRPGi. Dość dobrze orientuję się w mechanice DnD, stąd te małe szwindle z zaklęciami z DA :) ostatnio grałam w naszego polskiego Wiedźmina.
Pamiętajcie o zostawieniu śladów swojego przybycia! Komentarze dodaje się bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna.
