Fenris

rozdział dziesiąty

Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.

Język elficki użyty w tym rozdziale jest oryginalnym elven z uniwersum Dragon Age. Wszystkich zainteresowanych odsyłam na stronę angielskiej wikii DA, a dla tych, którzy chcieliby rozumieć, co czytają, umieszczam przypisy na dole strony.

-…-…-…-…-

Wymienili krótkie spojrzenia i wbiegli w środek wybuchającej bitwy.

-…-…-…-…-

Jaskinia była niewielka, ale przerażająco wysoko sklepiona, z okrągłymi ścianami; sprawiała wrażenie głębokiej studni, której wylot zasłoniono skalnym wiekiem. Światło pochodni nie dosięgało stropu, rzucając jedynie krwawą poświatę na drewniane podpory i rozgniewane elfie twarze.

- Reeeevas! (1) – wrzasnął najwyższy ze zgromadzenia, długowłosy elf, jego policzki pokrywał krwawy tatuaż. – Halam sahlin! (2)

Starzec cofnął się pod ścianę, na jego wykrzywionej wściekłością twarzą mignął strach. Młody elf rzucił sztyletem w jego stronę; odskoczył, stal brzęknęła i upadła w lepkie błoto. Wyciągnął krótki miecz zza pasa, zasłonił się zdumiewająco zręcznym gestem, ale było już za późno; młody wykręcił mu rękę, stał już przed nim, zamierzając się do ciosu w chudą pierś.

- Abelas, hahren Haerian (3)…

- Dziecko, nie… - wykrztusił starzec. Dłoń napastnika zadrżała.

A potem elf zachwiał się, jęknął i upadł bezwładnie na swoją ofiarę.

Fenris z plaśnięciem wyszarpnął ostrze spomiędzy żeber. Haerian Alethari zatoczył się, przygnieciony ciężarem nagle zwiotczałego ciała; inne elfy w pomieszczeniu zaczęły krzyczeć, głośno, przeraźliwymi, cienkimi głosami. Wojownik odskoczył, odwracając się przodem do wrogów; śmignęły krótkie strzały, uchylił się, jeden grot ześlizgnął się po klindze, kolejny – pochylił się, biegnąc na wzrastający las cienkich ostrzy – musnął skórę na karku, rozcinając płytko skórę, poczuł, jak krew ze skaleczenia spłynęła między łopatki, kiedy uniósł głowę, szerokim chlaśnięciem czyszcząc przestrzeń wokół siebie; ślepe elfie dzieci, tnące tępymi mieczykami, jak gdyby była to pierwsza w ich życiu walka, zdesperowani niewolą głupcy! Ciął na odlew. Jeden upadł; długi warkocz zaplątał się w jego stopy, młoda, elfia dziewczyna, jedyne, co identyfikowało ją w mrowiu wysokich, chudych sylwetek i lśniących desperacją oczu. Zastawa. Był równie szybki jak oni, z ciężkim, dwuręcznym mieczem, który śmigał w jego rękach ze śmiertelnym wdziękiem, blokując niemal odruchowo wszystkie ataki; ciął, odskoczył, wyrywając się z kręgu otaczających go elfów, krzyczących coś niewyraźnie przez wykrzywione furią, zakrwawione wargi.

Intuicja go nie zawiodła. W momencie, w którym cofnął się o kilka lekkich, niemal tanecznych skoków, w samym środku pierścienia atakujących go elfów wybuchła Ognista Kula. Poczuł gwałtowną falę żaru na twarzy i ramionach; elfy poupadały na ziemię, usłyszał zwierzęcy, oszalały kwik, to jeden z długowłosych elfów płonął żywcem, jego twarz ściągnęła się w przerażającym cierpieniu, rzucił się do przodu, jego miecz zagłębił się w miękkim ciele i wiedział już, że jeden mniej, parsknął głośno, a jego głos utonął w przeraźliwym wrzasku – z dłoni Hawke wypłynął białobłękitny pocisk mrozu, uderzył w żywą pochodnię, ogień zasyczał i zgasł, stłamszony, poczerniałe ciało upadło w błoto z ostatnim głuchym jękiem.

Litościwa. Zawsze, nawet w ogniu bitwy.

Kolejny cios rozpłatał cienkie, białe gardło, Fenris odepchnął trupa na bok, przeskoczył, uchylił się od kolejnej strzały – i w tym momencie poczuł palący ból pod prawą łopatką, ostrze mlasnęło, nie zdołał powstrzymać krótkiego stęknięcia; odwrócił się i wraził ostrze w pierś elfiego skrytobójcy, który zamierzył się na niego sztyletem zachlapanym jego własną krwią; klinga przeniknęła przez skórzaną zbroję, zanurzyła się między żebrami, sięgnęła miękkiego serca. Wyrwał miecz z kolejnego trupa, czując, jak przy każdym ruchu plecy pulsują bólem, pochylił się i niemal wrzasnął, zagryzł wargi prawie do krwi – nie, nie będzie prosił. Jeszcze dwóch ostatnich, widział przerażenie w ich oczach, widział, jak na ich suchych, trójkątnych, przeraźliwie wychudzonych twarzach świta świadomość śmierci. Uderzył. Rozpłatał zbroję, brzuch, bluzgnęła ciemna krew, powietrze przerwał dziki wrzask. Parowanie, parada – cienkie ostrze krótkiego elfickiego miecza ześlizgnęło się po klindze, ostatni elf upadł do jego stóp – dobił.

Odwrócił się – w samą porę. Zobaczył, jak Hawke, zamiast rzucać zaklęcia, paruje kosturem ataki pijanego desperacją łotrzyka. W kilku susach znalazł się za nim, miecz rozpłatał kark. Ciało upadło bezwładnie na ziemię – i zza tryskającej krwią głowy elfa zobaczył oczy Hawke, zmrużone i pociemniałe. Kiwnęła mu krótko głową, nie, nie zauważył strużki krwi, która przy tym geście pociekła z jej ust, jest magiem, umie radzić sobie sama. Niech leczy ją ten cholerny maleficari – ale w tej sekundzie poczuł delikatny magiczny impuls. Odskoczył gwałtownie, ale Hawke nie cofnęła wzniesionej ręki, blisko, ale ciągle nie dotykając jego ramienia. Poczuł, jak znienawidzona energia pełznie wzdłuż jego pleców, naprawiając uszkodzone mięśnie, niosąc niechcianą przez umysł, ale z radością witaną przez ciało ulgę. Lyrium wżarte głęboko w jego ciało obudziło się, posyłając iskry w koniuszki palców.

Hawke. Jego twarz pozostała nieruchoma, ale nie mógł się powstrzymać przed wypowiedzeniem w myśli tego imienia – i czuł, jak lyrium pulsuje pod jego skórą, jak gdyby to słowo samo w sobie było magią. Czarodziejka. Przeklęta czarodziejka.

Skinął jej głową oszczędnie. Anders uniósł rękę, błękitna kula energii zajaśniała wokół jego palców i pofrunęła z oszałamiającą prędkością w ostatniego elfa, powalonego wcześniej błyskawicą. Głowa eksplodowała krwią, odłamkami kości i szaroróżową miazgą.

Otoczyła ich przytłaczająca, martwa cisza.

Anders strzepnął z ramienia kawałek czaszki.

- Hawke?

- Żyję.

Aedale minęła Fenrisa i podeszła do elfiego starca, opartego o kamienną ścianę z szeroko rozwartymi, pustymi oczyma.

- Haerian Alethari? – Trąciła go w ramię. Elf zwrócił na nią ślepe spojrzenie i zamrugał. Wydawało się, że jego umysł wraca z bardzo, bardzo daleka. Aedale ostrożnie spróbowała magicznej sondy, ale nie – nie był ranny. Nie fizycznie.

- Znałem każdego z nich od niemowlęcia – powiedział chrapliwie, usilnie próbując znaleźć miejsce, w które mógłby patrzeć, a które nie byłoby zasłane trupami młodych elfickich buntowników. W końcu wbił puste spojrzenie w twarz Aedale. – Głupie dzieci. Głupie.

- Zaiste – mruknął Fenris drwiąco. Złośliwy komentarz najwyraźniej wytrącił starca z szoku; wyprostował się i złość błysnęła w jego oczach.

- Templariusze was przysłali, prawda? Nasyłają jednych swoich niewolników na drugich? – warknął gorzko. – Magów na elfy…

- Nie jesteśmy z Kręgu, hahren – przerwał mu Anders. – Ja i Hawke jesteśmy wolnymi magami.

Aedale widziała, jak zaskoczenie wypływa na twarz starca, jego koniuszki uszu drżą, a koścista, pomarszczona dłoń zaciska się mocniej na rękojeści krótkiego miecza. Przez sekundę myślała, że ich zaatakuje, w szalony, desperacki sposób, do jakiego zdolni są tylko ci, którzy stracili już wszystko – ale chwila minęła. Rozluźnił pięść, a jego oczy przybrały wyraz nieskończonego zmęczenia.

- To dlaczego tu jesteście? – spytał bezradnie. – I, na Andrastę, jak?

- Kapitan templariuszy Caegra – powiedziała Aedale powoli, obserwując jego reakcję. Elf westchnął, w na jego twarzy pojawiło się echo zaciętości.

- Powiedzcie jej – w jego tonie zabrzmiała bezdenna gorycz – że ma, czego chciała.

Nagle jakby otrzeźwiał. Spojrzał na nich uważniej.

- Nie. To nie ma sensu! Dlaczego Caegra miałaby wysyłać apostatów, żeby zabijać elfy? Kim wy jesteście?

Aedale przewróciła oczyma.

- To ja tu zadaję pytania, elfie – powiedziała sucho. Haerian zacisnął usta w wąską linię. – Nie przychodzimy tu z jej polecenia. Chcemy tylko wiedzieć, co ma wspólnego z tym… - rozejrzała się wokół – bałaganem.

- Wszystko – odparł gorzko starzec. – Wmówiła tym dzieciom, że mają prawa równe ludziom, że Zakon uznaje elfy za takich samych synów Stwórcy. Mówiła im, że walczy o ich prawa, że powinni być mocni i stanowczy, nie dawać się – wypluł to słowo – stłamsić, domagać się swoich racji… A ci idioci jej uwierzyli. Uznali Dalijczyków za zdrajców rasy i uciekinierów, wzięli te przeklęte łuki i sztylety, pomazali się Pismem Krwi i… - Głos mu się załamał. – Groziłem, że powiem komtur, że ich zatrzyma. Gdyby im się udało, templariusze zniszczyliby obcowisko. Wybiliby wszystkich. Wszystkich.

Aedale wpatrzyła się w poprzecinaną zmarszczkami, starą, trójkątną twarz elfiego hahren. Starszy. Opiekun obcowiska. Odpowiedzialny za czyny dyskryminowanych elfów, wychowawca, przewodnik. I to na jego siwej głowie skupiłoby się wszystko, co mogła wywołać z najgorszych snów szlachty i templariuszy zbuntowana, dumna elfia młodzież.

Gdyby wybuchło powstanie… Haerian miał racje. Wszystkie mieszkające w mieście elfy, nie tylko rebelianci, zostałyby zabite lub wypędzone.

Tak, „głupi" to zdecydowanie odpowiednie określenie.

Ale…

- Nie zaszkodzą już nikomu – powiedziała, ogarniając wzrokiem pobojowisko. W oczach hahren zamigotał czysty ból. – Przykro mi – powiedziała pojednawczo, zastanawiając się jednocześnie nad tym, jak sformułować pytanie. – Templariusze… nie są zwykle przychylni elfom, prawda?

Haerian parsknął z goryczą.

- Nie znoszą nas. Ze wzajemnością. Kimkolwiek jesteś, musisz znać historię upadku Dalii.

- Zakon zniszczył drugą elficką krainę podczas Świętych Marszów – powiedział Fenris cichym, niskim tonem wprost do jej ucha. Drgnęła, zaskoczona; nie usłyszała, kiedy się zbliżył. Opanowała się i kiwnęła głową.

- Właśnie. Wobec tego czemu kapitan Caegra jest wam tak przychylna?

Nie spodziewała się takiego błysku złości i frustracji, jaki rozjaśnił nagłym skurczem twarz starca. Wydawało się, jakby ta sama wściekłość, z jaką na początku krzyczał na zbuntowaną młodzież, teraz wybuchła w nim od nowa niczym ogień odgrzebany z gorących popiołów.

- Bo to moja cholerna siostrzenica, ot co!

O. Oho.

To dopiero niespodzianka.

Aedale zabłysły oczy. Zachłannym wzrokiem wpatrzyła się w zdenerwowanego elfa, który najwyraźniej czekał całymi latami, by to wreszcie z siebie wyrzucić.

- Moja piekielna siostra… związała się z człowiekiem, z najemnikiem, który zapędził się do Kirkwall w poszukiwaniu złota i dziwek. Uznał, że elfki są tańsze, więc znosiłem go całe lata, lata, zanim w końcu nie pojawiła się ciąża i najemnik nagle został wezwany pilny listem ze Starkhaven – warknął Haerian z suchą, ognistą nienawiścią. – Meiia została sama z dzieckiem, o którym wiedziała, że urodzi się człowiekiem! Było za duże, a ona za słaba, nie przeżyła porodu, a ja zostałem z małym shemem na wychowanie. Stwórca wie, że próbowałem… próbowałem, to w końcu półkrwi elf, ale… - Zacisnął pięści. – Ona mnie nienawidzi. Ale kocha nasz lud, tylko że jej troska nas zabija! Karmi dzieci mrzonkami, które nigdy się nie spełnią, i doprowadza do powstania, które…

Urwał i odetchnął głęboko kilka razy.

Aedale wpatrzyła się w niego, zafascynowana; to był jej klucz, to był jej początek intrygi, to był koniec kapitan Caegry. Lyrium… elfie powstanie… przemytnicy… schizma, stałe, ciągłe działania kapitan na rzecz emancypacji elfów… elfie pochodzenie… niechęć templariuszy… tak, tak!, zakrwawione usta Aedale wbrew woli rozciągnęły się w głodnym, pełnym złośliwości uśmieszku. Odwróciła głowę, aby starzec go nie dostrzegł – i napotkała spojrzenie Fenrisa. Jego wargi drgnęły, jakby wbrew woli, i ułożyły się w niejasny, złowrogi grymas.

- Hawke – powiedział niskim, ledwie słyszalnym głosem. – Ty geniuszu zła.

Zmrużyła oczy.

- Mało jeszcze widziałeś – odparła równie cicho z uśmiechem godnym rekina.

- Wobec tego cieszę się, że jestem u twego boku.

Rzuciła mu szybkie spojrzenie. Złośliwy grymas zamarł jej na ustach. Stwórco, czy on naprawdę powiedział to, co właśnie powiedział? Stwórco…

- Bycie twoim wrogiem musi być naprawdę… krótkie – dokończył, jego oczy znowu wpatrywały się w nią tym nieludzkim, intensywnym spojrzeniem, oceniające, szukające. Wypuściła oddech. Złagodził wymowę nadzwyczajnego wyznania, czyniąc je zaledwie komplementem – ale to wyznanie nadal tam było, w jej umyśle nadal płonął dziwny ogień, jaki spowodowały sekundy wiary w to, że – on – czyżby?

Czyżby?

Fenris nie robił niczego bez przyczyny. Ale czy nie zbytnią zuchwałością byłoby przypuszczać, że naprawdę miał na myśli – cieszę się, że jestem blisko ciebie – że odpowiada mu jej towarzystwo?

Towarzystwo maga?

Och, Hawke. Ogarnij się, na miłość Andrasty.

Odwróciła wzrok od jego twarzy, bezwolnie zauważając, że krew skleiła końcówki jego białych włosów na czole – i spojrzała znów na Haeriana. Elf milczał, najwyraźniej będąc myślami w odległej, niewesołej przeszłości.

- Hahren? A gdybym… dała ci możliwość udziału w zniszczeniu kapitan Caegry?

Spojrzał prosto na nią.

- Mów.

-…-….-….-…-…-

(1) Wolność

(2) To koniec (lub: wszystko kończy się teraz)

(3) Wybacz, starszy Haerianie.

A/N:

Rozdział dedykowany Vinghen, która karmiła moją dumę i wenę jednocześnie przez cały czas jego powstawania. HA.

Pamiętajcie o zostawieniu śladów swojego przybycia! Komentarze dodaje się bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna.