Fenris
rozdział jedenasty
Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.
-…-…-…-…-
- Hahren? A gdybym… dała ci możliwość udziału w zniszczeniu kapitan Caegry?
-…-…-…-…-
Zapach w Wisielcu był częścią nieodłącznej aury tej tawerny. Nie do końca przykry, ale i też nie całkowicie obojętny, za pierwszym oddechem uderzał w nozdrza niepokojącą aurą. Varrik lubił mawiać, że jest to woń czystego skurwysyństwa parująca z głów stałych bywalców; Aedale przypuszczała raczej, że ma to coś wspólnego z fermentującą potrawką szumnie zwaną „daniem dnia". Wchodząc, odruchowo zmarszczyła nos. Kiwnęła głową barmanowi, zaświeciły mu się oczy; jednak tym razem nie zatrzymała się, żeby pogadać i wypytać o plotki. Przeszła prosto na schody, niemal bez namysłu przeskakując nad żółtawą plamą wymiocin.
Weszła na palcach do pokoi Varrika. Krasnolud, jak zazwyczaj, siedział w fotelu przed dębowym biurkiem i pisał. Wiecznie miał coś do zapisywania, jak gdyby w jego głowie tryskała wielka, iskrząca fontanna okrągłych słów. Przelewał je na papier równie łatwo, jak snuł najbardziej nieprawdopodobne opowieści znad kufla. Pisał przez cały czas: oficjalne dokumenty (zręcznie zafałszowane), drobne liściki (pełne subtelnych gróźb i aluzji), opowieści barowo-wojenne (podkoloryzowane wystarczająco, żeby wywołać wśród słuchaczy pełny podziwy pomruk) i, ukoronowanie wszystkiego, memuary o Życiu i Chwale Bohaterki Kirkwall Aedale Hawke. Zatrzymanie jego obsesyjnego potoku wymowy byłoby beznadziejnym przedsięwzięciem, zwłaszcza kiedy wpadał na jeden ze swoich ulubionych tematów, jak „O tym, jak Hawke skręciła ogrowi kark gołą ręką" albo „O tym, jak Hawke stawiła czoła Duchowi Kamienia".
Pochylając się i zaglądając mu przez ramię, zdołała zauważyć, jak pióro skrobie zamaszystym gestem wyraz qunari. Przekradając się za jego plecami, sięgnęła na stos korespondencji - na którą z zasady nie odpisywał. Aedale mogła się założyć, że dysponował lepszą siatką szpiegowską niż wicehrabia. Już-już, mogła niemal dotknąć kruchego papieru…
- Zabierz łapska, Hawke – polecił Varrik leniwie, nie odrywając pióra od pergaminu.
Parsknęła.
- Złośliwiec. Przyznaj, idzie mi coraz lepiej.
- Możliwe – przyznał łaskawie, kończąc frazę i odwracając się w jej stronę. – Ale nadal dudnisz na schodach jak jeden z tych ludzi-byków w dokach. Gdzie twoja gracja, Hawke? Dziewczęca, szlachecka delikatność?
- Dokładnie tam, gdzie twoja rodowa broda i złoty łańcuch Gildii Kupców – odparła lekko.
- Och. – Krasnolud zacmokał. – Jaka strata. Ale jestem pewien, że niektóre dziewczęta z Kwitnącej Róży chętnie odsprzedadzą ci własny wdzięk. Albo wdzięki.
Kiwnęła głową w uznaniu riposty i odsunęła się od stosu korespondencji. Pewnego dnia, poprzysięgła w duchu, dorwę się do tego niezauważona. Przed jej oczyma stanął ogrom informacji, drobnych, szlacheckich i podziemnych skandali, których cieniutkie, niezauważalne nitki zbierały się w jednym miejscu – w szerokiej pięści Varrika Tethrasa.
Och, tak. Informacja była władzą, zarówno w tym mieście, jak i wszędzie indziej; a Varrik uczynił sztukę z bycia dobrze poinformowanym.
- Wiesz, że hahren Haerian Alethari jest śmiertelnie poróżniony z kapitan Caegrą? – zagaiła, bezceremonialnie siadając na skraju łóżka. Krasnolud parsknął.
- Daj spokój, Hawke. Jaką rewelację zamierzasz przynieść mi następnym razem? Niebo jest u góry? Mrokowisko śmierdzi? Templariusze sypiają z magami?
Aedale uniosła brew.
- A sypiają?
- Nawet nie masz pojęcia. – Varrik mrugnął do niej złowieszczo i czarodziejka nagle poczuła, że nie ma ochoty zgłębiać tej sprawy.
- Nie próbuj mnie rozpraszać. – Pogroziła mu palcem. Krasnolud wzruszył ramionami.
- Więc lepiej powiedz coś wartego uwagi, bo, o ile nie zauważyłaś, sam dałem ci to nazwisko.
- Szczegół. – Machnęła niecierpliwie ręką. – Wiesz, czemu się tak nie znoszą?
Spojrzał na nią spod oka z iskierkami rozbawienia.
- Tak jakby elf i templariusz potrzebowali powodu, żeby nienawidzić się od pierwszego wejrzenia. Spójrz na komtur Meredith i Pierwszego Zaklinacza Orsino. Osobiście mógłbym się założyć, że gdyby ta dwójka wreszcie przestała na siebie jazgotać i poszła do łóżka, wszystkim w Kirkwall żyłoby się lepiej. Za każdym razem, kiedy odwiedzamy Katownię, wszystko się trzęsie…
- Meredith i Orsino? – Aedale zabłysły oczy. – Varrik! Zeswatajmy ich!
Krasnolud podparł brodę rękami.
- „I z jej dłoni spłynął błogosławiony pokój między magami i templariuszami, kiedy, stojąc obok Wielkiej Kapłanki, połączyła dłonie patrzących na siebie z miłością komtur i Zaklinacza" – zaintonował uroczystym głosem. – Próbuj śmiało, Hawke. Szkoda, że i tak cię rozszarpią, zanim zdążysz usłyszeć finałową wersję.
Aedale zachichotała pod nosem.
- Zamierzasz rozpuścić plotkę, że ze sobą sypiają? – zapytała z błyszczącymi oczyma. Varrik uśmiechnął się jak zadowolony, syty i bardzo, bardzo wredny kocur.
- Dla ciebie zawsze, messere…
- Może zrozumieją aluzję. – Aedale wykrzywiła się złośliwie. A potem przypomniała sobie, o czym tak naprawdę miała mówić. – Na tyłek Andrasty, Varrik, przestań mnie rozpraszać.
- No? – Zetknął końcówki palców przed sobą w przeraźliwie zmanierowanym geście, którego używał zawsze, żeby zmylić rozmówcę. – Co łączy panią kapitan ze slumsów i elfa ze slumsów, poza pochodzeniem?
Łypnęła na niego z wyrzutem.
- Mogłeś powiedzieć, że wiesz.
- Wiem? – zdziwił się szczerze krasnolud. – Wyduś to wreszcie z siebie, Hawke.
- Caegra to siostrzenica Haeriana – obwieściła triumfalnie Aedale. Varrik opuścił ręce.
- Półelf u templariuszy? – mruknął. – No, no…
Pokrótce streściła, czego udało jej się dowiedzieć podczas dwóch ostatnich wypadów. Z każdym zdaniem brwi Varrika opuszczały się niżej i niżej na oczy, aż pod koniec przypominał nastroszoną blond sowę. Nie przejęła się tym zmarszczeniem, wiedząc, że w tym momencie pod jego czołem trwa błyskawiczne sortowanie i łączenie informacji, analizowanie, wyciąganie wniosków. Sama miała wystarczająco dobry wgląd w ukryty puls Kirkwall, żeby wiedzieć, że elfie powstanie zmieniłoby całkowicie porządek rzeczy; zastanawiała się, co oznaczało to dla Varrika.
Kiedy skończyła, dostrzegła błysk aprobaty w oczach krasnoluda.
- Niezła robota, Hawke – pochwalił oszczędnie. – Chociaż jak zwykle miałaś więcej szczęścia niż rozumu.
- Dola bohatera – odparła ze słodyczą. – Mam plan, Varrik. Dobry, złośliwy plan.
- Już mi się podoba. – Uśmiechnął się do niej złowieszczo, usiadł wygodniej w fotelu. – Ale do tego prawdopodobnie będziemy potrzebować piwa, co, Hawke?
- Zdecydowanie! – przytaknęła z entuzjazmem. Krasnolud przyjrzał się jej uważniej; przekrzywiła głowę, posyłając mu najbardziej niewinne spojrzenie z własnego repertuaru. Kiedy nie zadziałało, parsknęła zniecierpliwiona.
- Daj spokój, nie próbuję się upić. Najwyżej zabierzesz mi kufel sprzed nosa.
Bez dalszych komentarzy wstał i zszedł na dół, kierując się do głównej izby, aby zamówić piwo. Aedale została sama ze stertą poufnej korespondencji. Wytrzymała magnetyczne przyciąganie listów przez kilka sekund, a potem wstała i na palcach podeszła do stosu.
Pochyliła się, dostrzegając kilka podkreślonych ręką Varrika słów: qunari, statek, Arishok, zaginiony…
- Hawke, zabieraj te łapy! – wrzasnął Varrik z dołu. Aedale westchnęła i usiadła na łóżku. Albo ona miała tak ciężki krok, albo on tak dobry słuch – a może, jak twierdził, była po prostu beznadziejnym łotrzykiem „i twoje szczęście, że urodziłaś się magiem, Hawke, bo z takimi rączkami wojownikiem też byś nie była".
Pewnego dnia mi się uda, pocieszyła się, bezmyślnie skubiąc frędzle u poduszki.
Varrik pojawił się znowu z dwoma pełnymi kuflami; Aedale zapatrzyła się w kusząco drżącą pianę na brzegach naczynia. Stuknęli się.
- Za spełnienie wrednych planów.
- Za plany!
Noc powoli otulała Wisielca, zaglądając delikatnie do wschodnich okien, gdzie przez otwarte okiennice sączyło się światło świec; zabłąkana mewa, przygnana tu wprost ze skał Katowni, przemknęła ulicą i pofrunęła w dół, na wysokie klify. Ćmy, przyciągnięte jaśniejącym ciepłem i blaskiem, zaczęły napływać do wnętrza. Gdyby tylko były obdarzone darem obserwacji, niewątpliwie doceniłyby scenę, jaka rozgrywała się w pokojach na piętrze; młoda kobieta o wąskiej szyi i spadzistej, ostrej krzywiźnie ramion, z ciemnym piwem w dłoni, naprzeciwko krasnoluda bez brody, za to z szerokim, złośliwym uśmiechem, powiększającym się ciągle w miarę słów towarzyszki. Ich spojrzenia krzyżowały się w powietrzu beztrosko, swobodnie, z niemal wyczuwalną aurą sarkastycznej radochy. Jednocześnie pociągnęli z kufli.
- Zgoda. A teraz… opowiedz mi o Dalii.
Krasnolud zetknął palce przed sobą i rozpoczął historię.
Mówił o wielkim, starożytnym imperium Elvenhan, w którym elfy żyły w szczęściu i chwale przez długie lata, zanim nadeszło Tevinter i magowie krwi. Opowiedział, jak dumna rasa upadła i obróciła się w niewolników pod stopami magistrów; jak przez długie, długie lata elfy cierpiały w ciężkich kajdanach, w bólu i poniżeniu, ryjąc w litej skale miasta podobne Kirkwall. Wtedy nadeszła Andrasta, Oblubienica Stwórcy, i wypowiedziała wojnę wielkiemu imperium – a ono upadło. Jak towarzyszył jej elf Shartan, który zginął męczeńsko razem ze swą przyjaciółką. Jak poświęcenie Shartana zostało docenione, a jego lud otrzymał nową krainę – Dalię – która stała się znakiem nadziei i jutrzenki odrodzenia.
Elfy odcięły się od ludzi, drążąc głęboko w poszukiwaniu dawnej chwały; a tymczasem świat ogarnęła Plaga. Mroczne pomioty masakrowały rycerzy; elfia armia przypatrywała się temu obojętnie zza wysokich murów i strzelistych wież. Ludzka zemsta za elfią obojętność przerodziła się w regularną wojnę. A wtedy nadszedł Zakon – ogłosił krucjatę, Święty Marsz przeciwko Dalii, i elfy po raz drugi upadły pod rządami ludzi. Ci, którzy wyrzekli się pogańskich wierzeń, uciekli do miast, do gett, chyląc głowy, aby ukryć święte tatuaże. Inni zostali wypędzeni. Wieczni wędrowcy, wygnańcy, tułający się po krainach Thedas w ciągłej wędrówce, opowiadający w ciemniejącym świetle wieczoru historie o dawnej chwale, nadziei i dwukrotnym upadku.
Ten sam zmrok rzucał głębokie cienie na podziemną klinikę, tę o drzwiach oznaczonych błyszczącą białą latarnią, rzuconą w labiryncie ścieżek, schodów i wielopoziomowych kładek Mrokowiska. Ciemność nie była tu niczym nowym; po nadejściu zmroku po prostu zmieniał się jej kształt, z cichego towarzysza za plecami zamieniała się w ofensywne, oślepiające zaklęcie. Ćmy zatańczyły nad jasnymi włosami maga, opierającego się o brudne deski w uczuciu całkowitego wyczerpania; nie ruszał się, czarny motyl przycupnął na jego policzku. Anders wyciągnął rękę, szepcząc do samego siebie uspokajające, mruczące słowa; przesunął palcami po twarzy, płosząc ćmę, pociągnął za skrawek rzemienia, jasny kucyk rozsypał się w długie pasma na szyję, barki, plecy. Klinika była pusta, pacjenci odeszli, zbyt zajęci swoimi własnymi cierpieniami; ćmy zatoczyły krąg, obijając się bezmyślnie o ściany i zamknięte drzwi. Mag poruszył się z bólem, usiadł na operacyjnym stole. Ukrył twarz w dłoniach i – ćmy znalazły szczelinę między drzwiami a ścianą, wyleciały.
Sprawiedliwość.
Hawke, musisz mi pomóc. Krew – to dziecko zaraz umrze, Anders, zrób coś. Hawke, pomóż mi! Nie mogę sam – nie kiedy ci inni – rzeź fereldeńskich uchodźców na dnie Mrokowiska.
To się musiało stać. Czekał na to. Negatywne emocje buzujące w podziemiu były skierowanie przeciwko wygnańcom. Krwawy, brutalny lincz na najuboższych uchodźcach, skupionych wokół towarzyszy ucieczki w najniższych dzielnicach miasta. Dlatego tu był. Dlatego zdecydował się oddać swoje umiejętności na ofiarę dla tych, którzy sami byli ofiarami – losu, przeznaczenia, Plagi, czegokolwiek. Nieważne.
Uderzenie zimna – i gorąca, głębokie zepsucie, śmierć nadciągająca po rozharatane, młode, wyczerpane ciało. Nie umrzesz. Nie umrzesz, nie pozwolę ci. Zasklepiająca się skóra, pierś łapiąca głęboki, łapczywy oddech.
Anders!
Hawke.
Błyszczała. Nikt prócz niego nie mógł tego widzieć; kiedy przesuwała dłonie nad rannym chłopcem, uspokajając go cichym mruczeniem słów pozbawionych znaczenia, jej skóra iskrzyła od mocy, magii – czuł drżenie zaklęcia, które naprawiało przebite płuco, wysysało wewnętrzny wylew.
„Może powinnam pomagać ci częściej", powiedziała, kiedy było już po wszystkim i, wyczerpani, osunęli się pod ścianą na brudną podłogę kliniki. „Chętnie", odparł bez tchu.
Wczoraj.
Gdzie mogła być? Zamieszki trwały. Cały dzisiejszy dzień wyciskał z siebie każdą magiczną iskrę, tłocząc ją w niechętne życiu żyły, w gardła, które nie chciały chwytać powietrza, serca zbyt leniwe, by bić. Była Fereldenką, była jego towarzyszką – przyjaciółką? Potrzebował pomocy, choćby przez tę chwilę, aż przybędą statki króla Alistaira, statki, które miały zabrać uchodźców do domu nienękanego więcej Plagą.
Hawke.
Drzwi skrzypnęły i w ciemności rozpoznał jej szczupłą sylwetkę, długi, cienki kształt kostura wyrastający z pleców.
- Anders?
- Tu. – Uniósł rękę, zbyt zmęczony, aby robić cokolwiek więcej. To ona strzepnęła palce, rozjaśniając pomieszczenie ciepłym światłem pulsara. Jej kule zawsze były bardziej beżowe niż białe.
- Przepraszam. Zupełnie zapomniałam, że jest ten problem z uchodźcami – powiedziała cicho, prawie ze wstydem. Anders wypuścił oddech z płuc z głębokim westchnieniem. Łatwiej było wybaczyć – o ile było tu coś do wybaczenia – kiedy już tu była. Oczywiście, że mając na głowie rezydencję w Górnym Mieście, odbudowywanie rodowej sławy i zakonne śledztwo, mogła nie pomyśleć, że… Zdusił gorycz, na dnie jego umysłu pojawiła się dezaprobata, pochodząca od Justyniana. To ty jesteś narzędziem sprawiedliwości. Ty, nie ona. Ty.
Ja.
Nie żądaj niczego.
Nie żądam.
Fala wyczerpania uderzyła mu do głowy, zachwiał się.
- Anders! – Widział, jak zaskoczenie i strach pojawiają się na jej zazwyczaj pogodnej twarzy. Uśmiechnął się uspokajająco z pewnym trudem, zmuszając zmęczone mięśnie do poruszenia się. – Coś ty ze sobą zrobił?
Zrzuciła z niego płaszcz. Bez zaskoczenia zauważył, że całe ramiona i dłonie ma pokryte białymi, chorobliwymi plamami wyczerpania magicznego. Mógł sobie wyobrazić, w jakim stanie była jego twarz.
- Dureń – warknęła Hawke. – Wejście do podziemi mojego domu jest trzy kroki stąd! I oczywiście nie mogłeś wysłać kogoś do Bodahna, żeby mnie znalazł?
Myślał o tym, owszem.
Poczuł, jak kładzie mu dłonie na ramionach, i zanim zdążył złożyć suche usta do jakiegokolwiek sprzeciwu, poczuł strumień energii wlewający się szeroką falą w jego ciało. Ciepła, uspokajająca magia, bez przywołań i bólu; żadnych inkantacji, gestów. Czysta ofiara. Piekące białe plamy na skórze zmalały i zniknęły. Wszechogarniająca ulga; miał wrażenie, jak gdyby zanurzał się w ciepłej wodzie, kojącej ból wyczerpanych mięśni, uspokajającej dudniące głucho serce. Chłonął łapczywie dobrowolnie oddawaną energię, czując się jak umierający z pragnienia, któremu wreszcie przytknięto do ust czarę z wodą.
Bezpośrednia łączność z jej źródłem mocy go oszołomiła; wewnątrz, w wymiarach ukrytych gdzieś głęboko w środku ciała, ukrywała olbrzymią, pulsującą kulę czystej magii. Była tą magią. Poczuł na dnie umysłu niechętny podziw Justyniana; ona, jako śmiertelnik, mogła spokojnie dorównywać mocą ich zespolonej istocie – człowieka i ducha Pustki.
Puściła jego ramiona. Zatoczyła się i ciężko usiadła obok.
- Dureń – potworzyła raz jeszcze, tym razem ciszej.
- Chyba masz rację. – Uśmiechnął się i odetchnął głębiej. Powietrze nie raniło już tak boleśnie jak chwilę temu; nadal czuł zmęczenie, ale było to zwyczajne, zdrowe znużenie dniem, a nie uczucie bycia na wpół martwym.
- Oczywiście, że mam. – Parsknęła. – Nie rób tego więcej.
Patrzył, jak jej ramiona unoszą się w szybkim oddechu, jakby właśnie ukończyła długi bieg, i ogarnęło go poczucie winy. Oddała mu więcej, niż mógłby przypuszczać.
- Dzięki, Hawke.
Nie odpowiedziała, ale wciągnęła stopy na stół i oparła się o niego plecami. Położył jej łagodnie dłoń na ramieniu. Pulsar stopniowo bladł i gasł, w miarę, jak jej oddech się uspokajał, i siedzieli w cichej, zapadającej ciemności, milcząc – a ćmy tańczyły wokół iskrzącej latarni na zewnątrz kliniki.
A/N:
Trzeba czasami spróbować czegoś nowego, nieprawdaż?
Pamiętajcie o zostawieniu śladów swojego przybycia! Komentarze dodaje się bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna.
