Fenris

rozdział dwunasty

Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.

-…-…-…-…-

- Za spełnienie wrednych planów.

- Za plany!

-…-…-…-…-

Zapach ciepłego, świeżego chleba popieścił jej nozdrza aromatem, który zawsze zwykła kojarzyć z niewielką piekarnią za mostem Lothering. Matka zawsze zwykła się upierać, że chleb, jaki upiecze sama, w niewielkim domowym piecyku, starczy dla całej rodziny i nie ma potrzeby wydawać monet na darmo; ale ona i Bethany przyzwyczaiły się późnym wieczorem biegać pod pachnące drzwi i wdychać czysty, kuszący aromat pęczniejącego ciasta.

Ten zapach był również znakiem tego, że znalazła się w Pustce.

Odwróciła stanowczo głowę od źródła znajomej woni. Nieważne, jak słodko pachniało, jak jasno świeciło słońce, jak czuła jego ciepłe promienie na twarzy i szyi. To nie było Lothering; to była mroczna, zasnuta dymem kraina w jej umyśle, niepozbawiona duchów i demonów. Na końcu cienkiej nitki chlebowego zapachu wyginał się szkarłatny, gładki demon pożądania; płonący demon gniewu umościł sobie siedzisko tam, gdzie przegrywała sparingi z Carverem. Jeśli weszłaby głębiej, na pola za wioską prowadzące na trakt, znalazłaby demona gnuśności - jego lepkie palce owinięte wokół drzewa, na którym zwykła przesypiać polowe prace.

Uliczki wsi były bardziej zapełnione niż zwykle, kiedy przybywała tu w snach. Kilka osób, w tym gnuśny Barlin z błyszczącym od potu czołem, które nieustannie postępowało w górę jego głowy, pomachało jej ręką.

- Aelie!

- Mam wrażenie, że ustaliliśmy już moje stanowisko dotyczące ewentualnego opętania – zawarczała Aedale, kiedy starsza Miriam podeszła bliżej ze zmęczonym uśmiechem. Wszystko było w niej takie, jak pamiętała; zapadnięte policzki, ogorzała od prac polowych twarz, iskrzące, ciemne oczy, dwa długie, siwe kosmyki wymykające się na twarz z nieuważnie upiętego koku. Tylko kiedy zmrużyła oczy, mogła dostrzec lekkie rozmycie konturów; świat, razem z postacią kobiety, wydawał się drżący i przesłonięty dymem.

Pustka.

- Jesteś z powrotem, Aelie! Dość długo cię nie było, twój ojciec zaczął się martwić.

- Idź precz, demonie. Wracaj na partyjkę pokera do Otchłani albo coś w tym rodzaju, co wy, duchy, robicie w wolnym czasie. – Aedale machnęła ręką, odwracając się plecami. Cokolwiek to było, najwyraźniej zamierzało udawać starszą Miriam. A wobec tego nie było niebezpieczne. - Poszłabym z tobą, ale na razie jestem raczej zajęta, więc…

- Jak zawsze niepokorna - zauważyła Miriam z nutą zawodu w głosie. Aedale stłumiła niewyraźne poczucie winy. To był demon. Nic więcej.

Przeszła przez mostek, uważnie omijając ścieżkę do własnego domu – jak zawsze. Czasem kusiło ją, żeby otworzyć drzwi, które cztery lata temu spłonęły w pożodze; przypomnieć sobie wnętrze domu, piętrowe łóżko bliźniąt, szeroki stół, który zawsze chwiał się z powodu jednej krótszej nogi. Bolesne szczegóły, za którymi tęskniła tym bardziej, im bardziej zaczynały się rozmywać i znikać w jej pamięci.

Ale przed przekroczeniem progu swojego widmowego domu powstrzymywał ją paniczny strach, że zobaczy ojca.

Miała osiemnaście lat, kiedy Malcolm Hawke zaczął marnieć i chować się w sobie; potężny, czarnowłosy mężczyzna o szerokiej szczęce i iskrzącym spojrzeniu, którym był na początku, pod koniec jego nienazwanej choroby skurczył się do własnego cienia. Nie potrafiła zlokalizować skażenia w jego ciele; potem, kiedy zginął, zrozumiała, że choroba zalęgła się samym szpiku kości. Ona, matka i piętnastoletnie bliźniaki mogły jedynie bezsilnie obserwować, jak magia w jego żyłach przegrywa z zewem skażenia; podczas długich, bezsennych nocy czuwała przy jego łóżku, przelewając energię ze swojego ciała do jego, rozmawiając, aby nie zasnąć z wycieńczenia, a Malcolm szeptał do niej nakładane zobowiązania: chronić rodzinę. Pomóc Bethany i przejąć rolę jej mentora w magii. Uciec przed templariuszami i nigdy nie dać się schwytać, ale nie zmienić ucieczki w przekleństwo, nie stoczyć się w gorzkie rozpamiętywanie niesprawiedliwości; zachować normalność i świeżość umysłu i nigdy, przenigdy nie pozwolić demonom zwyciężyć.

Carver zazdrościł jej tej więzi z ojcem, którego podziwiał ponad wszelką miarę za jego siłę i zdecydowanie, ale który i tak większość czasu spędzał z najstarszą córką, ucząc ją kontrolować ciągle rosnącą moc w jej wnętrzu. Ale to nie Carver był przy jego łóżku tej ostatniej nocy, w której kredowobiały Malcolm poruszył wargami po raz ostatni i, zamiast miękko, delikatnie wyszeptać jej imię – Aedale, Aelie – powiedział: „Hawke".

Od tej pory była tylko Hawke, porzucając świergotliwe, niemal orlezjańskię imię na rzecz jednej twardej sylaby. Hawke, Jastrząb. Przejęła to nazwisko z gorzką dumą, obiecując samej sobie i ojcu w zaświatach, że będzie nosić je godnie.

Zastanawiała się, co Malcolm powiedziałby w świetle ostatnich wydarzeń.

Była pewna, że gdyby weszła do domu, jaki przygotowała jej podświadomość w widmowym Lothering, znalazłaby go tam, czekającego – i wiedziała, że wypowiedziałby na głos wszystkie przerażające szepty, wątpliwości, jakim świadomie nie pozwalała dojść do głosu.

Nie była wyszkolonym uzdrowicielem-diagnostykiem. Nie mogła pomóc ojcu więcej, niż to zrobiła. Bethany nie powinna rzucać się na ogra, jak gdyby myślała, że samo jej poświęcenie strąci mu łeb z ramion, jej śmierć nie była winą Aedale. Carver był samodzielnym, dorosłym człowiekiem, który miał pełne prawo wybrać własną ścieżkę. Jego odejście do szeregów templariuszy także nie było jej winą. Zrobiła dla matki tyle, ile mogła, zwracając jej dom rodzinny, życie w dostatku i początki rodowej sławy. W obliczu tego, jak żyli przez ostatni rok, było to więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Ale – ale strach przed tym, że ojciec wyrzuci jej w twarz każdą jej porażkę, był zbyt wielki, by odważyła się stanąć przed nim i stawić mu czoła. Nawet jeśli był to jeszcze jeden demon – nawet jeżeli nie był to nawet demon, a po prostu ta część umysłu, która nigdy nie zgodziła się na skwitowanie świata wzruszeniem ramion.

- Aelie!

Zmartwiała.

Bethany, młodziutka, piętnastoletnia Bethany siedziała u stóp kamiennego mostka, zmuszając osypujące się kawałki gruzu do lewitowania nad ziemią. Na jej widok wstała i uśmiechnęła się. Gruz opadł na ziemię wokół jej stóp.

- Wróciłaś. Myślałam, że się już nie doczekamy. Nie wyobrażasz sobie, jak Carver mnie męczył, chciał, żebym mu co dzień dotrzymywała kroku w treningu… Nie wiem, co on w tym widzi, całe dnie potrafi tylko machać starym mieczem ojca i nic poza tym.

Aedale oblizała zaschłe nagle usta.

- Spieprzaj.

Zmusiła się, żeby nie patrzeć we wstrząśniętą, zranioną twarz siostry. Tak działały demony. Dzień po dniu, noc po nocy obracały jej umysł przeciwko niej; każdą słabość, każdą tęsknotę, każdy mały, codzienny ból, taki jak bezsensowne pragnienie świeżego chleba z małej piekarni. Zostań tu, wszystko wydawało się mówić. Są tu wszystkie twoje spełnione marzenia. Przyjmij nas…

Zacisnęła pięści.

- Co się stało, Aelie? – usłyszała zza pleców nieszczęśliwy głos siostry. – Nadal się denerwujesz o tego chłopaka z Redcliffe?

Nie chciała przykładać wagi do niczego, co mówiły demony, ale jej myśli zdradziecko powędrowały do wydarzeń odległych o pięć lat. Siostrzana kłótnia, jedna z wielu, po której nie odzywała się do siostry przez kilka tygodni; złamane serce bolało, a urażona duma jeszcze bardziej, ale z perspektywy czasu mogła powiedzieć, że są o wiele bardziej okrutne rodzaje bólu. Takie jak świadomość, że nic – nawet jej najbardziej desperackie chęci – nie oddadzą jej tego czasu z siostrą, jaki zmarnowała na nastoletnie dąsy.

- Aelie, już z nią nim nie chodzę! Naprawdę mogłabyś…

Sięganie do źródła magii było o wiele łatwiejsze tu, w Pustce. Niemal nie musiała się skupiać, aby z jej dłoni wyfrunęła kula szkarłatnego ognia.

- Ostrzegałam – wycedziła niskim głosem. – Nie jestem w najlepszym nastroju na przebieranki.

W momencie, w którym ogień uderzył w wątłą postać Bethany, jej ciało rozciągnęło się w szarą, szeroką sylwetkę pomniejszego cienia. Ciemny kształt zaskowyczał cienko i rozpadł się w płonące skrawki. Tam, gdzie upadły, rzeczywistość Pustki wydawała się zakłócona i Aedale musiała zamrugać, aby pozbyć się uporczywego, nieprzyjemnego wrażenia, że cały świat drga wokół niej niczym nagrzane powietrze nad ogniskiem.

Szła dalej, aż w końcu zatrzymała się u wrót świątyni. Znak Stwórcy, wyżłobiony na jej ścianach, wydawał się ciemny i mroczny, niepokojący.

Trudność nie polegała w walce z duchami. Zdecydowana większość z tych, które snuły się na styku jej umysłu i Pustki, szukając słabości, nie była nawet warta przywoływania kostura ze sfery materialnej. Trudność polegała na oddzieleniu snów od normalnego życia. Na zapomnieniu Bethany ze snów i skupieniu się na prawdziwej Bethany, tej rzeczywistej, która półtora roku temu zginęła na ziemiach Plagi; na wyperswadowaniu sobie, gdzie kończy się widmowa ułuda Pustki, a zaczyna rzeczywistość.

Trudność polegała na znalezieniu odpoczynku we śnie – spokoju we własnym umyśle.

Noc za nocą, sen po śnie, marzenie po marzeniu, ułuda po ułudzie, uczyła się odnajdować spokój i odnalazła go w końcu, a kiedy tego dokonała, wcisnęła wszelkie siły swojego umysłu w wybudowanie szerokich murów twierdzy, umocnienie jej wolą i mocą.

Weszła do świątyni.

-…-…-…-…-

- Hawke. – Głos dochodził jak gdyby z oddali, przyćmiony i niewyraźny. Poruszyła głową i znieruchomiała, kiedy skulony kark odezwał się intensywnym bólem.

Leżała na czymś twardym i szorstkim, zwinięta w najbardziej niewygodnej możliwej pozycji z plecami wygiętymi w łuk i kolanami pod brodą, przyciskając do siebie ramiona. Ćmiący ból magicznej pustki umościł się wewnątrz, odzywając się co chwilę jak chory ząb.

To było znajome. Zbyt znajome. Zbyt wiele razy budziła się tak na podłodze obok łóżka ojca.

Nowością był koc okrywający jej skulone ciało – i delikatny dotyk magicznej obecności, nie fizyczny, ale raczej wyczuwalny szóstym zmysłem, układający się w aurę blond włosów, uśmiechu i naramienników pokrytych piórami.

Anders. I klinika w Mrokowisku.

- Hawke, potrzebuję tego stołu…

Otworzyła oczy i w odwróconej perspektywie dostrzegła jego twarz, płaszcz, zmierzwione włosy – i kilku biednie ubranych ludzi za nim, podtrzymujących młodego chłopaka, bladego i słaniającego się na nogach.

Zrzuciła z siebie koc i wstała, ignorując wybuch bólu w plecach i karku. Zachwiała się, kiedy krew napłynęła jej do głowy.

- Spałam już w wielu dziwnych miejscach, ale…

- …na stole operacyjnym jeszcze nie? – dokończył Anders z szybkim uśmiechem, który jednak zgasł sekundę później. Chłopak z jękiem upadł na stół, zsunął głowę na brzeg blatu i zwymiotował. Mag pochylił się nad jego ciałem, ignorując jaskrawą plamę żółci.

Aedale zwalczyła zawroty głowy i rozejrzała się w poszukiwaniu swojego kostura. Leżał pod stołem; pochyliła się, chwyciła go i poczuła pokrzepiającą energię, płynącą z wnętrza zaklętego przedmiotu.

Wyciągnęła rękę, zaciskając palce, i plama wymiocin zniknęła razem z przykrym zapachem. Wydawało się, że nikt nie zwrócił na to uwagi; Anders przymknął oczy, przesuwając dłonie nad brzuchem chłopaka, poszukując przyczyny tak ostrego zatrucia.

Nagle dotarło do niej, jak dobrym był lekarzem. Jak genialnym, skłonnym do poświęceń i wręcz fanatycznym w swej potrzebie niesienia pomocy; mogła wyczuć, jak jego całe ciało iskrzy od uzdrawiającej energii, skierowanej ostro i zdecydowanie w jednym celu, usuwając z gardła i przełyku palący kwas, czyszcząc żołądek z zatrutych grzybów głębinowych…

Gdybym poznała go cztery lata wcześniej.

Tato.

Zacisnęła palce na kosturze do bólu.

- Idę – wymruczała, bardziej do samej siebie, i wymknęła się z kliniki, zostawiając Andersa z jego potrzebującymi pacjentami.

Musisz być silna, Hawke. Silna. Nie do zdarcia.

A/N:

Na potrzeby opowiadania założyłam, że Malcolm Hawke umarł na leukemię, innymi słowy białaczkę. Choroba w rodzaju takiej wydaje mi się najbardziej prawdopodobną przyczyną śmierci maga, który, w końcu, spędził całe życie na uciekaniu przed templariuszami i leczeniu ran bitewnych.

Pamiętajcie o zostawieniu śladów swojego przybycia! Komentarze dodaje się bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna; od poziomu zainteresowania uzależniam też wklejanie nowych części.