Fenris

rozdział trzynasty

Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.

-…-…-…-…-

Musisz być silna, Hawke. Silna. Nie do zdarcia.

-…-…-…-…-

Minęło już kilka dni, odkąd Hawke ostatni raz pojawiła się na jego progu i Fenris zaczynał się nudzić.

Przypuszczał, że było to spowodowane czysto praktycznymi względami. Zadania, jakie zwykle proponowała mu Gildia Kupców, były najczęściej niewarte wyciągnięcia miecza; z jakiegoś powodu tylko Hawke zawsze udawało się zdobyć ambitną, dobrze płatną pracę, która nie obejmowała stania za plecami krasnoludzkich handlarzy podczas potwornie nudnych negocjacji. Nie znosił być ochroniarzem. Przypominało mu to zbyt jaskrawo o długich, pustych dniach spędzanych na martwym staniu przy boku Danariusa – wyprostowana, przerażająca broń pozbawiona woli, każda linia na skórze świadcząca o potędze tevinterskich magistrów. Dowód władzy jego pana; gwarant bezpieczeństwa, wedle życzenia szczuty i ściągany na smyczy.

Hawke, prawdopodobnie nieświadomie, pomagała mu w omijaniu tego typu pracy. Płaca, jaką otrzymywała, nawet podzielona na kilku jej towarzyszy, nadal była wyższa niż ta, którą mógłby zarobić sam w tym samym czasie – i to mu wystarczało. Nie potrzebował wiele, nie miał ambicji zbierania złota. Właściwie moment, w którym zdecydował się na pozostanie w Kirkwall, był pierwszym w jego pamięci, kiedy czuł – prawdziwie czuł – że coś posiada. Była to niespodziewanie satysfakcjonująca myśl.

Moje. Zacisnął palce na srebrnej monecie, którą wyjął ze skórzanego mieszka. Skrywane w sakwie pieniądze były warte więcej niż wszystko, co wydał w czasie lat swojej ucieczki. Nadal nie było to wiele, jak skonstatował, obserwując, jakimi kwotami obraca Hawke przy renowacjach rezydencji Amellów – ale nadal uczucie posiadania czegoś, co nie było konieczne do przeżycia, napełniało go nieokreślonym niepokojem. Ale było też… przyjemne.

Mógł kupić chleb – i go nie zjeść, z satysfakcją obserwując, jak czerstwieje i pokrywa się pleśnią. Mógł rzucić monetę żebrakowi na ulicach Dolnego Miasta, słysząc miękkie plaśnięcie upadającego w błoto miedziaka jak dzwony własnej wolności. Mógł upić łyk wina, poczuć na języku jego gorzki, bogaty bukiet – i roztrzaskać butelkę.

Jego oczy powędrowały do czerwonej plamy na ścianie.

Nie był pewien, czy to, co… zrobili z Hawke tego wieczoru, było częścią jakiegoś rytuału picia wina, czy ta delikatność, jaką mu zaoferowała w zdejmowaniu ciężkich bojowych rękawic, zawierała się w jakichś standardowych regułach uprzejmości, dziwacznych i obcych, ale z jakiegoś powodu istniejących – jak na przykład podawanie sobie dłoni jako znak przywitania. Wydawało się, że większość ludzkich – społecznych – zachowań miało związek z dłońmi.

Po raz pierwszy podczas krótkiego okresu swojej wolności czuł, że chciałby znać reguły funkcjonowania społeczeństwa.

Nie, żeby Hawke była dobrym przykładem standardowego człowieka. Z tego, co zdążył zaobserwować, była wręcz zaprzeczeniem jakiejkolwiek normalności. Ci, których poznał do tej chwili, byli raczej zamknięci w swojej stagnacji, przywiązani do racji stanu i rutyny dnia codziennego – podczas gdy ona przybyła tu z pustymi rękoma, jedna wśród tysięcy bezdomnych uchodźców, i podczas mniej niż dwóch lat wspięła się na sam szczyt drabiny społecznej. Z najemniczki zmieniła się w mieszczkę; z mieszczki z w szlachciankę na rodowych włościach. A mimo swojego statusu spadkobierczyni Amellów nadal pozostała bezpruderyjną wojowniczką. Nadal kręciła się po Dolnym Mieście, Mrokowisku i jaskiniach, skrzętnie dokładała każdy grosz na odnowę rezydencji, a wieczorami grała w karty w Wisielcu. Fenris wątpił, czy ktoś taki jak ona nadal może być nadal traktowany jako zwykły człowiek, którego obowiązują reguły codziennej rzeczywistości.

Poza tym była magiem. Apostatą. Za każdym razem, kiedy o tym myślał, jego szponiaste dłonie same zwijały się w pięści; jestem wystarczająco silna, powiedziała zimno ostatnim razem, kiedy rzucił jej to w twarz. Dokładnie to samo, co mówili wszyscy innymi magowie, zazwyczaj chwilę przedtem, zanim ich twarze nie wykrzywiły się w grymasie potwornego bólu opętania. Znał ten wyraz o wiele lepiej, niżby sobie życzył.

Czasem myślał, że współpraca z magiem była po prostu koniecznym stopniem jego wędrówki; to było w końcu to, do czego został wyszkolony, do bronienia swego pana i niedopuszczania wrogów na tyle blisko, by mogli przerwać rzucanie czaru. Ta myśl sprawiała, że czuł nienawiść wzbierającą w gardle jak lodowa kula; ale ta jego część, która była po prostu praktyczna, przyznawała, że walczyć u boku Hawke jest zwyczajnie efektywniej. Tak długo, jak nie używała magii krwi ani pomocy demonów, mógł znieść jej zaklęcia.

Apostata. Spędził niezliczoną ilość wieczorów, wpatrując się w ciemne, puste wnętrze kominka – nie zawsze czuł potrzebę rozpalenia ognia, a satysfakcja, jaką czerpał ze sprawowania kontroli nawet nad taką drobną rzeczą, była niemal przytłaczająca – i zastanawiając się, czy oszalał ostatecznie. Nie tylko zawdzięczał życie magiczce – współpracował z nią, walczył jej bitwy. Obserwował ją kątem oka tak długo, czekając na najdrobniejszy znak, że skażenie w jej krwi zaczyna przejmować kontrolę; aż w końcu ona zaczęła odwzajemniać spojrzenie z równą intensywnością. Jakby chciała powiedzieć: patrz, ile chcesz. Nie mam nic do ukrycia.

Zamiast tego powiedziała: Golisz się?

Żaden z magów, jakich spotkał do tej pory, nie zachowywał się w ten sposób.

Od czasu ich wspólnego wieczoru regularnie przyłapywał się na myśli, że gdyby tylko w jej żyłach nie płynęła magiczna skaza, mógłby przyzwyczaić się do takiego życia. Niechętnie, nieufnie z początku zapoznał się z innymi jej towarzyszami; irytującym krasnoludem, surową kapitan straży, bezpruderyjną piracką królową, która upatrzyła sobie jego rezydencję na bazę wypadową w Górnym Mieście. Nieco więcej problemów miał z magami, dwójką apostatów, przy czym jeden był opętany, a druga znajdowała się na prostej drodze do osiągnięcia tego na własne życzenie. Ale w czasie tego roku udało im się wypracować pewne rutyny, nieco szorstką lojalność, rodzaj… koleżeństwa, i choć był pewien, że Hawke była jedynym spoiwem łączącym tę bandę indywiduów, nie czuł się w ich towarzystwie tak źle, jak przypuszczał z początku. Wszyscy, nawet ta naiwna dalijska idiotka, wydawali się respektować jego potrzebę dystansu.

Wszyscy oprócz blond plugawca.

Wszystko kręciło się wokół przeklętej magii, wszystko. Fenris zacisnął zęby. Gdyby tylko jego znaki, wypalone głęboko w ciele, miały zdolność wyciągania z człowieka magicznych mocy, a nie wnętrzności… Hawke, na tyle, ile się zorientował, nie zasługiwała na tę skazę. Nawet jako mag była dobrym człowiekiem; połączenie, z jakim Fenris nigdy dotąd się nie spotkał.

To był jeden z powodów, dla których – wbrew sporej części siebie – postanowił pomóc jej przeciw Zakonowi. Wolność niosła ze sobą kontrolę nad własnym życiem, a jednym z objawów tej kontroli były właśnie wybory; a pomimo że uczucie władzy było upajające, nie mógł już wykręcać się koniecznością ani nakazem. Mógł jej nie pomóc. Wiedział, że by nie nalegała. Wiedział też, że prawdopodobnie z pomocą Aveliny, Varrika i plugawca spokojnie udałoby się jej przeforsować swój plan. Ale – ale wbrew sobie nie mógł znieść myśli, że tak wiele potencjału, siły i woli mogłoby zostać zamknięte w Katowni, podane ścisłej kontroli templariuszy.

Mało prawdopodobne – ale wciąż możliwe.

Wiedział, co byłoby właściwe, i powiedział jej to w ostatniej próbie, czując niewyraźnie, że to jego obowiązek wobec własnego sumienia. Nigdy nie myślałaś, że twoje miejsce jest w Kręgu? Oczekiwał złości, irytacji, urażonej dumy. Otrzymał zezwolenie na zabicie jej, jeśli moc wymknie się spod kontroli.

Nie tego się spodziewał. Ale też Hawke nigdy nie robiła tego, czego się po niej spodziewano.

Hawke. Wypowiedział to słowo w myśli, tak, jak zawsze ją witał, z szybkim, płytkim skinieniem głowy, oschłym, obojętnym tonem. Jej obraz zawsze przywodził ambiwalentne uczucia; niechęć, zdegustowanie, podziw, frustrację, niespodziewaną… łagodność, o której nie wiedział, że istnieje wewnątrz niego. Była dobrym towarzyszem przez ten czas, jaki spędzili razem. Skoczna, lekka, w długich szatach, które zwykły powiewać za nią w najbardziej niedorzeczny sposób, kiedy biegła; nigdy nie pytał, ile może mieć lat, ale ze świeżości jej twarzy i uśmiechu domyślał się, że około dwudziestu. Absurdalnie młody wiek, jak na maga. Ale też w jej oczach – równie absurdalnie błękitnych, świecących niczym jego znaki – były już cienie, które potrafił rozpoznać.

Ból.

Głupia dziewczyna. Wygląda na to, że dwóch z naszej drużyny zupełnie niezależnie od siebie postanowiło odegrać wobec mnie rolę ojca. Dotknęło go to, sam nie wiedział dlaczego.

Nie chciał, żeby zapijała te cienie.

Informuję cię tylko, że jeśli postanowisz upić się po raz kolejny, możesz to zrobić w lepszym towarzystwie i z pewnością o wiele lepszym trunkiem.

U Andersa, na przykład?

Parsknął sam do siebie, kiedy kpiące słowa Hawke po raz kolejny przypłynęły przez jego umysł. Cholerny mag. Cholerny plugawiec. Głupiec, któremu wydawało się, że jest w stanie opanować ducha Pustki. Fenris wiedział, że dla dobra drużyny – dla dobra Hawke – powinien zignorować apostatę i trzymać się od niego jak najdalej, ale były chwile, w których nie mógł się powstrzymać od czystej nienawiści. I pogardy. Ten człowiek był słaby, potwornie słaby, a brak kontroli nad pasożytem w jego umyśle ujawniał się na każdym kroku.

A mimo to i tak mu ufała.

Nieproszone wspomnienie przypłynęło jeszcze raz; ich kłótnia, głupia, dziecinna zabawa, niedorzeczna, udawana złość Hawke, szczery uśmiech apostaty, psoty magią – iskrzące błękitne oczy. To było nie do zniesienia, jak bardzo czuła się przy nim swobodnie. Musiała wiedzieć, że ma do czynienia z potworem, źródłem nieopanowanej mocy. Plugawiec był jak gaatlok, który tylko czekał na iskrę zapalną. A kiedy ta niekontrolowana, szalona moc wybuchnie, Hawke nie powinno być w pobliżu.

Ale przecież to nie jego, Fenrisa, sprawa.

Widział sposób, jaki ich dłonie, ramiona się stykały. W czasie bitwy Hawke nigdy nie wahała się złapać go za rękę, popchnąć, odciągnąć od wybuchającego zaklęcia albo pułapki. Fenris widział tę swobodę i wiedział, że powinien czuć jedynie zdegustowanie – niechęć – odrazę – ale jedyne, na co się zdobywał, to po prostu zgorzkniałe myśli. W jego przypadku podobny fizyczny kontakt był… niemożliwy. I tak miało zostać.

Przeczesał szponiastą dłonią siwe włosy – kolejne przypomnienie o tym, jak nieodwracalnie tevinterska magia naznaczyła całego ciało i ducha. Powinien być wdzięczny za tę iluzję normalności, jaką zaoferowała Hawke. Ale jednocześnie wiedział, że nawet uciekający przed Kręgiem i Strażnikami mag-apostata, plugawiec mieszkający na samym dnie Mrokowiska, miał większe szanse na bycie zwyczajnym niż on.

Andeeeeeers!

Hawke często się śmiała. Zaskakująco często, biorąc pod uwagę cienie pod oczyma, jakie powiększały się po każdej nocy. Gdyby tylko…

Potrząsnął głową.

Nie osiągnie tego. Nigdy.

A/N:

Rozdział z rodzaju retrospekcji – wydarzenia dotychczasowe z punktu widzenia Fenrisa. Jeśli zapomnieliście już wspominane tu szczegóły, to dla pełniejszego zrozumienia polecam przeczytać całość od nowa – tak, jak ja to zrobiłam kilka razy podczas pisania tej części.

Pamiętajcie o zostawieniu śladów swojego przybycia! Komentarze dodaje się bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna; od poziomu zainteresowania uzależniam też wklejanie nowych części.