Fenris

rozdział czternasty

Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.

-…-…-…-…-

Od czasu swojej cichej ucieczki z jego kliniki Aedale schodziła piwnicami co wieczór, aby pomóc Andersowi w jego krucjacie przeciw chorobom i zranieniom.

W jej plan dnia powoli wkradła się rutyna. Każdego ranka wstawała skoro świt, budzona przez oślepiające słońce wpadające przez dachowe okna rezydencji; zwijała swój barłóg z podłogi, upewniała się, że robotnicy zaczęli już prace przy restauracji posiadłości i wyfruwała w Kirkwall. Zawsze były rzeczy, które mogła zrobić ochotna najemniczka, zwłaszcza jeśli jej nazwisko brzmiało Hawke. Po kilku godzinach drobnych, acz dobrze płatnych prac – przekazywaniu ważnych listów, zawoalowanym grożeniu, rozwiązywaniu sporów, kopaniu opornych tyłków – słońce przechylało się na tyle, że świeciło w okna Varrika. Odwiedzała go chwilę po tym, jak się budził, i dyskutowali nad szczegółami ich wielkiego planu, który miał dać jej nie tylko oczyszczenie z zarzutów, ale i wspaniałą reputację obrończyni wiary i strażniczki porządku.

Potem wychodzili razem, zawsze tą samą ścieżką, depcząc na wysokich schodach do Górnego Miasta swoje wczorajsze ślady.

Za każdym razem, kiedy przechodziła obok opuszczonej posiadłości we wschodniej dzielnicy szlacheckiej, coś powstrzymywało ją przez wskoczeniem na schodki i beztroskim załomotaniem w ponure odrzwia. Właściwie nie wiedziała, co. W miarę, jak ich plan posuwał się coraz dalej i dalej, a delikatne sieci kontaktów i znajomości Varrika coraz mocniej zaciskały się na templariuszach w Katowni, zaczęła odkrywać, jak wielką machinę uruchomiła – i przeciwko jak wielkiemu molochowi zamierza wystąpić, nawet jeśli ów moloch nie miał o tym cienia pojęcia. Nie była pewna, jak Fenris zareaguje, kiedy poprosi go o pomoc w czymś jasno wymierzonym przeciwko Zakonowi i jego dobru.

Niemal codziennie przemierzali Kirkwall – czasem okolice – jako drużyna, sprawiedliwie dzieląc się zyskami po powrocie do Wisielca. Tawerna zawsze była ich nieoficjalną bazą wypadową, stanowiąc neutralny grunt; wieczorami siadywali razem, czasem na dole, czasem w pokojach Varrika, by grać w karty i wymyślać najdziwniejsze toasty (w czym przodowała Izabela). Krasnolud i piratka byli tam zawsze, czyniąc niejako honory domu jako zwariowana para gospodarzy, pozostali pojawiali się nieregularnie, w zależności od obowiązków czy humoru. Aedale lubiła te wieczory; wydawało jej się, że łączą ich więzami nawet trwalszymi niż wspólna walka, cementując tę dziwaczną, szorstką przyjaźń, jaką dzielili już przez niemal rok.

Rok. Kiedy to minęło? Pięć lat od śmierci ojca; dwa lata od przybycia do Kirkwall; rok od spotkania Varrika.

Pół roku od odejścia Carvera.

Potem, gdy już wróciła z Wisielca i umościła legowisko w sali wejściowej rezydencji, zostawiając Vindra – wielkiego, leniwego mabari Amellów – na straży jej rozciągniętych koców, schodziła na dół. Podziemia pod posiadłością zawsze były pełne zaduchu stęchlizny, niemal starożytnych win, ze starości pozmienianych w zgniłą galaretę; szerokich, delikatnych i oszronionych kurzem pajęczyn, zwieszających się w zwoje powłóczystych, lepkich firan w poprzek wilgotnych korytarzy. Co dzień przechodziła tą samą ścieżką, jedynym czarnym, wydeptanym szlakiem w wszechobecnym kurzu, schodząc coraz niżej i niżej, aż w końcu docierała do poziomu Mrokowiska.

Przyzwyczaiła się do tego. Klinika była cichym miejscem, które zawsze działało kojąco na jej wyczulone, nadwrażliwe zmysły. Te ściany nigdy nie znały magii innej niż leczącej. Uzdrowicielska aura, dzień po dniu emanująca z rąk Andersa, wsiąkała w samą strukturę budynki, nasączając go delikatną atmosferą spokoju, oazy, ratunku.

Sam Anders nigdy nie zadawał pytań. Zaakceptował jej obecność, najwyraźniej przyzwyczajając się do rutyny dnia tak samo jak ona; komfort i swoboda, jakie czuła w obecności maga, jeszcze się zwiększyła. Zaczął ją uczyć – nie słowami, ale raczej impulsami, pomagając jej wykrywać źródło choroby, pokazując łatwiejsze sposoby na odbudowanie spalonej skóry, odtworzenie strzaskanej kości. W miarę upływu czasu nawiązała się pomiędzy nimi specyficzna więź, niemająca nic wspólnego z wcześniejszą przyjaźnią. Jego magia zaczęła powoli reagować z jej, współpracując, łącząc się na o wiele głębszym poziomie. Czasem, w czasie walki, instynktownie reagowała na jego zaklęcia, sama zaskoczona efektami.

Anders?

Co, Hawke?

Czy ty… śnisz? Nadal? To znaczy, na własną rękę?

Czasami. Justynian jest silniejszy w Pustce tak samo, jak ja jestem silniejszy w sferze materialnej, ale to nie znaczy, że nie potrafię przejąć kontroli. Pochlebiam sobie, że na razie to ja mam ostatnie słowo w tym związku.

Naprawdę?

Nie. Tak naprawdę to cholernie się boję.

Ja też.

Ty przynajmniej nie musisz się bać o zepsutego ducha Sprawiedliwości zamieszkującego twoje ciało.

Spójrz na to tak: skoro już masz w sobie ducha Pustki, nie musisz się bać o jakiekolwiek demony.

Zawsze patrzymy na jasną stronę życia, co, Hawke?

Zawsze. Masz kurz na nosie.

Hmmm.

Co powiesz na… więcej kurzu?

Co… Hawke! Hej, HAWKE!

Łatwo było przebywać z Andersem. Z pewnością łatwiej niż z Fenrisem. Oczywiście, miał też czarną, ponurą, zachmurzoną część charakteru – o imieniu Justynian – ale jego uśmiech, błyszczący jasno w tych bursztynowych, ciepłych oczach, nie zniknął jeszcze; choć zaczął blednąć. Aedale przysięgła sobie, że nigdy nie pozwoli mu stoczyć się w ciemną posępność. Ich mała banda odmieńców miała zdecydowanie wystarczająco ponuractwa.

Inna sprawa, że niektórym to pasowało. Anders jednakowoż wyglądał dużo lepiej z uśmiechem.

Zaczęła zapuszczać włosy, splatając je w luźny warkocz powiewający na karku.

Trupy potworów były zielonkawe i przeraźliwie śmierdzące; każdy kolejny upadek miękkiego, gnijącego mięsa w ciemne błoto odzywał się obrzydliwym plaśnięciem. Otarła dłoń bez namysłu, zrzucając z siebie lepkie grudki krwi i ciała. Kanały sklepiały się nisko nad jej głową, ledwo dając możliwość do wyprostowania się. Avelina, wyższa o kilka cali, musiała trzymać głowę nieprzyjemnie skuloną. Świsnął miecz; ostatni topielec nadział się na zakrwawione ostrze, zaskrzeczał i upadł w muł.

- Możemy już stąd iść? – zajęczała Aedale. Avelina zacisnęła wargi w cienką linię.

- Nie jęcz, Hawke. Musimy jeszcze sprawdzić wschodnie tunele.

- Lepiej, żeby kasa miejska nam to naprawdę dobrze wynagrodziła – zamruczała magiczka, idąc dalej. Parsknęła ze zdegustowaniem, kiedy jej stopa rozgniotła mózg topielca w śmierdzącym błocie. - Kiedy to się tak zalęgło? Te potwory nie pojawiają się na pstryk.

Pstryknęła palcami eksperymentalnie i parsknęła z irytacją, kiedy na ten odgłos spod błota wynurzył się kolejny topielec. Zdzieliła go po głowie kosturem.

- A może się pojawiają? – zastanowiła się.

- Po prostu nie pstrykaj, Hawke. – Avelina podbiegła kilka kroków z niewygodnie pochyloną głową, jednym cięciem miecza rozcinając próchniejące kości karku. Kolejny trup osunął się w lepkie błoto.

- Możemy już iść? Wydaje mi się, że zabiłyśmy już więcej, niż było w ogłoszeniu – zauważyła Aedale. Kapitan rzuciła jej miażdżące spojrzenie.

- Zdecydowanie za dużo czasu spędzasz z tą piracką wywłoką. Pieniądze nie będą miały znaczenia, jeśli ta zaraza rozpleni się tak, że topielce zaczną wyłazić na ulice.

- Mhm, racja… - Aedale westchnęła ciężko i poszła dalej. Magia krążyła w jej żyłach, ciepłe iskry wędrowały żyłami do rąk. – Nie, Avelino, naprawdę, jak to się stało?

- Powiedzmy, że do tej pory kanały były na tyle nowe, że nic nie zdążyło tu wleźć – odparła krótko kapitan. – Wiesz, że wybudowano je całkiem niedawno, prawda? Przebili się przez trochę szlacheckich podziemi i zrobili sieć kanałów pod Górnym Miastem. Może ktoś utonął i dlatego to się zaczęło…

- Jeśli ktoś by utonął, to mielibyśmy jednego topielca, a nie kilkadziesiąt – stwierdziła Aedale. – Zresztą nie każdy zostaje po śmierci utopcem. Albo wpadła tu masa ludzi, albo to robota maga krwi.

- Jesteś pewna? – Avelina odwróciła się do niej ze zmartwieniem wypisanym na jej piegowatej twarzy. – W świetle tego, co ostatnio się dzieje w Zakonie…

Aedale kiwnęła głową z pokerową twarzą. Wielu magów, korzystając z rozproszenia i bałaganu panującego w Katowni, odkąd rozpoczęło się śledztwo dotyczące przemytu lyrium, uciekło w miasto i do podziemi. Jeśli znaleźli się pośród nich magowie krwi… templariusze prawdopodobnie nie byli w stanie teraz ich wyłapać.

Wygląda na to, że to tylko więcej roboty dla mnie, pomyślała z odcieniem zadowolenia.

- Nie masz wrażenie, że gdyby nie nasza ciągła interwencja, całe to miasto wybuchłoby w ciągu kilku miesięcy? Minęło kilka dni, a mam już w ręku dowody elfiej rebelii, wewnętrzny bunt templariuszy, ucieczkę magów krwi i plagę nieumarłych w kanałach dzielnicy szlacheckiej. I prawdopodobnie nikt oprócz nas nie potrafi tego wyprostować.

Avelina parsknęła śmiechem.

- Naprawdę sobie pochlebiasz, prawda, Hawke?

- Sama prawda, Avelino. - Aedale wzruszyła ramionami z zadowolonym uśmieszkiem. – Przyznaj, to my jesteśmy samym sercem tego miasta. Varrik daje cynk, ty kopiesz tyłki, a ja je przypalam. Razem utrzymujemy zadowalającą mieszankę porządku i chaosu.

- Chyba masz rację – stwierdziła w zadumie Avelina. – Kiedy dokładnie wrosłyśmy tak w to miasto, Hawke?

- Nie dalej jak dzisiaj się nad tym zastanawiałam – przyznała Aedale z westchnieniem. – Przypuszczam, że mogłyśmy trafić gorzej, jako uchodźcy, uciekinierzy, Fereldenki…

- …psi panowie – wpadła jej w słowo strażniczka. Aedale pogroziła jej palcem.

- Jedno złe słowo o mabari i Vindr się z tobą policzy, kapitanie.

- Zapomniałabym, że jesteś teraz wyższą sferą, Hawke – zaakcentowała Avelina miękko. – Z własnym rodowym ogarem i rezydencją. Dobrze się ułożyło, prawda?

Aedale jęknęła.

- Zważywszy na to, że tkwię pod ziemią w samym środku kanałów, ze stopami w mózgach topielców?

Avelina uniosła rude brwi.

- Cóż, może nie jest to najlepszy przykład…

- Uważaj! – Aedale odepchnęła ją na bok, machnięciem kostura ogłuszając topielca, który podnosił się z błota za strażniczką. – Te… rzeczy mogą przenosić choroby.

- Mhm. – Avelina przeszyła gnijące mięso mieczem. – Hawke, naprawdę uważasz, że to mag krwi przywołuje te topielce pod całą dzielnicą?

- To chyba… nie to – stwierdziła z wahaniem, przechodząc dalej. Sklepienie robiło się coraz niższe i niższe, docierając do miejsca, gdzie nawet ona musiała się pochylić. Avelina szła za nią na niewygodnie zgiętych kolanach. – Pojawiają się na zbyt dużym terenie i zbyt losowo, żeby założyć, że są przywoływane magicznie. Myślę, że chodzi o Zasłonę.

- Co z nią? – Strażniczka zmarszczyła brwi.

- Magia krwi ją niszczy – wyjaśniła Aedale krótko. – O wiele szybciej niż jakakolwiek inna magia. Jeśli ci magowie uciekli z Katowni i zaczęli używać krwi tu, w kanałach, to ją osłabili. Bardzo. Chodzące zwłoki to nie jest dobry znak, Avelino.

- Na Otchłań… - zaklęła cicho kapitan. – Chcesz mi powiedzieć, że to nie jest problem z zarazą, tylko z Zasłoną i demoniczną inwazją na Kirkwall?

Aedale wykrzywiła się wariacko.

- Ale zabawa, nie?

- Nie – odparła z naciskiem Avelina. – Jeśli jesteś pewna, że to magowie krwi, to musimy ich wytropić i schwytać.

- Świetnie! Czy to oznacza, że możemy już stąd sobie pójść? – Aedale poweselała. Pulsar w jej dłoni rozbłysnął jaśniej.

Kapitan tylko westchnęła.

- Hawke…

- Po prawej. – Magiczka rzuciła we wstającego topielca pomniejszą kulą ognia. Zaskwierczało; czerwonawy blask rozjaśnił na chwilę kanały i zgasł w błocie. – Widzisz? Im więcej używam magii, tym więcej ich tutaj przyłazi. Zasłona musi być tutaj naprawdę cienka. Myślisz, że ma to coś wspólnego z moim pstrykaniem?

Teatralnym gestem podniosła ręce przed siebie i złożyła palce razem. Avelina przewróciła oczyma.

Coś poruszyło się w odległym końcu tunelu.

A/N:

Hangcliffer, hm? Następny rozdział pojawi się szybciej, przysięgam. Wszystkich moich czytelników przepraszam za to opóźnienie; chcę zapewnić, że tak, mam zamiar to napisać do końca i nie, nie będę porzucać tej akcji. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że w czasie odpoczynku od „Fenrisa" popełniłam kilka pomniejszych fanficów do DA2 – w języku angielskim. Czas opublikowania tego na tym koncie jeszcze nie nadszedł, ale jestem otwarta na ewentualnie wysyłanie plików na maila =D

Pamiętajcie o zostawieniu śladów swojego przybycia! Komentarze dodaje się bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna.

Z kim romansował/a Wasz/a pierwszy/a Hawke?