Fenris
rozdział szesnasty
Rzecz dzieje się na przestrzeni trzech lat pomiędzy aktem pierwszym a drugim Dragon Age II.
-…-…-…-…-
- Przyjdź do baraków dziś wieczorem, Hawke – mruknęła Avelina kącikiem ust. – Muszę z tobą porozmawiać.
-…-…-…-…-
W powietrzu baraków unosił się uspokajający zapach potu, świeżej słomy i pasty do polerowania zbroi; mieszanka, którą podczas dwóch wspólnych lat nauczyła się kojarzyć z Aveliną. Aedale przystanęła przed drzwiami gabinetu kapitan straży i wzięła głęboki oddech, mentalnie przygotowując się na ciężką przeprawę. Jej dłoń bezwiednie dotknęła włosów, owijając wokół palca krótkie, nieuważnie obcięte pasma wokół głowy; potem osunęła się w dół, miętosząc ogniwa warkocza.
Opanowała się. Nie zrobiła niczego złego, na miłość Andrasty. Kilku przechodzących strażników rzuciło jej krótkie spojrzenia; jej przyjaźń z kapitan i udział, jaki miała w jej nominacji, nie były tajemnicą. Wyprostowała się dumnie pod ich wzrokiem – choć w sumie mogłaby zrobić większy efekt, będąc chociaż trochę wyższa – i upuściła warkocz na plecy. Zadyndał niczym wahadło i zatrzymał się między łopatkami.
Otworzyła drzwi.
- Wejdź, Hawke. – Avelina nie podniosła głowy znad papierkowej roboty, rozłożonej na biurku w dwóch groteskowo wysokich stosach. – Myślałam, że przyjdziesz wcześniej
Aedale machnęła ręką w swobodnym geście.
- Wiesz, jak jest. Zmywanie tego całego błota z szat zajmuje wieki.
- Mamy w straży nowego alchemika, robi dobre mikstury czyszczące zbroje. Mogłabyś wziąć trochę pasty następnym razem.
- Pewnie.
Zapadła cisza. Aedale usiadła na krześle naprzeciwko przyjaciółki. Avelina podniosła wzrok i otworzyła usta; potem nagle zmieniła zdanie i znowu je zamknęła. Odwróciła oczy.
- Hawke…
Czarodziejka przełknęła ślinę, przełamując swój ostatni opór, i wykrzywiła wargi w nieco zblazowany uśmiech.
- Więc... o czym konkretnie chciałaś ze mną porozmawiać?
Strażniczka wydawała się podjąć decyzję. Wstała gwałtownie, zrzucając z blatu kilkanaście pergaminów, kilkoma dużymi krokami obeszła biurko i położyła dłonie na ramionach Aedale.
- Słuchaj, Hawke. Wiem, że nie jestem w tym dobra, ale jeśli… Jeśli masz jakiś problem z tym…
Czarodziejka przewróciła oczyma.
- Nie ma żadnego „tego", Avelino. To znaczy… wiem, że mogę na ciebie liczyć – dodała miękko, patrząc, jak przez twarz twardej kapitan straży przepływa czyste zażenowanie. – Ale tu nie o to chodzi.
Strażniczka puściła jej ramiona i rzuciła jej dziwne spojrzenie.
- Na oddech Stwórcy, Hawke, skoro ta najbardziej niezręczna część już za nami, mogę ci już sprać tyłek?
Aedale podniosła na nią wielkie oczy – a potem wybuchnęła śmiechem. Avelina wykrzywiła się, siadając z powrotem na swoje miejsce.
- Nie znoszę czuć się jak piąte koło u wozu, wiesz? Ty i twój wytatuowany wybraniec moglibyście być chociaż odrobinę bardziej dyskretni.
- Nie jest moim wybrańcem! – zaprotestowała Aedale, opanowując chichot w jednej chwili. – A poza tym daj spokój, Avelino. Nie zaprzeczam, że go… lubię, ale to całkowicie jednostronne. Szczerze mówiąc – dodała, wywracając oczyma – która normalna kobieta nie doceniłaby tych wielkich oczu, jeszcze większego miecza i chmurnej przeszłości?
Avelina przekrzywiła głowę, obserwując ją bez słowa. Aedale zaczerwieniła się trochę.
- No tak, ty – ustąpiła. – Poza tym nadal mówimy o ponurym, aspołecznym, sfrustrowanym elfie z amnezją. Co nie znaczy, że…
Przerwała.
- Stwórco, to brzmi źle, prawda? Nieważne. Nawet gdyby… cokolwiek, on mnie nie chce. Nigdy mnie nie zechce. Więc tu sprawa się kończy. Jestem magiem, pamiętasz? – Machnęła ręką w teatralnym geście. Jej dłoń zatrzymała się w powietrzu, a potem bezwładnie opadła na kolana. – Rozmawiałam z nim o tym. Ta… nienawiść jest nie do opisania. Nie do ogarnięcia umysłem. Mogę sobie być szlachcianką, czempionem, nawet i samą Wielką Kapłanką, to nie robi różnicy, i tak mam w sobie to przekleństwo. Może i mnie lubi, może i akceptuje na tyle, żeby mi pomagać. Ale… - Jej głos zadrżał i znienawidziła się za to. – Po prostu lubię na niego patrzeć. Koniec historii.
- Chyba żartujesz. – Avelina mówiła zirytowanym tonem, ale wyraz jej twarzy ułożył się w szorstką tkliwość. – Za każdym razem, kiedy na siebie patrzycie, powietrze aż wibruje.
- Zauważyłaś? – Aedale rzuciła jej na wpół zdziwione, na wpół zawstydzone spojrzenie. Westchnęła i bezceremonialnie oparła łokcie na biurku, zrzucając kolejne dokumenty. Żadna z nich nie zwróciła na to uwagi. – Przynajmniej tyle dobrego, że sobie tego nie wyobraziłam. Ale to się nie skończy dobrze, Avelino.
Strażniczka popatrzyła na nią uważnie, długo.
- To nie jest osoba, z jaką bym cię widziała – przyznała w końcu. – Wiesz, że nie mam w tym doświadczenia, prawda? Ale on mi wygląda na takiego, który łamie serce. – Odwróciła głowę i odkaszlnęła. – Ale… jeśli uważasz, że to właściwy człowiek…
Aedale wzruszyła ramionami ze słabym uśmiechem.
- To i tak nie ma znaczenia, prawda? Może mi się wydawać mnóstwo rzeczy, ile tylko moja bujna wyobraźnia wymyśli, ale on i tak się nie zmieni. Jestem magiem, a on nienawidzi magów. Tyle na ten temat.
- Zależy ci na nim – wytknęła Avelina.
- Nie! – Aedale drgnęła, a potem z westchnieniem oparła czoło na dłoniach. – Tak – przyznała powoli. – Trochę. Nie wiem, w którym momencie zaczęło.
Avelina wzruszyła ramionami, najwyraźniej nie mając pojęcia, co mogłaby powiedzieć. Siedziały chwilę w milczeniu.
- Opowiadałam ci, jak poznałam Wesleya? – spytała strażniczka wreszcie, w oczywistej próbie oderwania przyjaciółki od ponurych myśli. Aedale spojrzała na nią i uśmiechnęła się miękko.
- Nie. Nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz.
Strażniczka wzięła głęboki oddech.
- Minęły już dwa lata, wiesz? Niedawno. Myślę, że Wesley byłby zadowolony z tego, jak się tu ułożyłyśmy.
Na twarzy czarodziejki zaigrał uśmieszek.
- Zadowolony, że ciągle trzymasz się apostatki? „Zakon naucza…"
- Wesley by zrozumiał – odparła szorstko Avelina, wyraz twarzy nagle twardy i zamknięty. – Nie oceniaj go po jednej reakcji.
Aedale opuściła głowę, zawstydzona.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało – odpowiedziała po chwili strażniczka. Odchrząknęła. – Chcesz usłyszeć tę historię?
Czarodziejka kiwnęła głową, wykonując zapraszający gest.
- Służyłam w armii króla Cailana – zaczęła Avelina, również opierając łokcie na biurku. – To były dobre, proste czasy. Nie musiałam martwić się o nic oprócz rozkazów, a te były zazwyczaj jasne. Byłam jedyną kobietą w oddziale, młodą, spragnioną życia dziewczyną, która nienawidziła – skrzywiła się odrobinę – swojego imienia i wszystkim przedstawiała się jako Lynna. Wtedy stacjonowaliśmy jeszcze w Denerim.
Jej oczy zaszkliły się nieco, patrząc najwyraźniej w głąb własnej głowy, gdzie ścigały się obrazy wspomnień.
- Król Cailan usiłował wzmocnić trochę pozycję straży miejskiej. Zostaliśmy wcieleni, cały oddział, do elitarnej jednostki strażników patrolujących granice miasta. Podczas jednej z potyczek z bandytami mój kolega nie przeżył.
- Przykro mi – powiedziała cicho Aedale. Avelina potrząsnęła głową.
- To było dawno temu, a od tej pory widziałam już wiele śmierci, żeby myśleć o nim inaczej jak o idiocie. Odsłonił się zbyt łatwo. Ale wtedy… to była pierwsza tragedia. To był pierwszy poległy z naszego oddziału i nie wiedzieliśmy, jak sobie z tym poradzić. Więc – przez twarz Aveliny przemknął lekki uśmieszek – poszliśmy się upić.
- Późną nocą, pijani w sztok, zataczaliśmy się po mieście, aż dotarliśmy na dziedziniec Zakonu. Tam znaleźliśmy studnię i zaczęliśmy wymiotować. Następne, co pamiętam, to pięść chwytająca mnie za kark i zdenerwowany głos mówiący coś o pożałowania godnym pośmiewisku w ogrodzie Stwórcy.
Aedale zachichotała.
- To brzmi dokładnie jak Wesley.
- Tak. – Avelina uśmiechnęła się kątem ust. – Moich kolegów-żołnierzy wywlókł z dziedzińca za kolczugi. Mnie, ponieważ byłam kobietą, zostawił na koniec. Zdążyłam wytrzeźwieć na tyle, żeby wybełkotać coś o żalu, pogrzebie i bezsilności w obliczu śmierci.
- Chcesz powiedzieć, że… - Aedale wyszczerzyła się do niej. – Złapałaś męża na pijackie pogaduszki?
- Hawke! – Avelina trzepnęła ją po łapach, ale jej oczy pozostały rozmarzone. – Zostaliśmy i rozmawialiśmy całą noc – o Stwórcy, śmierci, życiu i jego kruchości. Przedstawiłam mu się moim prawdziwym imieniem i kazałam się odwiedzić w barakach, a potem zasnęłam i – uśmieszek znowu zaigrał na jej ustach – jeśli wierzyć jego historii, zaśliniłam mu cały napierśnik. Potem dowlokłam się jakoś do fortu.
- Rano byłam obolała, zawstydzona, potwornie zażenowana i miałam nadzieję, że nigdy więcej go nie zobaczę. W dodatku komendant dowiedział się o naszej eskapadzie i wlepił nam tydzień służby w latrynach. Wieczorem, przy wspólnej kolacji, usłyszałam plotkę o templariuszu, który ponoć odwiedził koszary i rozpytywał o damę imieniem Avelina. Oczywiście nikt nie miał o takiej pojęcia…
Aedale zachichotała pod nosem.
- Twoi strażnicy nie powinni tego słyszeć, kapitanie, wiesz?
- I nie usłyszą – odparła Avelina z nutą groźby w głosie. – Wracając do opowieści… byłam przerażona. Zaczęłam przeklinać na „węszących wszędzie klechów" i „ciekawskich rycerzyków". – Zignorowała kolejny chichot Aedale. - To dało do myślenia moim kolegom z oddziału… Następnego dnia, w samym środku czyszczenia wychodków drugiej kompanii, zobaczyłam wchodzącego do środka młodego templariusza. „Avelino!", krzyknął ze świętym oburzeniem w głosie. Połowa mojej drużyny wybuchnęła śmiechem na to imię, druga połowa na jego obecność w śmierdzących latrynach… a ja myślałam, że zapadnę się pod ziemię ze wstydu.
Policzki Aveliny lekko poróżowiały na to wspomnienie, ale jej ust nie opuścił delikatny, niemal czuły uśmiech.
- Kiedy jesteś jedyną kobietą w oddziale, reputacja to wszystko, co masz. A wtedy, w jednej chwili, ta nadęta wypolerowana puszka zniszczyła ją całą za jednym zamachem. Więc zrobiłam jedyną rzecz, która wydawała mi się odpowiednia.
- To znaczy? – zapytała Aedale, tłumiąc szaleńczy chichot z „puszki".
- Spoliczkowałam go – odparła Avelina z marzycielskim uśmiechem.
Aedale parsknęła dzikim, niepohamowanym śmiechem. Spróbowała sobie wyobrazić tę scenę: młoda, ruda, piegowata „Lynna" czyszcząca latryny i błyszczący wypolerowaną zbroją templariusz… Jej piersią wstrząsnął wariacki rechot, kiedy pochyliła się do przodu i zobrazowała sobie malownicze „plask!", jakie musiała spowodować ręka krewkiej wojowniczki.
- Był tak oszołomiony, że wydukał tylko „Za co?" – kontynuowała Avelina na tle dzikiego chichotu. – „Za zrujnowanie mojej opinii!", wysyczałam. Byłam pewna, że obrazi się i odejdzie. Zamiast tego… - Uśmiechnęła się tęsknie. – W ramach przeprosin zaprosił mnie do karczmy „Pod nienażartym szlachcicem". To najlepsza oberża w Denerim.
- Odważny człowiek, nie ma co – skomentowała Aedale, ocierając z oczu łzy szczerego śmiechu. – Zaryzykował.
- Odzyskanie posłuchu w oddziale zajęło mi wieki – westchnęła Avelina. – W pewnym momencie musiałam złamać kilka nosów. Ale Wesley był tego warty.
Aedale uśmiechnęła się pod nosem, widząc, jak twarda, zazwyczaj oschła twarz kapitan nosi wyraz otwartej czułości.
- To dopiero piękna historia miłosna. Założę się, że bije na głowę wszystkie romanse Varrika.
Avelina parsknęła.
- Zamknij się, Hawke. Kiedy myślę o tym z tej perspektywy, było cudem, że udało nam się w ogóle spotkać, nie wspominając już o zaręczynach i małżeństwie. To było całkowite wariactwo. Utytułowany rycerz Zakonu i wojowniczka z baraków…
Aedale przełknęła ślinę w nagle suchym gardle. Dumna spadkobierczyni Amellów i były niewolnik z niższej rasy.
Avelina opacznie zrozumiała jej nagłą powagę i pokręciła głową z irytacją.
- Nie musisz mnie traktować jak porcelanową laleczkę, Hawke. Wiem, że on nie żyje. Rozumiem to. I chyba się z tym pogodziłam. Minie jeszcze sporo czasu, zanim to przestanie boleć, ale te wspomnienia są dobre i wiem, że nie pozwoliłby mi zatruć ich goryczą z tego, co stało się później.
Czarodziejka uśmiechnęła się do niej.
- Wspominałam już, jak wielką jestem szczęściarą, że cię mam?
Avelina wzruszyła ramionami, próbując ukryć zażenowanie.
- Ktoś musi cię doprowadzać do porządku. Jesteś duże dziecko, Hawke.
- Wcale nie! – oświadczyła Aedale butnie i wydęła usta. A potem uświadomiła sobie, co właśnie zrobiła, i znowu zgięła się ze śmiechu.
- Właśnie – mruknęła Avelina.
Ale uśmiechała się.
-…-…-…-…-
Potem, kiedy rozłożyła swój barłóg przed świeżo odremontowanym, wypełnionym roztańczonym ogniem kominkiem i wtuliła się w muskularne ciało Vindra (mabari zamruczał z dezaprobatą, ale ze stoickim spokojem dał się tarmosić), rozważyła jeszcze raz słowa Aveliny.
Kiedy myślę o tym z tej perspektywy, było cudem, że udało nam się w ogóle spotkać.
Racja. Gdyby nie szwindel Anso, mogłaby równie dobrze do tej pory żyć całkowicie nieświadoma istnienia tak niezwykłej istoty, jaką był Fenris.
Jej zauroczenie z początku było czysto fizyczne, złożone z fascynacji jego znakami, skórą, niczym wyrzeźbioną z granitu sylwetką i nadzwyczajnymi zdolnościami bojowymi. Był fascynujący. Obserwacja jego stylu walki była rozrywką sama w sobie - zwłaszcza że dorastając z Carverem jako sparingpartnerem, wiedziała, jak ciężar dwuręcznej broni potrafi zmienić wojownika w stworzenie o mobilności i gracji niedźwiedzia. Podczas gdy Carver rzeczywiście walczył jak niedźwiedź, uczyniwszy z tego swoją zaletę, Fenris wydawał sobie kpić z wagi swojej broni. Poruszał się szybko i zwinnie, ze śmiertelną gracją, parując i zwodząc, tnąc i siekąc. Jego długa klinga tkała w powietrzu stalową zasłonę, jednocześnie śmiertelną i perfekcyjnie bezpieczną. W połączeniu z dodatkowymi zdolnościami, które w pewien niezrozumiały sposób łączyły się z jego szkoleniem i z liniami lyrium na jego skórze, był niemal niepokonany. Potrafiła sobie wyobrazić, dlaczego Danarius był w stanie poświęcić tak wiele, aby odzyskać podobnie wytrenowanego wojownika.
Patrzyła, patrzyła, patrzyła. I wtedy odkryła, że nie potrafi przestać.
Kiedy jej oczy przylgnęły do niego na stałe, zaczęła odnajdywać pewne subtelności, które przejawiały się w jego zachowaniu. Nie znosił być dotykany. Kiedy szli razem, zachowywał bezpieczny dystans, zaciskając usta na każde przypadkowe muśnięcie gołej skóry. Był dumny, cholernie dumny; nawet ranny, zachowywał płynny chód, trzymając głowę wysoko i patrząc na resztę świata spod przymrużonych powiek. Był paranoiczny, wiecznie sfrustrowany, a mimo to perfekcyjnie, zimno wyrafinowany; nie uśmiechał się, a tym bardziej nie śmiał, mówił niewiele i nigdy nie odpisywał na jej notki.
Zajęło jej trochę czasu uświadomienie sobie, że w ten sposób desperacko pragnął przekonać świat – a może nawet nie świat, nie obchodził go świat, może po prostu samego siebie – że nie jest już niewolnikiem.
Może to właśnie był moment, w którym zaczęło jej zależeć.
Przypomniała sobie jeszcze raz te drobne, maleńkie momenty, drzazgi emocji, jakie wyłapywała w jego oczach – i ten ostatni, otwarty, pełen bólu wyraz, jaki zobaczyła tego dnia w kanałach. To mogło być przywidzenie – ale czy wobec tego Avelina komentowałaby intymność sposobu, w jaki na siebie patrzyli?
Fenris, wypróbowała w myślach jego imię. Brzmiało twardo i dostojnie; coś w echu tego dźwięku wybrzmiewającym w jej głowie sprawiło, że zadrżała pod kocami. Przytuliła się mocniej do Vindra, obejmując ramionami jego szeroki, muskularny kark, przesuwając palce w szorstkiej, krótkiej sierści.
Jak by to było, gdyby zamiast ogara leżał tu mężczyzna? I to nie byle mężczyzna – ten mężczyzna, który od dawna nawiedzał jej myśli? Jego skóra byłaby szorstka i twarda pod jej dotykiem, opinając ściśle krzywizny mięśni, sieci ścięgien i żył; białe znaki odcinałyby się jaskrawo od jego ciemnej skóry, ciągnąc się delikatnymi spiralami i wstęgami przez ramiona do barków, z barków do obojczyka, wspinając się rozgałęzioną linią na jego szyi, dotykając spiczastych uszu, sięgając ust; jego wargi byłyby rozchylone we śnie, wydobywałby się z nich spokojny, głęboki oddech, jego oczy byłyby zamknięte, jasne, cienkie rzęsy spoczywające na zapadniętych policzkach, miękkie, białe włosy rozrzucone na kocach.
Nie. Odwróciła się na brzuch, odpychając psa od siebie. Vindr zamruczał znowu, nisko, z urazą, i wstał z godnością, żeby ułożyć się z powrotem w nogach barłogu. Oparła o niego stopy, wpatrując się niewidzącymi oczyma w ogień.
Nie próbuj stworzyć idealnego obrazu w głowie. Nie próbuj. Nie planuj. Nie myśl. Twoja podświadomość obróci to przeciwko tobie, a demony zaraz za nią. Nie czekaj. Nie wyobrażaj sobie. Jeśli…
Zamrugała.
Jeśli on ci pisany, to pewnego dnia przekonasz się, jak to jest, sypiać u jego boku. Wtedy rzeczywistość stworzy coś lepszego od wyobraźni.
A jeśli nie…
To nie.
I nie miej nadziei. Nie masz do niej prawa.
A/N:
Odrobinę dłuższe niż zazwyczaj, ale wierzę, że nie będziecie narzekać…? =D Tylko się nie przyzwyczajajcie!
Pamiętajcie o zostawieniu śladów swojego przybycia! Komentarze dodaje się bardzo prosto i nie trzeba do tego być zalogowanym; wystarczy kliknąć w link „Review this Chapter" poniżej. Każda opinia jest dla mnie cenna; od poziomu zainteresowania uzależniam też wklejanie nowych części.
Z kim wybraliście sojusz na samym końcu, z magami czy z templariuszami? Ciężko było wybrać?
