Rozdział 1
Uczucie duszności ustąpiło pod falą ciepła. Było to przyjemne uczucie i jakby znajome. Gdzie jestem? Co to za miejsce i dlaczego jest tu tak ciemno? Mgła spowiła wszystko, przyprawia o ciarki i chęć ucieczki, ale nie mam gdzie. Jest tylko ona…
Jednak nie. To ciepło, ogrzewa wszystko wokół. Podoba mi się, jest przyjemne i odgania ból.
Kiedy ciepło odchodzi, chcę krzyczeć. Boli, tak bardzo boli. Nie chce znów ciemności, zimna. Nie chcę pustki. Niech ciepło wróci, teraz!
James przeklinał swoją nieuwagę, roztargnienie, lekceważenie córek. Jednak najbardziej nienawidził siebie za pierwszą myśl, gdy ciało Harry'ego grzmotnęło o podłogę „dobrze, że to on, a nie dziewczynki". Siedząc na krześle, obok łóżka Harry'ego, nie rozumiał własnych myśli.
Lily siedziała nieruchomo na szpitalnym łóżku, nie obdarzyła męża nawet jednym spojrzeniem. Głaskała nieruchomą twarz syna, nuciła tylko sobie znane melodie od godzin. Jakby miała nadzieję, że to wybudzi chłopca. James wiedział, że obwinia go o ten wypadek. To on kazał jej wyjść do Molly, to on obiecał, że przypilnuje dzieci. Miał się wszystkim zająć. Tak jak wtedy. I znów nawalił…
Gdy drzwi od sali uchyliły się, ukazała im się poważna twarz Amy McCartney, oboje spojrzeli na ją z nadzieją. Kiwnęła sztucznie głową i podeszła do łóżka. Lili natychmiast odsunęła się, pozwalając Uzdrowicielce zbadać syna. Szybki ruch różdżką, chwila ciszy, zmarszczenie czoła i ciężkie westchnienie.
- Amy…- James nie wiedział skąd wziął w sobie wystarczająco dużo sił na wypowiedzenie jej imienia, ale zrobił to przerywając ciszę. Uzdrowicielka spojrzała na niego, Lily, a później na nastolatka. Miała zmarszczone czoło jakby coś analizowała.
- Kiedy się obudzi?- zadał kolejne pytanie, a ona odsunęła się od łóżka.
- Przejdźmy do mojego gabinetu.- jej głos był służbowy, nie przyjacielski. Wiedział, że nie powie im nic dobrego.
Zmusił swoje ciało do ruchu, a gdy drobna dłoń żony dotknęła jego własnej poczuł się jakoś lepiej. Ich dawna przyjaciółka zaparzyła trzy kubki kawy i podała im. Zasiadła za ciężkim biurkiem i dopiero wtedy spojrzała na nich.
- Dostaliśmy ekspertyzę z analizy różdżki Jamesa.-zawiesiła głos, upiła łyk naparu i dopiero wtedy spojrzała na nich.
- Według analizy to co widział James nie mogło skrzywdzić Harrego.- oboje spojrzeli na nią w niezrozumieniu.
- Widziałem! Dziewczynki szamotały się, naśladowały nasze ruchy, a później pojawił się blado-fioletowy blask i Harry upadł!- warkną. Obraz z wczorajszych wydarzeń ciągle miał przed oczami.
- Nie mówię, że coś takiego nie miało miejsca. Jednak pięcioletnie dzieci nie mają wystarczająco dużo mocy, aby użyć różdżki. Nie w konkretnym miejscu. Nie w kierunku brata oddalonego o sześć metrów. I tu zaczynają się pytania. Jeśli to nie magia dziewczynek, to co odpowiada za stan waszego syna.
- To chyba wy powinniście to ustalić! Minęła doba, a on się nie budzi!- słowa Lily, jej ton głosu według Jamesa były zbyt ostre. Jednak nie śmiał upominać żony, nie w sytuacji, gdy jej złość miałaby obrócić się przeciwko niemu, a miała ku temu prawo.
-Lily rozumiem twoje zburzenie, jednak złość w niczym nam nie pomoże. Musimy współpracować, abym mogła pomóc Harremu.
James przysuną się do żony i ścisną jej drżącą dłoń. Widział jej zaczerwienione oczy i trud jaki wkłada, aby się nie rozkleić. Zaczerpnął powietrza i postanowił przejąć obowiązek rozmowy z magomedykiem.
- Co konkretnie chcesz zapytać? Wypełniliśmy formularz, Lily na dodatkowym pergaminie zapisała wszystkie badania jakie miał wykonywane w Stanach, numer do lekarza prowadzącego, co jeszcze potrzebujesz Amy?
- Właśnie rozmowa z doktorem Martinesem. Początkowo podejrzewałam, że za stan Harrego odpowiada przypadkowa magia. Po jego przeżyciach ma prawo obawiać się niespodziewanego ataku. Wytworzenie przypadkowej tarczy nie zdziwiło mnie, utrata świadomości po zastosowaniu tak silnej magii też byłaby zrozumiana. Jednak doktor Martines twierdzi, że nie możliwe jest, aby Harry wykorzystał w jakikolwiek sposób swoją magię. Według niego zbyt rozległe są uszkodzenia rdzenia.
- O jakiej tarczy mówisz?- Gdy James przerwał tyradę uzdrowicielki, miał mętlik w głowie.
- Nie wyczuwacie tego? Cały jego pokój jest jak magnez magii i z całą pewnością to jest powód jego śpiączki. Jednak dzisiejsza rozmowa rozwiała moje nadzieję, że to chłopiec jest jej wysłannikiem.
- Nie rozumiem.- wychrypiał James i poczuł, że Lily ściska jego dłoń. Jej zielone oczy śledziły jego twarz jakby zaczynała rozumieć o czym mówi jej dawna przyjaciółka.
- To James, tak?- zapytała spokojnie, a gdy Amy kiwnęła głową mężczyzna, aż otworzył usta.
- W dalszym ciągu nie rozumiem o czym mówicie!
- James to Ty wytworzyłeś tarczę.- powiedziała spokojnie Lily. James pokręcił przecząco głową, a uzdrowicielka uśmiechnęła się łagodnie.
- To musiałeś być Ty. Nie miałeś różdżki, stałeś zbyt daleko, aby interweniować. Twój umysł wiedział, że musisz ochronić syna. Otoczyłeś go tak szczelnie własna magią, że nie może się przez nią przedrzeć, stąd śpiączka. Odkąd tu trafiliście nie opuściłeś syna nawet na pięć sekund przez co przepływ magi był ciągły i taki sam. Martwisz się o syna przez co utrzymujesz na nim tarczę. Naturalnie mogę się mylić. Jednak jeśli moja teoria jest słuszna w tej chwili Harry zaczyna się wybudzać.
- Już teraz?
- Jest z nim mój asystent, jeśli zauważy zmiany poinformuje mnie. Jednak ta teoria jest najbardziej prawdopodobna, dr Martines też się ku niej przychyla.
- Sugerujesz, że uśpiłem własnego syna! Czyś Ty oszalała! Co to za brednie!
- James!
- Co! Nic mu nie zrobiłem! On…- nie mógł mówić dalej. Schował twarz w dłoniach, starając się uspokoić oddech.
- Jim spójrz na mnie… Skarbie proszę Cię.- proszący głos żony zmusił go do uniesienia głowy. Lily przykucnęła przy jego krześle, a dłonie opierała na jego kolanach. Gdy brązowe oczy napotkały zielone, James poczuł znajome zimno w żołądku. W takich chwilach przeklinał to piękne zielone spojrzenie, bo miał wrażenie, że wiedzą o nim wszystko.
- Nie chciałem… Lily - wychrypiał z trudem, sam nie wiedząc czy mówi o wczorajszym popołudniu czy o tym sprzed trzynastu lat.
- Chroniłeś naszego syna. James nie zrobiłeś nic złego. Harremu nic nie będzie.- Miał ochotę warknąć na nią, wykrzyczeć to co siedziało w nim przez te wszystkie lata. Ten Harry nie jest jego. Jego mały, uśmiechnięty, roztrzepany synek odszedł i choćby jak pragną nigdy go nie odzyska. I choć wstydził się własnych myśli, wolałby, aby ciało jego syna jednak umarło naprawdę. Nienawidził pustego spojrzenia, wypowiedzi bez emocji, obojętności.
Potrząsnął głową, aby odgonić nieprzyjemne myśli. Dopiero wtedy zorientował się, że uzdrowicielka wyszła.
- Poszła do Harrego. Prosiła, abyśmy tu zostali, aż nie skończą skanów.
- Myślisz, że się obudzi? Amy może mieć rację?- zapytał, a Lily kiwnęła głową.
- To nie byłby pierwszy raz, gdy to zrobiłeś. Jim przecież oboje wiemy co jesteś w stanie zrobić, aby go ochronić. Dziewczynki są za małe na tak silną magię, a Harry… on nie mógłby, on nawet nie jest świadomy, że dziewczynki się urodziły! - wychrypiała, a jej oczy uciekły w bok.
James nigdy jej nie pytał co sądzi o Harrym. Nie chciał wydać swoich uczuć, jednak czasem, w takich chwilach jak ta, miał wrażenie, że ona też ma już dość. Dotkną jej twarz, delikatnie głaszcząc piegowaty policzek.
- Jim może powinnam mu pozwolić odejść.- odezwała się po dłuższej chwili. James otworzył szerzej oczy, nie wierząc, że powiedziała to na głos.
- Lily podjęłaś decyzję zgodną z matczynym sercem. Zrobiłaś wszystko co mogłaś. Kiedy ja…
- Nie mogłeś nic zrobić! To ja kazałam im ratować go, wiedziałam jaka będzie cena! Oni nie chcieli! To ja im kazałam, zmusiłam ich- pojedyncze łzy ściekały po jej tworzy.
- Kocham Cię rudzielcu. Kocham twoją odwagę i zawziętość. Kocham to, że walczyłaś o nas. Harry… on dalej jest naszym dzieckiem.
Kiwnęła głową, ale łzy nie przestały płynąć po jej policzkach. Pozwolił, aby przysunęła swoje czoło do jego.
- To nie miało tak wyglądać…- wychrypiała szlochając.
- Wiem…- Potwierdził zamykając oczy i wdychając jej zapach.
Lodowata ciemność… Nie ma ciepła, nie ma nic. Tylko ciemna mgła przysłaniająca wszystko, mokra wilgotna. Gdzie ja jestem? Kim ja jestem?
Chcę, aby ciepło wróciło…
- Aktywność mózgu wzrasta. Uważam, że do jutra powinien się obudzić.- James zmierzył Magomedyczkę lodowatym wzrokiem.
- Czyli nie mogę do niego wejść do jutra?
- James rozmawialiśmy o tym. Wróć do domu, odpocznij. Tarcza jest o wiele silniejsza niż myśleliśmy.
- A może szukacie nie tam gdzie trzeba!
- Na chwilę obecną nic więcej nie mamy. Po twoim wyjściu ciśnienie podniosło się, źrenice reagują na światło. Jak myślisz dlaczego tak się dzieje! Twoja magia opuszcza jego ciało. Być może uszkodzenie rdzenia opóźnia cały proces. Wrócicie tu jutro i zastanowimy się co…
- Amy! Chodź szybko!- James drgnął, gdy młody mężczyzna wyłonił się z sali Harrego i wręcz piskliwym ze strachu głosem zawołał uzdrowicielkę. Magomedyczka pobiegła do sali, zamykając drzwi tuż przed nosem Jamesa.
Ból ciała ogłuszała mój umysł. Słyszę jakieś szmery, czyjeś głosy, ale ich słowa są niezrozumiane, zapachy dochodządo moich nozdrzy, ale nie umiem ich nazwać. Obcy dotyk doprowadzał mnie do szału. Nie chcęgo, sprawia mi ból. Jednak najbardziej bojesię pustki jaką odczuwam. Musze odnaleźć ciepło. Gwałtowny blask światła rozgonił ciemność, ale nie sprawił, że przestałem się bać.
Amy McCartney uważa się za dobrego specjalistę. W swoim życiu zawodowym widziała już tak wiele, że wątpiła aby zdziwiło ją coś jeszcze. Kiedyś matka powiedziała jej, aby nigdy nie myślała, że wie już wszystko. Chyba zapomniała o tej dobrej radzie.
Zielone, spłoszone spojrzenie przeszywało ją na wskroś. Oczy zionęły lękiem, bólem i dezorientacją. Amy zawsze żałowała, że Lily i James zdecydowali się na próby leczenia syna poza granicami kraju. Jednak nie śmiała sugerować im, aby to jej dali szansę na badania nad ich dzieckiem. Nie zmieniało to faktu, że jako uzdrowiciel przypadek młodego Pottera traktowała jako ciekawostkę. Sam fakt, że półtoraroczny chłopiec przeżył tygodnie tortur było szokiem dla każdego.
Amy była jeszcze stażystką, gdy aurorzy przetransportowali skatowane ciało Jamesa, tulącego do piersi syna. Pamięta zdziwienie, gdy nieprzytomny mężczyzna nie pozwalał im na zbliżenie się do chłopca. To była magia jakiej Amy nigdy wcześniej, ani później nie widziała. Dopiero ojciec Jamesa zdołał uwolnić chłopca spod opiekuńczej magii. Pamięta jak pielęgniarki szlochały pewne, że chłopczyk zmarł i jeszcze lepiej pamięta okrzyk zdziwienia uzdrowiciela, gdy okazało się, że serce chłopca słabo bije.
Początkowy przypływ radości, opadł, gdy okazało się, że na dziecko wielokrotnie rzucono Amplecti Dementors . Każdy kto znał to zaklęcie wiedział, że nie ma ratunku. Uzdrowiciele podjeli działania, nie w celu ratowania chłopca, lecz, aby jego matka miała nadzieję. Nikt nie potrafił powiedzieć jej, że jej synek jest żywym trupem. Nikt nie miał odwagi powiedziej jej tego, gdy jej mąż mógł umrzeć w każdej chwili. Więc ratowli chłopca wbrew logice.
Amy przez trzynaście lat zastanawiała się co sama by uczyniłaby w takiej sytuacji. Jakby się zachowała i czy poczynania Uzdrowicieli były służszne. Nigdy nie znalazła dobrej odpowiedzi.
Przyjaźniła się z Lily jeszcze w szkole i po tym smutnym wydarzeniach wykorzystywała tą znajomość w celu obserwacji nastolatka. Harry był intrygującym przypadkiem. Nie był zdolny do posługiwania się magią, ale jej zalążki nie opuściły jego ciała. Przez młody wiek w jakim został potraktowany klątwą, jego układ nerwowy nie scalony jeszcze do końca z magią, rozpoczą samodzielną pracę. Amy wiedziała, że Harry jest najlepszym uczniem w mugolskiej szkole, wiedziała, że nie ma przyjaciół i poza rodzicami nie zwraca na nikogo uwagi. Nastolatek wykonywał polecenia rodziców, jednak nie wychodził z własną inicjatywą. Nie sprzeciwiał się, nie protestował. Był jak idealna zabawka, gotowa na nowy rozkaz. Chłopiec nie wykazywał żadnych emocji, zawsze ze stoickim spokojem przyjmował to co go czekało, nie odczuwał bólu, co było problematyczne, bo wielokrotnie ignorował własne urazy.
I choć Amy nie była lekarzem prowadzącym młodego Pottera, wiedziała o nim dużo. Za pewne więcej niż jego rodzice. A przynajmniej tak myślała do dzisiaj. Bo przerażenie w zielonych oczach, dezorientacja i ból było czymś nowym w rysopisie jaki stworzyła. Chłopiec siedział na łóżku łapczywie łapiąc powietrze i rozglądając się po pomieszczeniu.
- Harry…- zaczęła ostrożnie, ale nie zyskała uwagi chłopca. Rozglądał się po pomieszczeniu, a oczy zaczęły mu się szklić, jakby chciał się rozpłakać. Łapał z trudem powietrze, a prawa dłoń pocierała klatkę piersiową.
- Co cię boli? Powiesz mi?- chłopiec spojrzał na nią jakby nie rozumiał o czym mówi.
- Gdzie cię boli Harry?- Kiwnęła głową do Matta, aby pomógł jej położyć chłopca. Widziała, że odczuwa ból. Zaklęcie skanujące pomogło dobrać odpowiednie eliksiry dla stanu pacjenta.
Światło rani moje oczy,ale jest dobre, jest lepsze niż ta dziwna ciemność. Rozglądam się po pomieszczeniu, białe ściany, białe łóżko. Szpital. Skąd ja to wiem? Jednak nazwa ta dziwnie pasuje. W moich ustach pojawia się dziwnie smakujący płyn, chcę go wypluć, ale nie mogę. Krztuszę się, gdy zimna ciecz wdziera się do mojego przełyku.
„Harry"
To wydaje się znajome słowo. Harry. Chyba tak się nazywam. Szloch wyrywa się z mojej piersi, gdy mgła powraca, a wraz z nim ciemność.
- Co się dzieje Harry. Powiesz nam co Cię boli?- Ciemność jest zła. Nie chcę wracać do tej pustki. Niech wróci ciepło. Teraz!
- Niech wróci!- żądam, szlochają. Jest mi zimno, tak bardzo zimno!
- Kto? Harry spójrz na mnie i powiedz mi co ma wrócić.- nie jestem w stanie powiedzieć o co mi chodzi. Ciepło, chcę tego ciepła otulającego i broniącego mnie przed mgłą.
- Mam zawołać twojego tatę?- inny głos, zaciskam oczy gdy tych kilka słów sprawia mi ból. Nie wiem o czym mówi. Jednak kiwam głową mając nadzieję, że mówi o fali ciepła.
- Niech wróci. Niech wróci. Proszę…- szloch przerywa moje słowa, ciemność zbliża się i paraliżuje moje ciało, ale nie trwa to długo. To wraca, fala wróciła. Zaciskam oczy rozkoszując się ciepłem. Gdy ciepła dłoń dotyka mojego czoła, zimno odchodzi całkowicie. Uchylam powoli oczy i widzę brązowe spojrzenie. Jest mi znajome. Znam go. Wysilam swój umysł, aby skojarzył kim jest mężczyzna. James Potter wskakuje do mojej głowy jak olśnienie. Analizuje jego twarz i mogę stwierdzić, że się nie pomyliłem. James Potter odgonił ciemność. James Potter sprawił, że nic mnie nie boli. James Potter jest moim tatą. Przypominam sobie fragment kolorowej książki. Tata jest rodzicem. Obowiązkiem rodzica jest chronienie dziecka. To dlatego nie pozwolił, aby ciemność wróciła.
- Jesteś moim Tatą?- pytam tak dla pewności, a jego oczy robią się większe.
- Tak jestem twoim tatą.- uśmiecham się, gdy potwierdza moje przypuszczenia.
- I nie pozwolisz, abym znów był sam?- pytam z nadzieją. Ciemność była przerażająca, pustka była paraliżująca. Czułem obecność innych, byli gdzieś nie daleko, czułem ich jak teraz czuje rękę taty na czole, ale byli dalej, nie mogłem ich rozróżnić, zapamiętać, prosić o pomoc. Byłem sam, ale teraz jest tata. A nie tylko nic nie znaczące nazwy.
- Nigdy. Spróbuj zasnąć, będę tu, gdy się obudzisz.- Kiwam głową, gdy przypominam sobie inny głos, mówiący, że sen jest ważny. Sen daje energię, a gdy mam wystarczająco dużo sił mogę czytać i wtedy nie czuje tak bardzo pustki, ciemność staje się jakby mniej przytłaczająca.
- Nie odchodź- zaznaczam nim moje oczy opadają.
