„ -Harry łap!

Odwracam się na znajomy głos, ale nie widzę jego właściciela. Obce słowa, zdania wypowiedziane przez ścianę ciemności. Rozglądam się, próbuję pokonać ciemność, brnę przez nią, bo już wiem, że tam po drugiej stronie też coś jest. Ignoruje dreszcze, lęk i obawę. Brnę przez ciemność po omacku, ale nic nie widzę, tylko głosy w mojej głowie.

- No i uciekła… Mówiłem, abyś ją łapał!

- Cisza! Próbuje się skupić. Naprawdę wy chłopcy chyba nigdy nie dorośniecie.

Radosny śmiech obcych powoduje, że budzę z uśmiechem."

Otwieram oczy, a sen tli się w mojej głowie. Tak jak kilkadziesiąt razy wcześniej. Mam wrażenie, że to nie był tylko sen. Jakbym tam był, jakbym przeżywał sytuację z moich snów, ale… Przecież to niemożliwe. Rozglądam się po salonie i uczucie, że nie to jest moje miejsce znów owiewa moje ciało. Każdy dzień jest nowym początkiem. Uczę się tego co jest wokół mnie, obce miejsca, ludzie, zapachy, obrazy, są jak głosy z moich snów. Tylko na odwrót. Widzę je, ale nie poznaje. Ocieram zaspane oczy i przełykam ślinę próbując nie pogubić się w tym nowym świecie. Najważniejsze, że zimno odeszło…

James

Moją obsesją stało się obserwowanie go jak śpi. Obserwuje jak jego brwi marszczą się, jak porusza głową, wsłuchuje się w jego oddech. W głębi duszy obawiam się, że sen odbierze nam go. Że któregoś dnia obudzi się i będzie taki jak wtedy. Cholernie się tego boję. Niepokój zżera moje wnętrzności.

- Zrobiłam kawę.

Unoszę głowę na głos mojej małżonki. Kiwam głową i przyglądam się skulonej postaci na łóżku. Śpi… wydaje się, że tym razem nie będziemy musieli wyrywać go z koszmaru. Rzadko zdarza się, aby spał tak spokojnie. Wygląda na zrelaksowanego i chyba dlatego pozwalam sobie na chwile oddechu przy kubku kawy. Ruda podchodzi do niego i okrywa jego ramiona ręcznie robionym kocem. Gdy wyciąga dłoń chwytam ją i ściskam z całych sił. Tak niewielki gest, a znaczy tak wiele. Jestem pieprzonym szczęściarzem mając tak silną kobietę przy sobie. Pomyśleć, że przez tyle lat, uciekałem… Nigdy jej tego nie wynagrodzę. Nim przekraczamy drzwi kuchni daje jej buziaka w policzek i mocno przytulam ją do swojej klatki piersiowej. Czuje jak napięcie odpływa z jej ramion i to jest najlepszą nagrodą. Nasza mała czułość jest skomentowana głośnym „Bleee". Uśmiecham się, spoglądając na dwie kruszynki. Przyglądają nam się i choć udają obie,że mają mdłości na ich buźkach widnieje uśmiech. Podchodzę do nich i obdarowuje ich policzki kilkoma buziakami, co kwitują głośnym śmiechem, wdycham ich zapach, gdy gramolą się na moje kolana.

- Ciszej…- mruczy Lisica spoglądając na drzwi, ale jej twarz jest pogodna. Dziewczynki kiwają głową, rozumiejąc bez tłumaczenia prośbę mamy. Zadziwiające jak tak małe osóbki potrafią wiele zrozumieć. Bałem się, naprawdę bałem się jak to będzie, gdy wszyscy już będziemy w domu. Bałem się reakcji Harry'ego. Bałem się jak one przyjmą tą jakże inną osobowość brata. Moje obawy były co najmniej niepotrzebne. Pierwsze dni były co prawda, badaniem terenu z dwóch stron. Jednak szybko okazało się, że dziewczynki swoją otwartością odziedziczoną po matce zjednały nieśmiałego brata. Teraz widok ich trójki w salonie już nie jest niczym dziwnym. Małe są wielkimi gadułami, a Harry słucha uważnie każdego ich słowa sporadycznie coś komentując. Spędzają ze sobą każdą możliwą chwilę. Spoglądam na żonkę, która puszcza do mnie oko i rozsiada się na wolnym krześle i przysłuchuje się paplaninie córek.

- I zbudowaliśmy taki wielki zamek! Harry nam pomógł. Klocki nie chciały się nas słuchać! Ale jak on przyszedł to od razu ułożyły się tak jak chciałyśmy!- mrużę oczy słysząc słowa Loren, która zaczęła już całkiem inny temat. Jej chyba nigdy nie znudzi się paplanie.

- Ułożył je, tak?- pytam, aby połapać się w natłoku słów.

- Nie no… przecież mówię. Zrobił tak…- pokazała skomplikowany ruch ręką- i ułożyły się! A później Sofie to rozwaliła!

- Przecież Harry je naprawił!

Spojrzałem na Lily, a jej wzrok śledził dziewczynki. Za pewne zastanawiała się nad tym samym co ja. Czy mówią prawdę?

- Muszą mu zrobić badania James.- mrugnęła, kilka minut później, gdy udało nam się wygonić dziewczynki na podwórko, gdzie radośnie chlapały się wodą, i budowały zamki z piasku.

- Znasz ryzyko! Może zapaść w śpiączkę!

- Wiem o tym James! Wiem i myślę o tym cały czas. Jednak słyszałeś co mówiła Amy. Tylko to zaklęcie pozwoli im na zbadanie dokładnej struktury rdzenia. Martin się z nią zgadza.

- I po co? Jeśli rzeczywiście może szczątkowo używać magii to rewelacyjnie! Czy naprawdę musimy wiedzieć w jakim stopniu? Po co mamy go narażać. Jest dobrze tak jak jest! Miesiąc temu nawet o tym nie marzyliśmy!

- Naprawdę jest rewelacyjnie? James nie ma dnia, by nie zwijał się z powodu bólu głowy, wymiotuje, ma migreny. Przesypia zaledwie kilka godzin na dobę i to z większość musisz go budzić bo ma koszmary. Musimy znaleźć sposób, aby mu pomóc.

- I pozwolić im zrobić z niego szczura laboratoryjnego?! To mój syn do cholery!- warczę odwracając się do niej.

- Z tego co wiem to też moje dziecko James! Jesteś zamroczony chwilą radości, jest lepiej, ale on w dalszym ciągu cierpi, a naszym zasranym obowiązkiem jest, aby go z tego wyciągnąć. Jeśli tylko tak osiągniemy cel...

- Lily…

Nie kończę bo moje oczy napotykają szczupłą postać. Przygląda nam się z niepokojem, a mi puls przyśpiesza. Jak wiele słyszał? Dlaczego to wszystko nie jest prostsze?

- Jak tam kolego wyspałeś się?- pytam zmuszając swój głos do swobodnego tonu. Kiwa głową, ale dalej nie rusza się z miejsca. Przeskakuje wzrokiem ze mnie na mamę, a niepokój w jego oczach zabija mnie wewnętrznie. Dlaczego pozwoliłem się ponieść emocjom? Przecież wiem, że boi się krzyków!

- Usiądź skarbie, babcia podała nam sernik.- Ruda podeszła do niego dotykając jego ramiona, poprowadziła go do krzesła i usadziła jak lalkę przy stole. Podała mu talerzyk z deserem i zachęciła, aby zjadł. Jego ciało było sztywne, napięte, wykonywał jej polecenia. Zachowywał się jak prze „wybudzeniem". A Lily traktowała go jak kiedyś, komanda za komendą, rozkazy w najprostszych czynnościach, aby choć trochę przypominał normalne dziecko. Poczułem narastające mdłości, gdy jego wzrok zmętniał. Merlinie tylko nie to, błagam…

Jednak później wydarzyło się coś co nigdy, ale to nigdy wcześniej nie miało miejsca. Ręką strącił talerzyk, odsunął się od stołu z taką siłą, że krzesło się przewrócił i nim zainterweniowaliśmy, wybiegł z kuchni trzaskając drzwiami.

Lily

- Skarbie proszę otwórz!- stałam pod drzwi modląc się, aby przeklęte drzwi ustąpiły. Próbowaliśmy już wszystkich sposobów, magią, siłą mięśni. Nawet nie drgnęły. Co gorsze Harry od dwóch godzin też nie wydał nawet najmniejszego dźwięku. Nie potrzebnie znów zaczęłam ten temat. Może James ma rację. Może powinniśmy odpuścić i cieszyć się tym co mamy?

Jednak nie mogę. James widzi tylko to co dobre, zachwyca się rozmowami, spędzaniem spólnego czasu przy grach. Jednak ja widzę jak mój syn chudnie z każdym dniem, jak płacze po koszmarach, bądź prawie mdleje z bólu. Przecież to musi być ze sobą powiązane! On nie może tak żyć!

Niepokój o pierworodnego i tego co mógł zrobić ściska moje wnętrzności. Nim pomyślę co robię odsuwam się od drzwi, a w głowie pojawia się wspomnienie jak moja matka radziła sobie z moimi humorami. Może nie jest to idealne rozwiązanie, ale nie wiem już co robić!

- Harry Jamesie Potterze jeśli w tej chwili nie otworzysz tych drzwi napytasz sobie kłopotów w jakich jeszcze nigdy nie byłeś!

Nikt nie wyobrazi sobie mojego zdziwienia, gdy po chwili drzwi uchylają się. Wchodzę do pokoju, rozglądając się za synem. Siedzi skulony na łóżku i najchętniej przytuliłabym go do siebie, ale nie robię tego.

- W tym domu nie trzaskamy drzwiami synu! Nie zamykamy się w pokoju bez słowa! Umiesz mówić, wiem bo sama cię tego nauczyłam i mam ogromną nadzieję, że następnym razem użyjesz ich zamiast ucieczki. A teraz możesz mi wyjaśnić dlaczego zachowałeś się w taki sposób?

Mój ton łagodnieje, a jego zlękniony wzrok powoduje, że cała pewność siebie ulatuje ze mnie jak z balona. Siadam na skraju łóżka.

- Kłóciliście się… Przeze mnie…

Ma zachrypnięty głos i zaszklone oczy. Wiem, że nasza dość burzliwa wymiana zdań mogła go przerazić. Czasem w takich chwilach jak ta, zachowuje się jak malutkie dziecko. Jakby jego umysł zatrzymał się tamtej jesieni i dopiero teraz dorastał. W innych chwilach zachowywał się jak doświadczony staruszek. Nie mogłam się doczekać, gdy będzie tylko zwyczajnym i humorzastym nastolatkiem. Bo, że tak właśnie będzie nie wątpiłam. Potrzebujemy tylko czasu.

- Dyskutowaliśmy, nie kłóciliśmy się. To jest znaczna różnica kotku. Przepraszam za nasze zachowanie.- kiwną głową i ku mojemu zdziwieniu położył głowę na moich kolanach. Pogłaskałam jego rozczochrane włosy i odetchnęłam z ulgą.

- Czasem, czasem wydaje mi się, że odejdziecie. Że znów zostanę sam…- wychrypiał przez łzy.

- Nigdzie się nie wybieramy synku.- zapewniła. Uniosła wzrok na małżonka zastanawiając się w jakim piekle przez te wszystkie lata był jej synek.