Chciałabym ogromnie podziękować wszystkim, którzy postanowili przeczytać Wstęp. Jesteście naprawdę cudowni. Ale największe podziękowania (i obiecane uściski) należą się Nemorcie, Ashy i AliceSz, które poprawnie odpowiedziały na pytanie, skąd pochodzi zaklęcie uruchamiające Zwierciadło. Poprawna odpowiedź brzmi oczywiście: z filmu Disneya pt. "Zaplątani"
Rozdział 1
Lądowanie nie należało na najprzyjemniejszych. I mówił to on, Harry Potter, któremu nie udało się dotychczas zakończyć meczu Quiddicha bez wypadków. Raz ktoś czarował mu miotłę, innym razem wysłano za nim zaklętego tłuczka. Jeszcze innym zaatakowali go dementorzy. Kiedyś uciekał na miotle przed smokiem, któremu udało się nieco spopielić jego ukochaną Błyskawicę. Tak, Harry był specem od upadków, ale tego że zostanie wciągnięty przez magiczne lustro i wyląduje na wznak na podłodze z Hermioną Granger na sobie, zupełnie się nie spodziewał. Nie to żeby się skarżył. Oczywiście gdy tylko upadli i zorientowała się w jakiej pozycji się znaleźli, pospiesznie od niego odskoczyła. Zarumienili się oboje i odwrócili od siebie by spojrzeć gdziekolwiek byle nie na siebie.
W budowie sala przypominała tamtą gdzie znaleźli magiczne lustro. Była okrągła i całkowicie pusta, z wyjątkiem zwierciadła ustawionego dokładnie na środku. Z tym, że zostało ono wykonane ze srebra, a nie złota. A litery na pierścieniach wyryto w odpowiedniej kolejności. Jakby stanowiły odbicie lustrzane tamtych, dzięki którym tu trafili. Gdziekolwiek było tu. W ogóle, wszystko stanowiło tu odzwierciedlenie Hogwartu, tyle że obrócone o sto osiemdziesiąt stopni. Drzwi, na korytarz, na przykład znajdowały się po ich prawej stronie, a nie po lewej jak jeszcze przed chwilą. Gruz obok nich zniknął jakby nigdy go tam nie było. Ale największą różnicę, choć nie widoczną stanowiła magia. Zdawała się przepływać przez mury i podłogę. Wirować w powietrzu zasilając każde żywe stworzenie. Harry od razu poczuł się wypoczęty i pełen energii, całkiem jakby nie spędził ostatnich kilku godzin harując jak wół.
Wstał powoli i przeciągnął się, a potem zaczął obchodzić komnatę dookoła. Przesunął palcami po ścianie i zdziwił się niepomiernie gdy zamiast chropowatego kamienia napotkał idealnie gładki marmur. W ciemności nie dało się rozstrzygnąć jakiego koloru. Chłopak zaklął pod nosem. Zaklęcie podziałało co do tego miał pewność. Ale gdzie dokładnie ich przeniosło?
-Chyba nie jesteśmy już w Kansas. – mruknęła ponuro Hermiona, rozglądając się dookoła. Minę miała nietęgą, zapewne dlatego, że podróż w żadnym razie nie została zaplanowana. A panna Granger uwielbiała wszystko planować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. W ręku ściskała swoją torebkę.
-Oj nie – zgodził się Harry wyciągając do niej rękę by pomóc jej wstać. – Jak sądzisz, gdzie trafiliśmy?
Hermiona wzruszyła ramionami i ruszyła w kierunku drzwi.
-Nie dowiemy się, póki nie wyjdziemy z tej komnaty – zawołała przez ramię. Nie ociągając się, Harry pobiegł za nią.
Wyszli na korytarz, gdzie tak samo jak w sali z lustrem wszystko stanowiło lustrzane odbicie Hogwartu. Tyle tylko, że ściany były nieco wyższe, przejścia szersze, a zamiast szarego kamienia wszędzie widniały śnieżnobiałe marmury. Przez ogromne okna wpadało jasne światło porannego słońca niczym nie przysłaniane. W złotych uchwytach przytwierdzonych do idealnie wygładzonych ścian wisiały pochodnie gotowe do zapalenia w razie potrzeby. Nigdzie nie było śladów zniszczeń, jakby tutaj wojna wcale nie dotarła, co zapewne nie odbiegało od prawdy.
Długo wędrowali identycznymi korytarzami gubiąc się i na powrót odnajdując drogę, bowiem o ile niektóre przejścia wyglądały tak samo jak w Hogwarcie, innych wcale nie znali. Jedne zostały wyłożone niebieskimi dywanami, inne natomiast odróżniały się od pozostałych zielonymi zasłonami zaciągniętymi na okna. Aż wreszcie stanęli przed ogromnymi drzwiami do Wielkiej Sali. Co znajdowało się za drzwiami, nie wiedzieli, ale czyż mieli inny wybór? Jeśli w całym tym zamku był ktoś kto mógłby im wyjaśnić co się stało to zapewne znajdą go właśnie tam.
Zerknęli na siebie dokładnie w tym samym momencie i uśmiechnęli się do siebie by nawzajem dodać sobie otuchy. Jakoś ich dłonie odnalazły się bez świadomości właścicieli i tak złączeni ruszyli do drzwi, które otworzyły się przed nimi zanim zdążyli ich dotknąć. Wkroczyli do ogromnej komnaty zakończonej majestatycznym podwyższeniem. Przez ogromne okna po obu stronach komnaty wpadało słońce, nieco bardziej pomarańczowe niż wtedy gdy pojawili się w zamku. Zmierzchało już. A mimo to w sali było bardzo jasno, a zaczarowany sufit sprawiał, że Harry'emu i Hermionie wydawało się, że nagle znaleźli się na zewnątrz.
Powoli kroczyli przed siebie, aż wreszcie zatrzymali się tuż przed podwyższeniem, na którym stały cztery, identyczne trony wykonane z białego marmuru i ozdobione złotymi ornamentami. A na nich siedziała czworo ludzi, dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Harry nie potrafił ocenić ich wieku, nie mogli być jednak młodsi niż dwadzieścia pięć, ani starsi niż czterdzieści lat. Za ich plecami wisiały cztery ogromne chorągwie, każda w innym kolorze i z innym znakiem, przedstawiającym herb jednego z domów w Hogwarcie każdy.
Miejsce najbardziej na lewo zajmował wysoki, bardzo chudy czarodziej, odziany w czarne szaty, bardzo podobne do codziennego ubioru profesora Snape'a. Na jego piersi spoczywał medalion, który przysporzył Harry'emu tyle kłopotów. Za plecami mężczyzny wisiał proporzec w kolorach Slytherinu. Na szmaragdowym tle wił się ogromny, srebrny wąż. Na gładko ogolonej twarzy mężczyzny malował się wyraz całkowitego znudzenia. Włosy miał ciemne, prawie czarne, sięgające brody. Dłonie o długich palcach trzymał splecione przed sobą, a przenikliwe oczy patrzyły prosto na Harry'ego przenikając jego duszę niczym sztylety, tak że szybko odwrócił wzrok. To musiał być sam Salazar Slytherin, zrozumiał chłopiec, a ciarki przeszły mu po plecach. Zła sława otaczała założyciela domu węża. Do tego za bardzo przypominał Harry'emu Voldemorta by można się było czuć pewnie w jego towarzystwie.
Na prawo od niego, przed czerwono-złotą flagą z wizerunkiem lwa stojącego na tylnych nogach, zasiadał drugi mężczyzna, stanowiący dokładnie przeciwieństwo swego towarzysza. Także był wysoki, lecz o wiele mocniej zbudowany. Karmazynowa szata ciasno opinała jego szerokie bary. Na kolanach trzymał obnażony miecz o rękojeści ozdobionej rubinami, który Harry pamiętał aż zbyt dobrze. Włosy miał jasne i długie, nieco za ramiona. Brodę takiego samego koloru nosił krótko i schludnie przystrzyżoną. Zielone oczy lśniły wewnętrzną radością. Ku swemu ogromnemu zdziwieniu Harry rozpoznał błyszczące w nich ogniki. Ileż razy widywał takie w brązowych oczach Freda i George'a gdy planowali nowy kawał. Godryk Gryffindor miał duszę psotnika i młody Lupin nie wątpił, że był godny tytułu honorowego Huncwota.
Obok niego Harry ujrzał Rowenę Revenclaw, piękną choć nieco wyniosłą kobietę o kruczoczarnych włosach sięgających pasa. Oczy miała ciemno-brązowe, tak samo jak duch jej córki, rysy regularne. Musiała być dość wysoka i chuda co podkreślała jej niebieska suknia wyszywana srebrną nicią. Głowę czarownicy zdobił słynny diadem i po raz pierwszy Harry nie poczuł odrazy na jego widok. Tu, na swoim prawowitym miejscu wydawał się całkowicie nieszkodliwy. I piękny, czego chłopak nie zauważył gdy ostatnio trzymał go w rękach. Za tronem kobiety wisiał proporzec przedstawiający lądującego, brązowego orła na niebieskim tle. W pewien sposób Rowena przypominała Harry'emu Hermionę. Obie roztaczały wokół siebie aurę chłodnej logiki i inteligencji.
Na samym końcu, najbardziej po prawej siedziała ostatnia z założycielek Hogwartu, Helga Hufflepuff, której widok z miejsca przywołał przed oczy chłopaka Molly Weasley. Obie miały ten dobrotliwy wyraz twarzy i z obu emanowała matczyna czułość i dobroć. Obie były rude i dość pulchne co tylko dodawało im uroku. Niebieskie oczy Helgi lśniły gdy przyglądała się raz Harry'emu raz Hermionie z prawie dziecięcą wesołością. Wyglądała jakby miała zaraz zacząć podskakiwać na swoim tronie i klaskać radośnie. Na tkaninie za jej plecami widniał borsuk na złotym tle, herb stworzonego przez nią domu. Na niewielkim stoliku stojącym tuż obok tronu chłopak dostrzegł charakterystyczny puchar.
-Witajcie Hermiono Granger i Harry Lupinie – odezwał się jako pierwszy Gryffindor, głosem głębokim i silnym, idealnie pasującym do wyglądu i, jak podejrzewał Harry, charakteru. Chłopak tak był oszołomiony wszystkim co dotychczas zobaczył, że nawet nie zwrócił uwagi na użycie swojego imienia. – Witajcie w Marmurowym Zamku.
Nazwa nic Harry'emu nie mówiła, zerknął więc pospiesznie na Hermionę szukając u niej pomocy. Ale ona tylko prawie niedostrzegalnie wzruszyła ramionami informując go wystarczająco dobitnie, że nie ma pojęcia o co w tym wszystkim chodzi.
-Radziśmy poznać dwoje ludzi, którzy dokonali tak wiele w tak młodym wieku – dodała Ravenclaw, z gracją skłaniając ku nim głowę. – Opowieści o waszych czynach dotarły także tu, choć zwykle nie zajmujemy się sprawami śmiertelników.
-Ale wasze przygody śledziliśmy od samego początku – wtrąciła Hufflepuff z szerokim uśmiechem na pulchnej twarzy, wygładzając swoją lśniącą suknię.- Nawet Salazar musiał przyznać, że wasze czyny warte są naszej uwagi. A to niezwykły precedens.
Harry poczuł przypływ dumy. Ciężko mu było uwierzyć, że ci wielcy czarodzieje i czarownice mówią właśnie o nim i jego wychwalają. Mocniej ścisnął dłoń Hermiony, która właśnie postępowała krok do przodu. Na jej twarzy malowała się znajoma determinacja i chłopak wiedział, że zaraz zaczną się pytania. Zatrzymywanie jej w tym momencie nie miało sensu. I tak by mu się nie udało, nawet gdyby chciał próbować.
-Prze…przepraszam – dziewczyna zająknęła się na pierwszym słowie. – Ale…co to za miejsce? I co my tu robimy?
Gryffindor już otwierał usta by odpowiedzieć, gdy przerwała mu Rowena delikatnie kładąc dłoń na jego ramieniu.
-Pozwól mi Godryku – odezwała się melodyjnym głosem – Jest do mnie taka podobna…
Hermiona spłoniła się na dźwięk komplementu, Harry zaś poczuł satysfakcję, ponieważ jego spostrzeżenie właśnie się potwierdziło.
-Widzisz moje dziecko – kontynuowała Ravenclaw z delikatnym uśmiechem na ustach – Spędziliśmy dziesięciolecia pracując nad naszą szkołą. Czasem była to przyjemność, innym razem obowiązek, który spełnialiśmy z niechęcią. Nasze poglądy, tak od siebie różne wywoływały liczne konflikty i niesnaski. Wkrótce zrozumieliśmy, że za bardzo się różniliśmy by razem, jednogłośnie prowadzić instytucję na miarę Hogwartu. Na dodatek każdy z nas miał swoje sekrety.
-Wtedy powstała Komnata Tajemnic. – zrozumiała Hermiona. Słowa wymknęły jej się same i speszyła się gdy dotarło do niej, że przerwała samej Rowenie Ravenclaw. Ta jednak nie przejęła się tym wcale i tylko ukazała zebranym białe zęby w radosnym uśmiechu.
-Dokładnie. – przytaknęła wdzięcznie. – Nota bene, Salazar dalej ma ci za złe zamordowanie jego pupilka Harry Lupinie.
Nadeszła kolej Harry'ego na zarumienienie się. Nerwowo zerknął na Slytherina, dotychczas nieporuszonego. Stalowe spojrzenie oczu maga dalej nie opuszczało go ani na chwilę i chłopak szybko spuścił wzrok.
-Bazyliszek zacząłby zabijać – mruknął pod nosem, włosy opadły mu na oczy – To cud, że nikt nie zginął przez te wszystkie miesiące gdy bezkarnie wędrował po zamku. Coś trzeba było zrobić.
-Zuch chłopak! – roześmiał się Gryffindor, uderzając się po kolanie z niebywała radością i dumą. – Mówiłem wam, moja Tiara nie pomyliła się przydzielając go do domu lwa!
-Mówiłeś Godryku – odezwał się po raz pierwszy Salazar wykrzywiając wargi w złośliwym grymasie. Jego głos przypominał syczenie węża. Harry'emu ciarki przeszły po plecach na ten dźwięk. Podobieństwo do Voldemorta było wprost przerażające. – Chyba z tysiąc razy. Naprawdę zdążyliśmy pojąć głębię tej myśli. Nie musisz nam więcej powtarzać.
-Jeśli masz znowu wywoływać konflikty, lepiej zamilcz Salazarze – ucięła krótko Rowena odrzucając do tyłu długie, lekko falujące włosy. – Nie potrzebne nam tu twoje cyniczne uwagi. Jak więc mówiłam, wszyscy mieliśmy swoje sekrety, a opinie na temat szkoły doprowadzały do konfliktów. Postanowiliśmy więc odejść. Schronić się gdzieś daleko, gdzie problemy dnia codziennego nas nie dosięgną i gdzie nasze kłótnie stracą znaczenie. W ten sposób powstało to miejsce. Cały zamek został zbudowany tylko dla nas.
-Jest wystarczająco ogromny by każdy mógł mieć własne skrzydło, a jednocześnie mieszkać blisko pozostałych. – wtrąciła wesoło Hufflepuff nie przejmując się wcale srogim spojrzeniem, jakie rzuciła jej przyjaciółka. – I kiedy upewniliśmy się, że nasza szkoła znajduje się w dobrych rękach, przenieśliśmy się tutaj.
-Gdzie jest tutaj? – spytała dociekliwie Hermiona. Jej oczy lśniły z podniecenia gdy pochłaniała opowieść założycieli. Harry po części nie mógł zrozumieć jej podekscytowania. On czuł się głównie oszołomiony tym wszystkim.
-To przestrzeń między światami – wyjaśniła Ravenclaw – Zanim tu przybyliśmy, była całkiem pusta, teraz stała się całym naszym światem.
-To w takim razie, co my tu robimy? – chciała się dowiedzieć młoda czarownica. – Lustro miało cofnąć czas, odmienić los i przywrócić to co stracone, a przetransportowało nas tutaj.
-Lustro! – zaśmiał się Gryffindor jakby to była najzabawniejsza rzecz na ziemi. – To tylko przyrząd! Przeniosło was nie ono, ale magia Hogwartu! Nie sądziliście przecież, że zamek nie dysponuje własną, mocą!
-Ta magia – Rowena ponownie przejęła pałeczkę. – To jedna z najpotężniejszych sił na świecie. Nawet my nie możemy się z nią równać. Istniała zanim stworzyliśmy szkołę i istnieć będzie gdy już odejdziemy. Nie można jej do niczego zmusić, ani nią kierować. Wam się objawiła, a to znaczy, że czeka was zadanie najwyższej wagi.
-Naprawdę może cofnąć czas? – głos Harry'ego zabrzmiał dziwnie słabo w ogromnej, marmurowej sali. Cichy i drżący zdawał się zaledwie szeptem w porównaniu z mocnym basem Gryffindora.
Oczy wszystkich założycieli natychmiast zwróciły się na chłopaka. Rowena i Helga uśmiechnęły się do niego i w tej sekundzie mógłby przysiąc, że znają każdy jego najgłębszy sekret.
-Tak – odezwała się w końcu Ravenclaw. – I nie tylko. Zwierciadło Sazcmafoc przeniesie was do dnia początku końca, kiedy to musicie zacząć zmiany.
-Ale… - Hermiona zawahała się na moment – Czasu nie wolno zmieniać. To grozi straszliwymi konsekwencjami!
-Tak moje drogie dziecko – uśmiechnęła się nieco pobłażliwie Rowena – Ale tylko wtedy gdy istnieje przyszłość, którą mogą zmienić nasze czyny. A gdy wy pojawicie się z powrotem na ziemi przyszłości jaka znacie już nie będzie.
-Odwróć czasu bieg – mruknął pod nosem Harry, czując się straszliwie głupio, że nie zauważył tego wcześniej. Hermiona ścisnęła jego rękę by dodać mu otuchy.
-Dokładnie! – gdyby uśmiech Hufflepuff był jeszcze szerszy chyba popękałaby jej twarz. Teraz już naprawdę podskakiwała na swoim tronie. – Sami stworzycie swoją rzeczywistość! Czy to nie wspaniałe?!
Świat Harry'ego zawirował jak na karuzeli. Setki, tysiące możliwości otworzyły się przed nim i musiał mocno się skupić by zapanować nad swoim mocno walącym sercem i przyspieszonym oddechem. Mógł wszystko zmienić! Uratować rodzi…Potterów. Uratować Syriusza. I Bryony. Mógł wreszcie poznać swoją matkę! I zabić Voldemorta nim ten zdoła odebrać mu wszystkich, których kochał.
-To miejsce – mówiła tymczasem Ravenclaw – To tylko przystanek. Pozostaniecie tu jeszcze chwilę, a potem wyruszycie w dalszą podróż. A my, mamy wam doradzić bowiem czekają was zadania jakich sobie nie wyobrażacie. Znikąd nie możecie oczekiwać pomocy, bo tam gdzie traficie nikt nie będzie was znał. Magia wykreuje wam miejsce w tym nowym świecie, ale o szczegóły musicie zadbać sami.
-Na przykład ty Harry – weszła jej w słowo Hufflepuff – Nie obraź się, ale ten wygląd nie do końca ci pasuje. Twoje prawdziwe oblicze, też niestety zdradza zbyt wiele. Dlatego trzeba stworzyć ci całkiem nową twarz, byś mógł bez problemów żyć w tym samym świecie co twoje półroczne „ja".
-Nawet wy nie możecie na stałe zmienić jego wyglądu! – zaprotestowała Hermiona postępując krok do przodu – Nie jest metamorfomagiem, a zwykła transmutacja nie wystarczy!
-Oczywiście, że nie – zaśmiała się Hufflepuff klaszcząc w dłonie – Nie zamierzamy odbierać mu obecnego wyglądu. Rowena ulepszy tylko trochę zaklęcie rzucone przez Lily i Bryony Evans!
-Nigdy nie zrozumiałam czemu nie trafiły do mojego domu – mruknęła pod nosem Ravenclaw. – Czarownice równie genialne co one dwie powinny znaleźć się tam gdzie poddane zostaną odpowiedniej stymulacji i wychowaniu.
-Twierdzisz, że mój dom źle kształtuje młode umysły? – Gryffindor aż wyprostował się na swoim tronie gdy to powiedziała.
-Twierdzę – odparła spokojnie Rowena nawet się nie poruszywszy. – że twój pożal się Boże dom kształci głównie tępawych osiłków. A jedyni inteligentni ludzie trafiają tam tylko dlatego, że Tiara, której nie umiałeś zaczarować pomyliła się i zamiast do mnie przypasowała ich do ciebie.
Salazar westchnął i zakrył oczy dłonią. Harry mógłby przysiąc, że słyszał jak Slytherin mruczy pod nosem: „Znowu!". Widocznie tego typu sprzeczki między dwojgiem Założycieli zdarzały się całkiem często. Hufflepuff wydęła wargi i zerwała się na równe nogi. W ciągu zaledwie sekundy przeszła niezwykłą metamorfozę. Z uroczej, radosnej kobiety przekształciła się w demona zemsty. Jej oczy lśniły groźnie, we włosach tańczyły iskry czystej magii. Harry doznał uczucia deja vu, tak samo wyglądała Molly Weasley podczas pojedynku z Bellatrix Lastrange.
-Przestańcie natychmiast! – rozkazała zadziwiająco władczo. – Później będzie czas na czcze gadania! Teraz musimy zająć się naszymi gośćmi!
Chłopiec nie zdziwił się, że jej posłuchali. Wyglądała tak przerażająco, że on też na ich miejscu wypełniłby każde jej polecenie. Gdy upewniła się, że jej przyjaciele już się uspokoili na jej pyzatą twarz powrócił wesoły uśmiech. Cmury rozwiały się tak samo szybko jak się pojawiły i Helga powróciła na swoje miejsce, schludnie układając suknię wokół swoich nóg.
-Proszę, wybaczcie im moi drodzy – odezwała się do Harry'ego i Hermiony najmilej jak potrafiła. – Kilka wieków w tym samym towarzystwie każdego może doprowadzić do obłędu. Od dwunastu lat kłócą się cały czas o to samo i nie mogą dojść do porozumienia. Ale wracając do tematu, konieczna jest zmiana twojego wyglądu chłopcze.
Harry'ego ogarnęło zrezygnowanie. Miał już naprawdę dość tych wszystkich przemian i tajemnic. Nawet jeśli czasami były konieczne.
-Pozwól mi Helgo – odezwała się już spokojniej Rowena – Musisz przyznać, że lepiej znam się na tym typie magii.
-Ależ oczywiście Roweno – Hufflepuff skinęła jej głową. – Tylko pamiętaj, że chłopak musi czuć się sobą w nowej skórze. Naprawdę sobą, bo tak będzie wyglądał już zawsze.
-Zawsze? – zdziwił się Harry marszcząc brwi – To znaczy, że cofniecie urok, który rzucono na mnie w dzieciństwie? Nie będę mógł już zmieniać się z Lupina w Pottera i na odwrót?
Nie był do końca pewien czy mu to odpowiada czy też nie. Z jednej strony przez całe swoje życie wyglądał jak wyglądał i zdążył się do tego przyzwyczaić. Ale jako Harry Lupin, czuł jakąś dziwną więź ze swoim biologicznym ojcem. Ani tej, ani tej formy nie chciał stracić.
-Nie – cichy głos Slytherina zaskoczył wszystkich – To niestety niemożliwe. Twoja matka i ciotka upewniły się, że nikt, z wyjątkiem ich samych nie może zdjąć zaklęcia. Możemy je natomiast zmienić i to, jak mi się wydaje, zamierza uczynić Rowena.
-Dziękuję Salazarze – Ravenclaw skinęła mu głową nim ponownie skierowała się w stronę pary. – Nie trap się Harry. Nie będę tworzyć ci całkiem nowej twarzy. Po prostu…zmieszam z sobą te dwie, które już posiadasz. Pierwsza transformacja, będzie miała miejsce gdy znowu wyruszycie w podróż, a potem wywołasz ją imieniem Harry Evans.
-Będziesz mógł udawać kuzyna swojej matki – zrozumiała w lot Hermiona. Harry nawet nie zauważył jak na jego twarzy pojawił się bardzo, bardzo szeroki uśmiech.
-Dokładnie tak Hermiono – widać było, że Ravenclaw jest dumna, ale nie ważyła się ponownie poruszyć problemu złego przydzielenia.
-Musisz się streszczać Roweno – wtrąciła Hufflepuff kładąc dłoń na ramieniu przyjaciółki i obdarzając ją smutnym uśmiechem – Ich czas tutaj szybko przemija.
-To prawda – potwierdził Gryffindor podnosząc się na równe nogi. – Niedługo czas wam w dalszą drogę Harry i Hermiono. Ale nim w nią wyruszycie, chcielibyśmy ofiarować wam słowa otuchy i dobrej rady na czekające was zadania.
Harry i Hermiona poczuli, że nadeszła podniosła chwila i stanęli odrobinę prościej w oczekiwaniu na to co powie każdy z Założycieli Hogwartu. Starali się słuchać jak najuważniej by nic nie przegapić.
-Bądźcie mężni – odezwał się dudniącym głosem Godryk Gryffindor. – I pamiętajcie, że odwaga to nie jest narażanie się na niebezpieczeństwo, lecz pokonywanie strachu. Nie jest odważnym ten, kto nigdy się nie bał, lecz ten kto mimo strachu robi to co do niego należy, nie dbając o własne zdrowie lub życie.
-Bądźcie wierni – dodała Helga Hufflepuff, także się podnosząc i przenosząc wzrok z jednego na drugie. -Nigdy nie pozwólcie by troski codziennego dnia was poróżniły, bowiem tylko razem osiągnięcie wielkość. Wspierajcie się nawzajem i troszczcie o siebie by nigdy nikt nie oskarżył was, że wygraliście za cenę swojej przyjaźni.
-Czekają was wyzwania nie z tej ziemi – odezwała się w końcu Rowena, powstając dumnie. Jej diadem lśnił w promieniach słońca gdy skłaniała przed nimi głowę. – Wiem, że oboje pragniecie naprawić świat, uczynić go lepszym miejscem. Oto coś, co może wam w tym pomóc.
Wykonała delikatny ruch wyciągniętą dłonią i niewielka rolka pergaminu wzbiła się w powietrze ze stolika przy tronie Helgi i poszybowała w kierunku Hermiony by zatrzymać się na wyciągnięcie ręki od dziewczyny, która ujęła ją w obie ręce, jak coś niezwykle cennego.
-Oto recepta Eliksiru Tojadowego. – wyznała Ravenclaw nie zwracając uwagi na zszokowane miny dwojga Gryfonów. Nie było dla nich tajemnicą, że ów eliksir, jedyną pomoc dla tych, którzy cierpieli na likantropię został wynaleziony dopiero ostatnio. Taka nowinka kilkanaście lat wcześniej może spowodować wiekopomne zmiany. - Ufam że wykorzystacie ją dobrze i pomożecie wielu nieszczęśnikom, do których nikt dotychczas nie chciał wyciągnąć pomocnej dłoni.
Po jej słowach zapadła cisza i Harry już miał się odwrócić i opuścić salę tronową uznając to za koniec audiencji gdy ze swego miejsca powstała Salazar Slytherin.
-Chłopcze – chłopiec zdziwił się niepomiernie słysząc głos Założyciela Domu Węży. Ich oczy spotkały się po raz kolejny. Stal i zieleń zmierzyły się w odwiecznej walce dobra ze złem, jakie przez wiele lat uosabiał w myślach Harry'ego każdy kto nosił zielone barwy. – Postaraj się pamiętać, że być sprytnym nie zawsze znaczy był złym. Czasem odrobina przebiegłości nie zaszkodzi.
-Dziękujemy za wszystkie te rady – odezwała się po chwili ciszy Hermiona, dalej ściskająca w dłoniach drogocenny dar Ravenclaw. – I za to, że poświęciliście nam tyle czasu. Nie potrafię wyobrazić sobie większego honoru niż poznanie najsłynniejszych czarodziejów i czarownic na świecie.
-Nonsens moje dziecko! – zaśmiał się Gryffindor ukazując zebranym komplet idealnie biały zębów. – To my radziśmy poznać Harry'ego Evansa i Hermioną Granger. Jeśli istnieje ktoś kto może napisać historię na nowo to jesteście to z pewnością wy dwoje. Ale dość już tego. Pozostało nam niewiele czasu, a tyle jeszcze do zrobienia. Helgo…
-A teraz dzieci…- Hufflepuff uśmiechnęła się do nich i machnęła ręką, sprawiając że pojawił się przed nimi ogromny stół zastawiony potrawami tak wspaniałymi, że wszystkie uczty powitalne nagle wydały się Harry'emu dziełem amatora. – Jedzcie i bawcie się, bowiem nastały nowe dni.
Uwaga! Jeśli podacie mi trzy konteksty, które zostały umieszczone w tym rozdziale, obiecuję, że postaram się dodać do kolejnego rozdziału choć trochę Remusa Lupina. Wszystko zależy od was!
