Bardzo dziękuję za pozytywny odbiór rozdziału pierwszego. Szczególne podziękowania należą się finflonowi i Ashy (powiedz mi proszę, czy twój nick pochodzi od Ashy Greyjoy?) za ich cudowne komentarze. Dziękuję też użytkownikom o nickach brygida91 i xredds, za dodanie tej historii do ulubionych i/lub obserwowanych. Mam nadzieję, że was nie zawiodę.
Mimo, że nie otrzymałam odpowiedzi, na pytanie zadane pod koniec poprzedniego rozdziału nie mogłam się powstrzymać przed dodaniem Remusa na sam koniec. Cóż, za bardzo go lubię by miał się we własnej osobie pojawić dopiero pod koniec opowiadania jak na początku miałam w planach. No nic, napiszcie co sądzicie.
Rozdział 2
Skrywając się za załomem muru, Bryony Evans stwierdziła z wisielczym humorem, że nie był to jej najlepszy dzień. Plecami przylgnęła do ściany budynku za sobą by uniknąć zmasowanego ataku Śmierciożerców. Wrogie zaklęcia śmigały tuż koło niej, ledwo ją mijając. Szczerze powiedziawszy nie wiedziała, czemu udało jej się utrzymać tak długo. Przymknęła oczy i zacisnęła palce na swojej wiernej różdżce, która jeszcze nigdy jej nie zawiodła. Wyjście poza protekcję muru oznaczało śmierć lub tortury, ale dziewczyna dobrze wiedziała, że długo pozostać tu nie może.
„A było tak pięknie" pomyślała z westchnieniem żalu. Pierwsza poważna misja dla Zakonu. Zwykłe rozeznanie. Ani przez chwilę nie pomyślała tego słonecznego, zimowego dnia, że zakończy się tak fatalnie. Ataku wcale się nie spodziewała. Całe szczęście, że w ostatniej chwili instynkt przejął kontrolę nad jej ciałem i zdążyła się uchylić. Oszałamiacz świsnął jej koło ucha. Ledwo uniknęła losu gorszego od śmierci. Chociaż nie. Tylko na chwilę odsunęła porażkę. Nim napastnicy otrząsnęli się ze zdumienia udało jej się położyć dwóch. Trzeci padł, rażony klątwą swego towarzysza odbitej od tarczy Bryony. Ale kolejnych sześciu lepiej znało się na pojedynkach. A Bryony była sama i nie miała czasu na wezwanie pomocy. Deportowanie się także było niemożliwe, bowiem Śmierciożercy rzucili zaklęcia blokujące. Mogła tylko uciekać na piechotę, lub stawić im czoła. Zdawała sobie sprawę, że nie wygra, nie w starciu z tyloma przeciwnikami. W takiej chwili jej myśli podążyły ku najważniejszej osobie w jej życiu. Mały Harry miał wkrótce skończyć pół roku. A jej tam nie będzie…
Potrząsnęła prędko głową by odgonić od siebie wspomnienie jego zielonych oczu, tak podobnych do jej własnych. Nie mogła dać się rozproszyć, nie mogła się poddać. To by oznaczało całkowitą klęskę, a ona przecież obiecała, że wróci. I zamierzała zrobić wszystko by tej przysięgi dotrzymać. Mocniej ścisnęła rączkę różdżki, ważąc w myślach opcje. Rozejrzała się dyskretnie.
Na prawo, tam skąd przybiegła, znajdowała się uliczka z której przybiegła, wypełniona kolorowymi błyskami śmiercionośnych zaklęć. A po jej drugiej stronie widniało wejście do wąskiej, ciemnej alejki prowadzącej nie wiadomo gdzie. Dawało to niewielką szansę na przetrwanie, ale i tak większą niż pozostanie w miejscu. Po lewo bowiem była tylko wysoka ściana. Ślepy zaułek. W swoim pośpiechu, pośród wrogich zaklęć, źle skręciła i znalazła się w najgorszym możliwym miejscu.
Musiała się cofnąć. Przebiec pomiędzy świszczącymi, śmiercionośnymi klątwami i rzucić się w ciemność po drugiej stronie uliczki. W labiryncie przejść może uda jej się zgubić pogoń, a wtedy będzie wolna. Wiedziała, że za moment przerwą atak by podejść bliżej i to da jej szansę. Nim zorientują się co się dzieje pokona część drogi na wolność, a potem…a potem się zobaczy. Drżąc wypuściła powietrze z płuc i odsunęła się od ściany. Rozprostowała palce wolnej ręki i zacisnęła je na powrót. Strach zagnieździł się głęboko w jej brzuchu, gula podeszła do gardła. Bryony była na tyle inteligentna by wiedzieć co ją czeka jeśli zawiedzie. I na tyle odważna by stawić temu czoła. To była jej ostatnia szansa.
Nim zdołała się rozmyślić zerwała się do biegu. Nie myślała o rzucanych zaklęciach, po prostu je wypowiadała. Nie sprawdzała też czy trafiały w cel, bo to akurat nie miało teraz znaczenia. Wokół niej śmigały zaklęcia, jedno niebezpieczniejsze od drugiego, w tym kilka tnących. Półświadomie zarejestrowała ciepłą krew spływającą z rany na policzku, która byłby śmiercionośna gdyby trafiła kilka cali niżej. Odpowiedziała silnym oszałamiaczem, który chyba kogoś dosięgnął bo do uszu dziewczyny dobiegł odgłos upadającego ciała.
Niczym błyskawica przemknęła do uliczki naprzeciwko i wpadła w ciemność po drugiej stronie. Nie traciła ani chwili, wiedząc, że za moment będzie miała na karku pogoń. Wspomnienia starych, dobrych czasów i tych miesięcy z Jamesem, gdy pomagał jej przygotowywać się do OWUT-emów. „Zawsze korzystaj z tego co cię otacza" powtarzał jej do znudzenia. I wiedział co mówi. Jedno lub dwa zaklęcia utworzyły z kartonów i kontenerów na śmieci wspaniałe barykady ogradzające ją od Śmierciożerców. Za sobą słyszała krzyki i przekleństwa, a niewielki uśmiech wywalczył sobie miejsce na jej twarzy. I może nawet udałoby jej się uciec, może dopadłaby punku aportacyjnego na obrzeżach miasteczka gdyby nie to, że nagle z bocznej uliczki wystąpił kolejny, zakapturzony przeciwnik.
Z rozpędu miotnęła w niego zaklęciem, modląc się by nie zdążył się obronić. Nie mogła zmarnować ani chwili. Ale on bez trudu odbił jej atak. Jego maska błysnęła w świetle księżyca gdy unosił różdżkę. Wiedziała, że nie da rady postawić tarczy, rzuciła się więc na bok, ledwo unikając fioletowego błysku. Już w powietrzu sama zaatakowała. Musiała jednak chybić, lub też jej przeciwnik był dla niej zbyt potężny, gdyż nie tylko nie odczuł jej zaklęcia ale i trafił ją własnym. Różdżka wyrwała jej się z ręki i pomknęła gdzieś w bok. Sama Bryony zaś, uderzona w pierś przekoziołkowała kilkakrotnie w powietrzu i z całą mocą uderzyła o ścianę pobliskiego budynku. Ciemne plamy wypełniły jej wizję, gdy jej głowa z głuchym łupnięciem odbiła się od muru. Opadła na ziemię i wydała z siebie cichy jęk.
-Sectusempra! – wycedził nowoprzybyły Śmierciożerca. Nim ból rozerwał jej ciało, Bryony zdążyła jeszcze pomyśleć, że skądś zna ten głos i powinna wiedzieć skąd. Potem było już za późno na logiczne myślenie. Rozpętało się piekło.
Metaliczny zapach krwi wypełnił jej nozdrza. Czuła jak życiodajny płyn umyka z jej żył, lecz z każdą chwilą coraz mniej wyraźnie. Ogarniało ją jakoweś otępienie, z którym nie miała siły walczyć. Nad sobą widziała szare, nocne niebo. W powietrzu wirowały pierwsze płatki śniegu. Zastanawiała się czy u Potterów też pada i jak Harry'emu spodoba się biały puch pokrywający ziemię. Żałowała tylko, że nigdy nie zobaczy jak jej syn bawi się w śniegu. Ani jak wsiada na miotłę. Nie odprowadzi go na peron dziewięć i trzy czwarte. Nie dowie się jak wspaniałym mężczyzną się stanie. Pocieszyło ją tylko to, że jej maleństwo nigdy nie zostanie samo. Nie potrafiła wyobrazić sobie lepszych rodziców niż Lily i James.
Uśmiechanie się sprawiało jej ból, ale mimo to jej usta wygięły się delikatnie. Śnieżynki przyjemnie chłodziły jej twarz i nie miała siły zwracać uwagi na zamieszanie dookoła. Nad jej głową przemykały zaklęcia i może gdyby nie ilość krwi jaką straciła, odebrałaby to jako oznakę nadchodzącej pomocy. Śmierć jednak podeszłą już zbyt blisko by Bryony zwracała uwagę na cokolwiek. Mogła tylko patrzeć prosto do góry podczas gdy coraz gęstsza mgła zasnuwała jej świat.
Aż do momentu gdy widok nieba przysłoniła jej twarz młodego mężczyzny. Oczy czarownicy odmawiały jej posłuszeństwa i czerń pochłonęła już sporą część obrazu, ale oczy młodzieńca rozpoznałaby wszędzie.
-Ha…rry – próbowała powiedzieć, mimo krwi wypełniającej jej gardło. Resztką sił zmusiła się do podniesienia ręki w ostatniej, rozpaczliwej próbie dotknięcia zjawy. Mówił coś do niej, ale krew zbyt głośno pulsowała w jej uszach by mogła cokolwiek usłyszeć. – Ha…rry
Jej dłoń opadła bezwładnie pozostawiając mokry, czerwony ślad na policzku chłopaka.
Tym razem podróż przebiegła o wiele spokojniej, a i lądowanie wypadło im znacznie lepiej. Harry i Hermiona delikatnie opadli na chodnik i oboje zdołali utrzymać się na nogach. Znajdowali się w ponurej, ciemnej uliczce. Dookoła panował mrok, a nocne niebo przysłaniały chmury. Było zimno, jak to w grudniu. Z przerażeniem Harry stwierdził, że pamięta to okropne miejsce.
-Harry? – odezwała się Hermiona, nerwowo przyciskając do piersi swoją torebkę i rozglądając się po zaułku. – Wiesz gdzie jesteśmy?
-Tak – chłopak pospieszni skinął głową i wyciągnął zza pazuchy różdżkę z ostrokrzewu o rdzeniu z pióra pewnego szczególnego feniksa imieniem Fawkes. – Cardigan. Walia. Noc z piętnastego na szesnastego grudnia 1980 roku. Jutro rano znajdą różdżkę Bryony w bocznej uliczce. A za cztery dni w tym samym miejscu leżeć będzie jej ciało.
Hermiona zamarła. Serce ścisnęło jej się na samą myśl o tym co musiał przeżywać chłopak. Zmusiła się do rozluźnienia chwytu na torbie i położenia mu dłoni na ramieniu.
-Uratujemy ją – obiecała by go pocieszyć, modląc się usilnie by udało jej się spełnić tą obietnicę. Zrobiła to przedwcześnie gdyż właśnie wtedy, w oddali zabrzmiał huk wybuchów, a razem z nim noc rozświetliły setki barw, niczym imponujący pokaz sztucznych ogni.
Harry nie wahał się ani chwili tylko puścił się pędem przez miasto, w stronę bitwy. Hermionie nie pozostało nic innego jak tylko pomknąć za nim. Harry lawirował między domami, rad, że z powodu późnej pory na ulicach nie było żywej duszy. Kilka kroków za nim biegła Hermiona, która zdążyła już dobyć różdżki. Strach o życie Bryony dodawał im sił gdy mięśnie zawodziły. Przed oczami młodego Lupina cały czas migały obrazy z obejrzanych wspomnień. Puste, zielonego oczy prześladowały go gdy biegł ile sił w nogach. Co chwila musiał powtarzać sobie, że jeszcze nie jest za późno, że dotrą na czas. Odnajdzie ją, uratuje. I wreszcie będzie miał rodzinę. Prawdziwą, kochającą rodzinę. Upewni się, że mały Harry nigdy nie dozna okrucieństwa Dursley'ów, nigdy nie będzie musiał się ukrywać. Wychowa się w magicznym, cudownym świecie pełnym czarów i miłości. Ale teraz nie mógł się nad tym zastanawiać bowiem nadszedł czas walki.
Wypadli na niewielki placyk między domami. Odchodziły od niego cztery uliczki, nie licząc tej, z której właśnie wybiegli. Harry przystanął, nie wiedząc gdzie się kierować. Jak na złość kolorowe odbłyski zaklęć właśnie skryły się za domami uniemożliwiając nawigowanie po nich.
-Harry! – krzyknęła Hermiona – Tam!
Pokazywała palcem ciemną sylwetkę u wylotu jednego zaułka. Oboje mieli zbyt duże doświadczenie by nie rozpoznać Śmierciożercy. A gdy z jego ust padło to szczególne zaklęcie, znane tylko nielicznym, nie mieli wątpliwości co do jego tożsamości.
-Sectusempra!
Harry'ego ogarnął gniew nie do opisania. Przez ostatnie miesiące oswoił się już z myśl, że Snape tak naprawdę zawze stał po ich stronie i wybaczył mu wszystkie te lata poniżeń, ale zaatakowanie Bryony przesądziło los przyszłego Mistrza Eliksirów. W tym samym momencie za serce chwycił go okropny strach, że zaklęcie trafiło w cel.
Nie myślał. Na oślep rzucił się do przodu miotając zaklęciami, których sam nie słyszał, tak głośno bowiem krew dudniła mu w uszach. Gdzieś obok Hermiona włączyła się do walki, biorąc na siebie dwóch Śmierciożerców, którzy nadbiegli z zaułka. Harry jednak ledwo to zauważył. Klątwy Snape'a przelatywały tuż obok niego, lecz chłopiec nie zważał na nie. Był szybszy, a ten młodszy Severus nie wiedział w połowie tyle co w jego czasach. Wkrótce zwalił się bezwładnie na ziemię i chłopak przebiegł obok niego rażąc klątwami w kolejnych dwóch, zakapturzonych czarodziejów nadbiegających z naprzeciwka. Oszałamiacz trafił jednego z nich, drugi zdołał się uchylić i odpowiedzieć zaklęciem. Chcąc nie chcąc Harry wdał się z nim w pojedynek. Magiczne błyski wypełniły zapyziałą uliczkę. Śmierciożerca radził sobie nieźle. Zaklęcia rzucał szybko i z gracją, ale chłopak przewyższał go umiejętnościami i doświadczeniem. Wkrótce stało się jasne, że prędzej czy później Harry pokona swego przeciwnika.
-Harry! – zawołała Hermiona dołączając do niego i biorąc na siebie walkę z ostatnim napastnikiem. – Znajdź ją.
Nie tracił czasu. Już wcześniej zauważył ciemną sylwetkę leżącą pod ścianą pobliskiego budynku. Potykając się rzucił się w jej kierunku. Gdy rzucał się na kolana u jej boku, coś trzasnęło mu pod butem, ale nie zwrócił na to uwagi. Pochylił się nad bezwładnym ciałem Bryony Evans. W mroku zaułka ledwo dostrzegał ciemniejsze plamy na jej ubraniu, gdzie krew przesiąkła przez materiał. Zielone oczy, wpatrzone w niebo skupiły się na nim i napotkały swoje bliźniaczki. Mrugnęły ospale.
-Ha…rry – nie słyszał jej słów, zbyt cicho je wypowiedziała, ale czytał z ruchu warg. Ogarnęła go panika. Nie wiedział zbyt wiele o medycynie, ale nawet on zdawał sobie sprawę, że straciła zbyt wiele krwi.
-Trzymaj się – powiedział jej gorączkowo, ryzykując zerknięcie przez ramię na dalej walczącą Hermionę. Zagnała swojego przeciwnika pod ścianę i teraz tylko dokańczała sprawę. – Hermiono!
Krzyknął do niej. Tylko ona mogła teraz pomóc. W rozpaczy zwrócił się z powrotem do Bryony. Z każdą chwilą światło w jej oczach jaśniało coraz słabiej.
-Nie! – szepnął z bólem – Nie możesz mi tego teraz zrobić. Nie poddawaj się! Nie poddawaj się, słyszysz?!
Powoli, jakby bała się, że poprzez dotyk rozwieje słodką złudę, Bryony wyciągnęła do niego rękę. Opuszki jej palców musnęły jego policzek.
-Ha…rry – powtórzyła bezgłośnie. Jej powieki zatrzepotały niebezpiecznie. Nie zdołał złapać jej dłoni nim opadła na ziemię bez czucia.
-Nie! – jęknął. Jedną ręką objął ją za ramiona i przyciągnął do siebie w dziwnym uścisku. Nie wiedziała kiedy zaczął płakać, ale teraz łzy spływały wolno po jego twarzy i wsiąkały we włosy dziewczyny. – Hermiono!
Nie czekając na odpowiedź, wziął Bryony na ręce, umieszczając swoją drugą rękę pod jej kolanami. Nie ważyła prawie nic, chuda i drobna w porównaniu z nim, który odziedziczył budowę po ojcu. Jej głowa bez czucia oparła się o jego pierś. Oddychała płytko, a jej krew plamiła jego ubrania i brudziła dłonie.
-Harry! – krzyknęła Hermiona podbiegając do niego zdyszana.
-Pomóż jej! – rozkazał rozpaczliwie. Przez oczy dziewczyny przebiegło zdziwienie i niepewność gdy spojrzała na sponiewierają Bryony.
-Musimy się stąd wynosić! – oznajmiła gorączkowo – Jeden z nich zdołał wezwać pomoc. Zaraz zaroi się tu od Śmierciożerców.
-Ona umiera! – warknął dziko Harry
-Tym bardziej musimy się spieszyć – odparła, chwytając go za ramię. – Tu jej nie pomogę!
Niechętnie skinął głową i przycisnął Bryony do siebie. Przerażał go bezwład jej członków i to jak wisiała w jego ramionach. Gdyby nie ledwo zauważalne podnoszenie się i opadanie jej piersi można by uznać, że już umarła. Szloch wstrząsnął chłopcem, gdy ta możliwość przyszła mu do głowy.
-Aportuję nas wszystkich – szepnęła Hermiona – Zaraz będziemy bezpieczni.
Świat zawirował gdy rzuciła czar i Harry poczuł się jak przeciskany przez bardzo wąski tunel w niezwykle krótkim czasie.
Gdy w chwilę później w zaułku pojawili się kolejni Śmierciożercy, nie znaleźli ani Bryony Evans, na którą mieli zapolować, ani też jej tajemniczych obrońców. Ci, spośród pierwszych zakapturzonych napastników wykazywali objawy pospiesznie rzuconego Oblivate i nie pamiętali nawet jak wyglądali ludzie, którzy ich pokonali i zniknęli zabierając ze sobą dziewczynę.
Żaden z zamaskowanych czarodziejów nie chciał być w skórze nieszczęśnika odpowiedzialnego za tą misję. Oj tak. Regulus Black miał przed sobą trudne chwile.
Minęło ładnych parę tygodni odkąd Remus Lupin ostatnio pojawił się na zebraniu Zakonu Feniksa, tajnej organizacji założonej przez Albusa Dumbledore'a do walki z Voldemortem i jego poplecznikami. Stan chłopaka umożliwiał mu przeniknięcie do zamkniętej społeczności angielskich wilkołaków, w celu odwiedzenia ich od pomysłu wstąpienia w szeregów Sami-Wiecie-Kogo. Było to zadanie niezwykle niebezpieczne i wyczerpujące, które pochłaniało cały jego czas. A miał go akurat dużo, bowiem dla kogoś z jego przypadłością znalezienie pracy graniczyło z cudem.
Tak więc spotkanie dawno niewidzianych, najlepszych przyjaciół, Jamesa i Lily Potterów, Syriusza Blacka i Petera Pettigrew ucieszyło go niezmiernie. Tęsknił za szkolnymi dniami gdy spędzali ze sobą każdą minutę, nawet podczas pełni, gdy stanowił dla nich tak wielkie niebezpieczeństwo. Chociaż może i nie. Nie pamiętał tych nocy, ale brak poważniejszych ran na jego ciele gdy budził się rano dowodził zbawiennego wpływu Łapy, Glizdogona i Rogacza na jego wilczą postać. Odkąd zaczęli dołączać do niego w zwierzęcych formach czuł się znacznie lepiej. Ostatnie pełnie natomiast, spędzone bez pozostałych Huncwotów odbiły się ciężko na jego zdrowiu i wyglądzie.
Ale teraz wszystko wróciło do normy. Gdy tylko przekroczył próg powitali go tak jakby w ogóle nie znikał. Wszyscy mieli na twarzach szerokie uśmiechy, ale najweselsza była Lily, która opowiadała każdemu kto tylko chciał jej słuchać o tym jak Harry ładnie sam siada. Takie chwile na spotkaniach zakonu Remus lubił najbardziej. Samo zebranie jeszcze się nie zaczęło i wszyscy członkowie zamiast przejmować się okropnościami szalejącej wojny na piętnaście do dwudziestu minut po prostu cieszyli się tym, że wszyscy na nie dotarli. A może jednak nie wszyscy? Potoczył spojrzeniem po pomieszczeniu. Brakowało jednej osoby.
Podświadomie zdawał sobie sprawę z jej nieobecności od samego początku, ale nie chciał tego przyznać w strachu przed własną reakcją. Zawsze potrafił wyczuć, że znajduje się w pomieszczeniu i nie chodziło tylko o jego wyczulone zmysły wilkołaka. Bryony Evans roztaczała wokół siebie aurę, która przyciągała go niczym magnes, mimo że w ostatnich miesiącach zrobił wszystko by przeciwstawić się temu działaniu. Nie potrafił spojrzeć jej w oczy. Nie pomagało to, że instynktownie wiedział kiedy znajdowali się w jednym pomieszczeniu, a gdy docierał do niego jej niezwykły zapach na pewien czas tracił nad sobą kontrolę. Jego wilcza natura, którą jeszcze w szkole Huncwoci ochrzcili Lunatykiem podpowiadała mu dlaczego, ale Remus nie mógł przyjąć tej logiki.
Fakt faktem, Bryony była nieobecna i nikt nie zdawał się zwracać na to uwagi. Remus uznał więc, że zapewne udała się na jakąś misję, lub też ma akurat dyżur przy pilnowaniu latorośli członków zakonu obecnych na sali. Harry i Neville, syn Franka i Alicji Longbottomów byli w podobnym wieku, a ponieważ ich rodzice nalegali na przychodzenie na każde zebranie, ktoś musiał zajmować się chłopcami w trakcie spotkań. Zazwyczaj była to matka Franka, ale może tym razem coś zmieniono. Ta myśl uspokoiła Remusa na parę minut, które spędził na nadrabianiu straconego czasu z przyjaciółmi. Aż w pewnym momencie stało się coś, co ostatecznie zmieniło przebieg tego szczególnego spotkania.
-Gdzie jest Bryony? – spytała nagle Lily, rozglądając się dookoła ze swego miejsca przy oknie, gdzie rozmawiała z Alicją. Remus był w stanie się założyć, że porównywały osiągniecia swoich synów. – Miała wrócić trzy dni temu, sądziłam że się pojawi. Mam dla niej najnowsze zdjęcia Harry'ego, na pewno się ucieszy.
Nagle zapadła złowróżbna cisza. Alastor Moody, Minerwa McGonagall i Albus Dumbledore wymienili spojrzenia. Serce Remusa zacisnęło się boleśnie, sam nie wiedział jeszcze czemu. Wreszcie Dyrektor Hogwartu odchrząknął.
-Były…komplikacje.
Wszyscy zamarli. James zostawił przyjaciół i ruszył w stronę żony, chyba przeczuwając, że zaraz stanie się coś bardzo złego. Wilkołak też to poczuł i zbladł znacznie. Coś było nie tak.
Jako pierwsza poruszyła się McGonagall. Z jej twarzy zniknęła surowość z jaką traktowała Huncwotów w szkole, a zastąpiło ją coś co przeraziło Remusa do głębi. Współczucie. Gdzieś na tyle jego umysłu Lunatyk zaskomlał cicho, z bólem.
-To – powiedziała ponuro, wyciągając w stronę pani Potter jakieś zawiniątko. Lily przyjęła je, nie rozumiejąc o co chodzi. Remus natomiast doznał przerażającego przeczucia, że wie, co znajduje się w środku, zawinięte w czarny materiał. – Znaleziono dzisiaj rano na ziemi w Cardigan, skąd ostatnio mieliśmy wiadomości od panny Evans.
Drżącymi rękami rudowłosa kobieta odwinęła tkaninę i raptownie przycisnęła dłoń do ust. James przysunął się do niej i gdy zerknął na to co trzymała w dłoni, uśmiech zniknął z jego twarzy. Od razu objął żonę i przycisnął ją do siebie. Remusowi zrobiło się niedobrze. Jak mantrę powtarzał sobie, że to nie mogło się dziać naprawdę.
-Lily… - zaczął niepewnie Syriusz, stojący zbyt daleko by dojrzeć zawartość zawiniątka. Odpowiedział mu tylko stłumiony szloch gdy kobieta prawie rzuciła w niego zawiniątkiem. Chybiła i zawartość upadła na podłogę. W śmiertelnej ciszy pokoju odgłos drewna uderzającego o posadzkę rozniósł się po całym domu.
-Jej różdżka – szepnął przeraźliwie blady James, cały czas wpatrując się w czarny materiał, z którego wystawała jasna, drewniana rączka, dobrze im wszystkim znana. – Złamana.
-Nie zostawiłaby jej. - wymamrotała Lily trzęsąc się od płaczu. Po jej twarzy płynęły łzy, których nawet nie próbowała hamować. Remus wiedział, że mówiła prawdę. Bryony nigdzie nie ruszała się bez swojej różdżki. – Nigdy. Pani profesor, gdzie jest moja siostra?!
W głosie kobiety brzmiała histeria i James przytulił ją mocniej. Nikt nie odpowiedział, bo i nikt oprócz Dumledore'a, McGonagall i Moody'ego o niczym nie wiedział. Wilkołak ledwo powstrzymał się przed ucieczką z sali, gdzie nie mógł nawet odpowiednio wyrazić swojej rozpaczy. Nikt tu nie miał pojęcia co łączyło go z małą Bree Evans.
-Co się stało z moją siostrą! – krzyknęła Lily wyrywając się z ramion Jamesa. Wyglądała jak uosobienie dzikiej furii i wszyscy odruchowo cofnęli się o krok.
-W tym samym zaułku – powiedziała cicho McGonagall, ociągając się. – Znaleźliśmy ślady walki. I krew. Wszystko wskazuje na to, że Bryony…
To było tak jakby ktoś nagle odessał całe powietrze z atmosfery. Nagle Remus nie miał czym oddychać. Raz po raz otwierał i zamykał usta chcąc zakosztować życiodajnego tlenu, lecz bezskutecznie. Na oślep, nie zważając na to co ludzie pomyślą, potykając się o sprzęty rzucił się do drugiego pokoju, a potem dalej na ganek. Zatrzymał się dopiero gdy wpadł na balustradę, na której zacisnęły się jego palce. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa i nawet gdyby chciał nie mógł się ruszyć. Nie potrafił powstrzymać słonych kropli, które spłynęły mu z oczu na policzki. Straszliwy, bezgłośny szloch wstrząsnął jego ciałem gdy wyobraził sobie Bryony, dziewczynę, którą kochał ponad wszystko, a której nigdy tego nie powiedział, martwą w jakiejś ciemnej uliczce. Przepiękne zielone oczy wpatrzone w przestrzeń. Nigdy już nie wyzna jej swych uczuć, nie naprawi tego co zniszczył owego fatalnego dnia, gdy popełnił największy błąd swojego życia...
