Witajcie ponownie. Chciałabym podziękować Hjuston, One-Step-From-Hell, Trisomii, Cookieseater i myphene za dodanie tej historii, lub całej mojej twórczości do obserwowanych i/lub ulubionych. Wszyscy jesteście cudowni. Co do komentarzy:

Asha: Asha Greyjoy to postać z "Gry o tron", zastanawiałam się po prostu. Ciesze się, że rozdział ci się podobał, mam nadzieję, że ten też będzie w porządku.

Humanożerca: Podziwiam cię, za cierpliwość do błędów i ich wypisywania. Mi przestało by się chcieć wypominać je tak w połowie. Bardzo dziękuję za szczerą krytykę, postaram się poprawić.

finflon: W tym rozdziale więcej Remusa, mam nadzieję, że ci się spodoba.

Uwaga: Wielkie brawa dla Trisomii, która poprawnie odpowiedziała na pytanie z Rozdziału 1. Więcej, wpadła nawet na kontekst, którego sama nie zauważyłam. Oto odpowiedź:

1) "Chyba nie jesteśmy już w Kansas" Hermiona Granger - nawiązanie do "Czarnoksiężnika z Krainy Oz"

2) Zamek z czterema tronami - nawiązanie do "Opowieści z Narnii" i Ker Paravelu

3) "odwaga to nie jest narażanie się na niebezpieczeństwo" Godryk Gryffindor - "Król Lew" czyli film mojego dzieciństwa. Tekst wypowiedział Mufasa.

no i na koniec czwarty i dodatkowy:

4) Hogwart obrócony o 180 stopni - "Po drugiej stronie lustra" L. Carrolla

Rozdział 3

-Bryony. Bryony słyszysz mnie? Otwórz oczy. Musisz otworzyć oczy.

-Harry szybciej!

Jej powieki były takie ciężkie! Bardzo chciała posłuchać tego głosu i spełnić jego prośbę, ale nie mogła. Brakowało jej siły.

-Bryony – powtórzył głos – No dalej! Musisz się obudzić!

Tytanicznym wprost wysiłkiem udało jej się odrobinę uchylić powieki. Zielone oczy, ujrzała nad sobą znajome zielone oczy. Ale za nich nie wiedziała do kogo należały. Tylko tyle, że był to ktoś ważny.

-Świetnie! – w głosie brzmiała duma – Spójrz na mnie. O tak, dokładnie tak.

-Harry!

Była zmęczona. Tak bardzo chciało jej się spać. Oczy zasnuwała jej mgła, a świat wirował dookoła niej. Czuła się jakby głowę miała wypchaną watą, a żadna logiczna myśl, nie była teraz możliwa. Mogła tylko leżeć bez ruchu i patrzyć nieprzytomnie na zielone oczy nad sobą. Gdzieś je już widziała, tylko gdzie…

-Nie możesz z nami walczyć!

Głos powrócił. Był zdenerwowany i bardzo chciał by Bryony coś dla niego zrobiła, lecz ona miała zbyt mało siły by zrozumieć jego słowa i skupić się na wykonaniu polecenia.

-Bryony, nie walcz z nami! Chcemy ci pomóc!

-Harry!

-Już! Bryony musisz mnie posłuchać! Uspokój się! Pozwól nam działać! Jeśli nie dla siebie, zrób to dla Remusa!

Remus? Remus… To imię wiele dla niej znaczyło. Ale co dokładnie, nie mogła sobie przypomnieć. Nagle nawiedziła ją wizja głębokich, złotych oczu i twarzy poprzecinanej bliznami. Jasne włosy opadały na czoło mężczyzny.

-Re…mus – wycharczała przez zaciśnięte gardło, rozpaczliwie walcząc z sennością. Kimkolwiek był posiadacz zielonych oczu, znał Remusa, a ona była zdesperowana wieści.

-Tak, dokładnie – przekonywał delikatnie głos z coraz większym spokojem. – Pozwól sobie pomóc. Nie zasypiaj, a wszystko będzie dobrze.

-Harry to działa! Cokolwiek robisz, rób dalej. Jej magia przestała blokować eliksiry!

-Remus – powtórzyła Bryony jeszcze ciszej. Obrazy rozmywały się coraz bardziej. Wiedziała, że traci przytomność.

-Dobrze – odezwał się z czułością głos. – Teraz dobrze. Spokojnie. Niedługo będziesz mogła znowu iść spać. Jesteś bezpieczna, nikt cię nie skrzywdzi.

Ani na chwilę nie przestawał mówić. Łagodne brzmienie jego barytonu uspakajało ją i powoli jej powieki opadły. Dopiero na chwilę przed zaśnięciem dopasowała zielone oczy do twarzy. Zalała ją fala miłości.

-Ha…rry.


Jeszcze zanim się obudziła wyczuła jego obecność. Leżał tuż obok niej i przyciskał ją do swego boku. Tak gdzie ich skóra się stykała, Bryony czuła iskry. Jej głowa spoczywała na jego ramieniu, a on bawił się jej rudymi włosami. Pod palcami prawej dłoni, która leżała na jego piersi czuła bicie serca. Było jej ciepło i dobrze. Bez otwierania oczu wiedziała, że na nią patrzy. Zamruczała cicho, niczym kotka i wtuliła się w niego. Jego klatka piersiowa zatrzęsła się od śmiechu.

-Dzień dobry śpiąca królewno – odezwał się głębokim, przepięknym głosem bez śladów sennego otępienia. Coś jej mówiło, że dużo czasu spędził po prostu się jej przyglądając. Nie potrafiła powstrzymać radosnego chichotu.

-Skoro ja jestem królewną, to gdzie mój królewicz? – mruknęła przekornie, otwierając oczy by na niego spojrzeć. Wyglądał dokładnie tak samo jak zwykle. Jasne włosy, potargane od snu opadały mu na czoło i cudne, złote oczy. Przystojną twarz przecinały podłużne blizny biegnące od prawego ucha, po przekątnej, aż do szyi. Ślady po pazurach potwora jakim stawał się raz na miesiąc. Remus Lupin był szczupły i bardzo wysoki, o niezbyt widocznych, ale silnych mięśniach. Delikatny uśmiech igrał na jego wargach gdy spoglądał na nią z czułością choć drapieżnie.

-Nie wystarczy ci wielki, zły wilk? – spytał unosząc jedną brew. Wiedziała, że żartuje, udała więc, że się zastanawia. Jej palce wybijały rytm na jego obnażonym torsie.

Nagle znudziło mu się czekanie na odpowiedź i zaatakował tak szybko, że mogła tylko pisnąć zaskoczona. Nim się zorientowała już leżała na plecach, podczas gdy on znajdował się nad nią i opierał na wyprostowanych rękach, z dłońmi po obu stronach jej głowy.

-Ach tak? – zamruczał żartobliwie tuż koło jej ucha. Dźwięk ten wydobył się gdzieś z głębi jego krtani i zabrzmiał jak warknięcie dzikiego zwierzęcia. Jego głos stał się w ten sposób o oktawę niższy i o wiele groźniejszy. Dreszcz przebiegł po plecach dziewczyny i zachichotała pod wpływem jego rozpalonego spojrzenia.

-Mmm – mruknęła, przeciągając się leniwie, tylko po to by zarzucić mu ręce na szyję. Złote oczy błysnęły groźnie, a zaraz potem złagodniały.

-Nie mogę cię stracić Bree – szepnął schylając się by ją pocałować. Bryony lekko przekrzywiła głowę, nie rozumiejąc o co chodzi i zaśmiała się.

-Nigdzie się nie wybieram – uniosła się trochę i odpowiedziała tym samym. Ich usta spotkały się w połowie drogi i przez następnych kilka sekund dziewczyna była tak szczęśliwa jak to tylko możliwe. Ale nawet to nie przegnało demonów, które gnębiły mężczyznę.

-O mało nie umarłaś – przypomniał jej delikatnie. Uniosła brwi ze zdziwieniem. Nic takiego nie pamiętała. Musnęła opuszkami palców szramy na jego plecach.

-Co masz na myśli? – spytała przebiegając dłońmi po twardych mięśniach jego tors u i brzucha. Zawsze zadziwiało ją jak ktoś tak chudy może mieć tak niesamowity sześciopak. Remus posmutniał.

-Zaułek Bree. Walia. Śmierciożerca trafił w ciebie klątwą – wyjaśnił ostrożnie, delikatnie odgarniając jej włosy z twarzy i przeciągając kciukiem po jej dolnej wardze. – Jeszcze chwila i byłoby po tobie.

-Nonsens! – prychnęła. Nic takiego nie miało miejsca – Przecież cały czas byłam tutaj, z tobą.

I gdy to mówiła, naprawdę w to wierzyła. Wątpliwości pojawiły się dopiero gdy te słowa opuściły jej usta.

-Prawda? – szepnęła nieśmiało pod ich wpływem. Remus ze smutkiem potrząsnął głową. Łamał jej serce tym spojrzeniem i by go pocieszyć zanurzyła palce w jego gęstych, jasnych włosach. – Kochanie?

Patrzył na nią inaczej niż zaledwie przed sekundą. Poważniej. Zmarszczyła brwi, nie wiedząc co sprowadziło taką zmianę i to tak szybko.

-Musisz chronić naszego syna – powiedział w końcu, a ona zamarła. Tysiące słów cisnęło jej się na usta, lecz gardło miała tak zaciśnięte, że nie potrafiła wydusić ani jednego wyrazu. Skąd wiedział, skąd wiedział?! W kółko zadawała sama sobie to pytanie. Jak jej największa tajemnica wyszła na jaw?! Zanim jednak zdołała wpaść w histerię, Remus rozproszył wszelkie jej wątpliwości pochylając się i muskając wargami jej czoło.

-Musisz go chronić – powtórzył z powagą, nie odsuwając się od niej. Czuła jego oddech we włosach i zapach jego potu, który w takiej chwili wydawał jej się piękniejszy niż najwspanialsze perfumy. Wiedział i nie gniewał się na nią! Ach, teraz mogłaby latać gdyby tylko chciała. A jej patronus nigdy nie byłby silniejszy. – Bo jego ojciec nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia.

-Ale…ale jak? – wyjąkała, zupełnie nic nie rozumiejąc. Jak mógł kazać jej chronić Harry'ego, a w chwilę później twierdzić, że nie wie kim jest Harry?

-To tylko sen kochanie – Remus uśmiechnął się smutno, po czym pocałował ją ponownie. – Z którego musisz się już obudzić. Potrzebują cię tam, w świecie żywych.

-Nie! – zaprotestowała gwałtownie Bryony, dopiero teraz zauważając, że już od jakiegoś czasu szczegóły powoli zacierały się. Mgła zaczynała zasnuwać oblicze Remusa. – Nie! Nie zostawiaj mnie!

-Musisz się obudzić Bryony – powtórzył czule – Pamiętaj o Harrym. On cię potrzebuje znacznie bardziej niż ja.

Jego smutny uśmiech był ostatnią rzeczą jaką ujrzała.


Harry. Harry. Mały Harry. Tylko myślenie o nim trzymało ją jeszcze przy życiu. Cały czas miała przed oczami jego uroczą, dziecięca twarzyczkę i to dodawało jej sił. Chwilami pojawiało się tam także oblicze nieznajomego młodzieńca o zielonych oczach, ale znacznie częściej widziała swojego półrocznego synka.

Godzinami dryfowała w zawieszeniu między jawą, a snem. Budziła się i po zaledwie kilku sekundach na powrót traciła przytomność, w niekończącym się strumieniu bólu i mglistych mar sennych. Chwilami nie wiedziała już czy to co właśnie ogląda jest rzeczywiste czy może zostało jej podsunięte przez wyczerpany umysł. W momentach przytomności próbowała rozeznać się w otoczeniu, ale zawsze mdlała na powrót nim jej się to udawało.

Tym razem jednak było inaczej. Wiedziała o tym jeszcze zanim do końca się obudziła. Po raz pierwszy mogła swobodnie myśleć, już dawno jej umysł nie był tak sprawny. A senność zdawała się całkiem ją opuścić. Otworzyła oczy i zaraz szybko je zamknęła, oślepiona. Nie to, żeby w pomieszczeniu, w którym się znalazła było specjalnie jasno, po prostu spała tak długo, że jej oczy musiały na powrót przyzwyczaić się do patrzenia w normalnym świetle. Gdy po chwili znowu odważyła się unieść powieki było już nieco lepiej.

Leżała na boku, na dość wąskim łóżku, okryta białym prześcieradłem. Nad sobą miała płócienny dach namiotu, zaś naprzeciwko jej legowiska stało jeszcze jedno, identyczne. Nie znała się zbytnio na obozowaniu, ale swego czasu miała okazję przebywać w czarodziejskim namiocie, szybko więc zrozumiała, że znajduje się w części sypialnej, oddzielonej od rekreacyjnej beżową kotarą. Namiot był normalnej wysokości i dość przestronny, choć zawalony masą rzeczy. Panował tu spory bałagan manifestujący się na przykład poprzez ubrania porozrzucane na drugim łóżku, czy książkach zawalających każda wolną powierzchnię, z wyjątkiem jednego krzesła stojącego tuż obok posłania dziewczyny. Panowała dziwna cisza. Ani jeden dźwięk nie dochodził z głównej części namiotu i Bryony była prawie pewna, że to zasługa zaklęcia wyciszającego, ktoś bowiem musiał ją tu położyć i raczej nie zostawił jej całkiem samej.

Usiadła powoli, łapiąc się za głowę gdy świat wokół niej zawirował niekontrolowanie. Jęknęła cicho. Czuła się taka słaba i bezbronna i nienawidziła tego z całego serca. Przy ruchu, okrywające ją prześcieradło opadło. Dziewczyna zarumieniła się, widząc, że ma na sobie tylko bieliznę i to nie własną, lecz całkowicie obcą choć transmutowaną do jej rozmiaru. Wolała nie myśleć gdzie podziało się jej ubranie, albo raczej to co z niego zostało po walce w alejce. No i kto ją przebrał. Instynktownie zakryła się prześcieradłem.

Próbowała przeczesać włosy palcami, lecz poddała się gdy napotkała pierwszą przeszkodę w postaci skorupy zaschniętej krwi. Jęknęła. Jak przez mgłę pamiętała uderzenie głową o ścianę i ciemne plamy przed oczami. To tłumaczyło pulsujący ból. Ale krew? Czyżby walnęła się tak mocno by przerwać skórę? Ale nie, po wnikliwych badaniach swojej głowy stwierdziła, że z czaszką było wszystko w porządku. A więc dlaczego krwawiła? Gdzieś z oddali dobiegło ją echo głosu.

-Sectusempra – szepnął jej prosto do ucha. Nie znała tego zaklęcia, podejrzewała nawet, że Śmierciożerca wymyślił je sam. A potem było już tylko cierpienie.

Ukryła twarz w dłoniach i jęknęła. Jak taka prosta misja mogła zakończyć się tak fatalnie? Skąd poplecznicy Voldemorta wiedzieli gdzie jej szukać? Tylko nieliczni członkowie Zakonu zostali dopuszczeni do szczegółów jej wyprawy. Niby od jakiegoś już czasu krążyły plotki o zdrajcy w ich szeregach, ale Bryony ufała wszystkim bezgranicznie. No, może oprócz Mundungusa Fletchera, ale to akurat nie było dziwne. Jemu nikt nie ufał.

Nie, nie potrafiła uwierzyć, że ktokolwiek z Zakonu mógłby przejść na stronę Śmierciożerców. Porzuciła więc na razie ten temat i skupiła się na pilniejszych problemach. Jak na przykład, gdzie się znajdowała i jak tu trafiła. Jakoś jej się nie wydawało by tez zabałaganiony namiot należał do wroga. A to znaczyło, że ktoś ją uratował. Pytanie tylko kto? Wszystko co pamiętała to zielone oczy…

Potrząsnęła głową. Stwierdziwszy, że odpowiedzi same do niej nie przyjdą, puściła nogi z łóżka i spróbowała wstać. Udało jej się za drugim razem, gdy już pokonała nagły atak zawrotów głowy. Jej bose stopy chłonęły zimno bijące od cienkich desek podłogi. Namiot był na tyle wysoki by mogła w nim stać wyprostowana, choć zapewne z zewnątrz wyglądał na całkiem normalny i mugolski.

Z determinacją skierowała się do części głównej i zatrzymała w pół kroku. Spoglądając na swoje półnagie ciało, przygryzła wargę. Nie mogła tak wyjść. Nawet jeśli ten, kto ją opatrzył i tak wszystko już widział. Rozejrzała się pospiesznie i w końcu jej spojrzenie padło na owo jedyne, puste krzesło, na którego oparciu wisiał czerwono-złoty T-shirt, wyglądający dziwnie znajomo. Chwilę zajęło jej zrozumienie, że identyczną koszulkę podprowadziła kiedyś Jamesowi. Jego szkolna koszulka drużyny Gryffindoru. Nie zastanawiając się sięgnęła po nią. I zamarła z wyciągniętą ręką. Z tyłu bowiem widniał bowiem, dobrze jej znany napis. Potter.

Na moment zabrakło jej tchu. Setki pytań cisnęły jej się na usta. Coraz dziwniejsze scenariusze przychodziły do głowy. Ale przeważała bezbrzeżna radość. Była bliska popłakania się ze szczęścia. Znaleźli ją! Uratowali! Jeszcze tydzień wcześniej zezłościłaby się gdyby ktoś zasugerował, że przyda jej się pomoc, ale teraz czuła tylko wdzięczność. Kierowana impulsem chwyciła koszulkę by się w nią wtulić, lecz gdy to zrobiła jej uwagę przykuły inicjały poprzedzające nazwisko Potter. H.J. Harry James. Na chwilę jej serce przestało bić. Nie wiedziała jak to było możliwe, nie potrafiła tego zrozumieć, lecz oto trzymała w rękach koszulkę należącą do jej półrocznego syna, a pasującą na dorosłego. Harry James Potter. O pomyłce nie mogło być mowy.

-Harry – szepnęła prawie bezgłośnie, opadając z powrotem na łóżko. Zakręciło jej się w głowie od nadmiaru wrażeń. – Harry.

Nagle wszystko stało się jasne. Nim straciła przytomność widziała znajome, zielone oczy. Wtedy nie potrafiła dopasować ich do twarzy, teraz wiedziała do kogo należała. Nie potrafiła nawet przed sobą przyznać się do swoich domysłów. To wszystko było tak nieprawdopodobne…A jednak w jakiś dziwny sposób do siebie pasowało. Musiała się dowiedzieć. Dlatego zebrała wszystkie siły i narzuciła na siebie T-shirt, ponownie podnosząc się na nogi. Tylko w jeden sposób mogła się upewnić… Tylko tak. Powoli, nieco się ociągając ruszyła w stronę kotary oddzielającej ją od głównej części namiotu.

Nim jej dotknęła jednak, zalała ją fala dźwięków, oczywisty znak, że jeszcze przed chwilą znajdowała się wewnątrz obszaru, na który rzucono zaklęcie wyciszające. Wiedziała, że nie powinna podsłuchiwać, ale nie mogła się powstrzymać.

-…a co jeśli się mylisz Hermiono? – odezwał się głos młodzieńca, który skądś pamiętała. Jakby ze snu? Delikatnie uchyliła kotarę by zerknąć na rozmówców. Było ich dwoje, siedzących do niej bokiem na niewielkich krzesełkach, po dwóch stronach niskiego stolika. Chłopak i dziewczyna. – Co jeśli tu zostaniemy i przez to coś jej się stanie?

Nim dziewczyna mu odpowiedziała Bryony zdążyła przyjrzeć się obojgu. Młoda kobieta, bo z pewnością nie była już dzieckiem, miała gęste, brązowe włosy, związane w luźny kucyk i nosiła luźne ubrania, pod którymi nie dało się ocenić jej sylwetki. Była jednak bardzo ładna, jeśli nie nieco zbyt poważna jak na gust panny Evans. Jej strój składał się z flanelowej koszuli, dżinsów i butów do wędrówek po górach i za zadanie miał być wygodny, a nie ładny, co Bryony imponowało, bowiem sama zawsze stosowała tę zasadę.

Chłopak natomiast skradł jej oddech. Wysoki i smukły miał włosy takiego samego koloru co ona sama, tak że mógłby uchodzić za jej bliźniaka. Widziała tylko jego profil, ale od razu zauważyła zadziwiające podobieństwo do jego ojca. Bo teraz nie miała już wątpliwości kim był nieznajomy młodzieniec. Ten sam nos, te same kości policzkowe. Tylko włosy…gdyby nie wiedziała lepiej założyłaby się, że były tak samo potargane jak ciemna czupryna Jamesa Pottera. Jak tak o tym pomyśleć to i z ust był podobny do jej szwagra. Zakręciło jej się w głowie.

-Jesteś irracjonalny! – westchnęła tymczasem jego towarzyszka. – Mówiłam ci już wcześniej i powtórzę jeszcze raz Harry, nic jej nie będzie! To tylko kwestia czasu jak się obudzi.

Bryony nie mogła czekać dłużej. Jej serce biło jak oszalałe, całkiem jakby chciało wyrwać się z jej piersi. Delikatnie odchyliła kotarę i przestąpiła próg, jednocześnie odchrząkując lekko. Spojrzenia obojga zwróciły się na nią. Chłopak wstał, a towarzysząca mu dziewczyna zamarła. Nim jednak zdążył postąpić choćby krok w jej stronę Bryony usłyszała swój niepewny głos:

-Jesteś nim, prawda?